adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Wiara

Marcel Lefebvre – Kościół po Soborze i „eksperyment Tradycji”

W 1962 roku miał ponad pięćdziesiąt lat i liczne zasługi na swoim koncie. Mógłby zostać kardynałem albo zwykłym biskupem diecezjalnym i do końca życia spokojnie duszpasterzować. Jednakże temu „łagodnemu uparciuchowi” nie była pisana emerytura.

Lata sześćdziesiąte wszystko zmieniły. Część pierwsza artykułu [KLIKNIJ]

Napięcie

Już na „sesji przygotowawczej” przed samym soborem dało się wyczuć napięcie. Ostra dyskusja wybuchła na temat kwestii wolności religijnej. Zmianom w nauczaniu na ten temat ostro sprzeciwił się kardynał Ottaviani, głowa Świętego Oficjum. Przyszli ojcowie soborowi wypowiadali się po obu stronach sporu. Lefebvre opowiedział się oczywiście po stronie konserwatywnej – poparł Ottavianiego – ale wniósł nową jakość do dyskusji. Jako pierwszy mówca wyniósł bowiem dyskusję na grunt metafizyczny, odwołując się do Chrystusa Króla. I do „społecznego panowania Chrystusa”.

Mnogość obowiązków

W tym samym czasie był ordynariuszem Tulle. Lubił wizytować parafie bez zapowiedzi (lub z zapowiedzią w ostatniej chwili). Przede wszystkim zajął się reorganizacją i pokrzepieniem duchowieństwa diecezjalnego.

Rządy w Tulle trwały pół roku (jednakże do końca życia był wymieniany w dokumentach jako „emerytowany biskup Tulle”). Po tym czasie został wybrany na przełożonego generalnego Zgromadzenia Ducha Świętego. Na tym stanowisku zetknął się z problemami polskich duchaczy – arcybiskup Marcel niejednokrotnie później poruszał temat systematycznych i dotkliwych prześladowań prowadzonych przez komunistów. Jednocześnie mianowano go doradcą Świętej Kongregacji Rozkrzewiania Wiary (czyli dykasterii misyjnej), którym pozostał do końca swojej „kariery”.

Konserwatywne ugrupowanie

Abp Lefebvre wraz z kolegami – konserwatywnymi ojcami soboru – założył frakcję, czy też zorganizowaną grupę. Potocznie zwana Coetusem (od Coetus Internationalis Patrum – „Międzynarodowa Grupa Ojców”) cieszyła się poparciem papieża Pawła VI. Uważał on, że konserwatywna mniejszość powinna mieć pole do dyskusji we własnym gronie i „sformalizowaną reprezentację” na soborze.

Grupa – znów ciężko o przymiotnik – progresywna lub liberalna zorganizowała się jeszcze przed Soborem. Nie była to wcale miażdżąca większość, raczej mniejszość jak Coetus. Było raczej tak, jak po latach opisał to Lefebvre: „[…] 250 kardynałów i biskupów cieszyło się ze swego zwycięstwa, 250 było przerażonych, a 1750 nie próbowało zadawać pytań, idąc za przykładem papieża: »Później się zobaczy!…«” (Lefebvre M., Podróż duchowa).

Potępienie komunizmu

Coetus z jednej strony postulował konkrety. Zaproponowane zostały ponowne potępienie komunizmu autorytetem Kościoła i poświęcenie Rosji Niepokalanej. (Co symptomatyczne, lata później, wśród nielicznych mediów potępiających Lefebvre’a, namawiających papieża do „zakneblowania go”, znalazły się media rosyjskie). Propozycje Coetusa zostały odrzucone; na sobór przybyli prawosławni obserwatorzy z Rosji. Papież zalecił prezydium soborowemu odbierać głos każdemu, kto chciałby poruszyć temat komunizmu.

Oprócz tego – nadanie Niepokalanej tytułu Mater Ecclesiae, Matki Kościoła. Propozycja ta została przez innych ojców Kościoła odrzucona, jednak interwencja papieża sprawiła, że tytuł ten jest już dla nas oczywisty.

To ironia losu. Grupa o nastawieniu progresywnym chciała, by sobór był wydarzeniem duszpasterskim, z ograniczonym charakterem dogmatycznym. Gdy zaś obrady się zakończyły, krytykowanie soboru watykańskiego II stało się tematem tabu, którego złamanie należy „zniszczyć ogniem dział”.

Korekta

Z drugiej strony grupa konserwatystów wnosiła poprawki do powstających dokumentów i starała się zablokować w nich zapisy kontrowersyjne, sprzeczne z nauką Kościoła bądź pozostawiające za duże pole do interpretacji. Tych ostatnich było sporo; o. Schillebeeckx OP, reprezentujący „opcję progresywną”, przyznał, że była to nieuczciwa taktyka świadomie stosowana przez jego stronę. (Mnie samemu kojarzy się to bardzo z dokumentami papieskimi i synodalnymi z pontyfikatu Franciszka – np. z nieszczęsnymi kilkoma punktami z Amoris Laetitia na temat rozwodników).

Osią sporu były kwestie społeczne i ustrój Kościoła – odchodzenie od centralizacji na rzecz kolegialności i demokratyzacji. (Był to początek większego procesu, który widzimy i dziś). Pewnie niektórych to zdziwi, ale liturgia była pobocznym tematem na soborze. Ojcowie soboru opowiedzieli się jednoznacznie przeciwko projektowi nowej mszy (zwanej wówczas missa normativa).

Konstytucja o liturgii

Dokument o liturgii Sacrosanctum Concilium, mimo krytyki niektórych zapisów wyrażonej przez członków Coetusa, miał konserwatywny charakter. Sobór potwierdził w nim łacinę jako język mszy świętej (języki narodowe zostały szerzej dopuszczone w liturgii słowa). Chorał gregoriański jako główny śpiew Kościoła. Dopuszczał koncelebrę, ale tylko w trzech przypadkach (msza konwentualna w zakonie, msza prezbiterów z biskupem i msza po spotkaniach kapłańskich; obecna praktyka powszechności koncelebry jest sprzeczna z Soborem). Dopuszczono kosmetyczne zmiany w liturgii, usunięcie pewnych elementów i dodanie nowych. W dokumencie tym nie znajdziemy nic na temat nowych modlitw eucharystycznych. (A już na pewno nie ma nic, co by usprawiedliwiało uczynienie stricte obrzędowej II ME modlitwą codzienną; gdyby nie interdykt za to grożący, należałoby tak czyniących księży spoliczkować, jak zrobił to św. Mikołaj wobec Ariusza).

Żadnej „reformy soborowej” nie było. Była reforma Pawła VI. Warto o tym pamiętać.

Kwestia podpisu

Na końcowej sesji Marcel Lefebvre podpisał się pod dokumentami soborowymi. Wbrew temu, co później twierdził, że była to tylko lista obecności. Dlaczego tak się stało? Nie wiadomo. Być może niedokładnie pamiętał okoliczności. Być może nie uznawał podpisu pod dokumentami za zgodę na postanowienia w nich zawarte.

Może dramatyczne skutki niektórych zapisów i posoborowej reformy sprawiły, że swój podpis zaczął „racjonalizować”, jak mawiają psycholodzy. Każdy człowiek, nawet najszlachetniejszy, tych ułomności nie jest pozbawiony. Poza tym faktem jego przekaz na temat soborowych wydarzeń jest spójny.

Kryzys posoborowy

Przez kilka lat po soborze trwał dramatyczny czas w dziejach Kościoła. Nigdy wcześniej tylu duchownych nie dokonało apostazji. Do tej pory również tyle zakonnic, zakonników nie odeszło ze swych zakonów. Spadł poziom mszy świętej. W Polsce ks. Blachnicki, zwolennik ożywienia „skostniałej liturgii”, parę lat później pisał z żalem, że reforma wbrew jego oczekiwaniom pogorszyła jakość celebracji. A księża zaczęli celebrować skostniałą liturgię, tylko że na niższym poziomie niż kiedyś.

Oczywiście, nie zgadzam się z tezą, że za wszystko winien jest Sobór. Nie wiemy, jak Kościół wyglądałby bez Soboru. Mocny, destrukcyjny wpływ miały wydarzenia przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, rewolucja seksualna, hipisowska i marksistowska. (Notabene, ludzie wówczas głoszący „wolną miłość” i obniżenie „wieku zgody” dziś zasiadają na ważnych politycznie stanowiskach w Europie).

Zaskakujący jest jednak w tym kontekście naiwny optymizm dokumentu Gaudium et Spes.

Emerytura to nie koniec

W 1968 roku, ze względu na program reformy Zgromadzenia Ducha Świętego, Lefebvre zrezygnował z funkcji przełożonego generalnego. Zastanawiał się wówczas nad założeniem własnego zgromadzenia i własnego seminarium. Tak opisał swoje plany, „jeśli byłby zmuszony opuścić duchaczy”: „[…] założę wówczas tradycyjne seminarium i w ciągu trzech lat będę miał stu pięćdziesięciu seminarzystów”.

Tak rzeczywiście się stało, choć z liczebnością bywało różnie. Za aprobatą miejscowego ordynariusza założył we Fryburgu „konwikt św. Piusa X” (coś w rodzaju domu dla księży praktykujących tę samą duchowość). Rok później, za zgodą biskupa Sionu, Adama Nestora, założył w Écône zalążek seminarium. Miesiąc po tym ad experimentum (czyli na okres próbny sześciu lat) zatwierdzone zostało przez biskupa Fryburga Françoisa Charrière’a Bractwo Kapłańskie św. Piusa X (FSSPX).

Czy dzieło przetrwa?

Seminarium założone w Écône dzięki wsparciu zaangażowanych świeckich szybko się rozwinęło. Z kilku sąsiadujących ze Szwajcarią krajów napłynęli wykładowcy. Później zjawili się klerycy, głównie z Francji, spragnieni seminarium skupionego wokół tradycyjnej mszy świętej, duchowości i tomistycznej teologii. Coraz liczniej pojawiali się klerycy z innych krajów – tacy jak Richard Williamson, który potem zasłynął jako „negacjonista”, zaprzeczający ogólnie uznanym rozmiarom Shoahu.

W listopadzie 1974 roku odbyła się wizytacja apostolska seminarium. Wizytatorzy wyrazili pewne uwagi, ale generalnie okazali uznanie dla miejsca kształcenia przyszłych kapłanów (mieli wówczas powiedzieć, że „seminarium na 99% działa prawidłowo”). Nie został jednak wydany nihil obstat, który zatwierdziłby działanie Bractwa na czas nieokreślony.

Problemy Bractwa

Bractwo było ostro atakowane z jednej strony przez francuskich biskupów. Oskarżali oni je o „podbieranie” kleryków. Np. w 1971 roku liczba kleryków wstępujących do seminariów we Francji spadła do dwustu siedemdziesięciu trzech. W Écône było wówczas czterdziestu kleryków z samej Francji. Z drugiej strony, hierarchów z Rzymu drażniła stanowcza odmowa celebrowania tzw. nowej mszy przez Bractwo. Dodatkowo Lefebvre publicznie głosił, że idee „liberalizmu, protestantyzmu i modernizmu, które doszły do głosu na Soborze”, „wiodą Kościół ku upadkowi”. Zaczął też w tamtym czasie mówić, że nie zaakceptował dokumentów Gaudium et Spes i Dignitatis Humanae.

W kwietniu 1975 roku następca ordynariusza Fryburga, biskup Mamie, cofnął zgodę na funkcjonowanie FSSPX. Wydarzenia nabrały tempa. W uroczystość Zesłania Ducha Świętego arcybiskup Lefebvre stanął na czele pielgrzymki do Rzymu, w której poszedł wraz z klerykami i wykładowcami. Była to manifestacja wierności „Wiecznemu Rzymowi”. Napisał list do Pawła VI, deklarując posłuszeństwo i prosząc o rewizję decyzji biskupa Mamie. Poza tym złożył odwołanie przed odpowiednim rzymskim trybunałem.

Początek rozłamu

Odwołanie zostało odrzucone, a Paweł VI krytycznie wyraził się na temat działania arcybiskupa Lefebvre’a. Papież domagał się akceptacji rozwiązania Bractwa i uznania Soboru, „który pod pewnymi względami jest ważniejszy od Soboru w Nicei” (sic!).

Naradziwszy się ze swoimi współpracownikami i przezwyciężywszy swoje zawahania, Marcel Lefebvre podjął decyzję o kontynuowaniu swojej działalności. Mało tego, rozpoczął przygotowania do założenia drugiego seminarium, niemieckojęzycznego, w Szwajcarii przy granicy z Niemcami. We wrześniu w Écône ruszył kolejny rok akademicki. W październiku kardynał Villot (wówczas będący kamerlingiem i sekretarzem stanu jednocześnie) „poprosił z całą powagą” wszystkie episkopaty o nieinkardynowanie członków Bractwa.

Próby porozumienia

Konflikt nasilał się. Kardynał Thiandoum, uczeń arcybiskupa Lefebvre’a, zwrócił się do kard. Jeana Villora z prośbą o zaaranżowanie spotkania na linii Lefebvre–Paweł VI. Sekretarz stanu odmówił, uzasadniając to tym, że „papież mógłby zmienić zdanie, a to wywołałoby zamęt”. Rozmowy między Watykanem a Lefebvrem trwały. Ostatecznie w czerwcu 1976 roku do Flavigny, w którym akurat przebywał „łagodny uparciuch”, przybył wysłannik Watykanu, ojciec Dhanis SJ. Porozmawiał z arcybiskupem Marcelem i powiedział, że jeśli ten zgodzi się z nim w koncelebrze odprawić „nową mszę”, to oznaczać będzie to uregulowanie stosunków z Rzymem.

„Ja już odprawiłem mszę” – odparł chłodno ksiądz arcybiskup, wyrażając w ten sposób swoją odmowę.

Parę dni później wyświęcił kilkunastu kapłanów. Ceremonia przyciągnęła licznych dziennikarzy i wiernych. W kazaniu wyłożył swoje motywacje do oporu. Arcybiskup tłumaczył, że „stara msza”, jako skarb Kościoła i klarowna wykładnia wiary, jest kością niezgody między Bractwem a Rzymem. Natomiast przemożna niechęć wobec „starej mszy” dowodzi, że gra jest warta świeczki.

Kontrofensywa

Watykan ogłosił, że Lefebvre ściągnął na siebie suspensę, a prefekt Kongregacji Biskupów Sebastiano Baggio upomniał go. Napisał, iż ma zwrócić się do papieża „z pokorną prośbą o przebaczenie”.

Sam zainteresowany napisał wówczas list do papieża. Błagał w nim Pawła VI, by ten porzucił „zgubne działanie, zmierzające do pogodzenia z ideami współczesnego człowieka”, które to podjęte zostało pod wpływem masonów. Prosił o przywrócenie wcześniejszego mszału, „przywrócenie czci Wulgacie” i katechizmu trydenckiego. Pisał o „przywróceniu właściwego pojęcia zafałszowanym ideom, które stały się idolami współczesnego człowieka: wolności, równości, braterstwu oraz demokracji”. Stwierdził, że prowadzi to do niszczenia Kościoła i w związku z tym przekonaniem nie może się zgodzić na zamknięcie seminariów.

Zakazana msza”

Papież nie odpowiedział, suspensa została potwierdzona. Zabolało to arcybiskupa. Poddanie się jednak nie wchodziło w grę. Znowu, po pewnym zawahaniu, przeszedł do kontrataku. 29 sierpnia 1976 roku w Lille na terenie Targów Handlowych odprawił tzw. „zakazaną mszę”. Oznacza to , że odprawił „starą mszę” dla siedmiu tysięcy ludzi. Na wydarzenie przybyli reporterzy z całego świata. Na kazaniu emerytowany biskup Tulle skrytykował „poślubienie zasad Rewolucji” przez Kościół i kryzys teologii mszy świętej i kapłaństwa. Dobitnie podkreślił, że tylko panowanie Jezusa Chrystusa, Boga i Króla ludzkości, może dać pokój.

źródło: commons.wikimedia.org

Wypowiedział też znamienne słowa: „Arcybiskup Benelli powiedział mi prosto w oczy: »Ksiądz Arcybiskup nie może ustanawiać prawdy!« Oczywiście, że nie mogę, ale nie może również Papież”. I dalej: „To nie ja osądzam Ojca Świętego, ale Tradycja. Nawet pięcioletnie dziecko może na podstawie swego katechizmu pouczyć swojego biskupa. […] Gdyby każdy biskup pozostawił do naszej dyspozycji jeden kościół w swojej diecezji… O to będę prosił Ojca Świętego, jeśli zechce mnie przyjąć: Ojcze Święty, pozwól nam na eksperyment Tradycji!”

Zobacz też:   Po Namyśle: Czy dać sobie święty spokój?

Spotkanie z papieżem

Nie bardzo wierzył, że jeszcze dane mu będzie się spotkać z Pawłem VI. Toteż bardzo zdziwił się, gdy parę dni później przybył do niego ks. Domenico Laballerte, duchowy syn św. Pio z Pietrelciny. Miał wieści: przyjaciel Pawła VI, arcybiskup Fagiolo obiecał że załatwi Lefebvrowi audiencję u papieża. Arcybiskup Marcel napisał uprzejmy list do następcy św. Piotra, w którym przepraszał go i zapewniał, że jego intencją nie było obrażenie papieża.

Do spotkania doszło 11 września 1976 roku w Castel Gandolfo. Przy spotkaniu obecny był arcybiskup Benelli, który nie odezwał się ani słowem, obserwując zachowanie Pawła VI. Papież nerwowo skrytykował Lefebvre’a i wypomniał mu niezaakceptowanie dwóch dokumentów soborowych. Marcel Lefebvre odwołał się do kryzysu w Kościele i rozpoczął dyskusję na temat wolności religijnej i Gaudium et spes. Papież uciął tę dyskusję. Zarzucił Lefebvre’owi podburzanie księży przeciwko papieżowi i zmuszanie ich do składania przysięgi przeciw niemu. Arcybiskup zapewnił, że nic takiego nie ma miejsca. Papież zdumiał się odpowiedzią Lefebvre’a. Uznał, że w takim razie ktoś musiał go oszukać w tej kwestii.

Prośba o osiągniecie porozumienia została przez Pawła VI przyjęta ze zrozumieniem. Uczestnicy spotkania pomodlili się razem, po czym się rozstali. Nigdy więcej się nie spotkali. Papież zrezygnował z próby porozumienia, prawdopodobnie myślał też o podjęciu kroków w kierunku ekskomuniki arcybiskupa. Lefebvre natomiast krytykował Pawła VI za uległość wobec państw komunistycznych.

Paweł VI dwa lata po spotkaniu z Marcelem Lefebvrem odszedł do domu Ojca. Umierał smutny, że został oszukany przez wielu hierarchów. Był też pełen niepokoju o przyszłość Kościoła. Był na swój sposób tragiczną postacią.

Papież Polak

Po krótkim pontyfikacie Jana Pawła I na papieża wybrany został Karol Wojtyła. Miesiąc po wyborze, za prośbą kardynała Siri (przyjaciela przełożonego Bractwa św. Piusa X), przyjął Marcela Lefebvre’a na audiencji.

Arcybiskup oświadczył, że może „zaakceptować Sobór odczytywany w świetle Tradycji”. Jan Paweł II przyjął to z aprobatą i zostawił sprawę arcybiskupa prefektowi Kongregacji Nauki Wiary. Negocjacje z kardynałem Franjem Šeperem zakończyły się fiaskiem.

Wielu kardynałów zaoferowało wówczas pomoc w negocjacjach. Wśród nich byli Thiandoum i Joseph Ratzinger (który znał Lefebvre’a z Soboru, przynajmniej z widzenia – Ratzinger był bowiem jednym z teologicznych doradców Soboru).

Pertraktacje znów utknęły w martwym punkcie. W 1984 roku Rzym wydał indult, przyznający biskupom przywilej dawania zezwolenia na odprawianie mszy wg mszału Jana XXIII kapłanom, którzy nie podważają godziwości nowego mszału.

Ekumeniczne zgorszenie

Tymczasem FSSPX budowało kaplice, przeoraty (miejsca zamieszkania członków Bractwa i wspólnego życia), szkoły. Rozwinęły się żeńska odnoga Bractwa, wspólnoty oblackie, tercjarze i inne apostolaty. Powstały nowe seminaria (w sumie są to trzy seminaria w Europie, dwa w Amerykach i po jednym w Australii i na Filipinach).

W 1986 roku miało miejsce wydarzenie szokujące dla konserwatywnych katolików (ówczesnych i obecnych). Był to ciąg ekumenicznych spotkań, które w Asyżu zwieńczyła wspólna modlitwa kapłanów różnych religii, pod przewodnictwem papieża.

Lefebvre wraz z emerytowanym biskupem Campos Antonio de Castro Mayerem publicznie przeciwko temu wydarzeniu protestowali.

W marcu 1987 roku Lefebvre dostał odpowiedź na dubia (wątpliwości, zapytania do stosownej kongregacji) sprzed dwóch lat (co i tak jest szybką reakcją; na dubia czterech kardynałów z 2016 roku wciąż nie ma odpowiedzi). Zapytania dotyczyły ekumenizmu i wolności religijnej. Watykan nie zmienił w tej kwestii stanowiska.

Nowi biskupi

Rozczarowany arcybiskup zapowiedział w czerwcu, że wyświęci nowych biskupów dla Bractwa. Oświadczenie wywołało burzę w Rzymie; Lefebvre wysłał do Ratzingera (nowego prefekta Kongregacji Nauki Wiary) prośbę o akceptację planu wyświęcenia biskupów.

Kardynał Ratzinger wziął na swoje barki rozmowy z „niepokornym arcybiskupem”. Było to spotkanie dwóch wielkich ludzi Kościoła (Ratzinger nazwał później Lefebvre’a „czcigodnym mężem Kościoła”). Dwóch ludzi ukształtowanych przez dwie różne formacje teologiczne. Ratzinger niejako wyszedł mu naprzeciw; był gotów na liczne ustępstwa.

Wizytacja

Marcel Lefebvre szykował się na wyświęcenie kilku swoich współpracowników. Jednakże w październiku 1987 roku wstępnie przystał na propozycję Ratzingera, by bez żadnych deklaracji mógł sprawować „starą liturgię”, wyświęcić biskupa i mieć autonomię. W listopadzie przybył wysłany przez Watykan wizytator, kardynał Gagnon. Był on przyjaźnie nastawiony wobec Bractwa. Odprawił nawet mszę pontyfikalną 8 grudnia w szwajcarskim seminarium i uczestniczył w przyjmowaniu nowych seminarzystów.

Raport dostojnika trafił na biurko papieża w styczniu 1988 roku. Arcybiskup Lefebvre zaplanował święcenia biskupie na 17 kwietnia. Brak odpowiedzi Rzymu sprawił, że zmienił ten termin na 30 czerwca.

Negocjacje ostatniej szansy

W liście do papieża Lefebvre, powołując się na aprobatę Ratzingera, poprosił o rozwiązanie sprawy przed 30 czerwca. Jan Paweł II, naradziwszy się z kardynałami, oddelegował niemieckiego teologa do dalszych rozmów.

W marcu Ratzinger poprosił o wyznaczenie kanonisty i teologa do negocjacji. Rozmowy odbyły się w kwietniu w Rzymie. Ze strony Bractwa przybyli księża Bernard Tissier de Mallerais i Patrice Laroche. Rzym reprezentowali księża Tarcisio Bertone i Fernando Ocariz. Rozmowom przewodniczył kard. Ratzinger, moderatorem był o. Duroux OP.

Bractwo miało zostać zatwierdzone na prawie papieskim. Miała czuwać nad nim pięcioosobowa komisja, a w niej dwa miejsca przeznaczono dla Bractwa. Wspólnoty związane z Bractwem miały być wcielone, z zachowaniem autonomii, do swoich rodzimych zgromadzeń. Oprócz tego jeden z księży FSSPX miał być wyświęcony na biskupa.

Wciąż bez daty

Arcybiskup ucieszył się z perspektywy nowego biskupa i poprosił o drugiego w ciągu sześciu miesięcy. Zarazem wyraził gotowość bycia członkiem komisji.

Kardynał Ratzinger wyraził powątpiewanie, mówiąc, że potrzeba sporządzić stosowną dokumentację potencjalnych kandydatów. Lefebvre przedstawił 3 maja cztery nazwiska i zapewnił o rychłym wysłaniu biogramów tych osób.

Joseph Ratzinger stwierdził, że konieczne jest współistnienie dwóch form rytu rzymskiego. Ks. Laroche zapytał o datę święceń i sam zaproponował 15 sierpnia. Niemiecki kardynał nie odpowiedział jednak konkretnie na to zapytanie.

Porozumienie i nieporozumienie

W końcu, 5 maja, zostało podpisane porozumienie. Maj jednakże był burzliwym miesiącem. Arcybiskup zdecydował się postawić ultimatum: konkretna data święceń przed 30 czerwca. Ratzinger starał się uładzić sytuację, jednakże nieprzejednana postawa Lefebvre’a i niechęć Jana Pawła II wobec nieposłusznego arcybiskupa były sporymi przeszkodami. 30 maja przełożony FSSPX spotkał się z przyjaciółmi i współpracownikami, i wobec gry na zwłokę ze strony papieża i doktrynalnych niepokojów podjął decyzję. 2 czerwca napisał do papieża, że zamierza wyświęcić biskupów, ufając, że nie jest to sprzeczne z wolą Stolicy Apostolskiej.

Decyzji tej nie zmienił już emocjonalny list Jana Pawła II przesłany mu w odpowiedzi. 30 czerwca w Écône wyświęceni na biskupów zostali: Bernard Tissier de Mallerais, Alfonso de Galarreta, Bernard Fellay i Richard Williamson.

Śmierć z uśmiechem

Ostatnie trzy lata swojego życia Lefebvre spędził pogodny i szczęśliwy. Stopniowo oddawał swoje obowiązki młodszym biskupom. Odwiedzał przyjaciół, napisał też krótką duchową syntezę zatytułowaną Podróż duchowa, która skierowana była do kleryków i zawierała główne prawdy wiary wyłożone w prosty i piękny sposób. Jedne z ostatnich wakacji spędził wraz ze swoimi szoferami i ich rodzinami. Kierowcy arcybiskupa, do których miał duży szacunek i z którymi lubił rozmawiać, tworzyli bowiem swoistą „firmę przewoźniczą”.

Zmarł na raka w Wielki Poniedziałek, 25 marca 1991 roku. Jego ostatnimi słowami, które dało się zrozumieć (bo leżał pod maską tlenową), było zdanie: „Wszyscy jesteśmy Jego dziećmi”. Zaś ostatnie „niewerbalne słowa” to uśmiechnięte spojrzenie skierowane na krzyż wiszący w sali szpitalnej. Lefebvre został pochowany w krypcie w Écône.

Ziemkiewicz i lefebryści

Wielu internautów, biskupów, księży i publicystów lubuje się w nazywaniu lefebrystów „schizmatykami”. Według nich powstanie Bractwa to  schizma.

Mam z tym stwierdzeniem problem. Dlaczego? Oddam znów głos Rafałowi Ziemkiewiczowi:

„Słowo niemodne to »schizma«. Gdybyśmy na bieżąco, w corocznych edycjach uzgadniali słowniki języka polskiego z tzw. uzusem – jak to robią wydawcy renomowanych dykcjonarzy angielskich – to pod hasłem »schizma« powinniśmy przeczytać: »Bractwo Kapłańskie im. św. Piusa X, powstałe w wyniku nieuznanej przez Watykan konsekracji czterech biskupów pomocniczych przez arcybiskupa Lefebvre’a«, czy jakoś tak. W żadnym innym znaczeniu słowo schizma nie ma prawa się pojawić – nazywanie w ten sposób prawosławia czy anglikanizmu rażąco urąga duchowi epoki. Logiczny stąd wniosek, że Henryk Któryśtam obrażony, iż Watykan nie dał mu od ręki kolejnego rozwodu, schizmatykiem nie był, byli nimi natomiast wszyscy papieże przed Janem XXIII, których wznawiane przez lefebrystów encykliki, jako schizmatycką bibułę, wyrzuca się z hukiem z warszawskich targów książki katolickiej” (Okrutny wymóg bycia Korczakiem, [w:] Viagra Mać,  2002).

Co na to papieże?

Benedykt XVI zdjął ekskomunikę z czterech biskupów. Rozpoczął się proces rehabilitacyjny Marcela Lefebvre’a. Papież Ratzinger nazwał tego człowieka „czcigodnym mężem Kościoła”. Czy tak się mówi o kimś, kogo uważa się za pysznego odszczepieńca?

Twierdzenia o „schizmie” nie da się obronić. Status kanoniczny jest problemem strukturalnym, dotyczącym sfery administracji. Bractwo nie głosi żadnych herezji. Liczne przyjazne gesty papieża Franciszka wskazują na to, że uważa on FSSPX za część Kościoła. W końcu pozwolił przejść do Bractwa emerytowanemu biskupowi diecezji Chur w Szwajcarii.

Co ja o tym wszystkim sądzę?

Mimo wszystko ludzie Kościoła często mówią o tej „schizmie”. Sądzę, że z jednej strony to wygodne, bo pozwala usprawiedliwić nienawiść (lub przynajmniej silną niechęć) do kapłanów tradycyjnych i ich licznych owieczek w ogóle. Z drugiej strony, lefebryści są wyrzutem sumienia dla naszej indolencji i słabości. „Wszyscy zgrzeszyliśmy” i staliśmy się pluszowym Kościołem. Jedyne, co umiemy, to mówić o potrzebie dialogu z ludźmi, którzy rozmawiać z nami nie chcą. Otwieramy się na świat – a zamykamy się na głos Boży.

Nasza wiara przestała być w pewnym sensie drogą zbawienia. Bo zbawienie stało się prawem dla wszystkich ludzi i religii. Modlitwa, msza święta już nie są ekskluzywnym czasem dla Pana Boga – są czasem natchnienia do społecznej działalności, bo człowiek staje się centrum. Mówimy o tym, że chrześcijaństwo to miłość. Zapominamy o tym, że miłość to nie jest bycie miłym, uprzejmym i dbanie o to, by nikogo nie urazić. Zgubiliśmy prawdę, że dobro to nie wygoda. Że wiara jest wymogiem i wyzwaniem, a nie świąteczną łatą na egzystencjalny ból.

Latarnia morska

Zaraz mogliby się zlecieć uczeni teolodzy, którzy zręcznymi tezami i okrągłymi słówkami zbyliby moje zarzuty. Bo nie jestem teologiem, jestem prostym człowiekiem. Staram się myśleć zdroworozsądkowo. I w mojej ocenie te zręczne tezy to nakładanie nowych łat na stare dzbany. Obecny przekaz hierarchów Kościoła to w większości politycznie poprawny bełkot. Sądzę poza tym, że starsza forma mszy świętej jest zwyczajnie lepsza do rozwoju wiary dla człowieka, który nie spędził swej młodości na katolickich uniwersytetach.

Przytoczę raz jeszcze Ziemkiewicza (hasło „Lefebryści”, [w:] W skrócie, 2009):

„A jednak Kościół posoborowy, który obrócił kapłana przy ołtarzu plecami do sanctissimum i z przewodnika ludu w drodze do Pana zrobił zabiegającego o poklask tegoż ludu szołmena, budzi we mnie daleko mniejszy szacunek niż kościół lefebrystów z ich „eksperymentem tradycji”. I byłoby tak, nawet gdyby episkopat nie okazywał się en masse jeszcze jedną biurokratyczną korporacją, skupioną na mnożeniu kościelnego majątku i zajadłej obronie swoich kapusiów przed lustracją. […]

Ja sądzę, że potrzebuje się Kościoła z tych samych powodów, dla których błądzący żeglarz potrzebuje latarni morskiej. Potrzebuje się stałego, niezmiennego punktu, na który można się orientować, nawet wiedząc, że nie będzie się go nigdy umiało osiągnąć. Więc kiedy mędrkowie wsadzili tę latarnię na kółka i zaczęli mnie nią gonić z pretekstem, że trzeba być ze światłem bliżej człowieka, to był to postępek na tyle bezsensowny, że równie dobrze mogliby owo światło od razu zgasić.

Może zresztą tak naprawdę o to właśnie reformatorom chodziło?”

I z tą myślą Państwa zostawiam.

Seminarium w Écône
(fot. DICI – http://www.dici.org/wp-content/uploads/2011/04/econe_11.jpg, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=53945183)

P.S. Wydarzenia opisane w tym tekście wywołują wiele kontrowersji. Fakty są bezsprzecznie faktami; jednakże siłą rzeczy wymagają one interpretacji, która to interpretacja nie może być pozbawiona subiektywności. Może zawierać błędy w ocenie – niestety ludzki umysł ze swej natury jest ograniczony i omylny.

Można się ze mną nie zgadzać. Moim celem jednakowoż nie jest przekonanie do swoich poglądów, ale skłonienie do refleksji. Zachęcam Czytelnika do wyrobienia sobie zdania i dalszego rozmyślania nt. Kościoła.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.