adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Wiara

„Sztywność” mszy trydenckiej i inne mity [ROZMOWA]

By Christophe117 - Own work, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=40677537

Kontynuujemy naszą refleksję nad „uniwersum Traditionis custodes”. Zostawiamy rozważania prawne, eklezjalne i watykanistyczne – i przechodzimy do medytacji nad treścią liturgii. Nad duchowością, biblijnością i soborowością starej mszy świętej.

(pierwsza część rozmowy)

Rozmawiają Marceli Hejwowski i Piotr Ulrich

Marceli Hejwowski: Myślę, że bardzo dużo mówi się o różnych niesprawiedliwościach prawnych wobec „starej” mszy. O różnych ideologicznych kwestiach, o światopoglądzie, który się wiąże ze „starą” mszą świętą. „Trads” musi mieć pewien przypisany wachlarz poglądów, bo inaczej nie jest „tradsem” itd. Często się właśnie mówi o tej ideologicznej i eklezjologicznej warstwie tej mszy. A tymczasem to przede wszystkim jest msza święta. Element duchowości, coś, czym człowiek żyje.

Jeden z moich znajomych powiedział kiedyś: „Forma mszy nie ma większego znaczenia. Myślę, że Pan Jezus nie chciałby, żebyśmy kłócili się, w jakim języku czy w jakim rycie odprawiać”. Tymczasem msza święta to jest centralna część życia. Warto więc dyskutować na temat tego, jaka powinna być. Tak powstają pytania: Dlaczego „stara” msza święta? Co cię skłoniło do tego, żeby się nią zainteresować? Jak ty w ogóle przeżywasz tę „sztywność” starej liturgii?

Piotr Ulrich: Rzeczywiście urzeka mnie w niej jej szablonowość. Możemy ją nazwać sztywnością, ale nie lubię tego robić. Ponieważ w tej sztywności jest dużo więcej swobody, niż gdybyśmy mieli liturgię całkowicie dowolną.

Gdy o tym myślę, zawsze przychodzi mi do głowy opublikowany na łamach „Christianitas” tekst, którzy napisali dwaj cystersi: o. Strumiłowski i o. Brodacki (Liturgia i zbawienie). Stwierdzili w nim, że „sztywność” rytuału jest przezroczysta. Ma budować przezroczystość. Piękne obrzędy składają się na harmonijną całość, tworzą przewidywalny szablon, przez którego przejrzystość możemy dostrzec jakiś przebłysk nieskończonego piękna Boga i liturgii nieba. Jest to w pewnym sensie filtr, przez który patrzymy na rzeczy, których nie możemy w pełni dostrzec w ziemskim życiu. On pomaga nam je rozjaśnić, dojrzeć w jakiś fragmentaryczny sposób.

Wydaje mi się, że w tym przede wszystkim jest wartość starego rytu – tak zwanej mszy trydenckiej. To nie tylko kwestia rubrycystycznej precyzji, tak krytykowanej przez wielu (która nie jest celem samym w sobie; jeśli ktoś tak to postrzega, potrzebuje jakiegoś przeorientowania). Dobrze sprawowany stary ryt nie ma w sobie lęku o rubryki. Kościół żyjący liturgią zachowuje przepisy liturgiczne nie ze strachu o ich przekroczenie, a z miłości do Boga. Powiem więcej, wspólnota żyjąca służbą Bożą i znająca swoją liturgię jest w stanie zachować rubrycystyczną precyzję.

Dlatego dziwi mnie pojawiający się często argument, że przed soborem, gdy ksiądz stał przy ołtarzu, bał się, że przy powrocie do zakrystii będzie miał na sumieniu więcej grzechów niż przed mszą, ze względu na rubryki, które obwarowane były karą grzechu. Nie jestem psychologiem, ale w takim podejściu dostrzegam zarodek jakiejś obsesji, taka postawa wymaga pewnego przeorientowania (nie zmienia to faktu, że świadome i dobrowolne sprawowanie liturgii niezgodnie z prawem kościelnym jest moralnym nieporządkiem).

Mówienie o tej liturgii w taki sposób jest w mojej opinii nieadekwatne i błędne. Kościół sprawujący kult czyni to w radości, że może oddawać cześć Bogu. Przepisy liturgiczne i zwyczaje tworzą pewien szablon, w ramach którego się poruszamy. Ogranicza on ludzką kreatywność, porywy emocji, prowadzi do trzeźwości w sprawowaniu służby Bożej (pisałem o tym w sierpniowym numerze „Adeste”). Liturg przestrzega tego wszystkiego nie ze strachu, ale z miłości do Boga, szacunku do Jego najświętszych tajemnic.

Wolność i bezpieczeństwo

W rytuale człowiek może stawać się wolnym. W jego ramach odnajduje swoje wyswobodzenie, bo liturgicznie i sakramentalnie (czyli najgłębiej, jak się da) obcuje z Odkupicielem i Zbawcą w Jego świętych tajemnicach. To jest zagadnienie z podstaw duchowości: dopiero w Bogu człowiek może stać się wolny. Owszem, religia stawia nakazy i zakazy, ale nie to jest jej sednem. Nie o to chodzi w rubrykach, żeby narzucić nam, jak mamy się modlić (choć siłą rzeczy one to robią, ale nie należy to do ich istoty). Chodzi o to, by uporządkować sferę zewnętrzną, rytualną, by mieć łatwiejszy dostęp do świętych tajemnic, które jako takie mają charakter duchowy.

MH: W moim chyba ulubionym serialu kryminalnym jest taki dialog: „– Panie poruczniku, to jest pana problem: pan nie ma wyobraźni. Pan patrzy w menu i zawsze wybiera to samo: chili”. Na co porucznik Columbo (bo o ten serial chodzi) odpowiada: „– No, przynajmniej wiem, że się nie zawiodę”.

Trochę tak jest z „trydentami”. Wiadomo, co zastaniemy, i jest to bardzo czytelne. Tymczasem w przypadku uzusu „nowej” mszy świętej nie mamy takiej pewności. Nie wiemy, jak ta liturgia będzie wyglądała.

PU: Oczywiście dałoby się „starą” mszę sprawować w jakimś stopniu dużo większej dowolności…

MH: Ale jednak ta ścisłość reguł daje takie poczucie bezpieczeństwa. Swoją drogą to też jest piękne w tej mszy, że wchodząc do kościoła, patrząc na układ tego, co jest na ołtarzu, gdzie znajdują się ksiądz i ministrant, możemy stwierdzić, która to jest część mszy świętej. Nic się nie powtarza.

PU: Jeśli ktoś posiada wiedzę na temat liturgii, to tak, może to stwierdzić.

MH: Myślę, że nawet nie tyle wiedzę, ile zdolność obserwacji, obycie z tą mszą, doświadczenie z nią. Po pewnym czasie się to zauważa.

PU: Co ważne, to też wynika z braku dowolności. W obcowaniu z tradycyjną liturgią możemy szybciej stać się jak gąbka i nasiąkać jej treścią (również tą wyrażającą się w znakach). Liturgia mająca pewien przebieg i powtarzalna od strony rytu jest przejrzysta i łatwiej poznawalna dla jej uczestników.

Człowiek tradycji

MH: Pewni krytycy posoborowej liturgii – choćby lefebryści, np. ks. Bańka na kanale Szkoły Akwinaty – przedstawiają taką tezę, że „nowa” msza demoluje wiarę. A ja bym się chciał zapytać o to z nieco innej, pozytywnej strony. Jeżeli msza święta buduje wiarę, to jakie cechy duchowości, spojrzenia na wiarę bardziej rozwija „stara” msza?

PU: Kiedyś przy okazji przygotowywania referatu na pewną konferencję, w którym miałem mówić właśnie o społecznym wpływie tradycyjnej liturgii, ukułem na potrzeby mojego wystąpienia sformułowanie „człowiek tradycji”. Zapytajmy zatem: kim on jest?

To jest oczywiście pytanie uogólniające. Nie będziemy mieli jednego „człowieka tradycji”. Tak jak nie ma jednej duchowości. Ja jako uczestnik mszy trydenckiej będę miał inny styl duchowości niż ludzie lubujący się np. w barokowym stylu. Mają do tego prawo. Jeśli to do nich przemawia – nie mam z tym żadnego problemu. Ja wolę styl gotycki, średniowieczny, bardziej surowy.

Wydaje mi się jednak, że stary ryt prowadzi do takich jeśli nie obiektywnych, to obiektywizujących wartości w życiu duchowym. Po pierwsze przez to, że daje nam liturgię przezroczystą rytualnie, bardzo uporządkowaną, staje się ona bardziej przejrzysta, jeśli chodzi o rozłożenie akcentów. Myślę, że w tym się kryje odpowiedź na pytanie, dlaczego na mszy trydenckiej, sprawowanej teraz, nie dochodzi do tylu nadużyć, co podczas „nowej” mszy. Oczywiście trzeba mieć na uwadze, że przed soborem nie było tak kolorowo – tak jak jest dzisiaj w środowiskach trydenckich, w których się przywiązuje ogromną wagę do pewnej rytualnej poprawności i piękna liturgii. Dużo większą niż kiedyś.

Uważam, że ten ryt nakierowuje na istotne kwestie. Człowiek, który w nim uczestniczy, jest w stanie intuicyjnie wskazać najważniejsze momenty mszy. Bardzo poruszyło mnie świadectwo Petera Kwasniewskiego przedstawione w książce Kryzys i odrodzenie. Tradycyjna liturgia łacińska a odnowa Kościoła. Opisuje on przykład swojego siedmioletniego syna, który po bardzo długiej przerwie pojechał na mszę trydencką (przez kilka lat nie mieli takiej możliwości). Pierwszą rzeczą, którą zrobił po powrocie (przypominam, mówimy o siedmioletnim dziecku), było narysowanie momentu przeistoczenia. Oczywiście jest to pojedynczy kazus, w dodatku dość sentymentalny. Dostrzegam jednak jego głębię, ponieważ Pan Jezus powiedział, abyśmy stawali się jak dzieci. Myślę, że chodzi o dziecięcą prostoduszność. Dziecko nie ma na sobie tych wszystkich masek co dorosły człowiek; u niego co w głowie, to na języku.

Tradycyjna liturgia ma w sobie również coś z pewnej bezkompromisowości – w dobrym znaczeniu. Sądzę, że ta rytualna stabilność nie pozostaje bez związku z życiowymi postawami. Jeżeli kult ma być dla nas szkołą życia, to w tym wypadku uważam, że msza trydencka może prowadzić człowieka do podobnej nieugiętości i niezłomności w sferze duchowej czy etycznej.

Język 

MH: Co sądzisz na temat obecności łaciny w tej liturgii? Wiele osób narzeka na niezrozumiałość tego języka – obecnie bardzo szczątkowo nauczanego w szkołach. Mówią, że lepiej modlić się do Boga w języku, którym się posługuje na co dzień. Tymczasem ten ryt nie pozwala na odprawianie go w językach narodowych. Bodajże w Czechach i w Chorwacji można go odprawiać w cerkiewnosłowiańskim (według mszału zwanego głagolickim).

Jaka jest wartość kurczowego trzymania się języka tych dawno zmarłych prawodawców Europy – łaciny?

PU: Często zwolennicy łaciny w liturgii (żeby nie było – sam do nich należę) mówią, że kult domaga się języka rytualnego, który będzie obcy dla jej uczestników. Ten argument do mnie nie przemawia o tyle, że przecież dawniej język łaciński był znany wykształconej części społeczeństwa, bo dość często go używano (oczywiście to spore uproszczenie, mam tego świadomość). Nie zmienia to faktu, że dla niższych sfer społecznych liturgia (w sferze tekstów) nie była zrozumiała – to fakt.

Jak już pośrednio się przyznałem, jestem tym „twardym” zwolennikiem łaciny w liturgii. Ktoś mógłby powiedzieć, że użycie tego języka nie ma już sensu, bo jest bezrefleksyjnym powielaniem jakiejś zaprzeszłej praktyki, która jest nieadekwatna we współczesnych realiach społecznych. Być może, jednak ta teza również mnie nie przekonuje, ponieważ rzeczy zmieniają swoje znaczenie. Rzeczywiście, na początku łacina została wprowadzona do liturgii jako język zrozumiały, mówimy przecież o (starożytnym jeszcze) Rzymie. Później język ten stawał się zrozumiały dla wyższych sfer (pamiętajmy, że w społeczeństwie była ogromna dysproporcja), dlatego też możemy chyba zaryzykować tezę, że liturgia w swojej warstwie słownej stawała się mało zrozumiała dla przeciętnego człowieka. Kościół jednak przez kilkanaście wieków nie odszedł od użycia łaciny w liturgii – a nie można mu przecież zarzucać życia w jakiejś ciemności i zaślepieniu przez tak długi czas.

Tak też mógłbym dojść do tego, że dzisiaj łacina w liturgii będzie miała inne znaczenie niż dla starożytnych Rzymian, którzy wprowadzili do niej ten język jako swój własny. Tak jak w średniowieczu – inne znaczenie miała dla ludzi wykształconych, inne chociażby dla chłopstwa. Znam starsze osoby, które nie znając języka łacińskiego, bardzo ceniły go w liturgii, dostrzegając w nim właśnie pewną sakralność i tajemniczość. Na pewno bardzo dużo pomógł tu ruch liturgiczny (nie wiemy też, jaki odniósłby skutek, gdyby nie wprowadzenie mszy w całości w językach narodowych – co ciekawe, wbrew woli ojców soborowych wyrażonej w konstytucji o liturgii), wprowadzając różnorakie pomoce dla wiernych, np. mszaliki. Co należy podkreślić, w dzisiejszych duszpasterstwach tradycji katolickiej korzysta z nich zdecydowana większość wiernych.

Dla mnie osobiście łacina ma ogromne znaczenie. Daje poczucie uniwersalności liturgii (tę funkcję pełniła już od średniowiecza). Subiektywnie patrząc, mam wrażenie, że kryje się za nią wielka powaga i sakralność, w tym znaczeniu, że od dość długiego czasu język ten wzbudza liturgiczne i eklezjalne skojarzenia, bo w tym środowisku był wciąż używany, gdy przestał być językiem urzędowym. Dostrzegam też jej cywilizacyjną i historyczną doniosłość. Użycie łaciny to w mojej ocenie jeden z bastionów tradycji kościelnej, którą powinniśmy przecież zachowywać. Osadza nas coraz głębiej w nurcie płynącego od wieków kościelnego źródła i pomaga jeszcze dogłębniej obcować z dziedzictwem Ojców.

Biblijność rytu

MH: Kiedyś zabrałem znajomą harcerkę, oazowiczkę na „starą” mszę. Nigdy wcześniej nie była, tylko słyszała różne fakty ode mnie i od innych ludzi. Po mszy – wiadomo – poszliśmy „na kremówki”. Tak chwilę siedziała, po czym się mnie zapytała: dlaczego ta modlitwa eucharystyczna jest w ciszy? No to odpowiadam – oczywista sprawa – dlatego że Jezus umierał w ciszy. Ludzie obserwowali go w milczeniu, chyba że Go obrażali. Chrystus wypowiadał kilka – dosłownie kilka – przemyślanych kwestii. Nie było tam miejsca na przemowę. Czyli jest to odwołanie do ciszy Golgoty.

A potem się spytała: co to był ten „festiwal klękania” na końcu? Chwilę zastanowiłem się, o co jej chodzi, po czym pomyślałem: no tak, najpierw się klęka na błogosławieństwo. Później wstaje na ostatnią Ewangelię i na „Słowo ciałem się stało” się przyklęka, normalna sprawa. Pomyślałem sobie wtedy, że pewną paradoksalną – dla ludzi, którzy nie znają lepiej tej mszy – cechą jest jej wysoka biblijność. Osadzenie w Biblii.

Zobacz też:   Człowiek, który nawrócił Newmana – bł. Dominik Barberi CP

Tego jest więcej. Mamy na początku przecież modlitwy u stopni, które są odwołaniem do teologii Listu do Hebrajczyków. „Kapłan składa ofiarę najpierw za siebie, a później za lud”. Z kolei podczas lavabo, obmycia rąk, na „nowej” mszy kapłan mówi krótki werset: „Obmyj mnie, Panie, z mojej winy i oczyść mnie z grzechu mojego” (Ps 51). Na „starej” mówi znaczną część psalmu dwudziestego piątego.

Pewnym takim wyrazem tego jest też obrócenie – niekoniecznie faktyczne, ale przynajmniej symboliczne – na wschód. Jak mamy wschód, to mamy też północ i południe, i to też ma znaczenie symboliczne.

Jest to ryt głęboko zakorzeniony w Biblii.

PU: Zauważam taką krytykę, że tradycyjna liturgia ma w sobie mało Biblii, bo lekcjonarz (zbiór czytań mszalnych) był uboższy.

MH: Tak, to jest fakt.

PU: Ale pytanie, czy nie był bardziej wartościowy. Sam Benedykt XVI mówił (na spotkaniu z duchowieństwem Rzymu 3 marca 2006), że jego zdaniem trzeba jeszcze raz opracować lekcjonarz na Wielki Post na podstawie tradycyjnego cyklu czytań, który jego zdaniem jest dużo bardziej głęboki.

Owszem, lekcjonarz jest mniej obszerny…

MH: …ale możemy też zauważyć, że chociaż np. w niedzielę jest jedna lekcja (czyli czytanie) przed ewangelią, nie dwie, jak na „nowej” mszy świętej, to są jednak takie dni, kiedy jest ich więcej. Niektóre wigilie, suche sni służą za czas pogłębionej refleksji i modlitwy.

PU: Tak. Natomiast lekcjonarz to jest jedno, a druga rzecz to sam ryt, który jest dużo bardziej biblijny. W bardzo wielu miejscach odwołuje się do treści biblijnych. Mam na myśli np. antyfony, które są obowiązkowe. Nie jak w nowym rycie – zazwyczaj zastępowane jakąś pieśnią wykonywaną przez organistę. Z reguły odczytywane przez księdza tylko wtedy, kiedy organisty nie ma (oczywiście według przepisów wykonanie antyfon jest sytuacją wzorcową, jednak rozmawiamy teraz o praxis). W starym rycie antyfona jest zawsze.

Oprócz lekcjonarza mamy zatem w starym rycie pewien dwugłos. Najpierw warto powiedzieć o częściach stałych – ordo. Mamy tu duży udział tekstów biblijnych – mówię tu nie tylko o dłuższych fragmentach wyjętych z Pisma Świętego, takich jak psalm u stopni ołtarza w czasie lavabo czy też ostatnia ewangelia, lecz także o króciutkich fragmentach różnych ksiąg i samej fabuły, które przenikają teksty już późniejsze, pochodzenia niebiblijnego. Drugi głos to oczywiście części zmienne –  proprium – czyli antyfony. W zdecydowanej większości pochodzą one po prostu z Pisma Świętego.

Wracając do lekcjonarza, warto poruszyć temat jego „ubóstwa” w starym rycie. Ten argument jest podnoszony z kilku względów – co roku powtarzają się te same czytania, które są przypisane do formularza mszalnego. Nie ma praktyki lectio continua, czyli ciągłej lektury Pisma Świętego (notabene nieznanej żadnemu rytowi katolickiemu oprócz novus ordo; nawet nasi wschodni bracia nie znają tego typu praktyki). Z drugiej strony trzeba zauważyć, że dwuletni cykl (w tygodniu) czy trzyletni (w niedziele i uroczystości), jaki jest w nowym rycie, jest naruszeniem rytualnej ciągłości czasu cyklicznego. Ale zostawmy to.

Warto też wspomnieć o licznych odniesieniach „biblijnych kulturowo”. Chodzi na przykład o wiele konotacji z kultem Starego Przymierza. Notabene, pisałem o tym na portalu Christianitas (Kultu Starego Przymierza reminiscencje w rycie rzymskim). Mamy wiele elementów rytualnych nawiązujących do kultu starozakonnego, ale nadających im zupełnie inną treść.

Szkoła modlitwy

MH: Widać to też w tekście kanonu rzymskiego (zwanego w nowej formie pierwszą modlitwą eucharystyczną). Przeszłość i przyszłość spotykają się w nim z teraźniejszością. Nowy Testament ze Starym Testamentem.

PU: Sam fakt, że pewne konstrukcje użyte w kanonie są właściwe modlitwom żydowskim, jest czymś charakterystycznym (ten temat rozwijam trochę we wspomnianym tekście na portalu Christianitas). Wyraża to dobitnie, że modlitwa chrześcijańska nie odcina się od swoich starotestamentalnych korzeni (jak twierdziły niektóre herezje). Bóg Nowego Testamentu to „Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba”, który w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez swojego Syna (por. Hbr 1, 1-2).

MH: Mówiąc o modlitwie, warto zauważyć, że w „starej” mszy nie ma też tzw. modlitwy wiernych, tej odczytywanej po kazaniu. Kiedyś w ramach minikatechezy dla młodych ludzi analizowałem tekst kanonu. Któryś z nich powiedział wtedy, że te prośby wstawiennicze są powieleniem modlitwy wiernych. Wtedy odpowiedziałem, że raczej modlitwa wiernych jest zdublowaniem tych próśb.

Tak naprawdę kwintesencją modlitwy błagalnej jest modlitwa eucharystyczna. Ona jest właściwie kwintesencją każdego rodzaju modlitwy.

PU: Tak, to jest modlitwa pełna treści, ustawiająca zarówno naszą świadomość eucharystyczności Kościoła i naszą wiarę w Kościół na zupełnie innym poziomie.

Jak mówiliśmy kiedyś – w poprzedniej rozmowie – msza święta, a szczególnie jej eucharystyczne treści, stanowią centrum Kościoła. Centrum naszej wiedzy o Kościele. Dlatego sposób przeżywania tajemnicy eucharystycznej stanowi dla nas punkt odniesienia. Jak my, jako Kościół, się modlimy, jak uczestniczymy w ofierze Chrystusa i przystępujemy do stołu Pańskiego.

Tak też w przypadku tego sposobu sprawowania świętych tajemnic, jakim jest msza trydencka, kwestia kanonu mszy świętej jest o tyle istotna, że to jedyna modlitwa eucharystyczna w tym rycie, najstarsza rzymska anafora.

MH: Warto powiedzieć, że na pewno istniała już w czasach Grzegorza I Wielkiego. A prawdopodobnie dużo wcześniej. Istnieje nawet tradycja, że jakiś jej trzon przekazał św. Piotr.

PU: Wiemy, że anafory w pierwszych wiekach były improwizowane. Ale ta praktyka szybko minęła, bo wraz z rozkwitem obrzędowości chrześcijańskiej ryt mszy zaczął dążyć do powtarzalności. To też pozwoliło kształtować się różnym modlitwom.

Wracając: kanon pozwala uporządkować nam swoją wiedzę o mszy świętej i liturgii. Zawiera wiele punktów węzłowych. W mojej ocenie jego treść jest głębsza niż w przypadku najczęściej używanych modlitw eucharystycznych – drugiej i trzeciej (szczególnie drugiej, której początek jest wręcz takim jednozdaniowym aktem strzelistym).

MH: Znajomy ksiądz mówił mi, że dlatego jej nie lubi. Mówi się: „Zaprawdę święty jesteś, Boże, źródło wszelkiej świętości” i siup! Dzwonki dzwonią i nagle znajdujemy się w centrum wydarzeń. Nagle i nienaturalnie szybko.

PU: Wartością dodaną kanonu jest też to, że tą modlitwą od wieków modlił się cały Zachód. Raz, że jest uniwersalna, a dwa – treściwa, ale nieprzegadana.

To ostatnie odnosi się do całej starej liturgii. Jest treściwa, ale nieprzegadana. Wynika to też z tego, że bardzo wiele czynności nakłada się na słowa, a i one często nakładają się na siebie. Na przykład przy śpiewie Sanctus kapłan odmawia już część kanonu. Oczywiście stwarza to na początku problemy w uczestnictwie, gdy ktoś jest przyzwyczajony do tego, że w danej chwili ma miejsce tylko jedna czynność.

Śpiew i milczenie

MH: Dla mnie początkowo zwłaszcza śpiewana msza była trudnością. Na początku preferowałem tzw. mszę cichą. Zanurzenie w ciszy. Ale z czasem odkryłem, że obecność chorału – czy innej starej formy śpiewu – nie musi kłócić się z milczeniem. Często kantor śpiewa, a reszta milczy. Zresztą sama wymowa chorału, skupienie na słowie, rozkoszowanie się nim sprawia, że przyzwyczajony człowiek nie wybija się z rytmu refleksyjnego. To mu wręcz pomaga.

PU: Jak najbardziej. Muszę przyznać, że powtarzane przez niektórych tradycjonalistów mity o ciszy w liturgii czasem wręcz mnie denerwują. Przecież w liturgii sprawowanej wzorcowo, najbardziej uroczystej, bogatej w różnorakie formy muzyczne, ciszy „bezwzględnej” będziemy mieli bardzo niewiele, tak naprawdę sam moment podniesienia.

MH: …ciszy nie, ale milczenia już tak. To w ogóle jest piękne w języku polskim, że mamy stan – „ciszę” – i czynność – „milczenie”. To dwie różne rzeczy. Po angielsku np. nie ma tego rozróżnienia.

PU: Też zauważam to, że muzyka pomaga się wyciszyć i nie jest pozbawiona treści, nawet gdy nie zawiera słów. W nowej liturgii zaś pojawia się absolutna cisza, w której medytuje nawet celebrans.

MH: Tymczasem w starej liturgii śpiewanej de facto jedynym momentem ciszy jest centralna część kanonu. Ale nie jest to improwizacyjna medytacja.

PU: Tak, bo cechą liturgii jest to, że jest akcją, a nie co do zasady kontemplacją. „Trzeźwość” liturgii polega na tym, że ma sprzyjać kontemplacji, ale nią nie być. Jest modlitwą wspólnotową, więc nie powinna zawierać elementów improwizowanych. Na to jest inny czas niż na liturgii. Celebrans nie może być bezczynny.

Ma takie dwa momenty na modlitwę „prywatną” w kanonie. Może wtedy pomodlić się za konkretne osoby, za które jest złożona intencja mszalna.

Mimo więc tego, że jest milczenie, wciąż ma miejsce akcja. Kiedyś zabrałem jedną osobę na jej pierwszą mszę trydencką. Jako że była to niedziela, to trwała ona, z aspersją (pokropieniem) i kazaniem, ok. siedemdziesięciu pięciu minut – można powiedzieć, że standardowo. Jak na osobę, która dotychczas chodziła wyłącznie na „nową” mszę, może to być długo (bo one trwają w niedzielę zwykle około pięćdziesięciu minut), jednak ten konkretny człowiek, z którym wtedy poszedłem do kościoła, nie czuł upływu czasu. Wychodząc, był zdziwiony, że msza trwała tak długo.

MH: Myślę, że na początku może być trudna w percepcji. Ale sądzę, że jest też coś takiego, że po jakimś czasie człowiek stwierdzi, że chce tam wrócić, zobaczyć to jeszcze raz.

PU: A po jakimś czasie poczuje się jak w domu.

MH: Ta msza ma jakąś taką moc. Mam takie doświadczenie z wigilii Zesłania Ducha Świętego. Trwała ona bardzo długo, na pewno ponad dwie godziny. Z trudem wysiedziałem, bo byłem bardzo zmęczony. Ale pewne treści, to doświadczenie, związana z tym kontemplacja – transcendowały to zmęczenie i zostały później ze mną. To jest doświadczenie, które zostaje dłużej.

Słowa zachęty

MH: Powiedz, proszę, tak na zakończenie, kilka zdań zachęty dla ludzi bardzo powierzchownie znających „starą” mszę świętą. Jak byś zachęcił kogoś takiego do pójścia na uroczystą mszę w niedzielę do jednego z miejsc, w których się ją sprawuje?

PU: Zacznę od czegoś nieoczywistego – jest to ogromna wartość ekumeniczna. Uczestniczymy w liturgii niesamowicie podobnej strukturalnie do swoich rówieśników – rytów wschodnich. Tworzyły się one w różnych środowiskach, operują odmiennymi formami wyrazu, ale prezentują to samo podejście do liturgii. Mimo innych form struktura i sposób są bardzo podobne, tak samo jak rozumienie rytuału.

Druga sprawa to uroczystość i świąteczność liturgii. Na pewno obecnie msza trydencka często jest sprawowana uroczyście. Jeśli nie „najbardziej” – jako msza solenna – to przynajmniej jako liturgia śpiewana, z okadzeniami. Coś, co w kościołach parafialnych – zwłaszcza pozamiejskich – bywa rzadkie. Możemy dać odczuć liturgię naszym różnym zmysłom. Wzrok – piękno wizualne, zapach kadzidła czy słuch – bo muzyka będzie piękna i odpowiadająca powadze świętych obrzędów. Dla mnie, jako muzyka, z pewnością stanowi to dodatkowy atut.

Na mszy trydenckiej nie mamy problemu z pięknymi, na swój sposób wykwintnymi formami. Chorał gregoriański? Możemy. Polifonia? Proszę bardzo. Stare polskie pieśni? Nie ma problemu. Tego typu muzyka też bardzo sprzęga się z liturgią. Doktor Izbicki w wywiadzie dla Adeste mówił mi, że muzyka np. Palestriny byłaby nie do wytrzymania na „nowej” mszy. Nie byłoby dla niej czasu, a wierni czuliby się jak na koncercie. Co nie jest problemem dla starego rytu, dla którego Giovanni Perluigi pisał przecież swoje dzieła.

MH: O tym mówiła też Antonina Karpowicz-Zbińkowska w swojej książce Rozbite zwierciadła. O muzyce w czasach ponowoczesnych. Stare formy – skarby katolicyzmu – często nie przystają do tempa „nowej” mszy świętej.

Ja bym dodał na pewno tę biblijność. I to, że jest w duchu Sacrosanctum concilium – zachowując chociażby chorał, język łaciński czy ułatwiając aktywne uczestnictwo wiernym i zachęcając ich do zgłębiania treści liturgicznej.

PU: Tak, soborowość jest bardzo dużą zaletą.

MH: Myślę też, że w tych zabieganych czasach trzeba mieć ten czas skupienia i milczenia. Dać sobie taki prezent – przynajmniej półtorej godziny w tygodniu (a oby i więcej!) na wyciszenie, na skierowanie serca ku górze. Odpoczynek od zgiełku świata.

PU: Na koniec rzecz dla mnie chyba najważniejsza – rytualność. Liturgia jest nauczycielką rytuału, uczy symboli. Myślę, że jest to ostatni bastion poważnych, głębokich – ale i pragmatycznych – symboli, których brakuje nam we współczesnym świecie.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.