adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Areopag Młodych, Społeczeństwo, Wiara

Po Namyśle: Przestańcie krzywdzić dzieci „roratami”

„Jak to fajnie, że ci fajni księża robią takie fajne roraty. Jest tyle dzieci! Oni tak je zachęcają do Kościoła! O, i piosenka też fajna. Aż chce się tańczyć! Fajnie, że są takie Msze, przynajmniej dzieci się nie nudzą w kościele i chcą przychodzić”.

To bardzo częsta postawa, z którą można się spotkać w rozmowach na temat Mszy w czasie oczekiwania na narodziny Zbawiciela. I na temat „Mszy dla dzieci” w ogólności. Sam na takie chodziłem, kiedy byłem mały. Był nawet taki rok, kiedy byłem na wszystkich roratach! Uwielbiałem się zgłaszać, odpowiadać na pytania, wygrywać nagrody, świecić lampionem z innymi dziećmi. Pamiętam, że faktycznie było ich wtedy dużo. Jak to się jednak dzieje, że po nieco ponad dekadzie z niemałym trudem odnajduję na Mszach niedzielnych kogokolwiek z dzieci z tamtych czasów? Ba, już za czasów gimnazjum czy późnej podstawówki trudno było być zadowolonym z frekwencji młodzieży w kościele. Jak to jest możliwe, że dzieci, które tak ochoczo pojawiały się na roratach, ostatecznie porzucają Kościół?

Co to w ogóle są roraty?

Od strony liturgicznej roraty to adwentowa Msza wotywna o Najświętszej Maryi Pannie. Tradycyjnie były one odprawiane o świcie, teraz jednak bardzo często można trafić na nie wieczorną porą. W zarządzeniu w sprawie Mszy wotywnych z 31 marca 1971 roku czytamy, że „konferencja Biskupów pozwala odprawiać we wszystkich kościołach i kaplicach: W dni powszednie Adwentu jedną Mszę świętą wotywną Rorate z prefacją o N. Maryi Pannie, albo z drugą prefacją adwentową. W tych Mszach wotywnych można odmawiać hymn Chwała na wysokości Bogu; nie odmawia się natomiast wyznania wiary”. Do zwyczajów roratnych należą: roratka, śpiew Gloria – mimo trwającego Adwentu – czy lampiony i świece. Roratka to symbolizująca Maryję siódma świeca, często przewiązana błękitną kokardą. Lampiony czy świece kojarzą się z oczekiwaniem, podobnym do oczekiwania panien roztropnych z jednej z przypowieści. W kościele podczas rorat panuje mrok, światła są wygaszone. W zależności od lokalnego zwyczaju trwa to do końca Mszy lub do śpiewu hymnu Gloria.

Czym stały się roraty?

Od pewnego czasu roraty niestety zostały niemal zawłaszczone przez pewną redakcję produkującą materiały roratne dla dzieci. Pamiętam z własnego dzieciństwa, że były poruszane różne tematy – „czwarty król”, misje, Ziemia Święta. Zawsze było kazanie dialogowane, pytania, piosenka. Ksiądz chodził po kościele i podsuwał dzieciakom mikrofon, żeby uzyskać odpowiedzi na zadane przez siebie pytania. Niewiele zmieniło się od mojego dzieciństwa. Może jedynie postęp technologiczny spowodował, że zamiast przebranego dziecka czytającego opisy czy wspomnienia, są one odtwarzane z płyty. Podobnie z piosenkami. Już nie gitara, a nagranie. W świadomości wiernych roraty na dobre zakorzeniły się jako Msza dla dzieci.

Przestudiowałem rozpiskę Mszy Świętych w dziewiętnastu (19) parafiach dwóch (2) dekanatów pewnego miasta pod kątem rorat. Łącznie w ciągu jednego tygodnia odprawianych jest dziewięćdziesiąt pięć (95) Mszy roratnich. Dla dorosłych i młodzieży jest przewidzianych jedenaście (11) z nich. Jednak ile tych Mszy odprawianych jest legalnie? DWIE (2!). Po jednej w dwóch parafiach. Dlaczego legalnie? Ano dlatego, że przytoczone przeze mnie wcześniej rozporządzenie z 1971 roku mówi o tym, że w jednym (1) kościele może być tylko jedna (1) wotywa o Najświętszej Maryi Pannie w ciągu jednego (1) dnia. Cichym faworytem tego rankingu są dwie (2) parafie, które w ciągu pięciu dni oferują roraty osiem (8) razy. Dwanaście (12) parafii wydaje się w ogóle nie być zainteresowanymi duszpasterstwem dorosłych.

Problem jednakże nie dotyczy jedynie wspomnianego miasta. Jest to tylko niewielki wycinek zakrojonej na ogólnokościelną skalę akcji gwałtu na pobożności dzieci. Część z czytających to oburzy się zapewne, dlaczego używam tak mocnych słów. Nie bez przyczyny.

Kłentinek

Wyobraźmy sobie małego chłopca. Nazwijmy go nowomodnie Kłentinek. Dochodzi on do wieku okołopierwszokomunijnego. Mama zabiera go na roraty, bo wszystkie dzieci chodzą. Kłentinek dzielnie brnie przez śniegi z lampionem (o ile akurat jest w grudniu śnieg lub chłopiec nie jest przywożony samochodem). Razem z tłumem sobie podobnych dzieci ustawia się w przedsionku kościoła. Nie ma tam dorosłych, więc hałas jest jak na dworcu w godzinach szczytu. W procesji wejścia dzieciaki idą z księdzem i ministrantami do ołtarza. Przepychają się między sobą, żeby zająć jak najlepsze miejsce, gdzie zastaje je wprowadzenie do Mszy. Na Gloria pada komenda celebransa, żeby dzieci podniosły lampiony najwyżej jak się da, żeby oświetlić Panu Jezusowi drogę. Kłentinek oczywiście nie może być gorszy od swojego kolegi Brajanka, który jest nieco wyższy, wobec czego najpierw cały swój wysiłek skupia na wyciągnięciu się najbardziej jak to możliwe, a kiedy nic to nie daje, zaczyna podskakiwać, a razem z nim kilkoro innych maluchów. Dorośli nawet gdyby chcieli, nie są w stanie zareagować, bo stoją w ławkach zbyt daleko od swoich dokazujących pociech. Na czytania i proklamację Ewangelii dzieci wracają do ławek, gdzie są strofowane przez co rozsądniejszych dorosłych. Nadchodzi punkt kulminacyjny – kazanie roratne. Ksiądz prosi wszystkie dzieciaki do przodu. Mama Kłentinka lubi tylne ławki, zatem żeby zająć miejsce w pierwszym rzędzie na środku, Kłentinek musi biec przez całą długość kościoła. Niestety ląduje z tyłu na skraju. Ksiądz rzuca hasło tegorocznych rorat, dzieci podają odzew. „Nie słyszę was!”. Tym razem dzieci krzyczą głośniej. Ksiądz, szczerząc się do uchachanych rodziców, wyraża wątpliwość: „Co wy? Śniadania nie jedliście?”, co powoduje, że tym razem dzieci drą się wniebogłosy, żeby udowodnić, że jednak jadły. Zaczyna się show. Ksiądz rzuca na rozgrzewkę jakieś pytanie niezwiązane z tematem rorat. „Co to jest? Ma czerwony nos, jest biały i stoi przed naszym kościołem?” – „Bocian!” – odpowiada jedno z dzieci (odpowiedź autentyczna), wzbudzając tym ogólną wesołość zebranych. Pora na meritum. Z nagrania płynie opis życiorysu, miejsca lub – co gorsza – fragment Pisma Świętego. Kłentinek w sumie nie jest zainteresowany, ale słucha z myślą o cukierku, który dostanie za poprawną odpowiedź na pytanie dotyczące treści nagrania. Ksiądz zadaje pierwsze z nich i las rąk wystrzeliwuje w górę. Po pewnym czasie dzieci na skrajach zaczynają być niezadowolone, że ksiądz orbituje z mikrofonem tylko wokół środka i zaczynają skakać, żeby przykuć jego uwagę, lub gadać, tracąc zainteresowanie treścią performensu. Kłentinek zabija nudę, szarpiąc warkoczyki stojącej obok Dżesiki. Pora na piosenkę. Z głośników zaczyna lecieć skoczne sacro-polo, ksiądz zachęca, żeby dzieci zaczęły tańczyć, twarzą w stronę rodziców. To już koniec kazania. Czas na modlitwę wiernych. Spontaniczną. Pojawiają się sensowne wezwania. Za rodziców, nauczycieli, papieża. Jako że ksiądz pochwalił, pojawiają się drugi i trzeci raz. W międzyczasie modlimy się za Pana Boga, Jezusa, Maryję i Jana Pawła II, kopiąc leżący poziom katechizacji. Ksiądz śmieje się do mikrofonu, że przecież już pięć razy mówił, że modlimy się DO Boga ZA WSTAWIENNICTWEM świętych. Dorośli zrywają boki w ławkach. Kłentinek zrywa czapkę Dżesice. I zrzuca na ziemię. Zaczyna się przygotowanie darów. W procesji z darami dzieci dodatkowo przynoszą zeszyty z religii. Trzeci raz w tygodniu te same. Tylko tym razem będą już musiały zabrać je z zakrystii po Mszy, bo będą potrzebne na katechezie w szkole. Msza trwa. Nie ma co przeciągać nieistotnych fragmentów, wobec czego Ksiądz odbębnia szybko II Modlitwę Eucharystyczną. Na Ojcze nasz obowiązkowo wszystkie dzieci przyjmują postawę oranta. Nie wiedzą, co oznacza, ale ksiądz im kazał. Czujące coraz większą swobodę latorośle przekazują znak pokoju niemal wszystkim w kościele, Kłentinek leci do przodu, bo mama kazała mu pogodzić się z Brajankiem za akcję z przepychaniem na Gloria, a z Dżesiką za warkoczyki i czapkę. Podczas Komunii ksiądz w ramach błogosławieństwa wyciera palec z partykułami Ciała Pańskiego we włosy Kłentinka. W sąsiedniej kolejce w umorusaną od leżenia na ziemi czapkę Dżesiki palec z partykułami Ciała Pańskiego wyciera pan szafarz nadzwyczajny, symulując błogosławieństwo. Po Komunii pora na losowanie nagród. Kłentinek kątem oka widzi wchodzącego do kościoła Januszka, który spisał odpowiedzi z internetu i wpadł tylko po słodycze. Ksiądz rozwija rulony z odpowiedziami. Po chwili na ołtarzu piętrzy się stos śmieci – zmiętych kartek, gumek recepturek, rozciętych wstążek. Kiedy już wszyscy zostali nagrodzeni, a połowa dzieciaków zjadła w międzyczasie swoje cukierki, nadchodzi czas na błogosławieństwo i rozesłanie. Kłentinek, nie czekając na koniec pieśni, wybiega z kościoła, bo chce jeszcze pograć na komputerze.

Zobacz też:   Symbolika potraw wigilijnych

Może i ta historia wydaje się nieco przekoloryzowana, niemniej jednak stanowi swoistą kompilację autentycznych (!) patologicznych zachowań związanych z Mszami dla dzieci.

Mija kilka lat. Kłentinek jest już w jednej ze starszych klas podstawówki. Mama – wyznająca katolicyzm kulturowy – zachęca go, żeby dalej chodził na roraty. Tylko że dla niego wymachiwanie lampionem i tańczenie do piosenek „to już trochę siara”. I ten ksiądz to tak „gada jak do małych dzieci”, a „on już przecież jest dorosły!”. Nie za bardzo ma co ze sobą zrobić w kościele. Nie został nigdy ministrantem, więc nie potrafi dostrzec piękna liturgii. Na wspólnotę młodzieżową jest jeszcze trochę za mały. Katecheza w szkole niczym go nie zainteresowała. Idzie na „normalną Mszę” w niedzielę, a tam jest dla niego nudno, bo całe dzieciństwo był przyzwyczajany do zabawy podczas liturgii.

Mija kolejne kilka lat. Byłby czas zacząć przygotowania do przyjęcia sakramentu bierzmowania. Chodzi, bo babci byłoby smutno, a rodzice mu powiedzieli, że bez tego nie dostanie ślubu. A poza tym istnieje prawdopodobieństwo, że kiedyś zostanie chrzestnym, a głupio byłoby musieć odmówić. Dostaje indeks, co tylko utwierdza go tylko w przekonaniu, że Kościół to nudna, skostniała instytucja. W bólach zdaje wszystkie modlitwy i przystępuje do „sakramentu pożegnania z Kościołem”. Pojawi się jeszcze tylko na paru uroczystościach rodzinnych i z koszyczkiem po święconkę.

Do tego wszystkiego dochodzą wszyscy członkowie grup „nieuprzywilejowanych” podczas takich Mszy. Chodzi mi o dorosłych i młodzież, którzy są czcicielami Matki Bożej. Zamiast otrzymać jakąś homilię będącą rozbudowaniem i aktualizacją fragmentu liturgii słowa z dnia, są mimowolnymi obserwatorami infantylnych popisów księdza i chaosu u stopni ołtarza. Jeśli losowanie nagród jest przed rozesłaniem, dodatkowo muszą z zażenowaniem obserwować te przeciągające się harce, bo przecież Najświętsza Ofiara trwa i nie wyjdą z niej przed błogosławieństwem. A rorat „dla dorosłych” przecież jak na lekarstwo.

Dla kogo są „Msze dla dzieci”?

Wydawać by się mogło, że to pytanie zawiera już odpowiedź. Nic bardziej mylnego. „Msze dla dzieci” są dla dorosłych i dla księży.

Dlaczego dla dorosłych? To dla nich rozrywka porównywalna z oglądaniem śmiesznych kotków, które nieporadnie przewracają się na filmikach w internecie. A dzieci to widzą. I uczą się. Wyobraźcie sobie dziecko, które głośno odbije sobie po posiłku przy stole. Albo rzuci zasłyszanym u dorosłych wulgaryzmem. Czyli zachowa się niestosownie do okoliczności. Jeśli w porę nie zareaguje się odpowiednio, tylko zamiast tego zebrane towarzystwo zacznie się śmiać, dla dziecka będzie to zachęta do powtarzania złego zachowania. Bo śmiejący się dorosły to aprobujący dorosły. To są jedne z podstawowych mechanizmów działających u dzieci. O ile jednak mało który dorosły pozwoli na niestosowne zachowanie dziecka przy stole, o tyle niestosowne zachowanie dziecka w kościele jest z jakiegoś powodu normalizowane.

I tu dochodzimy do drugiej grupy docelowej Mszy dla dzieci, a jednocześnie wodzirejów tego całego zamieszania – księży. Msze „dla dzieci” pozwalają im na to, żeby zrealizować swoje wszystkie najmroczniejsze fantazje (anty)liturgiczne. Pozwalają im na swobodę. I to niemal niczym nieskrępowaną. Bo jeśli przyjdzie niezadowolony wierny, czy nawet biskup wezwie go „na dywanik”, zawsze będzie można wybronić się tym, że „to dzieci” i „ja musiałem to zrobić”. I to właśnie nieodpowiedzialność wynikająca z poczucia bezkarności połączonego z powszechnością powoduje, że to zjawisko utrzymuje się w krajobrazie duszpasterstwa. Do tego dochodzi błędne przekonanie, że kluczowym zadaniem realizowanym podczas Mszy ma być katechizacja.

A tymczasem zamiast duchowości funduje się dzieciom rollercoaster religijnej rozrywki. Pisał Joseph Ratzinger w Duchu Liturgii: „Atrakcyjność taka nie trwa długo; na rynku ofert spędzania wolnego czasu, gdzie rozmaite formy religijności coraz częściej funkcjonują jako rodzaj podniety, konkurencja jest nie do pokonania”. I to, o czym piszę w perspektywie długoterminowej, jest już widoczne w trakcie nawet i jednego adwentu. Na początku na roraty przychodzą tłumy dzieci. Pod koniec będzie przychodziła jedna trzecia, przy dobrych wiatrach –  połowa.

Czy da się to jakoś rozwiązać?

Po historii Kłentinka przytoczonej powyżej można odnieść wrażenie, że jej autor musi bardzo nie lubić dzieci. Jest wręcz przeciwnie. To właśnie z troski o wiarę i duchowość „przyszłości Kościoła” powstał powyższy tekst. Ba, uważam wręcz dzieci za szalenie inteligentne i zdolne do pojęcia niektórych konceptów szybciej niż dorośli. Nie da się ukryć, że niektóre treści warto przekazywać dzieciom w prostych słowach. Ale bynajmniej nie wymaga to infantylnego pajacowania ze strony księży, ponieważ – piszę to z bólem – jest to traktowanie dzieciaków jak idiotów i obrażanie ich inteligencji.

Dzieci uwielbiają naśladować dorosłych. Uwielbiają ich obserwować. Dzięki temu się rozwijają. Dlaczego więc na Mszach dla dzieci spędza się je wszystkie razem, przez co zaczynają się zachowywać… jak dzieci? Żeby nie było – absolutnie nie mam pretensji do dzieci, że zachowują się jak dzieci. Dzieciństwo to piękny czas. Sam bardzo dobrze je wspominam. Na wszystko jest jednak odpowiednia pora. Pięknie pisze o tym Kohelet w trzecim rozdziale. „Jest […] czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów”.

Rodzicu. Siądź z dzieckiem w ławce. Pokaż mu, jak Ty się modlisz. Daj dobry przykład. Wychowaj je do wiary. Tłumacz, co dzieje się w danym momencie na ołtarzu. A jeśli sam nie wiesz, to idź do domu i przemyśl swoją wiarę.

Kapłanie. Składasz ofiarę w imieniu ludu. Rób to godnie, a nie wciskając ją na chybcika w antrakcie swojego występu. Bo efektem powyższego jest to, że przychodzi Ci się mierzyć z faktem, że młodzież uznaje wiarę albo za coś infantylnego, albo za coś dla „klepiących zdrowaśki babć”. I to już nadszedł ten czas, że w większości nie możesz liczyć na wsparcie rodziców w przekazywaniu wiary. Bo oni sami są wychowankami „Mszy infantylnych”. Przerwij to, póki jest szansa, że uda się trend odwrócić. I jeśli nie starasz się na katechezie wystarczająco – popraw się, a nie nadganiaj na kazaniach podczas rorat, bo to już dawno „po ptokach”.

Pokazujcie dzieciom, że Msza jest momentem najbliższym Niebu. Nie gwałćcie ich pobożności i wiary przez infantylizm i tanie sztuczki. Bo to krótkowzroczne działanie – nawet podszyte dobrymi intencjami – obraca się przeciwko Wam, przeciwko nam i przeciwko Kościołowi, co uważny obserwator eklezjalnej rzeczywistości już jest w stanie zaobserwować.

A Wy, niebiosa, spuśćcie rosę. Obłoki, spuśćcie z deszczem sprawiedliwego. Ziemio, otwórz się i zrodź zbawiciela.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

36 komentarzy

  • Avatar
  • Avatar
  • Avatar
  • Avatar
  • Avatar
  • Avatar
    • Avatar
  • Avatar
    • Avatar
  • Avatar
    • Avatar
  • Avatar
  • Avatar
    • Avatar
      • Avatar
    • Avatar
  • Avatar
    • Avatar
      • Avatar
  • Avatar
    • Avatar
  • Avatar
    • Avatar
  • Avatar
  • Avatar
    • Avatar
      • Avatar
  • Avatar
    • Avatar
      • Avatar
        • Avatar
          • Avatar

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.