adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Z życia Kościoła

Struktura Kościoła w Polsce promuje księży „biernych, miernych, ale wiernych” – wywiad z ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim

fot. flickr.com/Anna Woźniak

O nierozwiązanych problemach Kościoła, miejscu człowieka uczciwego w tej sytuacji i o działalności charytatywnej rozmawiam z ks. Isakowiczem-Zaleskim, prezesem Fundacji im. Brata Alberta (zajmującej się osobami niepełnosprawnymi), duchownym zaangażowanym w rozwiązywanie problemów Kościoła.

Marceli Hejwowski: Proszę księdza, rozmawialiśmy w 2020 roku z okazji promocji książki Kościół ma być przezroczysty (Esprit). Wtedy wydawało się, że jesteśmy w okresie przełomu: filmy braci Sekielskich, sprawa biskupa Janiaka, wzrost działalności prymasa Wojciecha Polaka i kierowanego przez niego Biura Delegata KEP ds. Ochrony Dzieci i Młodzieży. Mimo to co pół roku, a może i co kwartał, wybucha nowa, głośna medialnie afera. Zdawać by się mogło, że Kościół w ogóle się nie oczyścił. Jak Ksiądz to widzi? Stagnacja zwycięża, czy może jednak pomału idziemy do przodu?

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski: Jest to bardzo trudny problem. Dla mnie, jako duchownego, jest to szczególnie ciężkie. Jestem świadkiem tego, jak moim zdaniem ten problem Kościoła się pogłębia. Wszystkie afery w większości te nierozwiązane wcześniej uderzają w istotę działalności duszpasterskiej. To uderza przede wszystkim w tych uczciwych księży, których jest na pewno zdecydowana większość. Księży, którzy, mówiąc językiem wojskowym, są na pierwszej linii frontu: katecheci, proboszczowie, wikarzy, kapelani. To oni spotykają się na co dzień z tymi sprawami, ale w formie zarzutu do struktur kościelnych, że ciągle to jest nierozwiązane.

Gdzie tkwi przyczyna? Nie ma wątpliwości, że Kościół z epoki komunizmu wyszedł bardzo zwycięski. Oczywiście były też czarne owce tajni współpracownicy SB. Niemniej jednak struktura kościelna, chociaż szykanowana przez służby komunistyczne, nie tylko oparła się komunizmowi, ale i przyczyniła do jego obalenia, a także do rozwoju działalności akcji społecznych, charytatywnych. Kościół zapisał piękną kartę do roku 1989.

Później sytuacja była paradoksalna. Z jednej strony wielkie uznanie dla duchownych, biskupów. Już nie wspominam o postaci papieża Jana Pawła II, który przecież do końca życia cieszył się wielkim autorytetem. Ale kryzys zaczął się już w latach 90., w pierwszych latach ponownej niepodległości. Kościół tak jakby nie zauważył przemian społecznych. Doszło do rozejścia się między postawą wielu duchownych, a oczekiwaniami społeczeństwa.

Fundamentalnym błędem było nieprzeprowadzenie lustracji w Kościele. Ten problem można było rozwiązać już na początku lat 90. Od pierwszych władz Kościół mógł dostać akta dawnych Służb Bezpieczeństwa, przejrzeć je i odsunąć tajnych współpracowników. Równocześnie mógł dowiedzieć się o różnych problemach wewnętrznych, które były w aktach odnotowane. Chodzi o różne skandale obyczajowe. Można było dzięki temu przeprowadzić oczyszczenie.

Słowa „lustracja” osobiście nie lubię. Uważam, że powinna nastąpić autolustracja, czyli samooczyszczenie Kościoła. Niestety zostało to zaprzepaszczone. Potem okazało się, że są i inne problemy – jak na przykład lobby homoseksualne, różne sojusze ołtarza z tronem (nie tylko obecnie, ale i za innych rządów). I dziesiątki innych spraw. Okazało się, że oczekiwania wiernych wobec struktur kościelnych są ogromne. A Kościół pouczał z ambony, że ma być tak i tak, a sam nic nie robił.

Teraz jesteśmy świadkami kolejnych, używając znów porównania wojskowego, min. Pól minowych. Jako kleryk byłem dwa lata w wojsku przy brygadzie saperów. Zawsze mam taki obraz, że pole minowe to są te ukryte pułapki. Dobry dowódca, by nie było dużych strat, najpierw wysyła saperów, by je rozbroili. Później cała kompania wojska może przejść swobodnie. Tego zabrakło. Zabrakło rozładowania tych bomb.

Zdecydowana większość tych problemów, o których słyszymy w mediach, to są sprawy zadawnione. Można było się nimi zająć wcześniej i nie dopuścić do skandali medialnych. Niestety, jak widać, Kościół w Polsce nie chce się na razie zmierzyć z tymi problemami. Robi to pod wpływem mediów, co oznacza, że już przegrywa na samym początku.

MH: Co do tych mediów – ostatnio mieliśmy kilka spraw nagłośnionych przez Gazetę Wyborczą. Na przykład przypadki księży z archidiecezji białostockiej i diecezji drohiczyńskiej. Mieliśmy też wywiad z absolwentem liceum sióstr prezentek w Rzeszowie. Tych samych sióstr, co do których trwa śledztwo ws. domu opieki w Jordanowie. Wywiad ten został mocno skrytykowany przez innego absolwenta, youtubera Szymona Pękalę. Wytknął on pewne przekłamania, np. podniesienie do rangi faktu żartu, krążącego po szkole od pokoleń, na temat jednego z nauczycieli.
Mieliśmy też wywiad z seksuolog pt. Seksuolożka: Ksiądz Andrzej Dębski nie jest zboczeńcem. To Kościół ma problem. Oczywiście „problemem” jest celibat.
Widząc to, jak możemy ufać, że media mogą pomóc oczyścić Kościół, skoro często te media nie ukrywają pewnych nieprzyjaznych intencji? Pewnego urobienia Kościoła według swojej wizji? Jak może pomóc katolikom gazeta, której wielu z nich nie czyta i nie ceni (a wręcz nie cierpi)?

TIZ: Wracamy do sedna sprawy – do samooczyszczenia. Kościół nie może czekać aż w tej czy innej gazecie (przychylnej Kościołowi czy antykościelnej) ukaże się artykuł.

Inne porównanie. Opiekuję się osobami niepełnosprawnymi od dziesiątków lat. Dobry lekarz, psycholog, psychiatra opiekujący się takimi osobami podejmuje działania sam, a nie czeka na jakiś artykuł. Tymczasem Kościół śpi sobie spokojnie. A gdy ukaże się jakiś tekst, to oczywiście są „wrogie media, to jest atak na Kościół”. Syndrom oblężonej twierdzy.

Trzeba samemu prowadzić takie działania, by dziennikarze różnych mediów nie mieli czym się zajmować. Zdecydowanie reagować nawet na drobne uchybienia, bo później one mogą przerodzić się w jakieś patologie.

Oczywiście zawsze będą czarne owce. Tak jak w każdej społeczności. Znamy Ewangelię, wiemy że był Judasz. Był św. Piotr, który zaparł się Jezusa, ale się z Nim pojednał. To nie jest tak, że zawsze będzie dwunastu sprawiedliwych apostołów. Że nie będzie żadnego zdrajcy, mówiąc wprost. Ale trzeba czuwać, starać się nie dopuszczać do tego. A jak się pojawią jakieś problemy, to nie czekać aż gazeta to opisze.

Ja na przykład nie czytam Gazety Wyborczej. Odmawiam wywiadów. Przez rok ostatnio byłem proszony o obszerny wywiad dla GW, ale odmawiałem i odmawiam nadal. Niemniej jednak, dziennikarze, niezależnie od opcji, spełniają rolę sygnalistów różnych patologii.

Co teraz robić? Pozytywnym wzorem jest to, co stało się we Francji. Episkopat po całej serii skandali (a pamiętajmy, że Kościół we Francji jest wyrugowany z życia społecznego, jest niszowy i prześladowany od Rewolucji Francuskiej) zdobył się na to, żeby poprosić świeckiego prawnika, Jeana-Marca Sauvégo, aby powołał całkowicie niezależną komisję do przebadania tych spraw. Sauvé dobrał wyłącznie ludzi świeckich, fachowców: prawników, psychologów, ludzi różnych specjalności. Kościół udostępnił im akta. Oni cofnęli się 70 lat, do 1950 roku, badając sprawy nawet ludzi już zmarłych. Na podstawie tego raportu, ocenionego jako bardzo obiektywny, społeczeństwo mogło wyciągnąć wnioski, jak jest naprawdę. Jaka jest skala molestowań i pedofilii, i molestowania osób starszych, jak i innych afer obyczajowych. To pozwoliło stwierdzić, jaki jest stan faktyczny, ale pokazało też, że Kościół nie boi się mierzyć z problemami.

Co mamy w Polsce? Przykro mówić. Ja jestem adresatem licznych listów, zarówno od świeckich, jak i duchownych. Oni często piszą, że próbowali poruszyć daną sprawę przez kurię czy, jeśli chodzi o zakony – przez prowincjała, siostrę prowincjalną. Spotykali się z murem, odpychano ich. Niektórzy nagłaśniali sprawę przez media. Inni piszą do mnie: ja staram się poprzez zaufanych prawników czy księży tę sprawę poruszyć. Ale wielokrotnie spotykam się ze ścianą wręcz betonową.

Znam afery dużo poważniejsze niż ta opisana z Białegostoku. I dziwi mnie postawa przełożonego, do którego piszę pod imieniem i nazwiskiem, a on zbywa mnie dwoma zdaniami i nic się przez rok nie dzieje. Te skandale są na własne życzenie. Niektóre rzeczy, z innych części Polski, wołają o pomstę do nieba. Jak można tolerować związki homoseksualne między księżmi a ludźmi świeckimi? Albo sytuacje molestowania tzw. bezbronnych dorosłych, czyli osób, które ukończyły 18 lat, ale są w jakiś sposób niesamodzielne? Duchowny, który ma być ich spowiednikiem, terapeutą, staje się wilkiem w owczej skórze.

To się dzieje często za wiedzą przełożonych. Albo inaczej: wiedzą, ale nie chcą wiedzieć. Domyślają się, mają pewne sygnały, ale chcą mieć święty spokój. A jak wybucha afera, to każdy z nich mówi: nie wiedziałem, nie słyszałem, pierwszy raz słyszę. Później się okazuje, że wiedział o tym wcześniej.

Przede wszystkim hierarchowie powinni bić się we własne piersi. Ja nie raz się zastanawiam, co zrobić z konkretną sprawą. Do kogo napisać? Kto się tym zajmie? Nie ma takiej instytucji jak RPO w Kościele. Nie ma całkiem niezależnego organu. Każdy sąd biskupi podlega biskupowi. Pisanie do nuncjusza (zwłaszcza obecnego) to jest to samo, co pisz na Berdyczów. On się wieloma sprawami kompletnie nie interesuje. Pisanie do Watykanu? No była nadzieja, że to się zmieni. Ale od roku to znowu wszystko jest przyblokowane. Być może Watykan jest obecnie bardziej zajęty tym, kto będzie następcą papieża Franciszka, a nie tym, czy Kościołowi w Polsce uda się zapobiec pewnym skandalom.

Sytuacja jest naprawdę trudna. Najtrudniejsza jest, powtórzę raz jeszcze, sytuacja uczciwych kapłanów. Ciężko posługujących, skromnych, niepazernych, nie budujących willi.

MH: Komu tak właściwie zależy na tym, żeby Kościół się nie oczyścił? Żeby tuszować? To kwestia znanych, sławnych nazwisk – biskupów, prowincjałów? Czy może to kwestia cichych karierowiczów z kurii i z różnych ważniejszych diecezjalnych instytucji?

TIZ: Powodów jest wiele. W wypadku starszego pokolenia, które już odchodzi, to jest kwestia współpracy z SB. Ludzie, którzy już tak się uwikłali, że żyli w zakłamaniu. Mają zharatane sumienie. Często są szantażowani przez byłych funkcjonariuszy SB. Sens lustracji – która się nie dokonała – był właśnie taki, żeby przeciąć tę czerwoną pajęczynę. Niestety, do dziś są w episkopacie biskupi (powyżej 70. roku życia), którzy byli tajnymi współpracownikami. Są to ludzie, którzy nigdy się z tym nie rozliczyli. A nadal pełnią ważną funkcję. Jest ich niewielu, ale dużo zła zrobili.

MH: Na przykład Wiktor Skworc jest byłym TW. On się wymówił tym, że robił to w porozumieniu z własnym biskupem. W każdym razie był, żadna kara go za to nie spotkała, jak również za inne jego „niedociągnięcia”.

TIZ: Poruszył pan jeden z najcięższych przypadków w Episkopacie. Tajny współpracownik mówi, że robił to za porozumieniem biskupa. Biskup już nie żyje, nie ma jak tego sprawdzić. Ale druga sprawa to jest to, co jest realnie w aktach. W przypadku Wiktora Skworca są donosy na działacza „Solidarności” śp. Kazimierza Świtonia, ojca kilkorga dzieci. Więc to tłumaczenie jest, przepraszam za słowo, klituś-bajduś.

Tak samo inne jego raporty – też były ważne. Biskup Skworc się do tego nie przyznał. Kiedy zaczął mówić? Jak się miała ukazać moja książka Księża wobec bezpieki (Znak, 2007). Podniósł wtedy wielki raban. Niestety Gość Niedzielny , pismo katolickie, rzucił mu koło ratunkowe. Na łamach tej gazety zaczął się usprawiedliwiać, mówić, że „stąpał po cienkim lodzie”. On nie stąpał po cienkim lodzie. On był unurzany po szyję w tej przerębli zła. Słowa o cienkim lodzie to bajki.

Jego negatywne działanie się na tym nie skończyło. Pomimo agenturalnej przeszłości został biskupem w Tarnowie. A nie powinien być w ogóle biskupem. W Tarnowie była cała seria samobójstw kapłanów (na tle mobbingu) i tuszowanie pedofilii. W 2002 roku dowiedział się on od rodziców i nauczycieli jednej ze szkół, że jeden z księży molestuje małych chłopców (poniżej 15 roku życia). I co wtedy biskup tarnowski Wiktor Skworc zrobił? Zatuszował sprawę, a sprawcę wysłał na Ukrainę, gdzie ten dopuścił się kolejnych czynów, tym razem wobec dzieci ukraińskich.

Kiedy wrócił ten duchowny, posłał go z powrotem do szkoły. To są rzeczy karygodne. Kiedy zaczęło się o tym mówić i pisać? Pokrzywdzony napisał do mnie, opisałem tę sytuację. Kuria tarnowska wytoczyła mi proces – w sądzie cywilnym, żeby było jeszcze śmieszniej. Do procesu ostatecznie nie doszło, doszło do ugody.

A Wiktor Skworc powiedział, że on sam podda się ocenie. I on się sam osądził. Jak się osądził? Dalej jest biskupem. Dostał jeszcze koadiutora. Powiedział, że wpłaci jakąś kwotę na rzecz pokrzywdzonych, ale nie wiadomo jaką. Zrezygnował z jakichś funkcji, ale arcybiskupem Katowic jest nadal. I na to – mówiąc wprost – nie ma żadnego lekarstwa. Na to ani władze państwowe, ani kościelne, ani Watykan nic nie poradzą, są bezsilne. Gdyby papież Franciszek był konsekwentny wobec tego, co mówił do tej pory, to powinien odwołać biskupa Skworca zaraz po ujawnieniu przez prokuraturę tych akt.

Nawiasem mówiąc, dalej toczy się śledztwo policji w Tarnowie. Okazuje się, że ofiar jest ogromna liczba. Jeden sprawca, kryty przez swojego biskupa, dopuścił się molestowania bardzo wielu młodych chłopców. Dzisiaj to mężczyźni mający 30, 40 lat. Miałem okazję z kilkoma z nich rozmawiać. Są to ludzie poranieni, którzy nie otrzymali ani odszkodowania, ani pomocy od biskupa, który to tuszował.

Sprawa biskupa Skworca to boląca rana. To obrona do ostatka swojego tronu biskupiego, tym razem w Katowicach. Takich przypadków jest jeszcze kilka. Nie jest to dziwne, że ci, którzy współpracowali z SB, to oni później moralnie byli, przepraszam za określenie, dewiantami. Bo oni żyli w strasznym kłamstwie. Służba Panu Bogu, piękne słowa, pouczanie z ambony, a równocześnie – niesamowite draństwo. Żaden normalny człowiek tego nie wytrzyma.

Byli TW to jedno. Drugi powód to jest to, co opisuje ks. prof. Dariusz Oko – mafia lawendowa. Nie należy tego demonizować. Należy to rozumieć jako różnorakie związki homoseksualne między duchownymi, ale też powiązane z różnymi środowiskami świeckimi. Ci ludzie nie tylko się wspierają w swoich karierach, ale również tuszują wiele rzeczy. Te skandale, które się pojawiają (również w Watykanie) mają często swoje bardzo czytelne podłoże.

Trzecia grupa to błędy w strukturze kościelnej. Promuje ona księży, o których w czasach, kiedy byłem klerykiem, mówiło się BMW. Bierny, mierny, ale wierny. Niestety okazało się, że to jest dobra recepta na karierę w Kościele. Być biernym, mierny, ale wiernym. Wiernym nie w znaczeniu Panu Bogu, ale różnym układom. Nie wychylać się, tuszować, przymykać oko na pewne rzeczy.

Zobacz też:   Napij się wody ze źródła

Czwarty powód jest związany z pewnymi szybkimi przemianami społecznymi, za którymi Kościół nie nadąża. Pojawiły się media społecznościowe. Ogromna swoboda przemieszczania się. Wielu ludzi wyjeżdża za granicę, duchowni też. Kościół żyje w takich dawnych mitach, że parafia to jest taka tradycyjna wspólnota. Ale wierni, a także księża, są już z innej bajki.

Trzeba to dostosować. Nie mówię tu o dogmatach, dogmatów się nie zmienia. Ale parafia nie może być tylko urzędem usługowym. Musi być żywą wspólnotą, która chce przyciągnąć ludzi młodych. Katechizacja jest źle prowadzona. To nie oznacza, że trzeba z niej zrezygnować – trzeba po prostu ją zmienić. Nie trzymać się kurczowo starego modelu, którego wady pokazała chociażby pandemia.

A ksiądz nie może być urzędnikiem. Znam takie przypadki, że ksiądz przychodzi do szkoły, tylko patrzy na zegarek – wykona swoje i wolne. Nie może tak funkcjonować. Musi się zmienić wychowanie do takich funkcji.

Dzisiaj seminaria gwałtownie pustoszeją. Łączy się niektóre seminaria. To pokazuje jak straszny jest kryzys, jeśli chodzi o powołania kapłańskie.

MH: Z różnych wątków, które się wiążą z tym tematem, chciałbym poruszyć taki nieco mniej oczywisty. Kwestia fałszywych oskarżeń. Były takie sytuacje. Zostało wniesione oskarżenie, osoba która wniosła oskarżenie została wysłuchana i otrzymała należyte wsparcie. Potem wychodziło, że to była nieprawda. I już ksiądz fałszywie oskarżony nie otrzymał chociażby psychologicznego wsparcia.
Księża chyba też bardziej się boją nawet rozmawiać z młodzieżą. W obawie przed posądzeniem o coś. Jak by Ksiądz widział kwestię pomocy psychologicznej? Albo wykształcenia księży do pracy z młodzieżą w tym kontekście?

TIZ: No tak, ale jakby była niezależna komisja, to ona by ratowała też tych fałszywie oskarżonych. Jaki jest sens niezależności? Ciągle to akcentuję, że komisja powinna się składać z ludzi świeckich. Żeby w obrębie struktur kościelnych istniał mechanizm sprawdzania tych wszystkich rzeczy, to ci którzy sprawdzają muszą być poza wszelką zależnością od biskupa. Nie mogą być to księża, zakonnicy, ale ludzie świeccy. Fachowcy – prawnicy, psycholodzy itd., którzy to ocenią.

A skoro takiej komisji nie ma, to niesłusznie oskarżony nie ma się do kogo odwołać. Bo jak on pójdzie do sądu biskupiego, to go tam wyśmieją. Bo ten sąd jest całkowicie zależny od biskupa. To biskup decyduje o tym, czy ktoś jest winny czy nie. Może to skrót myślowy, ale tak jest.

Nie ma niestety tego mechanizmu oczyszczania. I będą nadużycia, fałszywe oskarżenia. To wszystko pokazuje znowu, że Kościół nie może być zamkniętą twierdzą. Przyjmować metody skrajnej. Powiedzenie że to jest atak na Kościół to jest metoda skrajna. Zbagatelizowanie wszystkiego, powiedzenie, że nic nas to nie obchodzi, to też metoda skrajna. Musi być zdrowy rozsądek w funkcjonowaniu.

Oczywiście nie dziwię się moim młodszym kolegom (i też to obserwuję), że są bardzo ostrożni, a może nawet przerażeni. To też będzie bardzo rzutować na ich działalność. Pewnych działań nie będą podejmować.

Ale też z drugiej strony kiedy widzę, jak funkcjonują niektórzy młodzi księża, to mam odczucie, że się pogubili. Bo oni nie wiadomo kim są. Już nie mówię, że jest awersja do noszenia stroju duchownego i tak dalej. Ale swoim sposobem zachowania bardzo często pokazują, że oni nie są duchownymi. Albo jest urzędnikiem, który „odbębnia” swoje obowiązki, albo takim działaczem młodzieżowym, taki „równy chłop”, przyjaciel, ze wszystkimi na „ty”. Wtedy młodzi nie widzą w nim autorytetu moralnego.

Gdyby duchowni zostali wyłącznie duchownymi i pilnowali swoich spraw… Oczywiście angażowali się w działalność społeczną, jeśli trzeba, i w działalność charytatywną, proszę bardzo. Ale żeby istota funkcjonowania była zachowana.

Tymczasem tacy duchowni szarpią się na wszystkie strony. Próbują sobie zjednać młodzież jakimiś dziwacznymi postawami. Często się uciekają do takich różnych powiązań zielonoświątkowych. Jakichś cudów, uzdrawiania, „zaśnięć w duchu” itp. Takie pójście w skrajności.

Duchowny ma co robić. Powinien wiedzieć jak postępować. Nie musi być intelektualnym orłem. Wystarczy zwykły, uczciwy ksiądz. I on więcej ludzi przyciągnie niż taki, co rzuca się na jakieś ekstrawagancje.

Nieraz miałem okazję być na tzw. spotkaniach charyzmatycznych. Byłem dość przerażony tym. Nie chcę tu nikogo obrazić, dlatego tak ważę słowa. Ale im bardziej ktoś nawiedzony, tym lepszy. To nie jest chrześcijaństwo, a bynajmniej to nie jest katolicyzm, żeby dwudziestoma dziwacznymi językami mówić czy latać w powietrzu. Myślę, że łatwość szukania różnych ekstrawagancji może na początku przyciągać młodych ludzi. Ale potem się okazuje, że to jest puste. To w ogóle jest nienaturalne.

Natomiast przypadki negatywne, z którymi się spotkałem – mówię o ofiarach. Najczęściej to jest tak, że zaufały takiemu guru, który miesza role księdza i szamana. Wtedy dochodzi do nadużyć. To jest niebezpieczne.

MH: Tak, dobrze wiemy, że często te straszne sprawy w dziwny, perwersyjny sposób łączą się z wypaczoną sferą religijną w człowieku. Wiemy to z wielu postępowań karnych tego typu.
Jest Ksiądz pewnym autorytetem z powodu działalności w tej kwestii, jak i ws. lustracji i pracy charytatywnej. Co Ksiądz by powiedział takim ludziom którzy nie wierzą albo są daleko od Kościoła? Którzy doceniają Księdza działalność, interesują się, może chcieliby wrócić do Kościoła, ale za bardzo odstręczają ich afery polskiego Kościoła.

TIZ: Jestem od dziesiątków lat w szczęśliwej sytuacji, bo posługuję w Fundacji im. Brata Alberta, która jest organizacją świecką. Za zgodą śp. kard. Franciszka Macharskiego byłem jej współzałożycielem, a następnie prezesem. Powstała ona jeszcze w czasach komuny, w 1987 r. Założyła ją śp. Zofia Tetelowska, która na rzecz utworzenia Schroniska dla Niepełnosprawnych przekazała swój dwór w Radwanowicach. Pomysłodawcami byli ludzie świeccy, wywodzący się z Ruchu „Wiara i Światło”. Wśród nich rodzice i opiekunowie osób niepełnosprawnych intelektualnie, którzy ze względu na swoje osobiste doświadczenia byli bardzo wrażliwi na słowa św. Brata Alberta: „Być dobrym jak chleb”. Idea była zatem bardzo wyrazista. Dziś Fundacja to wielkie dzieło, prowadzące trzydzieści sześć placówek w całej Polsce.

Zawsze, kiedy spotykam się z takim pytaniem, jak Pan zadał, to mówię: niech Pan, Pani spróbuje włączyć się do tego dzieła. Ciekawa sprawa – to też zauważyłem w ostatnie miesiące przy okazji pomocy dla uchodźców z Ukrainy– że wielu ludzi, którzy nie są praktykujący, stoją z boku, docenia te podstawowe wartości chrześcijańskie. I często przez miłość bliźniego dochodzą do miłości Boga. To jest też taka specyfika, u św. Brata Alberta też tak było, że włączenie się w dobre dzieło, wzajemną pomoc, życzliwość, pozwala człowiekowi wrócić do praktyk religijnych. Więc jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że mogę pewien konkret osobom, które się pojawiają, zaproponować.

Równocześnie uważam, że najważniejszy jest osobisty kontakt. To znaczy dopóki kapłan jest rzeczywiście pasterzem, to on zawsze ma czas dla ludzi. Natomiast widzę, że niektórzy idą krętą ścieżką przez kapłaństwo. U nich zawsze jest odpowiedź: nie mam czasu, mam inne zajęcia itd. Specjalnie wiele nie robi, ale zawsze się tłumaczy, że ma inne zajęcia. A ksiądz może mieć tylko jedno zajęcia oprócz liturgii: duszpasterstwo. Oczywiście można mieć hobby i różne swoje zainteresowania, ale musi być ten czas dla człowieka.

Znam świętych kapłanów, o wiele młodszych ode mnie, czyli to nie jest tylko sprawa pokolenia, którzy zawsze znajdą dla ludzi czas.

Kiedyś przyjechał do mnie człowiek z bardzo powikłanym życiem. Przyjechał w niedzielę, a wiadomo – w niedzielę księża mają najwięcej pracy. Byłem trochę zdziwiony tym, ale znalazłem dla niego czas. Przez dwie godziny siedzieliśmy u mnie i głównie słuchałem. Pytam: jak mogę panu pomóc? A on mówi: wie Ksiądz, dla mnie było ważne, że mnie Ksiądz wysłuchał.

Jednak ważne jest słuchanie, odpisywanie na listy, bo głównie mailami otrzymuję takie informacje, reagowanie. Trzeba mieć czas. Pamiętam z czasów, kiedy byłem licealistą, jak najpierw byłem zaangażowany w ruch oazowy, miałem okazję poznać ks. Blachnickiego, ale też wielu bardzo gorliwych kapłanów. Widziałem jak to kwitnie. W szarości komuny, w tej bezradności działali uczciwi księża. Wielu księży, którzy chcieli być blisko młodzieży. Ja im zawdzięczam nie tylko to, że sam zacząłem myśleć o powołaniu kapłańskim, ale również różne dobre osobiste doświadczenia.

Już kiedy byłem klerykiem, to byłem zaangażowany we wspomniany Ruch „Wiara i Światło” (zwany popularnie wspólnotami Muminków), który tworzyły osoby niepełnosprawne i ich młodzi przyjaciele. Poznałem naprawdę świętych ludzi, rodziców osób niepełnosprawnych i samych niepełnosprawnych. Mieszkam z nimi pod jednym dachem od 30 lat.

Dobra jest wiele, tylko trzeba znaleźć pewne formy. Natomiast systematyzując, najgorsze w Kościele są dwie rzeczy. Ta hipokryzja – co innego się mówi, a co innego się robi. Tego ani młodzież, ani społeczeństwo nie wybaczy. A druga rzecz: oczywiście zdarzają się upadki, takie jak św. Piotra. Ale jaka jest różnica między św. Piotrem a Judaszem? Judasz miał wyrzuty sumienia, co zresztą Mel Gibson ładnie w Pasji pokazuje. Wiedział, że zrobił źle, oddał pieniądze. Ale nie potrafił się pojednać z Jezusem. Popełnił gorszy grzech – samobójstwo.

Natomiast Piotr znalazł drogę. Najpierw się zapierał, jak tajni współpracownicy: nie donosiłem, to nieprawda, to spisek. Ale potem się przyznał, a Chrystus przyjął jego przeprosiny. Więc upadek jest upadkiem. Ważne jest zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu – piąty warunek dobrej spowiedzi. Nie w ciszy gabinetu biskupa, że biskup powie: przebaczam ci, żeś molestował. Tak jakby on miał prawo przebaczyć. Ale szuka się ofiary, szuka się rozwiązania, zadośćuczynia się. Trzeba mieć poczucie, że trzeba to naprawić, a nie mówić że to nieprawda, to media itd.

MH: Drogi Księże, wojna się przedłuża, trwa już ponad 150 dni. Pewien entuzjazm pomocowy już dawno temu wygasł. Czy Fundacja im. Brata Alberta nadal jakoś wspiera Ukraińców? Jak wpływa wojna na samą Fundację i jej podoopiecznych?

TIZ:  Chyba na wszystkich to bardzo mocno wpływa. Nasza Fundacja od 28 lat, czyli praktycznie od początku, wspiera ośrodki dla dzieci niewidomych na Ukrainie, prowadzone przez siostry franciszkanki z Lasek. To jest wieloraka pomoc. Byłem tam wiele razy. Więc to nie było dla nas takie zaskoczenie – było już wiadomo, w jaki sposób pomagać, komu, jak to organizować.

Sama wojna była jednak ogromnym zaskoczeniem. Nie ukrywam, że nie wierzyłem, że dojdzie do takiego absurdu. Nie ma wątpliwości, że należy pomagać. Osobiście jestem zbudowany postawą wielu osób. Fundacja włączyła się całkowicie. Przyjęliśmy około stu pięćdziesięciu osób, głównie kobiet i dzieci z Ukrainy wschodniej. Siostra mojej mamy jest siostrą zakonną w Laskach, wiele lat pracowała wśród niewidomych w Charkowie. Teraz to miasto jest bardzo zniszczone i stamtąd do nas ludzie przyjeżdżają.

Trzeba było wywrócić do góry nogami wiele spraw. Utworzyliśmy nowy ośrodek w Chrzanowie, w Małopolsce, w którym przebywa około stu osób. Reszta mieszka w rodzinach lub innych ośrodkach. Nie jest to łatwe. Na początku był entuzjazm, ale już ponad pięć miesięcy wojny minęło i widać zmęczenie. Widać bezradność uchodźców. Odprawiałem uroczystą mszę świętą z okazji wspomnienia św. Anny za męża jednej z pań, która pracuje u nas w kuchni, a jej mąż zginął w Charkowie. Poległ kilka dni po wstąpieniu do wojsk terytorialnych jako ochotnik (w wieku 46 lat) od ostrzału artyleryjskiego. Ona jest z nami ze swoją córką, nie mogła pojechać tam na pogrzeb. Uczestniczyła w mszy u nas, mimo że jest wyznania prawosławnego.

To pokazuje dramatyzm sytuacji. Nie jestem optymistą. Informacje, które docierają do mnie poprzez polskich księży, mówią że ta wojna się przeciąga. To jest wojna na wyniszczenie. Dwie strony się mocują, kto przetrzyma kogo. Oczywiście to, co robią Rosjanie wydawało się po doświadczeniach II wojny światowej już niemożliwe. Wyniszczanie wszystkiego, palenie pól, niszczenie rolnictwa. Lada moment wybuchnie głód. Pytanie też, czy przykręcą kurek z gazem czy nie. Jesteśmy świadkami rzeczy, o których nam się śniło.

Moje pokolenie jeszcze ma jakieś doświadczenie ze stanu wojennego. Ale młodsze pokolenie już nie ma tego doświadczenia, że cukier jest na kartki czy że trzeba magazynować niektóre rzeczy.

Ale jestem pełen uznania dla polskiego społeczeństwa. Ogromny wkład Kościoła jako struktur, sióstr zakonnych i parafii. Ale też spontaniczna działalność świeckich. Pytanie, na ile starczy sił i środków. Myślę, że bez pomocy innych państw ciężko będzie przynajmniej tych uchodźców, co są utrzymać. Niektórzy podejmą pracę, ale wielu, chociażby naszych podopiecznych, to kobiety z dziećmi, które nie podejmą pracy. Mieliśmy dwa wolne miejsca w kuchni, to przyszło dziesięć kobiet z Ukrainy. Ale nie wszystkie też potrafią gotować. Wojna wyrywa tych ludzi z życia. Ci ze wschodu mówi,ą że nie mają do czego wrócić, inni nie wiedzą, czy wrócą.

Gorliwość chrześcijańska dopiero będzie wystawiona na najcięższe próby. Będzie zima, będzie ciężej. Miałem ostatnio okazję niedawno być we Francji. Tam o wojnie nikt nie mówi, nie przejmują się ani Polską, ani Ukrainą. Czego za to się boją? Wiem to od jednej zaprzyjaźnionej parafii, że boją się, że będzie głód w Afryce Północnej i imigranci ruszą na Francję, bo to często są dawne kolonie francuskie. Ale tym, że w Polsce są trzy miliony ludzi, to nikogo nie interesuje.

Widać jak Europa, dawniej chrześcijański świat, kolebka chrześcijaństwa, odeszła od tych wartości. Stała się samolubna. Ta sytuacja to taki sprawdzian dla wszystkich. Nie tylko dla Polaków. Dla Francuzów też. Przede wszystkim dla Ukraińców.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.