adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Polonia Zawsze Wierna

Zambia w odcieniach miłości, czyli o pracy polskich misjonarzy w Afryce

Trudne warunki pogodowe, dzikie zwierzęta, tropikalne choroby, niestabilna sytuacja polityczna… Praca misjonarza w Afryce wiąże się z licznymi trudnościami. Zdążyliśmy się o tym przekonać już wielokrotnie w naszych wywiadach z cyklu #PoloniaZawszeWierna, które jednak pokazały nam, że wielu naszych rodaków decyduje się pomagać w prowadzeniu do zbawienia dusz mieszkańców Czarnego Lądu. Dlaczego polscy misjonarze podejmują to zadanie? Jak wygląda ich praca w Zambii i z czym się ona wiąże? Na te pytania i inne w rozmowie z Konradem Myszkowskim odpowiadał Bartłomiej Matera z Wolontariatu Misyjnego Salvator.

Konrad Myszkowski: Czym jest Wolontariat Misyjny Salvator? Jakie ma cele i w jaki sposób działa?

Bartłomiej Matera: Wolontariat Misyjny Salvator to grupa młodych ludzi z całej Polski, w których zrodziło się pragnienie misji, czyli chęć bezinteresownej służby drugiemu, potrzebującemu człowiekowi. Gromadzimy się przy zakonie księży salwatorianów, którzy pomagają nam od strony duchowej właściwie przygotować się do posługi na misjach, jak i w życiu codziennym. Przyświecają nam słowa o. Franciszka Jordana, założyciela zakonu: „Dopóki żyje na świecie choćby jeden tylko człowiek, który nie zna i nie kocha Jezusa Chrystusa Zbawiciela Świata, nie wolno Ci spocząć”.

Dla lepszej organizacji podzieleni jesteśmy na kilka regionów: elbląski, krakowski, lubelski, podkarpacki, śląski, warszawski, wrocławski, a od niedawna również londyński w Wielkiej Brytanii. Rok formacyjny, w czasie którego formujemy i skupiamy się na działalności lokalnej, trwa od października do czerwca. W tym czasie raz w miesiącu odbywają się w każdym regionie spotkania, pomagające nam w lepszy sposób przygotować się do posługi, wzrastać w wierze oraz zacieśniać więzy wspólnotowe, na które również kładziemy nacisk. W ramach formacji nie tylko chcemy się rozwijać, ale także wychodzić do drugiego człowieka.

Często słyszymy w rozmowach, że „pomagać można wszędzie, nie trzeba do tego wyjeżdżać na misje” – w WMS-ie w pełni się z tym zgadzamy i staramy się tę myśl również realizować. Co więcej, największym owocem misji „tu i teraz”, poza oczywiście dziejącym się dobrem, jest możliwość weryfikacji w sobie, czy chęć wyjazdu misyjnego jest bezinteresowna. W WMS-ie próbujemy unikać zjawiska zwanego „wolonturystyką”, stawiając na pierwszym miejscu szczerą chęć pomocy potrzebującemu człowiekowi w imię Bożej miłości. Dzięki misji „tu i teraz” zdobywamy również doświadczenie w pracy np. z dziećmi, osobami skrajnie biednymi czy niepełnosprawnymi.

Tak zdobyta praktyka jest niezwykle cenna w pracy na placówkach misyjnych rozsianych na całym świecie. Gdzie? Między innymi na Ukrainie, Białorusi, Węgrzech, Albanii, Filipinach, w Kazachstanie, Ziemi Świętej, Rosji czy Zambii. Wyjeżdżamy przede wszystkim w okresie wakacyjnym na krótko- i średnioterminowe misje w celu pomocy stałym misjonarzom w konkretnych projektach lub pracach misyjnych, np. organizacji wakacji z Bogiem, prowadzenia szkoły w slumsach, opieki w ośrodkach pomocy dla niepełnosprawnych czy pracach budowlanych. Wynika to z ogromu zadań przypadających na zaledwie jednego lub dwóch misjonarzy na placówkach, którzy stają przed dylematami, w jaki sposób pogodzić posługę duszpasterską z czasochłonnymi dziełami miłości Caritas. Nie wszędzie można liczyć na zaangażowanie lokalnych społeczności pogrążonych w nieustannej walce o związanie końca z końcem. Zdarza się też, że nie posiadają odpowiedniej wiedzy i umiejętności do niektórych zadań. Misjonarze stają wtedy przed tym samym dylematem, co dwadzieścia wieków temu apostołowie w Dziejach Apostolskich.

„»Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbywali słowo Boże, a obsługiwali stoły« – powiedziało Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów. »Upatrzcież zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości! Im zlecimy to zadanie«”. I właśnie to jest sens i cel istnienia Wolontariatu Misyjnego Salvator.

KM: Co przekonało Pana, że Pan Bóg chce Pana posłać właśnie na misje?

BM: Temat wyjazdów misyjnych w moim życiu pojawił się praktycznie znikąd i jeszcze kilka lat temu nawet przez myśl by mi nie przeszło, że będę działać jako wolontariusz misyjny. Z drugiej strony wpisuje się to idealnie w to, co uznaję za swoje powołanie – służbę, która od dziecka jest częścią mojego życia. Najpierw poprzez wieloletnią służbę ministrancką, później zacząłem posługiwać się talentami, jakie otrzymałem, śpiewając w chórze Cantus Laudabilis, a także jeździć jako opiekun-wolontariusz na wakacje z Bogiem. Na jednej z pielgrzymek do Częstochowy poznałem wolontariuszy z Wolontariatu Misyjnego Salvator, którzy wprowadzili mnie później we wspólnotę WMSu.

Ciężko mi określić, w którym momencie roku formacyjnego zrodziło się we mnie pierwsze pragnienie wyjazdu na misje, ale zaowocowało ono posługą wolontariacką w placówce misyjnej w Albanii sierpniu 2018 roku. Wspominam o tym, bo to właśnie tam miał miejsce początek misji w Zambii. Na jednej z adoracji pojawiła mi się w głowie myśl „Zbuduj kościół”. Nie jestem typem osoby, która jest szczególnie przekonana co do tego typu „personalnych objawień”, mimo to gdzieś te słowa we mnie zostały i nie chciały wyjść mi z głowy. W listopadzie postanowiłem dać tej uporczywej myśli szansę na urzeczywistnienie się i z wielką dozą nieufności podjąłem działania w tym kierunku. Nie mając pomysłu, jak podejść do tematu, otworzyłem spis placówek misyjnych, na które w ubiegłych latach wyjeżdżali wolontariusze WMS-u i zacząłem pisać do misjonarzy, z którymi mamy kontakt, czy mają może w planach projekty budowlane.

Odpowiedź nadeszła szybciej, niż się mogłem tego spodziewać. Po niespełna piętnastu minutach odpowiedział mi ks. Paweł Fiącek, salwatorianin będący misjonarzem w Zambii. Okazało się, że właśnie szykował się do budowy kaplicy na jednej z podstacji i potrzebował kogoś do pomocy przy realizacji projektu. I tak po niespełna godzinie od naszego pierwszego kontaktu obaj byliśmy zdecydowani na podjęcie współpracy. Ciężko mi zatem wskazać jeden konkretny moment, kiedy coś mnie przekonało do wyjazdu na misje. To był proces, wieloletni zamysł Pana Boga, w którym zaufanie Mu i otwartość na pójście w nieznane i nieoczekiwane były chyba kluczem.

KM: Jak wygląda codzienne życie w Zambii ? Czym różni się od życia w Polsce?

BM: Odpowiedź na to pytanie jest dość obszerna, ponieważ jest zależna od tego, o czyje życie pytamy. Przede wszystkim należy zdać sobie sprawę z realiów panujących w Zambii. Sam kraj pod względem terytorium jest dwukrotnie większy od Polski, przy dwukrotnie mniejszej liczbie mieszkańców. W strukturze społecznej, jak chodzi o rdzennych Zambijczyków, brakuje typowej klasy średniej, a dysproporcja pomiędzy naszym rozumieniem klasy bogatej i biednej jest olbrzymia. Zdecydowana większość ludzi zamożnych mieszka w pobliżu dużych miast, takich jak Lusaka – stolica Zambii, czy Livingstone. Ich życie codzienne jest podobne do tego, jakiego doświadczają mieszkańcy Europy Zachodniej czy Ameryki Północnej. Centra handlowe, samochody, przestronne domy nie są im obce. Tych ludzi należy jednak wyjąć poza nawias i traktować ich w dalszych rozważaniach jako wyjątek.

Całą resztę populacji Zambii można by podzielić na trzy kategorie: ludzi żyjących względnie godnie, ludzi żyjących biednie i takich, dla których pozory normalnego życia są nieosiągalnym luksusem. Większość z Zambijczyków z pierwszej kategorii spotkamy w okolicach miast i miasteczek. Mogą uważać się za szczęśliwców, gdyż mimo że ich domy są małe jak na europejskie standardy (40m2), to jednak zbudowane są z pustaków, mają blaszane dachy przymocowane do krokwi i zapewniają bezpieczeństwo przed światem zewnętrznym. Życie na takim poziomie związane jest jeszcze z dwoma błogosławieństwami. Pierwszym jest brak zmartwień o wyżywienie, co dla przynajmniej połowy Zambijczyków pozostaje jedynie marzeniem. Drugim, który jednocześnie pozwala na życie na takim poziomie, jest stała praca lub posiadany warsztat, narzędzia dające możliwość na odpłatne świadczenie usług innym. Dzięki temu stać ich na posyłanie dzieci do szkół podstawowych czy liceów i na finansowanie nauki (edukacja w Zambii jest płatna) bez konieczności przerywania jej na zdobywanie funduszy. Jednocześnie osoby wykształcone mogą o wiele łatwiej znaleźć pracę w zawodach, gdzie wymagana jest znajomość obsługi komputera (co nie jest tak samo powszechne jak w Europie), czy w miejscach, które wymagają pewnych kompetencji i profesjonalizmu.

Z drugiej strony miasta to także miejsca, gdzie kontrast społeczny jest najbardziej widoczny. Obok ludzi, którzy żyją na względnie przyzwoitym poziomie, jest całe mnóstwo takich, którzy niejako walczą o życie i godność, często przegrywając. Używki w miastach to poważny problem, zwłaszcza wśród dzieci ulicy. Część z nich żebrze, sprzedaje towary z bazarów na ulicy, żeby zarobić na coś do jedzenia, pomóc rodzinie, inni, żeby mieć na środki odurzające. Warto tu wspomnieć, że średni wiek mieszkańca Zambii obecnie to ok. siedemnastu lat. Ma to nie tyle związek z długością życia, co z ilością rodzących się dzieci. Struktura demograficzna tego kraju wyraźnie pokazuje, że to dzieci i młodzież stanowią większość mieszkańców. Wiele z nich to sieroty, których rodzice albo nie żyją, albo jedno z nich musiało wyjechać za pracą i nigdy już nie wróciło. Stąd tak ważne są różne ośrodki, domy opieki, często prowadzone przez misjonarzy i misjonarki, w których młodzi próbują wyjść z nałogów i zdobyć edukację, mając jednocześnie zapewnione schronienie w zamian za wolność od używek.

Kolejną grupę wśród mieszkańców Zambii stanowią ludzie biedni, którzy szukają i korzystają ze wszelkiej sposobności, aby poprawić jakkolwiek swój byt. Spotkać ich można zarówno w miastach, jak i w wioskach. Niejednokrotnie podejmują się karkołomnych zadań, pracy w bardzo niekorzystnych warunkach za skromne, zdecydowanie nie zaspokajające wszystkich potrzeb wynagrodzenie. Inni trudnią się prowadzeniem maleńkich sklepików w wioskach, w których sprzedają towary zakupione w miastach oraz warzywa i owoce pochodzące z ich własnych ogródków.

Większość Zambijczyków nie posiada własnych aut, w związku z tym przemieszczają się przy pomocy transportu zbiorowego, który przybiera różne formy. Od w pełni legalnych i zorganizowanych firm transportowych posiadających autokary (głównie przewożą bardziej zamożnych ludzi pomiędzy dużymi miastami), przez busiki stanowiące główną oś transportu publicznego, ciężarówki i pickupy łapane „na stopa”, aż po taksówki, które jednak różnią się od ich europejskich odpowiedników. Taksówka w Zambii to tzw. shared taxi, to znaczy, że kierowca rusza z punktu A do B, jeżeli uzna, że albo ma wystarczająco zapełniony pojazd (i proszę pamiętać, że do pięcioosobowego samochodu spokojnie może się zmieścić 8-9 osób z bagażem) lub gdy opłata od mniejszej ilości osób będzie go satysfakcjonować. Nie przeszkodzi mu to jednak w zabraniu po drodze innych podróżnych szukających okazji na szybsze dotarcie do celu.

Ostatnią grupą są osoby, które spotkać można przede wszystkim we wsiach i wioskach będących niejednokrotnie pośrodku niczego. Korzystają z każdej okazji, aby zarobić dosłownie kilka groszy, które w zdecydowanej większości przeznaczają na jedzenie. I zapewniam, że starcza to być może na jeden, względnie syty posiłek dziennie, co już jest dla nich powodem do niemałej radości. Mieszkają zazwyczaj w glinianych lub słomianych chatkach, których postawienie nie wymaga żadnego wkładu finansowego, a jedynie czasu. Niejednokrotnie za drzwi służy płachta materiału, a dach to zręczna konstrukcja folii i wyschniętej trzciny. Woda czerpana jest z rzeki lub ze studni napędzanej siłą rąk, a jej czystość pozostawia wiele do życzenia. Warto jednak pamiętać, że wiele z osób, które w ten sposób funkcjonują, żyje w takich warunkach od najmłodszych lat i jest do tego przyzwyczajona. Do takich osad nie dociera na ogół sieć energetyczna, więc życie toczy się od wschodu do zachodu Słońca. Nie oznacza to jednak, że po zmroku całkowicie zamiera. Miejsce zmysłu wzroku zajmuje słuch. I nie tyle ma to związek ze strachliwym wypatrywaniem zagrożenia, co z niosącymi się na wiele kilometrów odgłosami pięknych śpiewów przy akompaniamencie huku bębnów.

Tam, gdzie dotarł prąd, rolę wspólnego muzykowania przejmuje barowe nagłośnienie, które darzy muzyką do późnych godzin nocnych wszystkich niezależnie od ich woli. Ma to jednak nie tylko wymiar kulturalny. Będąc w Zambii, da się zauważyć taki zwyczaj – ogólnie przyjętą zasadę – że im głośniej puszczana jest muzyka, tym większą uwagę przyciąga dany lokal. Ma to zastosowanie począwszy od centrów handlowych dla bogaczy w stolicy, poprzez sklepiki z asortymentem wszelakim, aż po bazarowe stragany i puby – jeżeli ktoś tylko dysponuje jakimś głośnikiem, z pewnością skorzysta z jego pełnej mocy. Zarówno do puszczania muzyki, jak i ogłaszania promocji.

Sami Zambijczycy na przekór wszystkim trudnościom są bardzo przyjaznym i wspólnotowym społeczeństwem. W porównaniu z nimi my, Polacy jesteśmy wręcz chłodno usposobionym narodem. Naturalne jest tam zaczęcie rozmowy z nieznajomym. Niejednokrotnie ktoś obcy szczerze zmartwi się naszymi problemami, ucieszy się z naszych sukcesów albo spróbuje pomóc w kłopocie. Jako przykład podać mogę sytuację, kiedy szukałem po ulicach Lusaki fachowca do naprawy pewnej części elektronicznej. Widząc, jak się rozglądam po okolicy, zatrzymał mnie sprzedawca ze sklepu z częściami motoryzacyjnymi. Po wytłumaczeniu mu, kogo szukam, stwierdził, że zna człowieka, który się tym zajmuje. Zamknął sklep i poprowadził mnie uliczkami i zakamarkami, o których istnieniu wolałbym nawet nie wiedzieć, a co dopiero iść nimi. Po kilku minutach spaceru dotarliśmy na miejsce. Mój „przewodnik” nie tylko doprowadził mnie faktycznie do celu, ale jeszcze skutecznie pomógł w negocjacjach ceny i zaskoczył mnie, nie oczekując niczego w zamian. Cieszył się, że mógł mi pomóc i porozmawiać ze mną.

Bartłomiej Matera
Sklepiki w zatoce Chanyanya
Domy w Deepi

Warto jednak pamiętać, że o ile Zambijczycy są otwarci i przyjaźni i wybaczą wiele nietaktów, których biały nowicjusz się nie ustrzeże, o tyle są też pamiętliwi i jeżeli poczują się urażeni, potraktowani niewłaściwie, to mogą bardzo długo nosić urazę, niekoniecznie o tym mówiąc wprost. Zazwyczaj dowiemy się tego od osoby trzeciej i to w momencie, gdy już niewiele można zmienić. Mimo to są to sytuacje dość rzadkie i jeżeli tylko z życzliwością i szacunkiem będziemy się starać odnosić do Zambijczyków, to prawie na pewno odpłacą nam tym samym.

Bariery językowe utrudniające komunikację w Zambii istnieją, ale zazwyczaj nie stanowią większego problemu. Na terenie Zambii oficjalnie funkcjonuje siedemdziesiąt sześć języków lokalnych, z czego sześć można wyróżnić jako główne. Są to języki żywe, ludzie porozumiewają się nimi między sobą na co dzień, a nawet część radiostacji nadaje w nich. Nie oznacza to jednak, że przybysz na przykład z Europy zdany jest na jedynie na migi. Językiem urzędowym w Zambii jest język angielski. Obowiązuje on we wszystkich instytucjach rządowych, takich jak np. szkoły, urzędy, czy też w sklepach, czy punktach świadczących różne usługi. W związku z tym sporo Zambijczyków zna język angielski w stopniu komunikatywnym, choć między sobą wciąż wolą rozmawiać w rodzimych językach.

Warto również zdać sobie sprawę, jaki klimat panuje w Zambii – geografowie określiliby go jako podrównikowy suchy – i z jego konsekwencji dla mieszkańców. Występują tam dwie pory roku – sucha i deszczowa. Pora sucha trwa od maja do listopada i nie uświadczy się wtedy przez sześć miesięcy nawet kropli deszczu. Jednocześnie temperatury na przełomie maja i czerwca są względnie niskie. W dzień co prawda temperatura dochodzi do dwudziestu pięciu stopni, ale w nocy potrafi spaść do pięciu. Jest to trudne, zwłaszcza dla najbiedniejszych mieszkańców, gdyż zazwyczaj śpią w swoich chatkach na gołej ziemi, przykryci jedynie kawałkiem materiału. Pod koniec pory suchej, począwszy już od września, temperatury zaczynają doskwierać przede wszystkim przyjezdnym, kiedy to termometry potrafią wskazywać w cieniu czterdzieści stopni i więcej. Taki klimat sprawia, że poza porą deszczową niemożliwe jest uprawianie żywności, chyba że na farmach posiadających własne studnie głębinowe z potężnymi pompami. Uzależnia to ludzi również od samych opadów, które zarówno w niedomiarze, jak i w nadmiarze mogą być szkodliwe odpowiednio przez suszę, czy powodzie. Dodatkowo na drogach, gdzie w porze suchej bezproblemowo przejadą ciężarówki czy sprzęt budowlany, tam w porze deszczowej żaden, nawet najbardziej off-roadowy pojazd nie da gwarancji, że się nie ugrzęźnie błocie. Skutkuje to tym, że w czasie pory deszczowej przemieszczanie się, zarówno przy pomocy pojazdów, jak i piesze, jest bardzo utrudnione, a prace budowlane wstrzymane. Same opady też są dalekie od tych, których doświadczamy w Europie. Określenie „ściana deszczu” idealnie oddaje to zjawisko i żadna, nawet najlepsza kurtka przeciwdeszczowa przed nim nie ochroni.

Pewna znajoma misjonarka powiedziała, że najwięcej o Afryce wie się i ma do powiedzenia przed wyjazdem do niej. Ciężko mi się z nią nie zgodzić, gdyż nasze europejskie wyobrażenia o Czarnym Lądzie, o ludziach, warunkach, nawet po przeczytaniu wielu książek i artykułów będą wciąż tylko europejskimi wyobrażeniami zbudowanymi na naszym postrzeganiu i pojmowaniu świata. Dopiero obecność na miejscu i kontakt z ludźmi (i niekoniecznie z usłużną obsługą luksusowych hoteli dla turystów) sprawiają, że zaczynamy dostrzegać różnice w mentalności i percepcji otaczającego nas świata. Podsumowując, Zambia to kraj w znacznym stopniu różniący się od Polski. Nie powinniśmy jednak podejmować się jednoznacznych ocen tego południowoafrykańskiego kraju, zwłaszcza oczami Europejczyka. Zbyt wiele o sobie nawzajem nie wiemy, aby móc tego dokonywać.

KM: W jaki sposób działa Kościół w Zambii, jak jest liczny, jak jest postrzegany przez społeczeństwo?

BM: Zambia oficjalnie w swojej konstytucji z 1996 roku nazywa samą siebie krajem chrześcijańskim. Ma to pokrycie w rzeczywistości, gdyż ponad 85% Zambijczyków uważa się za chrześcijan. Ponadto są otwartym i przyjaznym społeczeństwem, dzięki temu możliwa jest koegzystencja obok siebie różnych wyznań, w związku z tym można czuć się tam bezpiecznie, zwłaszcza jako chrześcijanin. Nie jest to jednak katolicki monolit. Wręcz przeciwnie, to istna mozaika wyznań chrześcijańskich. Katolicy, którzy stanowią ok. 25% populacji Zambii, są największą grupą spośród nich.

Skąd taki stan rzeczy? Pierwsze misje chrześcijańskie dotarły na tereny Zambii niespełna sto trzydzieści lat temu. To jednocześnie wiele i niewiele, patrząc na ogrom pracy do wykonania. Z jednej strony przez ten czas udało się sprawić, że chrześcijaństwo stało się dominującą religią na terenie kraju. Powstały diecezje, a w nich seminaria, w których z powodzeniem formują się zambijscy kapłani, pokazując swoją żywą wiarę. Będąc w Zambii, ciężko jest nie zauważyć w przestrzeni publicznej haseł nawiązujących do Ewangelii. Cytaty z niej są widoczne nie tylko przy kościołach, ale też na busach, taksówkach, ciężarówkach czy szyldach sklepów – od warzywniaków po budowlane. Niedzielne msze i nabożeństwa gromadzą pokaźne grupy ludzi, którzy żywo w nich uczestniczą. Angażują się w grupy parafialne, okazują dumę z przynależności do nich, np. specjalnymi strojami.

Z drugiej strony to bardzo młody Kościół, w którym wciąż są pytania i problemy wymagające pracy misyjnej. Lokalne wierzenia i tradycje dalej są obecne, a dla wielu Zambijczyków nie ma sprzeczności pomiędzy nimi a jedynym Bogiem. Wynika to być może z tego, że są one dla nich nie tyle kwestią wiary, co czymś normalnym, współistniejącym, namacalnym. Praktycznie żaden Zambijczyk nie zje mięsa krokodyla (mimo iż turystom sprzeda), ponieważ wierzą, że w tych zwierzętach są dusze ich przodków. Postrzeganie życia duchowego w tym rejonie świata jest o wiele głębsze niż nasze. Ciężko nam, osobom z zewnątrz, zrozumieć ich kulturę, zwłaszcza, że nie jest to temat, na który ludzie chcą rozmawiać i dzielić się nim ze światem.

Popularne są także urzędy wędrownych wróżek, wiedźmaków zajmujących się oficjalnie zdejmowaniem klątw (witchcraftem). W praktyce ich praca sprowadza się do mającego duchową otoczkę śledztwa, kto jest winien danej tragedii. Ich osądy często są absurdalne z naszego punktu widzenia, a w dodatku podatne na prośby zamożniejszych mieszkańców społeczności. W wyniku wyroków, zazwyczaj jeszcze przed ich ogłoszeniem, osoby podejrzane, oskarżone muszą uciekać na drugi koniec kraju, zmieniać tożsamość, aby pozostać przy życiu. Często jako winnych podaje się dzieci, które wyróżniają się zdolnościami lub ułomnościami. Koniec końców prowadzi to do wielu ludzkich tragedii.

Cały ten aspekt lokalnych wierzeń powoduje, że współcześni misjonarze stoją wciąż przed trudnym zadaniem katechizacji ludzi i pewnego rodzaju ochrony ich przed nimi samymi, zapobiegając wielu niesprawiedliwym wyrokom. Jest to zadanie o tyle trudne, że problem dotyczy nie tylko osób nowych w Kościele (a warto pamiętać, że roczną liczbę osób, które przyjmują chrzest w przeciętnej parafii podaje się w setkach – i nie mówimy tu o nowonarodzonych), ale także tych silnie zaangażowanych w parafie, regularnie uczestniczących w życiu sakramentalnym.

Boże Ciało
Stara kaplica na Chanse
Kościół w Chikupi

Innym wyzwaniem, z jakim mierzą się księża, siostry czy misjonarze świeccy, jest wielość odłamów chrześcijaństwa. W wiosce liczącej około tysiąca mieszkańców – tak, to wciąż jest wioska – było kilkanaście świątyń różnych wyznań, zarówno tych bardziej nam znanych jak np. Adwentyści Dnia Siódmego, Kościół nowoapostolski, jak i lokalnych odłamów. Skutkuje to tym, że ludzie, zwłaszcza młodzież w szkołach, stawiani są przed trudnym dla nich zadaniem bronienia swojej wiary i przynależności do Kościoła katolickiego. Zadawane przez rówieśników pytania o rolę Maryi w Kościele katolickim (odpieranie oskarżeń o czczenie jej jako Boga) czy o kult świętych nie należą do prostych, zwłaszcza dla nastolatków. Dla misjonarzy rodzi to kolejne wyzwania, jakimi są potrzeba katechizacji młodzieży, organizacji grup przyparafialnych oraz prowadzenie ich poprzez formację, konferencje i rekolekcje.

Widać więc, że zapotrzebowanie na pracę duszpasterską jest ogromne, a misjonarze muszą dbać o rozwój duchowy i świadomość wiary u ludzi na wielu płaszczyznach, dostosowując się do ich różnych potrzeb. Nie można przy tym zapominać o realiach duszpasterskich panujących w Zambii, które są dalekie od polskich. Nie ma tam, tak jak u nas, że prawie w każdym miasteczku lub większej wsi znajdziemy co najmniej jeden kościół i kapłanów. Sytuacja jest niemal odwrotna. W miastach, owszem, większość parafii działa dzięki księżom z zambijskich seminariów. Niestety to wciąż o wiele za mało, aby móc docierać regularnie do wszystkich Zambijczyków rozsianych po całym kraju, czasem 10, 20, 80 km od najbliższej większej miejscowości. To głównie tę przestrzeń, choć nie tylko, wypełniają współcześni misjonarze. Żyją zazwyczaj w pobliżu większych miejscowości, aby mieć stosunkowo łatwy dostęp do zaopatrzenia, ale ich misja polega na pracy w terenie.

Pod pojęciem placówki misyjnej nie kryje się zazwyczaj tylko jedna parafia, ale duży obszar, na którym znajduje się sama placówka – parafia matka – oraz od kilku do czasem ponad siedemdziesięciu podstacji misyjnych, czyli wierzących i praktykujących katolickich społeczności, które niecierpliwie wyczekają wizyty kapłana. Niestety, słowa: „żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało” są tam bardzo widoczne. Wspólnoty na placówkach misyjnych liczą po jednym lub dwóch kapłanów, co przy wspomnianych potrzebach jest zatrważająco niewystarczającą liczbą. W skrajnych przypadkach ludzie czekają dwa lata na wizytę kapłana w ich wiosce, mszę i spowiedź. Wśród żeńskich zgromadzeń zakonnych posługujących misyjnie również brakuje rąk do pracy, służby drugiemu człowiekowi i ewangelizacji.

Pewna siostra zakonna, którą miałem okazję tam poznać, zajmująca się prowadzeniem rekolekcji biblijnych, opowiadała o przypadku, gdy na jedne rekolekcje prowadzone w wiosce w buszu przywędrowała kobieta. Przez cały czas ich trwania robiła nadzwyczaj skrupulatne notatki na konferencjach i widać było, że chłonie każdą chwilę, każdy szczegół. Zaintrygowana siostra postanowiła z nią porozmawiać. Okazało się, że owa kobieta, aby dotrzeć na to wydarzenie, szła trzy dni od świtu do zmierzchu. W wiosce, w której na co dzień mieszka, nie było żadnego kapłana od ponad dziesięciu lat. Wspólnota kilkunastu członków posiadała wyłącznie jedną Biblię, którą dotknął ząb czasu. To było ich jedyne źródło wiary, nadziei i namacalnej przynależności do Kościoła. Gdy dowiedzieli się, że w okolicy (tzn. kilkadziesiąt kilometrów bezdrożami) odbędą się rekolekcje prowadzone przez zakonnicę, wysłali tę kobietę niejako po dobrą nowinę. Na zakończenie, gdy siostra wręczyła jej nowy egzemplarz Pisma Świętego, zalała się łzami ze szczęścia i wdzięczności.

Zobacz też:   Na zielonej Ukrainie | Polonia Zawsze Wierna

Duszpasterstwo nie jest jednak jedyną pracą misyjną, która czeka w Zambii na posługujących. Misjonarze troszczą się także o rozwój wspólnot. Mądrą pomocą starają się poprawić teraźniejszość i przyszłość wielu ludzi. Powstają dzieła lokalnego Caritasu, budowane są studnie, a przy nich ogrody, które znacząco ułatwiają codzienne funkcjonowanie wielu ludzi. Dzięki wodzie nawet w porze suchej można uprawiać żywność, która pozwala zminimalizować głód wśród najbiedniejszych. Ponadto ewentualne nadwyżki żywności można sprzedawać na targach, pozyskując środki na zaspokojenie podstawowych potrzeb.

Powstają community schools, czyli prywatne szkoły należące do parafii, które są w miejscach, gdzie szkół rządowych albo w ogóle nie ma, albo jest w nich niewystarczająco miejsca, aby pomieścić wszystkich chętnych uczniów. Warto tu wspomnieć, że dzięki ofiarności darczyńców takie szkoły mają znacznie niższe czesne od rządowych, w związku z tym wszyscy wykazujący chęć mogą otrzymać edukacje. Oczywiście najbiedniejsze osoby mogą ubiegać się o zwolnienie nawet z tych opłat. Dzięki temu w miejscach, gdzie często nie ma prądu, a źródłem wody jest jedna mała studnia, młodzi Zambijczycy mają szansę na naukę i w przyszłości poprawienie poziomu życia swojego i swojej rodziny.

Podsumowując, Kościół w Zambii wciąż jest młody i stoi przed nim wiele wyzwań. Ziarno zostało zasiane i trzeba zadbać teraz, żeby owoce były obfite. Z mojej perspektywy uważam, że są spore szanse na dalszy rozwój wiary w tym zakątku świata, zwłaszcza dzięki pracy misjonarzy (duchownych i świeckich), lokalnych księży oraz wolontariuszy, których dane mi tam było spotkać.

KM: Na czym polegała Pana praca misyjna w Zambii?

BM: Wylatując na moją półroczną posługę do Zambii, byłem nastawiony na to, że moja praca będzie polegała przede wszystkim na transportowaniu materiałów i „podawaniu cegieł” przy budowie kaplicy. Rzeczywistość, a może raczej Pan Bóg szybko pokazał, że przygotował dla mnie o wiele więcej zadań, przy których niejednokrotnie sam siebie zaskakiwałem, że potrafię je wykonać. Moja posługa w Zambii, trwająca od maja do listopada, skupiała się na pracy przy placówce misyjnej w Mungu. Wioska położona jest w centralnej prowincji Zambii, około 10 km na zachód od miasteczka Kafue. W skład misji, poza samą parafią w Mungu, wchodzą jeszcze podstacje w: Chanyanya, Jeremiah, Chikupi, Kabewezie, Magobie, a także na dwóch wyspach na rzece Kafue: Deepi oraz Chanse. Proboszczem misji jest salwatorianin z Polski ks. Paweł Fiącek, który pomimo bycia obecnie jedynym duchownym na placówce, stara się nie tylko dbać o potrzeby duchowe wiernych, ale także prężnie rozwijać misje.

Efekty jego pięcioletniej działalności są widoczne już na pierwszy rzut oka. Misja prężnie rozrasta się zarówno pod względem duszpasterstwa, infrastruktury, jak i działalności prospołecznej. W ramach tego ostatniego aspektu utrzymuje trzy szkoły, z czego dwie udało się uruchomić w ostatnich trzech latach. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie pomoc świeckiej misjonarki Anny Lasockiej, która „na pełny etat” służy swoją wiedzą i sercem koordynując działania szkół, dbając o ich właściwe funkcjonowanie i rozwój. Mimo nieocenionej pomocy z jej strony ks. Paweł wciąż ma problem z czasem, który niezmiennie ma tylko dwadzieścia cztery godziny w ciągu doby. Wciąż na jego barkach spoczywa bycie kapłanem, szerzenie Ewangelii oraz dbanie o misję i rozwijanie jej.

Po przyjeździe do Mungu dość szybko stało się dla mnie jasne, że o ile dla księdza Pawła nie ma rzeczy niemożliwych, to problemem jest czas, który uparcie ma tylko dwadzieścia cztery godziny w ciągu doby. Wchodząc w taką rzeczywistość, nie sposób było się lenić. Jedynym słusznym rozwiązaniem było zaangażować się, podobnie jak oni, całym sobą. Wdrożenie w obowiązki i codzienne funkcjonowanie przebiegło bardzo sprawnie i nie zdążyłem się obejrzeć, a samodzielnie załatwiałem kolejne sprawy. Przejąłem znaczną część zadań technicznych i transportowych, a także zakupów – zarówno tych niezbędnych do codziennego funkcjonowania, jak i budowlanych. To były jednak tylko dodatki do moich dwóch głównych zadań – projektów na wyspie Deepi oraz Chasne, które pochłaniały większość mojego czasu.

Pierwsza połowa mojego pobytu związana była z wyspą Deepi, gdzie pomagałem stworzyć system zaopatrujący w wodę wioskę, w szczególności szkołę, zasilany energią słoneczną. Niemal równolegle miało miejsce przywracanie do użytku, niemal od podstaw, dwóch domków dla nauczycieli i wolontariuszy, którzy mieli się tam wkrótce pojawić. Po co budować studnię na wyspie, kiedy dookoła jest woda? W porze suchej, czyli przez większość roku z wioski do brzegu jest około 1,5 km, a jedna mała ręczna studnia jest niewystarczająca na potrzeby trzystuosobowej społeczności. Pobliski kanał mieszczący się tuż przy wiosce wysycha wtedy całkowicie. W związku z tym postanowiliśmy zbudować węzeł wodny składający się z wieży ciśnień wraz ze zbiornikiem na 2000 l, elektrycznej pompy głębinowej zasilanej energią z paneli słonecznych (na wyspę nie ma doprowadzonego prądu) wraz z automatycznym system sterowania oraz kilku kranów w kluczowych punktach oddalonych kilkaset metrów od siebie.

Transport materiałów
Wieża z wodą na Deepi
Wieża z wodą na Deepi
Szkoła na Deepi
Budowa kaplicy
Konsultacje w trakcie budowy kaplicy
Gotowa kaplica na Chanse
Gotowa kaplica na Chanse

Być może nie brzmi to zbyt wyszukanie, ale należy pamiętać, że są to inne realia niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni w Europie. Praktycznie wszystko zależy od misji i od Ciebie: projekt, znalezienie materiałów, ich transport na brzeg, a później na wyspę, negocjacja cen, montaż, robotnicy. Nie ma tam gotowych rozwiązań podanych na tacy, o wszystko trzeba samemu zadbać. Oczywiście, niemal każdy aspekt jest także konsultowany z mieszkańcami wioski i ludźmi, którzy pracują dla parafii. Ich doświadczenie wielokrotnie okazywało się nieocenione; pozwalało uniknąć wielu błędów, a także zawczasu korygować wizję względem zambijskiej rzeczywistości.

Nie oznacza to, że brakowało problemów i wyzwań. Aby dostarczyć zbiornika wodę na wyspę, najpierw trzeba go było przetransportować z fabryki w Lusace do zatoki w Chanyanya. W tym celu musiałem przejść przyspieszony kurs jazdy z przyczepą, a manewrowanie blisko jedenastometrowym zestawem po zatłoczonych ulicach Lusaki stanowiło niemałą atrakcję. Podobnie jak wciąganie zbiornika na wybudowaną w wiosce pod niego pięciometrową wieżę ciśnień. Sama wieża także była źródłem kilku problemów. Nikt z nas nie spodziewał się, że o ile u podstawy wymiary były zgodne z rysunkiem, o tyle na górze wieża była o kilka centymetrów szersza w obu płaszczyznach. Ów chochlik wyszedł na jaw dopiero w momencie montażu stelaży na paneli słoneczne, które nijak nie chciały się zmieścić w przewidzianym miejscu. Szczęśliwie po wspólnej burzy mózgów i kilku improwizowanych poprawkach wszystko bezpiecznie znalazło się na swoim miejscu, a po rozwiązaniu problemów ze szwankującą elektroniką systemu sterowania mieszkańcy, a zwłaszcza dzieci w szkole mogły się cieszyć wodą w kranach.

Przy okazji w wodę zostały zasilone także odbudowywane domki dla nowych nauczycieli oraz wolontariuszy. Warunki, w jakich mieszkają ludzie na wyspach, są jednymi z najtrudniejszych w całym rejonie, więc aby przekonać nauczycieli do przeprowadzki i pracy w tamtejszej szkole, należało im zapewnić pewne wygody, takie jak woda w domu lub przy nim. Z naszej perspektywy słowo „wygoda” w tym kontekście brzmi zapewne dziwnie, ale ów maleńki domek z pustaków, posiadający drzwi, okna, dach z blachy i wodę w kranie mieszkańcy wioski na Deepi nazywali bez cienia ironii willą. Jest to jednak nie tyle prezent dla konkretnych ludzi, co inwestycja w przyszłość. Zapewnienie warunków mieszkaniowych o porównywalnym standardzie co na lądzie pozwoli na łatwiejsze sprowadzenie większej, odpowiedniej do ilości uczniów nauczycieli, a to w perspektywie umożliwi rozwój wioski ich własnymi siłami.

Łatwy dostęp do wody przez cały rok także umożliwił mieszkańcom stworzenie ogródków warzywnych i uprawę własnej żywności, przez co będą mogli w przyszłości uniezależnić się bardziej od cen żywności i udanych połowów ryb w rzece. Podsumowując, cały projekt nie tylko ułatwi mieszkańcom życie tu i teraz, ale także pomoże im w długofalowym rozwoju wioski.

Druga część mojego pobytu w Zambii skupiała się na budowie kaplicy na wyspie Chasne. Jadąc do Zambii, byłem nastawiony na pomoc przy budowie, ale moja rola znacząco wykroczyła poza przedwyjazdowe oczekiwania, między innymi zostałem architektem. Pewnego dnia szef fachowców pracujących przy misji przyniósł swoją propozycję projektu kaplicy, bazującego na dwóch innych, już istniejących budynkach. Mój niepokój wzbudziły bardzo małe wymiary budynku względem liczby ludzi w tamtejszej wspólnocie oraz układ pomieszczeń. W porozumieniu z księdzem i ekipą przeprojektowałem kaplicę, wydłużając i poszerzając ją oraz modyfikując układ pomieszczeń. Przy okazji udało się także stworzyć wizualizację 3D, która jeszcze na etapie projektu pozwoliła na wykrycie kilku potencjalnych problemów. Jednocześnie spełniłem dzięki temu swoje młodzieńcze marzenie zaprojektowania kaplicy, które kiedyś porzuciłem, bo wydawało mi się ono zbyt nierealne.

Po wykonaniu rysunków i kalkulacji przyszedł czas na realizację. W związku z tym, że budowa ponownie dotyczyła wioski na rzecznej wyspie, to transportowanie po raz kolejny było kilkuetapowe. Tym razem wyzwanie było jeszcze większe niż poprzednio w związku z mielizną w kanale prowadzącym do wioski. W związku z tym najpierw należało samochodami dostarczyć materiały na brzeg do zatoki Chanyanya, następnie przenieść je na łódkę, a po dopłynięciu na wyspę jeszcze raz przeładować do mniejszych łódek, którymi mieszkańcy przeprawiali się wraz z towarami do wioski. O ile do zatoki w Chanyanya mogły dojechać ciężarówki, to dalej transport spoczywał na moich barkach. I tak niemal każdego dnia pływałem łódką z jednego brzegu na drugi, wożąc pustaki, blachy dachowe, belki oraz worki z piaskiem, żwirem, kamieniami, czy cementem i wszystko inne, co było potrzebne. Łącznie przetransportowaliśmy i przeładowaliśmy ręcznie ponad 200 ton materiałów. Na wyspie w pomoc licznie zaangażowali się mieszkańcy, natomiast w zatoce grupka młodzieży pomagała nam ładować materiały na łódki, zbierając w ten sposób na czesne, żeby ukończyć szkoły. Poza transportowaniem moją rolą było również doglądanie samej budowy, a także rozwiązywanie, wraz z pracownikami, rozmaitych, trudnych do przewidzenia problemów.

Pisząc ten tekst, wciąż ciężko mi uwierzyć, w jakim tempie przebiegały prace związane z tą budową. W połowie lipca wyznaczałem miejsce, gdzie miała stanąć budowla, a niecałe trzy miesiące później, 20 października, w niedzielę misyjną miało miejsce poświęcenie gotowej i udekorowanej kaplicy. Samo poświęcenie było wielkim wydarzeniem nie tylko dla mieszkańców wioski, ale całej wspólnoty parafialnej. Tego dnia na zapomnianą przez świat wyspę licznie dotarli przedstawiciele wszystkich podstacji misyjnych i wiosek. Radość ludzi, zwłaszcza mieszkańców wyspy Chanse, którą widziałem w tamtą niedzielę, w trakcie konsekracji ich świątyni, pozostanie w moim sercu jeszcze na zawsze.

KM: Jakie były największe przeszkody, a jakie największe błogosławieństwa w codziennej pracy na misjach?

BM: Ciekawe pytanie, bo faktycznie posługa misyjna ma wiele zarówno pięknych, jak i trudnych oblicz. Te drugie w zdecydowanej większości wynikają przede wszystkim z naszego własnego nastawienia i postaw. Pewien mądry salwatorianin powiedział mi kiedyś, że wjeżdżając do dowolnego kraju misyjnego, należy zapomnieć wszystko, co wie się o życiu, i zacząć posługę z pustą kartką. Im większe mam doświadczenie misyjne, tym bardziej widzę, jak głęboko należy wymazywać swoje nastawienia i oczekiwania.

Pewne problemy sprawiało mi przestawienie się na wcześniejsze niż na studiach wstawanie czy początkowe przyzwyczajenie się do innego klimatu i pogody, ale z perspektywy czasu były to wyzwania najlżejszego kalibru. Zdecydowanie trudniejsze na dłuższą metę okazywały się różnice w kulturze, mentalności i szeroko rozumianym podejściu do życia. Niemal w każdym aspekcie współpracy z mieszkańcami potrzebny był proces poznawania siebie i wzajemnej nauki. Nie jest możliwe, aby stworzyć w Zambii coś wspólnie bez doświadczenia tego etapu. Uważam go za trudny, bo jest to obustronna nauka na błędach, zawiedzionych oczekiwaniach, niespełnionych nadziejach i niezrozumieniach, mimo, wydawałoby się, wyrażania jasnych i prostych komunikatów.

Temat punktualności, o którym nawet krąży powiedzenie, że w Europie mamy zegarki, a w Afryce mają czas, to tylko wierzchołek góry lodowej. Wielokrotnie, pomimo umów, zdarzało się, że część ludzi nie przychodziła do pracy, a następnego dnia ci sami przyprowadzali swoich kolegów do pomocy. Najgorsze było to, że z ich perspektywy problem nie istniał, wręcz zachowali się wzorowo, bo we dwóch „nadrabiali” zaległości z dnia poprzedniego.

Innym, trudnym w codziennym życiu zjawiskiem jest problem bycia proszonym przez Zambijczyków o wsparcie finansowe. Wydawałoby się, że dzielenie się z potrzebującymi jest rzeczą oczywistą, ale prowadzenie rozdawniczej działalności misyjnej jest dobre jedynie na krótką metę. W szerszej perspektywie prowadzi to do pytań „Czemu jemu/ jej dałeś, a mi nie chcesz dać?”, „Dlaczego on dostał tyle, a ja tylko tyle?”, albo do sytuacji, gdzie po jednorazowej pomocy, przy kolejnej wizycie było oburzenie połączone z rozczarowaniem, dlaczego teraz nic się nie przywiozło. Na nic zdają się tłumaczenia i pokazywanie pustego portfela, bo panuje przekonanie, że muzungu, tj. biały człowiek, pieniądze ma zawsze. Trwanie w modelu misji, który inwestuje w ludzi, daje im nie pieniądze do ręki, ale uczy ich zdobywania, zapewnia edukację, narzędzia i bazę do rozwoju, jest mimo wszystko trudne i wymaga dyscypliny. Z drugiej strony, obserwując owoce takiego działania i porównując je z efektami nieprzemyślanego rozdawnictwa, widać, jak wiele korzyści niesie ze sobą mądre działanie.

Byłoby jednak wielkim zakłamaniem i niesprawiedliwością pisać jedynie o trudach misji, zwłaszcza, że im więcej czasu upłynęło od mojego powrotu do Polski, tym bardziej chciałbym ponownie znaleźć się w Mungu w Zambii. Każdego dnia kładąc się spać miałem poczucie dobrze przeżytego dnia. Wszystko było we właściwych proporcjach. Poranne i wieczorne modlitwy, które spinały klamrą dzień, dawały energię i poczucie bycia prowadzonym w każdej chwili przez Pana Boga. Praca, która wypełniała większą część dnia, przynosiła wiele satysfakcji, tym bardziej, że często towarzyszyli mi przy pracy mieszkańcy, co pozwalało cieszyć się nam nawzajem swoją obecnością, a także rozmawiać na wiele tematów. Także wieczory, kiedy można było odpocząć, dawały dość czasu na regenerację i kontakt z bliskimi, ale nie pozwalały na rozleniwienie i marnowanie czasu. Wielkim błogosławieństwem mojej pracy była stała konieczność podróżowania do wielu miejsc: sklepów, składów, manufaktur, wiosek, miasteczek i miast. Dzięki temu miałem okazję zobaczyć przez te pół roku bardzo wiele różnych oblicz Zambii i porozmawiać z wieloma osobami. Wreszcie efekty mojej posługi, które akurat były łatwo zauważalne, dawały mi poczucie sensu wykonywanej pracy, a ciepłe słowa od mieszkańców dodawały tylko chęci do działania każdego dnia.

KM: Z wywiadów z innymi misjonarzami pracującymi w Afryce dowiedziałem się, że często pomagają w walce z problemami społecznymi tamtejszych społeczeństw, takimi jak epidemie, kryzys rodziny, przemoc domowa, niewłaściwe traktowanie kobiet czy wciąż utrzymująca się popularność szamanów. Czy zetknął się Pan z tymi problemami i działaniami misjonarzy w celu ich rozwiązania?

BM: Rozmawiając o problemach Afryki, nie można jej traktować jako jednorodnego środowiska. To obszar ponad trzykrotnie większy od Europy, którego dotyczy wiele problemów i często zdarza się, że w różnych obszarach tego kontynentu stoją ze sobą w sprzeczności. Będąc przez te pół roku w Mungu, w centralnej prowincji Zambii, słyszałem jedynie o dwóch problemach z powyższego pytania. Była to obecność funkcji szamanów w społeczeństwie oraz kryzys rodziny w znaczeniu sakramentalnym.

O problemie szamanów wspominałem już wyżej, jednak warto tutaj przywołać jeszcze kilka aspektów. Po pierwsze, o ile same ludowe wierzenia i o wiele bardziej spirytualne postrzeganie rzeczywistości wciąż są głęboko zakorzenione w tamtejszej kulturze, o tyle szamani wydają się powoli tracić na znaczeniu. Po drugie, postać współczesnego szamana czy wiedźmaka różni się znacząco od europejskich wyobrażeń. Nie jest to osoba w opasce na biodrach z kosturem, którą spotkamy w każdej wiosce. To raczej specjalista, którego usługę można zamówić, dzwoniąc na numer podany na przykład w ogólnokrajowej gazecie. Ich status społeczny jest nadal dość wysoki, a świadczenia, jakie można u nich uzyskać, do tanich nie należą. W związku z tym ich obecność na danym terenie jest raczej sporadyczna, przez co interwencje misjonarzy nie są zbyt często konieczne. Nie oznacza to jednak, że z problemem nie walczą. Rozmowy z ludźmi, ewangelizacja i katechizacja to podstawowy arsenał. Trzeba mieć jednak na uwadze, że nauczanie, przekazywanie, a przede wszystkim pełne i świadome przyjmowanie wiary to procesy wymagające czasu. Prawo to dotyczy to nie tylko pojedynczych osób, ale także całego społeczeństwa, przez co jeszcze wiele wody upłynie, nim funkcja szamanów całkowicie zniknie z zambijskiego krajobrazu.

Drugim, poważniejszym problemem, który miałem okazję obserwować, jest ilość osób żyjących w związkach niesakramentalnych pomimo bycia katolikami. W Zambii istnieją dwa rodzaje małżeństw: tradycyjne i sakramentalne. Małżeństwo tradycyjne można by porównać w pewnym stopniu do ślubu cywilnego w Polsce. Dwoje ludzi chce się przestać jedynie spotykać i decyduje się oficjalnie na wspólne życie. Dokonują takiego oświadczenia wobec kogoś upoważnionego i rozpoczynają wspólną drogę. Niestety, nawet u katolików, jest to jednak formalizacja związku z pominięciem sakramentu. Wyróżnić można tutaj dwie główne przyczyny niechęci wobec przysięgi przed Bogiem. Pierwszą jest obawa o wierność małżonka lub wątpliwości, czy jest ta właściwa osoba. Nie byłoby to może zbyt dziwne, zwłaszcza, że wiele par decyduje się na tradycyjny ślub dość szybko, nawet po pół roku, jednak takie obawy nie są też niczym rzadkim nawet w związkach z kilkunastoletnim stażem i gromadką dzieci.

Domy na wyspie Deepi
Dom na wyspie Chanse

Drugą poważną i powszechną przeszkodą w zawarciu sakramentalnego związku jest zambijska tradycja wykupywania żony od rodziny, zapłaty loboli. Jest to opłata, podarek wdzięczności dla rodziny panny młodej, za przyniesienie jej na świat, utrzymanie i wychowanie. Część rodzin mających córki na wydaniu traktuje ten zwyczaj jedynie symbolicznie i nie staje na przeszkodzie młodym, jednak wiele rodzin traktuje to jako idealną okazję do zyskania dużej ilości pieniędzy. Wysokość loboli zależy od jej wieku, wykształcenia, umiejętności itd. Niejednokrotnie wysokość kwoty, jaką musi zapłacić mężczyzna rodzinie kobiety, to jego pensje z kilku lat pracy. Na domiar złego według tamtejszego prawa, również kościelnego, ksiądz ma obowiązek spytać podczas przedślubnej rozmowy z narzeczonymi, czy lobola została w pełni zapłacona. W związku z tym misjonarze sami wielokrotnie kontaktują się z rodzinami i próbują pertraktować, aby pieniądze nie stawały się powodem niesakramentalnego życia ich dzieci. Często takie indywidualne rozmowy przynoszą skutek, jednak jest to bardzo stresujące i czasochłonne zadanie.

Aby ułatwić sobie pracę w zwiększaniu ilości małżeństw sakramentalnych, mieć lepsze rozeznanie w miejscowych zwyczajach oraz móc łatwiej docierać do ludzi, przy parafiach działają animatorzy małżeństw, czyli zaangażowane w życie parafii pary z pewnym stażem małżeńskim. Bardzo często to oni prowadzą nauki przedmałżeńskie, gdyż znacznie lepiej są w stanie dotrzeć do narzeczonych i poruszyć tematy w sposób odpowiedni dla ich kultury. Niestety takie rozwiązanie ma również swoje wady, gdyż animatorzy nie są niestety wszechstronnie wyedukowani i w pewnych tematach posiadają jedynie szczątkową wiedzę. W związku z tym misjonarze zapraszają osoby, które mogą uzupełnić i skorygować posiadaną przez animatorów wiedzę. Jeżeli to możliwe, proszą o pomoc osoby będące na miejscu w Zambii, ale zdarza się, że zapraszani są pełni wiedzy i doświadczenia wolontariusze na kilka miesięcy, którzy od podstaw omawiają tematy. Zwłaszcza temat naturalnych metod planowania rodziny jest obcy Zambijczykom, a cykl menstruacyjny to czarna magia. W związku z tym bardzo ważna jest edukacja zarówno młodzieży, jak i animatorów, aby mogli właściwie i rzetelnie przekazywać wiedzę dalej.

KM: W jaki sposób wyjazd na misje zmienił Pana życie? Czego Pana nauczył?

BM: Wśród wolontariuszy misyjnych utarło się powiedzenie, że na misjach się więcej otrzymuje, niż jest się w stanie samemu dać. Jest w tym ziarno prawdy, bo w przeciągu kilku tygodni, miesięcy intensywnie uczymy się i doświadczamy wdzięczności, pokory, a także umiejętności doceniania tego, co mamy. Byłem świadkiem wielu sytuacji, w których dla ludzi niemających niczego niewiele stawało się wszystkim. Takie momenty wpływają na postrzeganie świata, otwierają oczy. Po powrocie do Polski znacznie bardziej zacząłem doceniać to, co mam, to, co otrzymałem w życiu od innych ludzi. Jeszcze bardziej do mnie dotarło, jak wielkie szczęście mnie spotkało, że mogłem się bawić jako dziecko, jak wiele daje bezpłatny dostęp do edukacji i brak konieczności porzucania jej, aby przetrwać. I tak jak uważam wszystko powyższe za cenne i rozwijające, tak mój półroczny wyjazd na misje zmienił we mnie coś jeszcze. Przestałem postrzegać siebie jako chłopca, a zacząłem jako mężczyznę. Możliwość wykorzystania talentów i zdobytej wiedzy w praktyce dała mi dużo satysfakcji i pokazała, że jestem zdolny do stworzenia czegoś. Różne sytuacje, często na pograniczu ryzyka były niczym książkowe przygody, które kształtują charakter, i jasno pokazały mi, co w praktyce jest dla mnie ważne. Pomimo całej miłości do rodziców, sympatii do znajomych cieszę się, że mogłem przeżyć pół roku z ograniczonym kontaktem. Wsparcie od bliskich jest bardzo ważne i odczuwalne na misjach, ale dłuższy wyjazd w dalekie strony pozwala też oczyścić i uzdrowić wiele relacji.

Nauczyłem się też podczas mojego pobytu, żeby przyjmować życie takim, jakim jest. Próbować zmienić je na lepsze, ale jednocześnie akceptować jego tajemnice i być wdzięcznym za to, co już mam, za to, co otrzymałem od Boga danego dnia. Warto mieć w życiu plany, marzenia, ale trzeba być elastycznym i dostosowywać je do tego, co jest nam faktycznie dane.

KM: Czy czytelnicy Adeste mogą w jakiś sposób wesprzeć działalność WMS-u, a jeśli tak, to w jaki?

BM: Wolontariat Misyjny Salvator to ludzie wspierający ludzi dzięki ludziom, a nad tym wszystkim czuwa Pan Bóg. W związku z tym istnieją co najmniej trzy drogi do wsparcia działalności WMS-u, a każda z nich jest ważna i potrzebna w równym stopniu. Po pierwsze, cały czas potrzeba nowych osób, które będą chciały podjąć wyzwanie i zostać wolontariuszami misyjnymi. Najtrudniejszy jest w tym wszystkim pierwszy krok, czyli przełamanie się w sobie i zgłoszenie się do nas. Wszystko, co dalej, wydaje się już z perspektywy czasu tylko prostsze ze względu na wspólnotę. Po drugie, do organizacji wyjazdów misyjnych niestety potrzebne są pieniądze. Bilety lotnicze i ubezpieczenia to tylko wierzchołek góry lodowej kosztów, jakie trzeba mieć na uwadze. Niemniej dzięki ofiarności wielu ludzi nasza działalność na całym świecie jest możliwa, a każdy otrzymany grosz staramy się wykorzystać mądrze. Wreszcie wolontariusze, jak i cały WMS potrzebują nieustannej modlitwy. To Pan Bóg nas posyła na misje na cały świat do drugiego człowieka i bez Niego nie miałoby to sensu. Jednocześnie sytuacje na wyjazdach niejednokrotnie nas po ludzku przerastają i gdyby nie pomoc „z góry” to zapewne byśmy utonęli na misyjnych wodach.

Po wszelkie informacje związane z WMSem serdecznie zapraszamy na naszą stronę internetową, a także na nasz fanpage na facebooku, przez który można się z nami najłatwiej skontaktować.

https://www.facebook.com/WolontariatMisyjnySalvator/

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.