adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj
Wiara

„Nauczycielu, chcielibyśmy jakiś znak widzieć od Ciebie”

Co łączy niewielką portugalską osadę, włoską mistyczkę z zakonu klarysek kapucynek i kawałek lnianego płótna pogrzebowego? Miejsce, osoba, rzecz – wszystko może być płaszczyzną dla Bożego działania i znaków Jego obecności.

Czasami zdaje nam się, że Bóg jest odległy i milczący. Jednak On od wieków czyni cuda i działa, niejednokrotnie dając nam wielkie znaki niczym dla ślepców. Te znaki i cuda wymagają jednak wiary. Śmiem wręcz twierdzić, że im znak większy, tym większej wiary od nas wymaga, w myśl słów z Łk 12, 48: „komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie”.

Słońce, które tańczy

Fatima, 13 października 1917 roku – to wtedy następuje szóste z objawień. Oprócz młodych pastuszków: Łucji, Franciszka i Hiacynty, na wyznaczone przez Maryję miejsce przybywa tłum ludzi, także tych niewierzących lub wręcz wrogo nastawionych do wszystkiego, co związane z wiarą. Szacuje się, że do Cova da Iria przybyło aż osiemdziesiąt tysięcy ludzi.

Troje wizjonerów, tak jak poprzednio, dostępuje spotkania z Maryją. Nie jest to jednak nic widzialnego ani słyszalnego dla zgromadzonego ludu. Ci, którzy stoją bliżej, widzą jedynie dzieci. Jednak w pewnym momencie zaczyna się dziać coś, co później nazwane zostaje „cudem słońca”. Ten znak jest już widzialny dla wszystkich zgromadzonych. Według świadków słońce „tańczyło”, wirując i przemieszczając się po niebie, zmieniając swoją barwę, a co za tym idzie także barwę otoczenia oraz cieni rzucanych przez pobliską roślinność i ludzi. Zjawisko to wzmocniło wiarę wielu ludzi obecnych w Cova da Iria, skłoniło ich do aktów religijnych, ale obudziło w nich także jakiegoś rodzaju przerażenie, gdyż jego nadzwyczajność i intensywność przekraczała granice ludzkiego pojmowania.

Serce pełne znaków

Święta Weronika Giuliani – włoska kapucynka klaryska, mistyczka żyjąca na przełomie XVII i XVIII wieku. Kobieta doświadczająca różnego rodzaju nadzwyczajnych zjawisk jak choćby stygmatyzacja czy wizje piekła. Wśród jej mistycznych doświadczeń liczną grupę stanowiły te dotyczące serca. Jednym z nich były odciśnięte na jej sercu narzędzia związane z męką Jezusa i różne litery. Znaki te pojawiały się stopniowo, czasem ulegając zmianie. Niekiedy znikały i pojawiały się na nowo, a nawet poruszały, powodując ból. Święta między swoimi zapiskami w dzienniku kilkukrotnie narysowała układ owych narzędzi i liter.

Po śmierci Weroniki na polecenie biskupa zostało wezwanych dwóch lekarzy, w tym i chirurg, który spisał szczegółową relację z oględzin serca świętej. Ku swojemu zdziwieniu po otwarciu serca zmarłej stwierdził, że są na nim widoczne różne symbole i litery. Swoje badanie podsumował stwierdzeniem, iż nie jest możliwe, aby znaki te, tym bardziej w takiej ilości i uporządkowaniu, mogły powstać w sposób naturalny.

Zobacz też:   A bramy piekielne Go nie przemogą

Całun nie do skopiowania

Lniane płótno o wymiarach 4,4 m × 1,1 m noszące liczne ślady krwi. Te ślady tworzą obraz niezwykłej męki, której doświadczył mężczyzna zawinięty po śmierci w ów całun. Wyraźnie widać ogromną ilość ran po biczowaniu czy koronie cierniowej. Oprócz podobizny ciała złożonej z plam krwi i innych wydzielin, które wydobyły się ze zwłok już po owinięciu w płótno, widać jeszcze jeden obraz. Jest to coś przedziwnego; do dziś nie wiadomo, w jaki sposób powstało. Jest to wizerunek mężczyzny, dokładny niczym trójwymiarowe zdjęcie, a raczej jego negatyw.

Mijają kolejne lata, dekady, wieki, a my, rozwinięta naukowo i technicznie ludzkość, nie potrafimy wykonać wiernej kopii słynnego Całunu Turyńskiego. Wielu się starało, wielu próbowało i nic. Według przeciwników jego autentyczności jest on dziełem ludzi sprzed kilkunastu wieków, jednak jak oni mogli stworzyć coś, czego my nie potrafimy? A może problem tkwi gdzie indziej – może mimo naszych chęci i mniemań nie jesteśmy po prostu bogami, by móc sporządzić taką kopię.

I co z tego?

Zdarza nam się chcieć od Boga znaków, cudów. „Jak dasz znak, uczynisz coś niezwykłego, to uwierzę ja, uwierzą wszyscy”. Czy aby na pewno? Ile już takich znaków Bóg uczynił – ogromnie dużo. I co? Gdzie ta stuprocentowa wiara ludzkości? Gdzie moja wiara? Nie oszukujmy się – gdy Bóg daje znak, to bywa i tak, że sprawa naszej wiary się bardziej komplikuje, bo oto nagle i w ten znak, mimo że jest on jak najbardziej namacalny, trudno jest uwierzyć.

Gdzie więc jest problem? Nie w znakach. Problem polega na tym, że mylimy wiarę z wiedzą. Zajrzyjmy do Biblii. Tak zwany Tomasz niedowiarek. Chce dotknąć, by „uwierzyć”, a nie „wiedzieć”:

„Następnie rzekł do Tomasza: »Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż [ją] do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym!«” (J 20, 27).

Nawet jeśli sam Jezus stanąłby przed tobą, zawsze będzie to słynne „ale”. Ale może to był sen, urojenie, halucynacja, może choroba mózgu, jakiś rak, może choroba psychiczna. Nawet dosłowne stanięcie z Bogiem twarzą w twarz wymagałoby wiary w to, co się dzieje i z Kim ma się do czynienia. A po jakimś czasie pewnie byłoby jeszcze trudniej z wiarą w to, co się stało, ponieważ czas rozmyłby pamięć o tym widzeniu. Pojawiłoby się jeszcze więcej wątpliwości co do autentyczności doświadczenia spotkania z Bogiem.

Naszej wiary nie możemy opierać na znakach i cudach, są one jedynie jakimś elementem naszej drogi. Nie powinny być jednak ani jej celem, ani jej głównym motorem napędowym.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Podoba Ci się to, co tworzymy? Dołącz do nas

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.