adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Społeczeństwo

„Ta wojna może wydobyć nową siłę wiary”. Duszpasterz Ormian o wojnie w Górskim Karabachu

Z księdzem Rafałem Krawczykiem, długoletnim duszpasterzem w Armenii posługującym obecnie w ormiańskokatolickiej parafii w Soczi (Rosja), rozmawiał Konrad Myszkowski.

KM: Tak ogólnie – jakim krajem jest współczesna Armenia?

ks. RK: Jeśli chodzi o Armenię można powiedzieć, że to, co jest najcenniejsze w Armenii, to ludzie. Myślę, że to wrażenie podziela każdy – również turyści, bo zazwyczaj okres turystyczny w Armenii trwa mniej więcej do końca października. Szczególnie jednak widzi to ten, kto tę ormiańską duszę poznał jakby od środka. Ja poznałem ją jako ksiądz, ale i jako człowiek, który tam zamieszkiwał, poznał sposób bycia tutejszych mieszkańców.

W oczy rzucają się różnice, a często i straszna bieda. Jest przepaść między tym, co się widzi w Erywaniu i na prowincji. Niedawno spotkałem się z takim panem, który był kiedyś w Armenii i stwierdził, że miasto Erywań wygląda na bardzo bogate. I rzeczywiście na pierwszy rzut oka robi takie wrażenie. Ale jak się pojedzie na prowincję, to zobaczy się wielką biedę.

Wystarczy pojechać do Giumri – drugiego co do wielkości miasta w Armenii. Oprócz różnic w wymiarze socjalnym, można doświadczyć również regionalnej odrębności klimatycznej. Co trzy kilometry zmienia się klimat. Wiadomo, kraj jest malutki – ok. 4 miliony ludności. Armenia mogłaby się utrzymywać gospodarczo, oprócz właśnie turystyki. A zwiedzać jest co, przede wszystkim piękne góry i starożytne kościoły z V, VI czy VII czy XII wieku. Zresztą sama obecność tych kościołów na terenie Górskiego Karabachu potwierdza niepodważalny dowód na istnienie chrześcijaństwa na tych ormiańskich terenach.

KM: Miał ksiądz problem z nauczeniem się języka?

ks. RK: To jest bardzo trudny język. Alfabet ma 39 znaków, na każdy dźwięk przypada literka. To sprawia trudność ludziom z zachodu.

ks. Rafał Krawczyk

KM: Wracając do biedy i różnic – ksiądz widział je na co dzień?

ks. RK: Pracowałem jako proboszcz w regionie Giumri, który najbardziej ucierpiał w wielkim trzęsieniu ziemi z 7 grudnia 1988 r. Ta klęska żywiołowa pochłonęła ponad 20 000 ofiar. To kolejne bardzo bolesne wydarzenie, szczególnie dla tych prowincjonalnych Ormian, bo Erywań nie został bezpośrednio dotknięty. Do trzęsienia ziemi doszło na terenie Armenii Północnej, przede wszystkim w Giumri i regionie Aszocka, w którym wybudowałem kościół, zniszczony potem – w 1988. Trzeba było właściwie zbudować go od nowa, ale dzięki ofiarności Polaków i polskich katolików udało się ten cel sfinalizować w 2018 roku.

Nie można pominąć śladów pozostawionych po św. Janie Pawle II. Zasponsorował on budowę szpitala w Aszocku, w prowincji Szirak, który miał służyć pomocą ofiarom trzęsienia ziemi. Szpital funkcjonuje do dziś, jest jednym z najlepiej prosperujących w Armenii. Stanowi dobry ślad działalności kościoła katolickiego na rzecz Ormian.

KM: Waleczny charakter Ormian musi mieć wpływ na przebieg wojny o Górski Karabach?

ks. RK: Naród Ormiański jest bardzo odważny i śmiały, i na pewno będzie bronił do samego końca swoich wartości narodowych, chrześcijańskich. To widać już u młodych mężczyzn w wieku 18, 19 lat. Podejrzewam, że w czasie tego wywiadu wielu z nich  ryzykuje własnym życiem, uczestnicząc w walce w obronie ojczystej ziemi. Można odwołać się do fragmentu hymnu narodowego Ormian, który wyraża dzisiejsze aspiracje każdego Ormianina, że szczęśliwym jest ten, kto oddaje życie za swój kraj. Ormianie walczą o wszystko: o byt, o zachowanie cywilizacji chrześcijańskiej i własnego narodu na terenach Południowego Kaukazu. Niedawno na jakiejś rosyjskiej stronie przeczytałem wypowiedź dziennikarzy, którzy udali się na teren Arcachu, czyli Górskiego Karabachu. Zdziwili się, że miejscowi Ormianie nie okradli sklepów, które utraciły drzwi i okna w wyniku bombardowań. Nie było sprzedawców, a jednak sklepy pozostały nietknięte. Gdy przyjechałem do Armenii po raz pierwszy w 2009 roku, z moim znajomym zostawiliśmy w centrum Erywania otwarty samochód. Po półtorej godziny w centrum miasta okazało się, że nic się nie stało, nikt nic nie ukradł. Takie było więc moje pierwsze wrażenie życzliwości, dobroci i gościnności ormiańskiego narodu.

KM: Charakter Ormian wykuwał się w trudnej historii i niekorzystnym położeniu?

ks. RK: Z każdej strony – czy z zachodu, czy ze wschodu, Ormianom grozi niebezpieczeństwo, w większości muzułmańskie. Przede wszystkim chodzi tu jednak o Turcję i Azerbejdżan, z którymi Armenia teraz toczy wojnę. Azerbejdżan otrzymuje tureckie wsparcie wojenne – są na to dowody, ale po jego stronie walczą także syryjscy najemnicy. To przedstawia również charakter i rozmiar zaistniałego konfliktu. Ormianie boją się powtórki tureckiego ludobójstwa z 1915 roku. Obawiają się, że Turcja chce zupełnie usunąć Armenię z mapy i żeby ten naród przestał istnieć.

 Armenia to kraj osamotniony i jeśli decydują się działać na różne fronty, to raczej dlatego, że nie mają innego wyjścia. Pokazuje to np. to, co się stało w 2018 roku – ormiańska rewolucja, czyli przemiana ustrojowa, która odbyła się w zupełnie pokojowy sposób. Wyjście ludzi na ulicę nie było agresywne, jak to miało miejsce na Ukrainie czy dziś na Białorusi. Ormianie zrobili to bardzo subtelnie i pokojowo, w swoim stylu, nie krzywdząc siebie nawzajem. Pełniący wówczas obowiązki prezydenta i premiera Serż Sarkisjan po prostu zrezygnował, widząc te tłumy ludzi pokojowo protestujących na ulicach.

ks. Rafał Krawczyk z dziećmi pierwszokomunijnymi

KM: Podkreślmy, że Ormianie to też diaspora.

ks. RK: Zgadza się. Bardzo wielu mieszka w Rosji – są to tzw. emigranci postsowieccy, którzy wyjechali do ZSRR za chlebem i tam już pozostali. Dziś wielu otrzymało obywatelstwo rosyjskie, choć zachowali obywatelstwo ormiańskie. Oni powtarzają, że kawałek Armenii tam się znajduje, gdzie Ormianin w danym momencie zamieszkuje. I nawet gdy okoliczności zmusiły go do tego, żeby był w innym kraju, to cały czas sercem jest w Armenii. Cały czas żyje też tym, co się dzieje w Górskim Karabachu. Mam kontakt z Ormianami polskimi, rosyjskimi czy gruzińskimi, którzy przeżywają ten konflikt bardzo emocjonalnie.

Duże wsparcie jest wysyłane przez diasporę, np. liczną diasporę w Ameryce, ale trzeba docenić również wkład diaspory polskiej.

 Ich obecność w Polsce też jest częścią naszej historii – w pewien sposób jesteśmy im dłużni. To nie jest tak, że my nie mamy nic wspólnego. Wystarczy wspomnieć Ignacego Łukasiewicza, wynalazcę lampy naftowej, pochodzącego z ormiańskiej rodziny, czy przedwojennego działacza oświaty ks. Grzegorza Piramowicza, inicjatora reformy edukacji. Nie można pominąć księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, którego znam osobiście i uważam za szlachetnego człowieka.

KM: Nie można jednak pominąć kwestii religijnych. Słyszałem takie określenie, że Armenia to jest najstarszy chrześcijański kraj świata. Czy dziś wciąż można to odczuć?

ks. RK: Tak, to jest najstarszy chrześcijański kraj świata. Ogólnie w Armenii obecnie można wymienić kilka chrześcijańskich grup religijnych. Armenia niektórym może kojarzyć się z Orientem, egzotyką. Niektórzy nawet się śmieją, że chrześcijaństwo u Ormian nie przechodzi przez wodę i formułę „w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”, tylko przez krew. To trochę zabawne, ale podkreśla, jak ważna jest tożsamość chrześcijańska dla każdego Ormianina.

Współcześnie Ormianie katolicy stanowią niewielki ułamek społeczeństwa – niecałe 20%. Liczebnie największy jest Apostolski Kościół Ormiański, który nie ma jedności z papieżem, natomiast druga grupa wyznania chrześcijańskiego to jest Kościół ormiańskokatolicki,  który ma swojego patriarchę – katolikosa – nie w Erywaniu, ani w Eczmiadzynie (świętym miejscu Ormian, gdzie rezyduje katolikos Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego), a w Bejrucie, w Libanie. Obecnie patriarchą jest Grigor Petros XX, czyli Grzegorz Piotr XX. Każdy patriarcha ormiańskokatolicki do swojego własnego imienia dodaję jeszcze „Piotr” na znak, że jest w jedności z Piotrem, czyli papieżem.

Inną ciekawą grupą, wcale nie tak małą, jak mogłoby się wydawać, są ormiańscy protestanci. Miałem okazję ich poznać przy okazji Światowych Dni Młodzieży w Krakowie w 2016 roku, gdy grupka młodzieży z pastorem poprosiła, żeby do nas dołączyć. Razem z arcybiskupem Rafałem uzgodniliśmy, że skoro chcą uczestniczyć, to nie będziemy robić im problemów, troszkę podkreślając ekumeniczny charakter tego spotkania.

KM: Jaka jest ormiańska duchowość? Jakie ma cechy charakterystyczne?

ks. RK: Ormiańska duchowość jest zupełnie inna niż polska. Są pewne naleciałości historyczne, które o tym decydują. Ormianie jako pierwszy naród oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo jako religię państwową w. 301 roku po Chrystusie. Zagadkowa jest kwestia dokładnej daty, bo wielu historyków zastanawia się czy możliwe, żeby Armenia przyjęła chrzest przed Rzymem, skoro była pod okupacją Rzymu. Tradycja ormiańska przyjmuje 301 rok jako rok chrztu.

Duchowość ormiańska jest jedną z wielu duchowości wschodnich. Ma zupełnie inny charakter niż ta zachodnia, łacińska. Wiadomo, że w religijności wschodu duży nacisk kładzie się na odczuwanie i u Ormian też to widać. Jest bardzo emocjonalna, może czasami spontaniczna. Sam krzyż ormiański wyraża pewną duchowość – przede wszystkim jest symbolem życia. Teraz, gdy rozmawiamy, siedzę przed takim ormiańskim krzyżem i na dole jest takie kółeczko – symbol wieczności. Kwitnący Krzyż z drewna stanowi dla Ormian symbol życia, a nie śmierci. Wierzą, że Chrystus umarł, ale Jego śmierć dała życie. To przekonanie motywuje i determinuje Ormian,  którzy walczą w Arcachu: nawet jeśli umrą, to nie na marne.

Zobacz też:   Tasmania, Kalifornia, Kostaryka. Dlaczego wrogowie Kościoła chcą uderzyć w spowiedź?

Widać też duże niedostatki spowodowane brakiem formacji. Przez długie lata, w czasach komunistycznych, nie było tam wystarczająco wielu księży. Odrodzenie Ordynariatu Ormiańskokatolickiego nastąpiło po rozpadzie ZSRR i dzięki Janowi Pawłowi II w 1991 r. Dopiero wtedy nastąpił przełomowy moment odradzania się struktur kościelnych – zarówno Apostolskiego Kościoła Ormiańskiego, jak i katolickiego.

Widać brak katechezy, większej świadomości. Powtarzam czasem, że Ormianie są bardzo religijni, ale nie zawsze wierzący. Owszem, spotkałem też takich głęboko wierzących, tak jak i w Polsce spotyka się różne postawy. Są osoby, które chodzą do Kościoła, deklarują, że są katolikami. W kwestiach moralnych, jeśli zgłębimy ich życie, to okazuje się, że nie wszyscy w pełni utożsamiają się z ze swoją wiarą i żyją w zgodzie z tymi przekonaniami. To odnosi się też często do Ormian i pewnie jest to w dużej mierze efekt postsowiecki. Każdy ksiądz, który pracuje w republikach postsowieckich tego doświadcza.

Myślę, że ta wojna może być takim źródłem, które wydobędzie nową siłę wiary. Choć Ormianie są liczebnie słabsi, duch i przywiązanie do wartości jest u nich niezmienne i oni za wszelką cenę będą tego bronić.

 Piękny kościół w Szuszi został zbombardowany. Niedaleko stał meczet, który Ormianie w ramach zemsty też mogli zniszczyć, ale tego nie zrobili. To świadczy o ich szacunku do religii.

ks. Rafał Krawczyk

KM: Skoro już doszliśmy do Górskiego Karabachu – o co, tak najprościej, chodzi w tym konflikcie?

ks. RK: Azerbejdżan oskarża Ormian, którzy zamieszkują Górski Karabach czyli Arcach, o okupację tego terenu. Rzekomo formalnie należy on do Azerbejdżanu. Ale tak nie jest do końca. Trzeba spojrzeć troszeczkę z dystansu i innej perspektywy, biorąc pod uwagę przesłanki historyczne. Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że historycznie Arcach należy do Ormian. Stoją tam kościoły, a nie meczety.

KM: Dodajmy od razu, że nie jest to konflikt nowy.

ks. RK: Konflikt poważnie zaczął się w momencie rozpadu Związku Radzieckiego, gdy pojawiła się możliwość samostanowienia przez różne narody zamieszkujące ZSRR. W mediach Ormianom zarzuca się, że niezgodnie z prawem przywłaszczyli sobie ten Górski Karabach, a to nie jest prawdą. Zgodnie z ówczesnym prawem ZSRR każda republika, a nawet okręg prezentowany przez odrębny naród, który chciałby się odłączyć od Związku Radzieckiego, miał do tego prawo w formie referendum. Co ciekawe, pierwsze takie referendum odbyło się właśnie w Arcachu, już w 1987 r. Ludzie w 90% uznali, że chcą stworzyć niezależną republikę. Oczywiście było sprawą oczywistą, że chcieli przyłączenia do Armenii, która była kulturowo bliższa ludności zamieszkującej Arcach. Przeprowadzono wolne wybory prezydenckie, a potem jeszcze jedno referendum. Obywatele Arcachu potwierdzili chęć odłączenia się od Azerbejdżanu. Zresztą Republika Azerbejdżanu odłączyła się od Związku Radzieckiego później niż Górski Karabach.

Jak widać od strony prawnej Ormianom nie da się nic zarzucić. To Azerbejdżan przywłaszczył sobie Górski Karabach wbrew ówczesnemu prawu i to jest podłożem całego konfliktu.

KM: Czyli o co walczy każda ze stron?

ks. RK: Armenia nie ma aspiracji, żeby za wszelką cenę wchłonąć tę niepodległą Republikę Arcachu. Przede wszystkim Ormianie chcą, żeby została ona uznana na arenie międzynarodowej, a jej mieszkańcy sami zdecydowali o swojej przyszłości. Ale na pewno nie odrzucą ich, jeśli będą bardzo silnie prosić o przyłączenie do Armenii. Wielokrotnie mówił o tym obecny premier Armenii, Nicole Paszynian.

Azerbejdżan nienawidzi narodu ormiańskiego. Azerska edukacja jest mocno anty-ormiańska. W szkole małe dzieci na geografii pytane są: „Kto jest wrogiem?” i muszą odpowiadać: „Ormianie!”. Czy w tej sytuacji mogą dziwić różne akty bestialskiego mordowania Ormian?

KM: Tak naprawdę wojna trwa więc od kilku dekad.

ks. RK: Tak, ona trwa od 30 lat, tylko ze zmienną intensywnością. Nazywam to „zamrożoną wojną”. Azerbejdżan określa ten konflikt okupacją, zagraniczne media zaczynają zmieniać zdanie. Przy granicy wciąż stacjonują wojska i jak tylko ktoś zacznie, to znowu wybuchają walki. Azerbejdżan nie może pogodzić się z tym status quo jaki jest.

Kiedy byłem tam pierwszy raz, w 2016 roku, też doszło do chwilowego zaostrzenia, ale po czterech dniach się to skończyło. Teraz widać, że Azerowie są bardzo zdeterminowani i planują  zakończyć spór o Górski Karabach.

KM: Trudna sytuacja dotyka wszystkich, nawet najmłodszych?

ks. RK: Obowiązkowa służba wojskowa w Armenii trwa 2 lata. Każdy młody Ormianin przechodzi służbę wojskową pod kątem przygotowania do obrony ziemi ojczystej. Wielu ministrantów z moich parafii okresowo było nieobecnych z powodu odbywania służby wojskowej na granicy frontu Arcachu. Ich matki przychodziły do mnie i prosiły o modlitwę: „Oby tylko nie trafił do Arcachu”, bo wiadomo, że tam jest ryzyko zamrożonego konfliktu. Oczywiście, każda matka jednocześnie wiedziała, że syn idzie walczyć w dobrej sprawie i ze łzami w oczach go puszczała. Mówimy o 18 – 19 letnich synach.

KM: A jaką rolę w konflikcie odgrywają państwa trzecie?

Zbyt wiele w tym wszystkim milczenia. Oficjalna reakcja Rosji jest niejasna. Niedawno w mediach oglądałem wypowiedź pewnej Rosjanki, która rozłożyła dotychczasowe zaangażowanie Rosji w różne konflikty, odwołując się nawet do powstania warszawskiego. Potrafiła powiedzieć jasno, że Rosjanie zachowali się haniebnie, gdy przyglądali się, co robią Niemcy z powstańcami i jak niszczona jest Warszawa, zamiast realnie zareagować. Ormianie stawiają dziś Rosjanom podobny zarzut – braku jakiejś konkretnej, zdecydowanej reakcji poparcia czy pomocy. To inna sytuacja niż na Ukrainie czy w Gruzji, gdzie interwencja Rosji była niepotrzebna.

Głównym atutem Azerbejdżanu jest zaangażowanie w konflikt Turcji. Ułatwia im to zakup większej ilości lepszej broni, co jest istotne, ponieważ główną rolę w tym konflikcie odkrywa artyleria. Z drugiej strony Ormianie zajmują swoją pozycję od górskiej strony,co ułatwia im prowadzenie strategii  obronnej.

ks. Rafał Krawczyk

KM: Czy na chwilę obecną można czynić jakieś uzasadnione przewidywania, w jaką stronę cała sytuacja może się rozwinąć w najbliższych latach?

ks. RK: Myślę, że nie można przewidzieć jak to się wszystko skończy. Na pewno strona ormiańska będzie bronić Arcachu do samego końca. Obecna wojna jest zupełnie inna niż  poprzednie. Tak jak w 2016 roku Azerbejdżan uderzył pierwszy na pozycje ormiańskie, ale tym razem nie widać końca dla tego konfliktu.

Możliwe, że ktoś w końcu ich przekona i wyperswaduje Azerom, żeby w końcu poważnie usiedli do stołu. Możliwe też, że obecny stan jeszcze długo się nie skończy; jedni i drudzy będą uzupełniać braki w broni i raz na jakiś czas atakować. Możliwe też, że Turcja przekroczy pewną granicę i zacznie bezpośrednio atakować. Niebawem przyjdzie surowa zima, co może w sposób naturalny zamrozić tymczasowo dalszy przebieg tej wojny.

KM: A co musiałoby się stać, czysto hipotetycznie, żeby konflikt został ostatecznie rozwiązany?

ks. RK: Jeśli konflikt ma się skończyć, to wszyscy na arenie międzynarodowej musieliby ogłosić niepodległość Górskiego Karabachu. Tam mieszkają Ormianie, ale ciągle brakuje akceptacji tego stanu ze strony Azerbejdżanu. Po rozpadzie Związku Radzieckiego Arcach został bezprawnie włączony do Azerbejdżanu. Ormianie będą się bronić dlatego, że są silnie przywiązani do do tej ziemi. Dla Azerów to co najwyżej kwestia pewnego prestiżu, a dla Ormian ziemia ojczysta. Sami mówią: „Jeśli stracimy Arcach, to co nam zostanie?”.

Przepraszam, ale sam osobiście nie wyobrażam sobie, żeby Arcach przeszedł na stronę Azerbejdżanu.

Jakby do tego doszło, to mielibyśmy powtórkę z lat 90., gdy Ormianie musieli uciekać z własnych domów i byli mordowani. Trzeba się po prostu modlić o to, aby ostatecznie ten konflikt zakończył się. Ormianie naprawdę nie chcą tej wojny, oni kochają pokój.

KM: Na koniec chciałbym spytać, w jaki sposób nasi czytelnicy mogą pomóc ofiarom tej wojny?

ks. RK: Zawsze można pomóc. Podstawą jest modlitwa – przykładowo w polskiej parafii, w której mieszkam, teraz – w czasie epidemii, robimy codziennie Apel Jasnogórski w intencji o pokój. Wydaje się, że to takie pozorne działania, ale one mają siłę. Myślę, że to modlitwa wyzwoliła te pierwsze rozmowy pokojowe, które pozwoliły ogłosić rozejm.

Kolejna sprawa to pomoc humanitarna. Ja zbieram takie wsparcie na moje polskie konto i przesyłam do Armenii. Jest to pomoc ukierunkowana przede wszystkim na osierocone dzieci, bo utrata mężczyzny, głowy rodziny, to wielki cios. Potrzebna jest też pomoc dla żołnierzy – lekarstwa, ciepłe ubrania, jedzenie w puszkach.

Jestem w kontakcie z Caritasem Armenia, zwracam się też do Zespołu Pomocy Kościołowi na Wschodzie, który już zadeklarował pomoc. W drugą niedzielę adwentu w kościołach w Polsce odbędą się takie zbiórki i w tym roku część pieniędzy pójdzie na potrzeby chrześcijan w Armenii. Każdy kto chce udzielić wsparcia, może się ze mną skontaktować. Są tacy ludzie, którzy skontaktowali się ze mną prywatnie, bo szukali sposobu żeby pomóc.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.