adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Społeczeństwo

Siedzieliśmy na bombie – spór o aborcję a kryzys Kościoła

Obecna sytuacja: protesty, strajki, masowe obrażanie się na Kościół, może kosztować nas więcej niż się spodziewamy – i nie jest to jedynie problem zewnętrzny, ale nasz własny.  

W Polsce od kilku dni jest gorąco. Czwartkowy wyrok Trybunału Konstytucyjnego rozstrzyga, że aborcja dokonywana z przesłanek eugenicznych jest niezgodna z Konstytucją RP (mowa tu konkretnie o Art. 4a ust. 1 pkt 2 ustawy z dnia 7 stycznia 1993 r. o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży) – wyrok można przeczytać na stronie Trybunału Konstytucyjnego. Spowodowało to liczne akty agresji zwolenników aborcji wobec… w sumie, to wobec wszystkich dookoła.

W pierwszej kolejności oczywiście względem władzy – zgodnie z przekonaniem protestujących, że Trybunał Konstytucyjny jest upolityczniony. Zatem protestujący poszli pod Trybunał, Sejm, pod siedzibę Prawa i Sprawiedliwości, a nawet pod dom Jarosława Kaczyńskiego. No, ale to było do przewidzenia – tak naprawdę pierwszy scenariusz, który przyszedł mi do głowy.

Potem padło na Kościół katolicki. Podnoszono zarzut, że to Kościół wpłynął na wyrok Trybunału w tej kwestii. Pojawił się argument „sojuszu tronu z ołtarzem”. Tutaj, muszę przyznać, należy powiedzieć o bardziej zaawansowanym „fikołku intelektualnym” – w końcu stanowisko Kościoła odnośnie do aborcji jest wszystkim znane. Nie wszyscy muszą się z nim zgadzać, ale mało kto zaprzeczy, że jest powszechnie znane.

Kościoły zatem stały się ofiarą ataku środowisk proaborcyjnych. W nocy z soboty na niedzielę doszło do wielu aktów wandalizmu, a w niedzielę środowiska „pro-choice” posunęły się nawet do zakłócenia sprawowania kultu religijnego. W poniedziałek natomiast miały miejsce marsze na kościoły, przed którymi odbyły się liczne protesty. Katolicy w wielu miastach jasno sprzeciwili się temu, publicznie modląc się przy wejściach do swoich kościołów.

Dzisiaj jednak nie będę pisał o tym w sposób bezpośredni. Zupełnie nie chcę odnosić się do tego, czy to była decyzja polityczna, czy TK jest upolityczniony, czy to był dobry, czy zły moment – z perspektywy polityki. To nie jest tekst polityczny. Nie chciałbym też odnosić się głębiej do argumentów środowisk „pro-choice” (abstrahując zupełnie od ich merytoryki). Dzisiaj będzie o czymś innym – o tym, co dzieje się na naszym podwórku – w polskim Kościele.

Koń trojański

To może wydawać się z pozoru absurdalne – w końcu, jak zaznaczyłem, stanowisko Kościoła w sprawie aborcji jest jasne. Oczywiście, doktryna jest klarowna i stanowcza, ale, co bardzo bolesne, nie dla wszystkich.

Mamy do czynienia z sytuacją, która w ostatnich dniach jest coraz bardziej zauważalna w środowiskach katolickich – wiele osób deklarujących katolicyzm, ba, zaangażowanych w życie duszpasterskie, podpisało się pod protestem i teraz ich zdjęcia profilowe z nakładką czerwonego pioruna krążą po Facebooku, a oni sami udostępniają w nieskończoność „piorunowe łańcuszki” w relacjach na Instagramie. Ta kwestia dotyczy naprawdę szerokiego grona: znaleźli się w nim także członkowie wspólnot, ministranci, chórzyści i chórzystki, organiści, czy nawet katecheci (sic!).

Dostrzegamy obraz będący dla wielu z nas zupełną abstrakcją. Widzimy ludzi, którzy w jedną niedzielę idą do kościoła, śpiewają psalm, a w drugą mażą sprejem po fasadzie świątyni czerwone błyskawice albo, co gorsza, niezbyt cenzuralne wezwanie do „odmeldowania się”. Ktoś może powiedzieć: „popieram protest, ale nie utożsamiam się ze spacerami pod kościoły, w końcu jestem katolikiem.” Niestety, to tak nie działa. W internecie nie zawsze ma znaczenie, co rzeczywiście myślimy, ale z czym widocznie się utożsamiamy – a tym razem chodzi tu o ruch „czerwonej błyskawicy”, który właśnie przeszkadza komuś w modlitwie, niszczy zabytki, agresywnie skanduje swoje antyeklezjalne hasła, obrażając często wszystkich katolików.

Czy akceptować „czerwone błyskawice”?

Co jednak z tymi, którzy zupełnie odcinają się od nauki Kościoła w tej materii, a mimo to deklarują katolicyzm? Tak jak pisałem, ten problem dotyczy Kościoła jako wspólnoty, bo często są to osoby bardzo zaangażowane w życie duszpasterskie.

Spotkałem się w ostatnich dniach z oburzeniem jednego mężczyzny przygotowującego się do sakramentu bierzmowania, jakie ten wyraził w mediach społecznościowych. Otóż jeden z księży odpowiedzialnych zapewne za przygotowanie młodzieży, napisał jasną wiadomość: wszystkie osoby, które wyraziły swoje poparcie dla ruchu proaborcyjnego, zostają skreślone z listy do bierzmowania. „Ale jak to? Zły Kościół nie chce dać mi bierzmowania, gdy publicznie nie uznaję jego nauki?”

Niestety, tutaj nie może być taryfy ulgowej, bo mowa o poparciu dla grzechu stanowiącego przestępstwo zagrożone karą ekskomuniki (najcięższej z cenzur, zakładającej wykluczenie ze wspólnoty Kościoła) wiążącej mocą samego prawa. O całkowitym braku „wyrozumiałości” Kościoła w tym zakresie świadczy przypominane raz po raz w ostatnich dniach stanowisko Stolicy Apostolskiej wybrzmiewające w wypowiedziach prefekta Najwyższego Trybunału Sygnatury Apostolskiej abpa Raymonda Burke (obecnie – kardynała), iż osoby publicznie popierające aborcję nie mogą przystępować do Komunii Świętej (jedną z takich wypowiedzi można przeczytać m.in. na portalu Katolickiej Agencji Informacyjnej)

Wbrew pozorom jest to naturalna kolej rzeczy. Prawo kościelne zachowuje wprawdzie dość dużą rezerwę w sprawach publicznej odmowy udzielenia komuś sakramentów, kierując się zasadą, że to, co dzieje się na poziomie sumienia, powinno pozostać na tymże poziomie i grzesznik w sumieniu właśnie ma ocenić swoją własną kondycję przed przystąpieniem do sakramentu. Tutaj jednak spotykamy się z odmienną sytuacją: osoby spod znaku „czerwonego pioruna” publicznie wyrażają swoje poparcie dla danego czynu, „wywlekając” to na forum zewnętrzne – stąd też na forum zewnętrznym należy podjąć zdecydowaną reakcję. Sakramenty nie są w końcu kolorowymi żelkami, służącymi do przyciągania młodzieży do Kościoła, a w szafowaniu Łaską Bożą potrzeba naprawdę dużego rozsądku.

Zobacz też:   Margaret Sanger

Sługa nie może być najemnikiem

Analogicznie, moim zdaniem, sprawa powinna się mieć z jakąkolwiek posługą w Kościele. Nie może być mowy o jakimkolwiek posługiwaniu w Kościele przez osoby, które wyrażają publicznie swoją aprobatę wobec aborcji, utożsamiając się z ruchem „czerwonej błyskawicy”. Nawet gdyby to utożsamianie było powodowane „tylko” walką o prawo wyboru. Mowa w końcu o publicznym sprzeciwieniu się nauce Kościoła.

Oczywiście, z delikatnością i szacunkiem należnym każdemu człowiekowi trzeba wybadać sprawę, zapytać, szczerze porozmawiać – może to było nieporozumienie, pójście za tłumem (tak, o takich przypadkach w odniesieniu do obecnej sytuacji też słyszałem). Ale co do zasady – nie dopuszczać do żadnej służby osób, które sprzeciwiają się nauce Kościoła. Nie, to nie jest polityczna cenzura ani próba „wyżycia się” Kościoła na biednej owieczce, która wyszła przed szereg, tylko wezwanie do nawrócenia.

Kara co do zasady (nawet jeśli nieprzewidziana bezpośrednio przez przepisy prawa, co ma miejsce w przypadku takiego odsunięcia od posługiwania) powinna nieść miłość – i o nią tu chodzi. Służba w Kościele jest czymś świętym, jest zaszczytem. Chodzi o prawdziwe posługiwanie, a nie bycie najemnikiem: gdy służę, muszę być autentyczny. Nie można dopuścić, aby na forum zewnętrznym pozostawała niezgodność pomiędzy służbą w Kościele a głoszonymi w przestrzeni publicznej poglądami.

Przykre wnioski

Aby wyciągnąć wnioski z tej sytuacji, należy zadać sobie pytanie o przyczynę. Osoby, które wydawały się do tej pory wierne Kościołowi, były niejako „filarami” duszpasterstwa, teraz odwracają się do tego samego Kościoła plecami. Jeszcze pół biedy, gdy taka osoba po prostu wybiórczo podchodzi do doktryny Kościoła, ale spotkałem się nawet z twierdzeniami typu: „ja w takim razie nie potrzebuję takiego Kościoła!”. Nie chodzi już zatem o wybieranie sobie tego, co mi się podoba, ale nawet o nieformalną, społeczną apostazję.

Na pewno to nie była kwestia nagłej, niespodziewanej reakcji. To jest bomba, na której siedzieliśmy od dawna, a która wybuchła pod wpływem zdecydowanego impulsu. Nie zdołaliśmy jeszcze (i być może jeszcze przez pewien czas pozostanie to dla nas niewiadomą) ocenić strat, ale lej po tym wybuchu może okazać się większy niż się tego spodziewamy. Ta eksplozja najprawdopodobniej zasiała ogromne spustoszenie we wspólnocie Kościoła, o czym od razu się nie przekonamy.

Ks. Daniel Wachowiak podzielił się na swoim Twitterze przykrym, ale bardzo refleksyjnym wpisem: „Chrzciliśmy, nie patrząc na życie bez wiary. Organizowaliśmy ckliwe komunie święte. Mieliśmy ubaw na święconkach. Posyłaliśmy hurtowo na bierzmowanie do katedry. Śluby pozwoliliśmy przemienić na quasi-sakralne eventy. Ze szkodą dla głoszenia Ewangelii. A teraz zdziwieni”.

Najprawdopodobniej mamy do czynienia z wykwitem lat zaniedbań w zakresie formacji w Kościele. Po dość dużym zróżnicowaniu wiekowym widać, że nie dotyczy to tylko ostatnich lat. Rzeczywiście najbardziej w oczy rzuca się zaniedbanie przygotowania do sakramentów, ale niestety myślę, że problem leży dużo głębiej i dotyczy pracy duszpasterskiej na bardzo wielu poziomach.

Dzieci, które dziesięć lat temu słuchały infantylnych (często wręcz głupkowatych) kazań, dzisiaj odwróciły się od Kościoła. Aktualnie biegają po ulicach i krzyczą o prawie do zabijania drugiego człowieka. A formacja – wciąż często bezrefleksyjna, powielana, kalkowana. Nauka Kościoła – rozmyta. Takie prawo marketingu.

„Jeśli dom wewnętrznie jest skłócony… (Mk 3, 25)

To, co się dzieje w kwestii aborcji, w tym wypadku, mimo bardzo dużej wagi problemu (bo chodzi tu o ludzkie życie), jest tematem pośrednim i prowadzi do refleksji nad kształtem działalności Kościoła w Polsce. Tak, tu chodzi o kryzys! Ten sam, o którym ciągle słyszymy, mówimy i pytamy o jego przyczyny, które, jak się okazuje, mamy podane na tacy.

Często słyszeliśmy kazania o zdemoralizowanym otoczeniu, o złym duchu czającym się dookoła Kościoła, co tylko pielęgnowało w nas, katolikach, syndrom oblężonej twierdzy. Nie chcę negować problemów otaczającego nas świata – po prostu warto rozejrzeć się dookoła z większą dawką samokrytyki. Umacniając zewnętrzne mury naszej twierdzy, zapomnieliśmy o tym, co wewnątrz. Formacja leży odłogiem, a pasterze nie znają swoich owiec, czego przykrym efektem jest dzisiejsza sytuacja.

Wiadomo: Kościół nie zginie – w końcu Jezus nas o tym zapewnił. Nie zmienia to faktu, że jako wspólnota (począwszy od hierarchii, aż po szeregowego Kowalskiego, który w kościelnej ławce pojawia się raz w tygodniu) jesteśmy odpowiedzialni za Kościół tu na ziemi. To my zostaniemy kiedyś zapytani, jak o niego dbaliśmy. Miejmy na uwadze, że „jeśli dom wewnętrznie jest skłócony, to taki dom nie będzie mógł się ostać” (Mk 3, 25).

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.