adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Polonia Zawsze Wierna

Różaniec na wielbłądach

Z czym kojarzy mi się Mongolia? To pytanie zadałem sobie, przygotowując się do kolejnego wywiadu w serii #PoloniaZawszeWierna. Do głowy przyszło kilka skojarzeń historycznych – Czyngis-Chan, Marco Polo, najazdy Tatarów. Poza tym okazało się jednak, że ten duży kraj, wciśnięty zrządzeniem losu pomiędzy dwa inne olbrzymie państwa, jest dla mnie bardziej egzotyczny niż Wyspy Galapagos czy Oceania. Podobne wrażenie odnieśli zresztą swego czasu moi dzisiejsi rozmówcy.

Z Michałem Mianowskim (Dordż) i Michałem Majtyką (Suhee), uczestnikami misji w Mongolii z ramienia Fundacji Dzieło Na Misji, rozmawiał Konrad Myszkowski. (Dla rozróżnienia wypowiedzi naszych rozmówców użyjemy mongolskich imion, które otrzymali w czasie pełnienia swojej posługi).

KM: Na początek chciałbym zapytać: czym jest Fundacja Dzieło Na Misji?

Michał Majtyka (Suhee): Jest to fundacja, tworzona przez młodych ludzi – studentów i absolwentów –  która działa we współpracy z Misjonarzami Matki Bożej Pocieszenia (wł. Consolata).

Michał Mianowski (Dordż): Zaczęło się od ojców w Polsce, którzy jeździli i opowiadali o misjach. Jeden z nich – o. Ashenafi Yonas Abebe z Etiopii – przyjechał na obóz Fundacji Dzieła Nowego Tysiąclecia i zapytał, kto jest chętny na wyjazd. Oczywiście las rąk, ale ojciec postanowił zrobić psikusa i rzeczywiście wciągnąć tych ludzi. Wiadomo, pewna część osób odpadła, ale ostatecznie ósemka pojechała na pierwszą misję naszej fundacji do Etiopii. Gdy wrócili, postanowiliśmy dzielić się tym doświadczeniem, więc jeździliśmy po Polsce i opowiadaliśmy o misjach podczas niedzielnych mszy, po kazaniu albo po rozesłaniu. Wybraliśmy się też do szkół i prowadziliśmy animacje na lekcjach albo podczas rekolekcji. Później pojechaliśmy do Argentyny, a w zeszłym roku do Mongolii.

KM: Wygląda na to, że dobrze się rozwijacie.

Suhee: Co roku mamy rekrutację, dołączają do nas nowi ludzie. W tym momencie grupa liczy około dwudziestu, trzydziestu osób. Wszyscy przez cały rok pracują na to, żeby kilkoro wybranych spośród nas pojechało na misje. Nie jest więc tak, jak w niektórych wolontariatach, że misjonarze przygotowują się przez pewien czas, wyjeżdżają i to już jest koniec – u nas ważne jest też jeżdżenie po Polsce i dzielenie się świadectwem z misji oraz pomaganie pozostałym członkom fundacji, żeby też mogli wyjechać. Tworzymy nie tylko fundację, ale przede wszystkim wspólnotę. Fundacją jesteśmy zresztą od niecałego roku. 

Dordż: Jednym z naszych zadań jest szerzenie ducha misyjnego w Polsce, co realizujemy, jeżdżąc praktycznie po całym kraju i zaszczepiając w ludziach chęć do życia misyjnego, które jest możliwe do realizacji także tam, gdzie żyjemy. Myślę, że nawet teraz, w czasach epidemii, możliwe jest życie duchem misyjnym w domu.

KM: Życie duchem misyjnym w domu? Co przez to rozumiecie?

Dordż: No, to jest trudne. Ja najbardziej przeżywam to poprzez wchodzenie w myśli drugiego człowieka: wychodzenie ze swojego sposobu rozumowania – co jest oczywiste, a co nie, działanie z miłością do bliźniego. Myślę, że doświadczenie na misjach najbardziej pokazuje, co to jest duch misyjny. Tam każdy się dzieli tym, co ma, ale to jest dostępne nie tylko w warunkach misyjnych.

KM: I tego misyjnego ducha staracie się szerzyć przede wszystkim tu, w Polsce?

Suhee: Dla nas ważne jest to, żeby tego ducha misyjnego pokazywać i w szkołach, i w kościołach. Włączamy się w działanie ojców misjonarzy, którzy przyjechali do Polski właśnie po to, by uświadamiać ludziom, jakie są potrzeby na misjach. Oni dali nam tę możliwość, żebyśmy wyjechali i my pomagamy im teraz w działalności w kraju. Ja zanim dołączyłem, nie miałem takiego myślenia o terenach misyjnych, a tym bardziej o Azji. Nie myślałem o potrzebach tamtych ludzi, bo mnie w ogóle nie ciągnęło w te strony. Życie duchem misyjnym otwiera perspektywy i pozwala spojrzeć z dużo większą troską, uwagą i miłością  na innych oraz to wszystko, co nas otacza.

KM: A co przekonało Was osobiście, że Pan Bóg powołuje Was do działalności misyjnej?

Suhee: Mnie najbardziej przekonali Ojcowie Misjonarze Matki Bożej Pocieszenia, którzy przyjechali do takiego kraju, o którym sami nie mieli wiele pojęcia – zostali tu po prostu skierowani. Niesamowite jest to, z jaką radością wychodzili do każdego człowieka, zawsze mieli czas. Nawet jak się przyjeżdżało tylko na chwilę, zawsze zapraszali na kawę czy kolację. Bezinteresowna miłość i otwartość – to mnie ujęło najbardziej. No i sama ta myśl, że ktoś przyjechał do Polski na misje: to mnie zaskoczyło, ale przekonałem się, że my tu u siebie rzeczywiście za mało robimy na rzecz misji. Stwierdziłem, że chciałbym spróbować.

Dordż: Mnie też zaimponowali ojcowie. Jak to możliwe, że są jakiekolwiek misje w Polsce? Przecież to jest katolicki kraj! Okazało się jednak, że można być tutaj katolikiem, ale być misjonarzem to jest coś więcej. Postanowiłem dołączyć do nich i zobaczyć, jak oni to robią, o co w tym chodzi i jak można tak żyć na co dzień, pomimo że nie jest się zagranicą. Do wyjazdu zagranicznego zgłosiłem się, bo od czasów gimnazjum chodziło mi po głowie, aby dzielić się tym, co zdobywałem, czyli wiedzą. 

KM: Czy przygotowanie do misji było trudne?

Suhee: Moim zdaniem tak, bo nasza znajomość języka i kultury Mongolii była bardzo ograniczona. Było nam o tyle trudniej, że poprzednie wyjazdy organizowano do krajów, z których pochodzili ojcowie, którzy bardziej mogli się podzielić wiedzą na ich temat; my natomiast jechaliśmy w nieznane. Mieliśmy zajęcia z doktorem mongolistyki i on bardzo nam pomógł – gdyby nie ten człowiek, to szok kulturowy byłby ogromny.

Dordż: Mongolia jest bardzo egzotycznym państwem. Dodatkowo ciężko o solidne źródła na jej temat – to nie jest popularny kraj, jak na przykład Hiszpania. Mają też bardzo specyficzny język – gramatyka podobna jest do węgierskiej, pisze się cyrylicą, a słowa wypowiada inaczej, niż zapisuje. Z tego względu jednym z głównych elementów przygotowań przed wyjazdem była właśnie nauka języka i trzeba było się solidnie nagimnastykować.

Suhee: Dla mnie też najtrudniejsza była tamtejsza mowa i nie czuję, żebym dobrze się jej nauczył, bo ostatecznie naszym założeniem było to, że na miejscu miał nas ktoś tłumaczyć. To jeden z najtrudniejszych języków, z jakimi się spotkałem. Ma dziwne zlepki liter i przez to jest nieprzyjemny do słuchania. Przykładowo – na ogół jest tak, że jak się usłyszy imię, to da się je powtórzyć. Tam było to bardzo trudne, tym bardziej, że miejscowi podawali nam bardzo długie imiona, a potem mówili do siebie skrótami, więc w ogóle się gubiliśmy. 

KM: Język nie był jedyną nowością?

Dordż: Kultura, azjatycka i nomadzka, też jest zupełnie inna. Niektórzy cały czas utrzymują koczowniczy tryb życia, co wiąże się z innym myśleniem, innymi ciągami logicznymi. To też było wyzwaniem, bo żeby spotykać się z takimi ludźmi, trzeba choć trochę zrozumieć, jak funkcjonują i patrzą na świat. Przygotowanie do misji jest więc bardzo szerokie, a równocześnie nie do każdego kraju łatwo jest znaleźć materiały.

Suhee: Trudnością było też to, że chrześcijanie w Mongolii nie są zbyt mile widziani. W wizach musieliśmy pisać, że jedziemy turystycznie. Na miejscu sami rozeznawaliśmy, komu możemy powiedzieć, po co tak naprawdę tu jesteśmy. Wiedzieliśmy, że jak zrobimy coś nieodpowiedniego, to mogą na tym ucierpieć ci misjonarze, którzy pracują tam od lat.

Dordż: No tak, my też ponieślibyśmy karę, musielibyśmy spędzić jakiś czas w areszcie i dostalibyśmy zakaz powrotu do kraju.

KM: Z tego wynika, że życie w Mongolii mocno różni się od naszej polskiej codzienności.

Suhee: Jest zupełnie inaczej niż u nas. Może teraz, w czasie epidemii, możemy troszkę poczuć się jak Mongołowie – wprawdzie oni mają wielkie przestrzenie i mogą po nich wędrować, ale żyją w odosobnieniu. Tam jest trzy miliony ludzi, a powierzchnia kraju jest pięć razy większa od Polski. Dodatkowo połowa ludności mieszka w stolicy, więc przebywając poza miastem, poczuliśmy oderwanie od tych wszystkich problemów, które nas dotykają. Oni żyją tylko ze swoimi zwierzętami i zajmują się ich hodowlą. Są rodzinni, a każdy gość jest dla nich największym zaszczytem, dlatego za każdym razem przyjmowali nas z wielką życzliwością. Cechuje ich wielka gościnność, co wyróżnia ten naród na tle innych azjatyckich krajów, bardzo oddalonych od ludzi. Mieliśmy też kontakt z koreańskimi księżmi – w całym kraju jest tylko jeden kapłan z Mongolii, pozostali natomiast pochodzą z innych części świata, z czego najwięcej właśnie z Korei – i dało się odczuć, że oni woleli zachować dystans, że byli do siebie nastawieni chłodno. Mongołowie są natomiast dla siebie bardziej życzliwi, bliżsi sobie. 

Niesamowite wrażenie robi też tamtejsza natura. Na północy są stepy, a na południu pustynia. Momentami jedzie się i nie widać nikogo przez dwie, trzy godziny – żadnych ludzi, żadnych budowli. Jest bardzo dużo zwierząt – gdzie się nie zatrzymasz, przy drodze są jakieś zwierzęta. Jest ich dużo więcej niż ludzi. Czuć też taką bezradność – gdyby coś się stało, to trzeba liczyć, że ktoś przyjedzie i pomoże. Raz mieliśmy taką sytuację: jechaliśmy i nagle zobaczyliśmy, że w rzece stoi jakiś samochód. Zatrzymaliśmy się i musieliśmy pomóc go wyciągnąć. 

Dordż: Dla mnie było ciekawe to, że kilka samochodów przejechało, kiedy wyciągaliśmy to auto, bo przejeżdżali niedaleko, ale za górką – tak, że nie było go widać w rzece. Taki jest step – możesz kogoś minąć, ale przez to, że jest górkę dalej, już go nie zobaczysz.

KM: Ale jak już mówiliście, jest to naród gościnny i pomocny i życzliwy?

Dordż: Z tą gościnnością to dla mnie na początku to brzmiało jak jakiś paradoks. Powiedziano mi, że Mongołowie mieszkają w bardzo dużych odstępach od siebie, a równocześnie bardzo lubią tłok. Jaką to ma rację bytu? Tymczasem okazuje się, że oni bardzo lubią tłum, jak się spotykają. Widzieliśmy, że jak są trzy krzesła obok siebie i chcą na nich usiąść trzy dziewczynki, to siadają na dwóch – po to, żeby być bardziej stłoczonymi. To bierze się z warunków mieszkania w jurtach. Zresztą, niektórzy nadal w nich mieszkają, nawet w stolicy! W każdym razie jest tam dosyć ciasno. Wychodzisz na zewnątrz, widzisz wiele hektarów i wszystko jest twoje, bo ziemia w Mongolii należy do wszystkich Mongołów. Później wchodzisz na noc do tej małej jurty z całą rodziną, więc z jednej strony odczuwasz przestrzeń, a z drugiej ścisk.

Suhee: My byliśmy tam w siedem osób, więc gdy przyjeżdżaliśmy do jurty, to było czuć, że jesteśmy upchani. Dla Mongołów jednak tak jest lepiej, tym bardziej, że są przyzwyczajeni do bardzo niskich temperatur w zimie. Temperatura spada wówczas do około minus dwudziestu, a nawet minus trzydziestu stopni, więc nie chcą budować większych jurt, ponieważ trudniej je ogrzać. 

KM: Jak się śpi w takiej jurcie?

Dordż: Są dwa łóżka – jedno po lewej stronie, drugie po prawej. Po lewej znajduje się część gospodarcza oraz miejsce dla najważniejszych osób, czyli gości, a kiedy ich nie ma – dla gospodarza. Część prawa jest dla domowników (kiedy są goście). To miejsce to dla osób „mniej ważnych”. Co ciekawe, „najmniej ważna” jest synowa, póki nie urodzi dziecka.

Suhee: Wszystkie jurty wyglądają bardzo podobnie i są konkretne zasady, jak się powinno tam zachowywać. Już wcześniej wiedzieliśmy, że nie można wejść na próg, że trzeba od razu skręcić w lewo, by pójść na swoją stronę. Na samym środku często były piece albo „kozy”, a na wprost ołtarzyki z Buddą.

Dordż: Jeśli rodzina była chrześcijańska, to Buddę zastępowano znakami chrześcijańskimi, ale ołtarzyk był cały czas w tym samym miejscu.

fot. Michał Majtyka
fot. Michał Majtyka
fot. Michał Majtyka
fot. Michał Majtyka
fot. Michał Majtyka

KM: Zetknęliście się też pewnie z miejscowymi zwyczajami?

Dordż: Podobało mi się, jak wielką wagę Mongołowie przykładali do szacunku. Byliśmy goszczeni przez rodzinę, która miała więcej kontaktów z Europejczykami. Oni byli świadomi tego, że w Europie nie mamy takich tradycji jak tam, ale mimo wszystko praktykowali je, tłumacząc, że dla nich jest to ważne. Przepraszali, że na przykład gospodarz dostawał jako pierwszy posiłek, a nie goście, ale takie mają zwyczaje. 

Suhee: Bardzo dużo szacunku wyraża się też poprzez gesty. Przykładowo, kiedy się witaliśmy i chcieliśmy okazać szacunek, to trzeba było podać prawą rękę, a lewą podłożyć pod prawy łokieć. Z kolei wówczas, gdy nas czymś częstowano, to trzeba było najpierw dotknąć ręką spodu miski, a dopiero potem coś z niej wziąć. Zawsze też należało podawać wszystko prawą ręką. Kiedyś, gdy rozdawałem obrazki z Polski, zwrócono mi uwagę, żebym podawał je prawą ręką. Oczywiście miejscowi są wyrozumiali i bardzo życzliwi, ale jest to dla nich ważne. Nie obrażali się, ale jednak chcieli, żeby zachować ich zwyczaje i kulturę.

Dordż: Jeśli człowiek jest częstowany, to nie może odmówić. Zabawne było, kiedy pewnego dnia mieliśmy „tournee” po dwóch gospodarstwach i każdy chciał nas ugościć najlepiej, jak umiał, więc za drugim razem było nam już ciężko konsumować to, co dostawaliśmy – a nie wolno było odmawiać! Niektórzy byli nawet tak życzliwi, że chcieli nam dać dokładkę, której oczywiście też nie można było odmówić. To była bardzo zabawna gra: jak dać znać, że już więcej się nie chce, nie odmawiając?

Suhee: Jednocześnie należało cały czas się uśmiechać żeby oni czuli, że nam smakuje i jesteśmy zadowoleni.

Dordż: Tak, raz usłyszeliśmy od ojca Dido – naszego tłumacza – że fajnie, że jemy, ale powinniśmy się uśmiechać, bo gospodyni patrzy. Naprawdę, takich obserwacji jest sporo, nawet trochę się tego bałem, jednak Mongołowie są Azjatami, ale na swój sposób. Dzieciaki są na przykład bardzo otwarte i chętne do zabawy, ale niektórych zabaw zupełnie nie rozumieją; to są konsekwencje koczownictwa. Zabawa w berka to dla nich jakiś absurd: po co tak biegać? Jeszcze się człowiek zmęczy. Ale gdy się doda jakieś zasady, że ktoś odpada, to od razu wszyscy są chętni. Niektórych rzeczy dowiadywałem się więc dopiero na miejscu i trzeba było sporadycznie korygować pewne działania. 

Zaskoczyło mnie też to, że tak mocny wpływ na Mongołów ma kultura koreańska. Zanim wyjechałem do Mongolii, nie byłem świadomy tego, że to jest tak potężna kultura, te k-popy, k-dramy i tak dalej, a okazało się, że jest to tak jakby ichniejsza Ameryka. Praktycznie wszyscy tu myślą o Koreańczykach, niektórzy nawet ubierają się i malują tak, żeby wyglądać jak oni. Gdy ktoś wyjedzie na miesiąc czy dwa – jejku, już jest w połowie Koreańczykiem!

KM: Niesamowite!

Suhee: W ich kulturze pomocne – zwłaszcza, gdy się słabo zna język – jest to, że nie ma potrzeby, by cały czas mówić. Oni potrafią po prostu sobie siedzieć godzinami, nie rozmawiać ze sobą i są zadowoleni, że się przebywa razem. Jednego wieczora przyszedł do nas mongolski diakon, który mówił po angielsku, i spędziliśmy z nim dużo czasu. Było już po północy, a my następnego dnia mieliśmy zajęcia z dziećmi, więc chcieliśmy się położyć, ale nie można było go wyprosić. Niektórzy z nas poszli już spać (w tym ja), dziewczyny stwierdziły, że zaczną piec ciasto – próbowały robić, co się dało, żeby wyszedł – a on siedział do drugiej w nocy. Co więcej, następnego dnia mówił, że było super, mimo że w pewnym momencie nie było już tematów do rozmów i siedzieliśmy w ciszy. Spytaliśmy zresztą Polkę, która tam mieszka na stałe, i ona powiedziała, że często nie wie, jak się zachować, bo nawet jeśli specjalnie nic nie robi, żeby dać gościom znać, by wyszli, to oni i tak są zadowoleni z tego spotkania i nie twierdzą, że to strata czasu.

Dordż: To ciekawe, że cisza u nich w ogóle nie jest niezręczna. U nas wystarczy czasami „potorturować” kogoś minutą milczenia i wtedy czuje, że już chyba czas na niego; tam to zupełnie nie działa. Przy spotkaniach Mongołowie uwielbiają śpiewać. To mi się bardzo podoba: siadasz, a oni mówią: „No dobra, zaśpiewaj”. Jest to o tyle dobre, że aż tak bardzo nie jest potrzebny język – mówisz tylko: „Ty coś zaśpiewasz, ja coś zaśpiewam”. 

Mongołowie muszą komuś bardzo zaufać, żeby powiedzieć, że coś jest źle. Tamtejsze „Cześć” – „Sain uu” – tłumaczy się właśnie jako „Czy wszystko dobrze?”. Automatyczna odpowiedź to brzmi: „Tak, wszystko dobrze”. I można pięć razy spytać człowieka i odpowie, że wszystko w porządku, a dopiero po godzinie rozmowy wyjdzie, że przedwczoraj umarła mu matka. To jest wyzwanie w kontakcie z tą kulturą: żeby usłyszeć, co się naprawdę dzieje u danego człowieka, trzeba zdobyć jego zaufanie.

KM: A co z religijnością?

Dordż: Oficjalnie w Mongolii najwięcej jest ateistów. W praktyce jednak dominuje buddyzm wymieszany z szamanizmem, bo to się nie wyklucza. Nie wszyscy wierzą w medycynę zachodnią, więc jeśli komuś wyskoczy na głowie guz, to zastanawia się, czy to przez to, że pomyślał źle o jakimś duchu, a nie z powodów medycznych. 

Suhee: Szamanizm jest w Mongolii bardzo dużym problemem. Nawet jeśli ktoś jest już chrześcijaninem, to związki z religiami pierwotnymi są bardzo trudne do zwalczenia i misjonarze wciąż mają na tym polu dużo pracy. Spotkaliśmy na przykład parę spodziewającą się dziecka i kiedy spytaliśmy, jak chcą je nazwać, to odparli, że nawet nie mogą o tym myśleć, bo złe duchy będą wtedy atakowały to dziecko. Zresztą, gdy nadaje się imiona dzieciom, to często jest to „Nie-człowiek” albo „Żółty Pies”, ponieważ miejscowi wierzą, że wtedy zmylą złego ducha. Zdarzyło się nawet, że dziewczyna została ochrzczona i wkrótce na jej rodzinę spadło wiele nieszczęść. Wtedy szaman powiedział, że musi zostać szamanką, żeby te nieszczęścia odeszły – i ona czuła taką presję ze strony rodziny, że w końcu wyrzekła się religii chrześcijańskiej i wróciła do pogaństwa. 

KM: Czyli wciąż jest to społeczeństwo mocno przesądne?

Dordż: Mongołowie są bardzo, ale to bardzo zabobonni. Nieraz również nie czują tego, że jeśli ktoś jest chrześcijaninem, to nie powinien na przykład chodzić do wróżki. U nas w Polsce też czasami występuje taki problem, ale tam jest to bardzo powszechne. Można być chrześcijaninem, ale, na wszelki wypadek – jak to się mawia – „Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek”.

Zobacz też:   Patronka misji – św. Teresa od Dzieciątka Jezus

Suhee: Bardzo dużo jest tam stożków usypanych z kamieni i innych materiałów, które mają być poświęcone duchom. Nasz kierowca, który pomagał nam przemieszczać się po Mongolii (bez znajomości kraju jest to bardzo trudne), zatrzymując się, brał garść ryżu i obsypywał te kopce dookoła. Zdarzyło się nam też widzieć na stacji kobietę, która trzymała pierwszy poranny kubek herbaty i wylewała po łyżeczce na każdą z czterech stron świata, żeby odgonić złe duchy.

Dordż: Dużo jest takich rytuałów. W mieszkaniach niektórzy maczają palec w zupie i pryskają tą kroplą za siebie, żeby pierwociny poszły do przodków czy duchów – zależy od konkretnej osoby.

KM: To pewnie jedno z największych wyzwań dla misjonarzy?

Suhee: Z tym wszystkim misjonarze muszą walczyć, bo jest to na tyle mocno kulturowo uwarunkowane, że ciężko coś z tym zrobić. Jednocześnie chrześcijanie są często źle przyjmowani przez władze. Misjonarze muszą co roku odnawiać swoje wizy i prosić o pozwolenie na odprawianie mszy. Pracowaliśmy z dziećmi w świetlicy, gdzie siostry nie dostały zgody, żeby cokolwiek mówić o Jezusie, więc nie mogło tam być żadnych modlitw. Zakonnice w prowadzonych przez siebie szkołach nie chodzą też w habitach, bo nie mogą. 

Dordż: Jest też inny, bardzo poważny problem – w Mongolii katolicy nie są odróżniani od różnych sekt. Niektórzy uważają, że chrześcijanie porywają dzieci na narządy. Jeden z miejscowych mówił nam, że w mongolskich mediach niezręcznie byłoby na przykład powiedzieć, że umarł bardzo dobry biskup, ponieważ chrześcijanie są postrzegani raczej jako niedobrzy. W dużej części praca misyjna polega więc na zmienianiu tego myślenia o chrześcijanach – że katolik to katolik, a nie ktoś z sekty.

KM: Z tego co mówicie wynika też, że władze Mongolii niechętnie patrzą na działalność misyjną?

Suhee: To zmieniło się nawet w stosunku do buddystów – oni też muszą co roku prosić o zezwolenie na odprawianie swoich rytuałów, ale oczywiście dostają je o wiele łatwiej. Władze chyba boją się wpływów innych krajów, więc chcą być wierne tym swoim tradycjom. Z tego powodu wolą, by ludzie byli ateistami.

Dordż: W Mongolii – inaczej niż w Polsce – bycie chrześcijaninem jest postrzegane jako niepatriotyczne. Myślę jednak, że to też wpływ okupacji komunistów, którzy byli tam bardzo długo. Pozostałościami po nich są chociażby cyrylica czy wódka (która stanowi zresztą teraz problem w Mongolii) – i właśnie walka z jakąkolwiek religią. Za czasów komunistycznych były tam na przykład wielkie masakry w klasztorach buddyjskich. 

KM: A jak na Waszą działalność patrzyli zwykli ludzie, z którymi się spotykaliście?

Suhee: Wśród chrześcijan, u których byliśmy, spotykaliśmy się z niesamowitą życzliwością. Oni byli bardzo przejęci tym, że wybraliśmy Mongolię jako kraj misyjny, bo raczej nie jest to naturalne. Natomiast jeśli chodzi o ludzi spoza Kościoła, to niewielu wiedziało, jaki jest nasz cel, bo w wizie wpisaliśmy „turystyczny” i po prostu moglibyśmy mieć problem. Przyznawaliśmy się dopiero tym, u których widzieliśmy zrozumienie. Ewangelizacja tam jest niedozwolona. Zgodnie z prawem o Jezusie nie można mówić dużej grupie, a żeby w ogóle móc powiedzieć cokolwiek na ten temat, ktoś osobiście musi o to zapytać. 

Dordż: W większości mieliśmy kontakt z ludźmi, z którymi wcześniej spotkali się ojcowie.

Suhee: Dlatego ojcowie ewangelizują przede wszystkim przez to, że prowadzą łaźnie publiczne. O wierze mogą mówić dopiero, gdy ktoś przyjdzie skorzystać z łaźni i zacznie rozmowę. Nawiązują też kontakt poprzez dzieci, które przychodzą tam się bawić. Nie mogą jednak wyjść na ulicę i głosić wiary. Nawet, gdy chcieliśmy dać jednej rodzinie w prezencie ikonę świętego Jana Pawła II, to jeden z ojców kazał nam ją szybko wyjąć. Nie byłoby mile widziane, że dajemy w prezencie coś związanego z religią. Jeżeli się kogoś dobrze nie zna, to nawet rozmowa na tematy polityczne czy religijne jest uważana za niekulturalną.

Dordż: Byliśmy jednak też u rodziny, gdzie tylko jeden chłopak był wierzący, i tam bardzo dobrze nas przywitano i goszczono jak najlepszych gości, podając największe przysmaki. 

KM: Jak w takich warunkach działa Kościół katolicki?

Suhee: Funkcjonują parafie, a cała Mongolia jest jedną diecezją. Obecnie podlega ona bezpośrednio Watykanowi, ponieważ miejscowy biskup niedawno zmarł; są jednak plany powołania kolejnego. W państwie jest jedenaście kościołów, z czego tylko trzy poza stolicą – w tym jeden w Arwajcheer, gdzie byliśmy. Są one prowadzone albo przez księży diecezjalnych z Korei, albo misjonarzy – naszych ojców ze Zgromadzenia Matki Bożej Pocieszenia, salezjanów, zakonników z jakiegoś zgromadzenia z Filipin…

Dordż: Liturgia w Mongolii różni się w zależności od tego, do jakiej parafii się pójdzie –mongolsko-koreańskiej, mongolsko-włoskiej, czy mongolsko-filipińskiej. 

Suhee: Misjonarze Matki Bożej Pocieszenia bardzo dbają o to, by do liturgii wprowadzać elementy związane z tamtejszą kulturą. Kościół w Arwajcheer jest zrobiony w jurcie. Gdy księża podają sobie Ciało Pańskie, podkładają rękę pod patenę i dopiero przyjmują hostię, żeby okazać szacunek. Kiedy okadzają ołtarz, to idą odwrotnie, niż jest to zapisane w księgach liturgicznych, ponieważ w tamtejszej kulturze idzie się w lewo, a nie w prawo.

KM: To musi być naprawdę niezwykła parafia!

Dordż: Bardzo ciekawa jest chrzcielnica w Arwajcheer, która mocno wpisuje się w symbolikę elementów jurty. Otóż Mongołowie zwijają jurty i przenoszą w różne miejsca, więc zachowuje się tylko te rzeczy, które są potrzebne. Nadawane są im różne metafizyczne znaczenia – m.in. na samej górze jurty znajduje się okienko, z którego jest spuszczony sznurek, na dole przywiązany do kamienia lub zbiornika z wodą. Jest to zabezpieczenie na czas wichury, by jurta się nie rozleciała. Dodatkowo ten sznur symbolizuje połączenie świata z kosmosem – światem duchowym – i może go dotykać tylko ojciec rodziny. Z tego względu pierwsi chrześcijanie w Arwajcheer postawili na środku kościoła kamień, w którym wyryli krzyż, i zrobili z niego chrzcielnicę. W ten sposób powstał świetny symbol chrześcijański wpisany w znaczenie jurty – na środku mamy wodę święconą oraz znak zbawienia i to ma nas łączyć z Bogiem i zapewniać nam bezpieczeństwo. Dla mnie to wspaniały przykład inkulturacji.

KM: Tak w ogóle, jakim miejscem jest Arwajcheer? Z tego, co rozumiem, pracowaliście tam przez dłuższy czas.

Suhee: Byliśmy w dwóch miejscach – w Ułan Bator, czyli stolicy, i w Arwajcheer. Jest to miejscowość w centrum Mongolii, licząca ok. trzydziestu tysięcy mieszkańców. Mnie dużo bardziej urzekło właśnie to miejsce – Ułan Bator to po prostu stolica i choć jest biedna, to jakoś przypomina znane nam miasta. W Arwajcheer natomiast jest kościół w jurcie! Oprócz tego ojcowie prowadzą przedszkole i świetlicę dla dzieci oraz łaźnię publiczną; były też spotkania dla anonimowych alkoholików i grupy parafialne. 

Na niedzielnej mszy pojawiło się może z dwadzieścia osób, z czego około połowa przyjmowała Komunię, a pozostali przyszli tylko zobaczyć albo dopiero przygotowywali się do chrztu. Bardzo mało dzieci jest ochrzczonych, bo na chrzest musi być zgoda obojga rodziców. Spotkaliśmy chyba tylko dwójkę ochrzczonych młodych – Giorgia i Klarę – a pozostałe dzieci, nawet jeśli chciały przyjąć chrzest, musiały czekać do szesnastych urodzin. Pomagaliśmy w opiece nad najmłodszymi – prowadziliśmy zajęcia z pierwszej pomocy, higieny czy angielskiego. Organizowaliśmy też szkolenia dla dorosłych pracowników tych miejsc, m.in. z informatyki. Spędzaliśmy dużo czasu z dziećmi, prowadząc różne zabawy, żeby uatrakcyjnić im wakacje. 

Dordż: Teren ojców znajduje się na obrzeżach miasta i oni byli tam pierwsi. Wykupili działkę niedaleko fabryki i później, gdy miejscowość się rozrastała, ludzie dopiero osiedlili się blisko nich. Misjonarze najwięcej pracują w wakacje, szczególnie z dziećmi, ponieważ one bardzo często na rok szkolny wyjeżdżają do stolicy, a na „wsi” zostaje mniej osób. My byliśmy tam w okresie wakacyjnym, więc było kim się zajmować.

KM: A w jaki sposób posługiwaliście w Ułan Bator?

Suhee: Zakwaterowaliśmy się najpierw u ojców, a później u polskiej misjonarki. Ojcowie mieszkali w bloku i mieli tam nawet kaplicę, jednak nie prowadzą w mieście swojej parafii. To jest bardziej miejsce, w którym uczą się języka i przygotowują do pracy w Arwajcheer. To duże mieszkanie, ale sąsiedzi nawet nie zdają sobie sprawy, że tam, na dwóch piętrach, mieszkają księża i siostry zakonne. 

Siostry prowadzą świetlicę w Czingeltej, najbiedniejszej dzielnicy Ułan Bator. Tam biegały dzieci w dziurawych butach, bez sznurówek, ze strupami na twarzy… Dla nich też prowadziliśmy animację, tańce i bardziej konkretne zajęcia. Niestety, w tej świetlicy nie można mówić o Jezusie, więc trzeba było uważać, żeby nie doszło do rodziców, że przemycane są treści religijne. Siostry mają też ogródek z własnymi warzywami. 

Drugim miejscem, gdzie spędziliśmy o wiele więcej czasu, było mieszkanie Justyny – świeckiej misjonarki z Polski, która mieszka tam już prawie dziesięć lat. Pracuje ona przy parafii prowadzonej przez księży Koreańczyków i zajmuje się głównie młodzieżą, choć jeździliśmy też z nią do parafialnej świetlicy dla dzieci i prowadziliśmy różne zajęcia i zabawy. Wieczorami w parafii uczyliśmy młodzież angielskiego i informatyki, a Justyna prowadziła Kurs Alfa.

KM: Czyli Waszym głównym zadaniem była nauka?

Dordż: Młodzież uczyliśmy różnych rzeczy, na przykład zaawansowanej obsługi Excela, ale i pieczenia ciast, które w ich kuchni są bardzo mało popularne. To znaczy oni nie umieją piec ciast, choć bardzo lubią je jeść – więc dziewczyny bardzo ucieszyły się, że piekliśmy. Trzeba było jednak trochę wysiłku, aby przekonać ich do rozmawiania po angielsku, bo nie każdy zdaje sobie sprawę, że ten język jest przydatny. 

Suhee: Tak, był tam chłopak, który w ogóle nie potrafi mówić po angielsku, a uczy się na przewodnika po Mongolii. Mówił, że nie potrzebuje angielskiego, bo wystarczy mu mongolski.

Mają tam też szkółkę niedzielną, bo w szkołach nie ma religii, więc katecheza odbywa się w weekendy. Akurat w wakacje ojcowie nie prowadzili konkretnych działań w tym zakresie, więc organizowaliśmy zajęcia plastyczne czy medyczne.

KM: A czy oprócz pani Justyny, która Was gościła, spotkaliście tam innych Polaków?

Suhee: Jest jeszcze jedna siostra ze zgromadzenia Sióstr Misjonarek Miłosierdzia, tych od Matki Teresy z Kalkuty, która pomaga prowadzić schronisko dla bezdomnych mężczyzn. Raz spotkaliśmy też turystów, w stolicy. Jest też jedna polska misjonarka z którejś ze wspólnot protestanckich, która przebywa tam od pół roku. Kiedyś na stacji spotkaliśmy Mongoła, który mówił po polsku i studiował w Łodzi.

Dordż: Tak, zachęcał nas do założenia restauracji, w której będziemy sprzedawać mongolskie jedzenie, a gdy go spytaliśmy o jakość, powiedział, że to nieważne, bo liczy się tylko, żeby było egzotycznie!

fot. Michał Majtyka
fot. Michał Majtyka
fot. Michał Majtyka
fot. Michał Majtyka
fot. Michał Majtyka

KM: No proszę! Muszę jeszcze zapytać o najbardziej interesującą przygodę, jaka przytrafiła Wam się podczas misji.

Dordż: Dla mnie bardzo ciekawe było, gdy jeden chłopak, który nocował razem z nami u ojców, powiedział: „Dordż, bierz rower i jedziemy!”. Zabrał mnie i jechaliśmy przez Arwajcheer – nie miałem pojęcia gdzie – i okazało się, że przywiózł mnie do swojego brata, żeby mnie przedstawić. Wypiłem herbatę, za dużo nie rozmawialiśmy, tylko posiedzieliśmy. Później pojechaliśmy do wiejskiego sklepu, przed którym stał rozpadający się stół bilardowy. On wszedł do sklepu i kazał mi poczekać –wtedy poczułem, że jestem w zupełnie innym kraju i trzeba mu zaufać. Przecież jeśliby zaplanował sobie coś złego, to byłem tylko w jego rękach. To było ciekawe, bo poczułem, że i on mi ufa, skoro chciał mnie komuś przedstawić.

Suhee: Ciekawe było też to, co się stało z jego drugim bratem. My na niego mówiliśmy „Andrzejek”, choć naprawdę miał na imię Barsa; ogólnie my daliśmy tym chłopcom, z którymi pracowaliśmy, polskie imiona, a oni nam mongolskie. Już pierwszego dnia, gdy przyjechaliśmy do Arwajcheer, zwróciłem na niego uwagę, bo siedział z boku i zgrywał niedostępnego. Chociaż trochę rozumiał, co do niego mówiliśmy po angielsku, to odpowiadał zawsze po mongolsku. Zresztą to z nim mieliśmy najczęściej kontakt, ponieważ nie miał rodziców i mieszkał u ojców. Wieczorami grywaliśmy w karty – mimo że było ciężko z językiem, wprowadzaliśmy różne gry. W przeciągu tych kilku dni, gdy byliśmy w Arwajcheer, „Andrzejek” przeszedł taką przemianę, że gdy wyjeżdżaliśmy, miał łzy w oczach. Dla niego trudne było to, że kolejny raz ktoś od niego odchodzi. Byłem pod wrażeniem, że podczas tak krótkiej znajomości jego podejście do nas tak bardzo się zmieniło i stał się naszym przyjacielem. 

Po pobycie w Arwajcheer, zanim wyjechaliśmy do Ułan Bator, mieliśmy też dzień skupienia na pustyni. Ojcowie zaprosili nas na różaniec na wielbłądach i adorację gdzieś w jakimś małym pokoiku. To wyglądało tak: jechaliśmy w karawanie wielbłądów i odmawialiśmy różaniec, tak jak Jezus uciekający do Egiptu rozmawiał ze swoją Matką. Momentami było tak, że gdy odprawiana była msza, to musieliśmy się zamykać, żeby nie było nas słychać; nie mogliśmy śpiewać. W tak odosobnionym miejscu mieliśmy Najświętszy Sakrament i mogliśmy się swobodnie modlić. Ojcowie celebrowali też liturgie w miejscach noclegowych, gdzie ludzie tylko spali. Musieliśmy wyrobić się z taką mszą bardzo szybko, żeby nikt się nie zorientował. To było bardzo ciekawe doświadczenie.

KM: Czego w takim razie nauczył Was ten wyjazd?

Dordż: Ja się nauczyłem, że nic nie jest oczywiste. Nawet tak prozaiczna sprawa, jak chęć wyjścia na jakiś pagórek dla zobaczenia ładnego widoku – dla koczownika jest to niezrozumiałe. Nauczyłem się wywracać swoje schematy myślenia, żeby zrozumieć, że druga osoba może mieć zupełnie inne założenia. Nabrałem też jeszcze większego szacunku do Kościoła, do tego, co jest normalne – że u nas msze są czymś łatwo dostępnym, a jak widać, nie wszędzie i nie zawsze jest to standard.

Suhee: U mnie bardzo się zmieniło podejście do Azji i tamtejszego Kościoła. Do tej pory, gdy myślałem o misjach, to raczej o Afryce, a dzięki temu wyjazdowi odkryłem, jak duże potrzeby są właśnie w Azji i jak wielka bieda tam panuje. Bardzo potrzeba modlitwy za to miejsce. Zacząłem też zwracać uwagę na najmniejsze gesty, które mogą wpłynąć na człowieka. Zobaczyłem, że wiele rzeczy, które nie były naszym głównym celem, jak na przykład gra w karty – bo najważniejszym zamiarem było prowadzenie zajęć – dla innych mogło być istotnym świadectwem i zmienić spojrzenie na ludzi z Europy. 

Dordż: Mnie też pchnęło to do myślenia, że nie ma znaczenia, na którym końcu świata się znajdujemy, jeśli jesteśmy w jednym Kościele. Problemy chrześcijan są często wspólne. Na przykład chodzimy na spotkania jakiejś wspólnoty, ale w środowisku szkoły czy pracy zachowujemy się już całkiem inaczej, niż na spotkaniach. Okazuje się, że to nie jest problem tylko w Polsce – w Mongolii występują podobne trudności. Są przestrzenie, w których jest się dyskryminowanym ze względu na wyznanie. Świat jest wielki, różnimy się genetycznie i kulturowo, ale jednocześnie jest wiele rzeczy, które są dla nas wszystkich wspólne, tak jak teraz choroba COVID-19, pokazująca właśnie ten paradoks: z jednej strony ktoś nie rozumie tego, co robisz, z drugiej zaś wszyscy jesteśmy wspólnotą ludzką. 

Suhee: Dla mnie dużym świadectwem było to, jak pracują tam misjonarze. Widziałem, w jaki sposób Mongołowie odnosili się do ojca Giorgia, który przyjechał tam z Włoch szesnaście lat temu. On zajmuje się dialogiem międzyreligijnym między buddystami i chrześcijanami i tak zgłębił tę tematykę, z takim szacunkiem podchodzi do wszystkich mongolskich tradycji, jest w nich tak obeznany, że nawet Mongołowie mówili nam, iż lepiej mówi po mongolsku niż niejeden z nich albo lepiej rozumie miejscowych niż oni sami. Tak był pochłonięty i oddany tej misji. Było to dla mnie szczególne doświadczenie. W Polsce misja nie jest tak trudna, choć na pewno nie jest też łatwa.

KM: Co poradzilibyście osobom, które dopiero nieśmiało myślą o wyjeździe na misje?

Suhee: Żeby nie myśleć nieśmiało, tylko działać. Dla każdego jest to możliwe. Ja sam nie spodziewałem się nigdy, że mogę pojechać na misje, a tym bardziej do Mongolii. Teraz wiem, że każdy może to zrobić, coś z siebie dać i może to być owocne dla ludzi, z którymi będzie pracować. Zachęcam do spróbowania, bo jeśli się nie spróbuje, to się nie wie, czy to jest dla nas. Warto pojechać.

Dordż: Wejść w Google, wpisać „misjonarze” albo „wolontariat misyjny”, wybrać, jaki się chce i przyjechać na spotkanie. Wystarczy zacząć, a kilka chwil później jest się już w innym kraju i wraca niezwykle ubogaconym. Nie wyobrażam sobie osoby, która nie zmieniłaby się ani trochę po takim wyjeździe misyjnym. Wbrew pozorom każdy z nas ma sporo do zaoferowania – chociażby wysłuchanie kogoś, nawet w innym języku. Mniej myślenia – więcej działania.

Suhee: Oczywiście zapraszamy do nas – jesteśmy wspólnotą z całej Polski i mamy spotkania raz w miesiącu. Możliwość poznania Ojców Misjonarzy Matki Bożej Pocieszenia to też coś wartego przeżycia. To bardzo ciekawi i życzliwi ludzie. Oczywiście można wyjechać wszędzie, nie tylko do Mongolii – w tym roku na przykład ma być wyjazd do Etiopii, o ile oczywiście Pan Bóg pozwoli.

KM: A w jaki sposób nasi czytelnicy mogą wesprzeć Wasze dzieła misyjne?

Suhee: Można nas wesprzeć w różny sposób. Na naszej stronie jest numer konta i to jest najprostsze, ale możemy też przyjechać do szkoły lub kościoła, żeby opowiedzieć o misjach, więc warto zagadać do katechetów czy proboszcza – szczególnie, jeśli będziemy mieć okazję opowiadać wszystkim ludziom w kościele. W ten sposób zbieramy środki na wyjazd, a sami dzielimy się tym, co mamy (na przykład mydełkami, które sami robimy albo przywiezioną z Mongolii herbatą). Można nas też zaprosić w inne miejsca i na różne wydarzenia chrześcijańskie, na których zawsze dzielimy się świadectwem. Można też skontaktować się z nami i przeprowadzić zbiórkę materiałów na misje. Jak ktoś ma niepotrzebny komputer, to zawsze się przyda – do Mongolii zawieźliśmy osiem sztuk i przynajmniej tyle samo planujemy zabrać teraz do Etiopii. Nie musi nawet być do końca sprawny, bo jesteśmy w stanie przeprowadzić proste naprawy.

Dordż: A przede wszystkim trzeba się modlić!

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.