adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Z życia Kościoła

Traditionis custodes to przemocowy akt ojca – wywiad z dr Pawłem Milcarkiem

W piątek, 16 lipca, podczas dorocznych obchodów ku czci Matki Bożej z góry Karmel, papież Franciszek wydał list apostolski w formie motu proprio Traditionis custodes – akt prawny zmieniający status prawny i bardzo ograniczający celebrację tzw. mszy trydenckiej, nazywanej nadzwyczajną formą rytu rzymskiego, oraz utrudniający rozwój wspólnot przywiązanych do liturgii tradycyjnej (więcej informacji na temat samego dokumentu umieszczono pod wywiadem). Dokument papieża Franciszka wywołał wiele emocji w Kościele – przede wszystkim rozgoryczenie i ból katolików przywiązanych do uczestnictwa w tradycyjnej liturgii. Dlaczego decyzja Ojca Świętego powoduje tak skrajne emocje? Jakie są podstawy jej krytyki i jak na chwilę obecną i w przyszłości zarysowuje się obecność tradycyjnej liturgii i wspólnot do niej przywiązanych w Kościele? Na temat motu proprio Traditionis custodes w rozmowie z Piotrem Ulrichem wypowiedział się dr Paweł Milcarek – redaktor naczelny kwartalnika „Christianitas”, publicysta, filozof, od lat zaangażowany w działania na rzecz dostępności tradycyjnej liturgii w zwykłych strukturach życia Kościoła.

Piotr Ulrich: Jeszcze kilka tygodni temu w Warszawie świętowaliśmy dwudziestopięciolecie coniedzielnej celebracji mszy w tradycyjnym rycie w naszej archidiecezji. Trzy dni temu, jak wiemy, zostało wydane motu proprio Traditionis custodes (dalej: TC), które nie tylko znacząco ogranicza dostęp do tzw. mszy trydenckiej, ale także formalnie odbiera tradycyjnej liturgii status rytu będącego wyrazem lex orandi Kościoła rzymskiego. Moje pierwsze pytanie: jaka jest Pańska ogólna ocena tego dokumentu, ale też jakie emocje towarzyszyły Panu, gdy zapoznawał się z jego treścią?

Paweł Milcarek: Był to grom z jasnego nieba. Poczułem się jak chłopak, który siedzi w domu i czeka na ojca wracającego z wywiadówki – i generalnie myśli sobie, że z ojcem średnio się rozumie ostatnio, ale przecież zostanie co najwyżej zrugany za to, co zawsze, a może trzeba będzie znowu próbować się wytłumaczyć, za coś przeprosić. Tymczasem ojciec wchodzi i bez słowa tłucze w twarz, potem odwraca się i siada przy stole, dzwoni do kolegów i mówi im, że już rąbnął szczeniaka, że gwarantuje, że szczeniak już nie podskoczy. Moje skojarzenia nie są przypadkowe. To przemocowy akt ojca. Przyszedł nagle, bez rozmowy i bez śladu tej dobroci, za którą wciąż wychwalają ojca jego podwładni w pracy. Mam na czole guza i wciąż on rośnie. Myślę, że gdy wyjdę z domu, koledzy ojca będą mówić: „o, znowu coś przeskrobałeś, ojciec nie biłby cię za nic”. Tyle, jeśli chodzi o emocje.

Oczywiście emocje to zawsze za mało, to tylko zdanie sprawy z odczuć. Moje odczucia muszę uplasować w tym, co wiem o Kościele, a co wynika z wiary w Kościół, jego misterium. Otóż ja ten obraz przemocowego ojca ustawiam na tle Ojcostwa, z powodu którego jestem w Kościele. Gdyby nie to tajemnicze Ojcostwo, nie miałby nade mną żadnej władzy ten, który dzisiaj przyszedł do mnie ze złą nowiną. Ale ma tę władzę, w granicach, w których została mu udzielona „z góry”. Mogę więc uważać za niewiarygodne i nietrafne myślenie i działanie tego człowieka w tej czy innej kwestii, ale – z łaską Bożą – nie dopuszczę do tego, żebym z tego powodu przestał widzieć, szanować, słuchać, respektować daną mu biskupią posługę, papieską misję, którą otrzymał. Przecież modlę się codziennie za papieża Franciszka, a od pierwszych dni jego pontyfikatu – mimo że różnica jego linii względem poprzedników była dość oczywista – uczę się od niego, rozpatruję jego nauczanie jako naświetlenie dróg wiary. Również w tej rozmowie – moje głębokie zaniepokojenie i zdecydowana krytyka TC nie jest wezwaniem do lekceważenia Ojca Świętego ani zachętą do nieposłuszeństwa. Wręcz przeciwnie, nie kwituję tego dokumentu jakąś złośliwością czy wycedzonym szyderstwem ani sugestią buntu. Na jednym poziomie traktuję ten dokument jako prawo niesprawiedliwe – ale jednak jako prawo stanowione przez legalną władzę mojej najważniejszej wspólnoty duchowej. To oznacza konieczność „radzenia sobie” z tym prawem tak, aby nie rujnować przy tym zasady autorytetu i pewnego porządku dyscyplinarnego (który oczywiście nie jest ponad dobro wiary i ponad prawa nieusuwalne, gdyż Kościół to nie państwo despotów). A na innym poziomie, już w dziedzinie osobistego ćwiczenia – traktuję ten dokument jako jeden z powodów, by przypomnieć sobie zalecenie wypowiedziane ponoć kiedyś przez o. Humberta Clerissaca OP, autora genialnej książki Misterium Kościoła: „Trzeba uczyć się nie tylko cierpieć za Kościół, ale i przez Kościół”. Trudna lekcja nie powinna nikomu usprawiedliwiać gwałtu czy milczenia wobec nadużyć, ale może podnieść nasze widzenie kwestii o poziom wyżej.

Jeśli zaś chodzi o ocenę, jest to dokument, którego intencją – komunikatem przekazanym przełożonym kościelnym – jest unicestwienie najpierw wszelkiego śladu obecności liturgii tradycyjnej jako przedmiotu rozpoznawanego przez prawo Kościoła, a następnie likwidacja praktykowania tej liturgii w pozostawionych na razie „indiańskich rezerwatach”. Oba cele są jasno opisane – tam, gdzie Franciszek najpierw pozbawia „starszą formę” rytu rzymskiego jakiegokolwiek statusu i tam, gdzie mówi, że tych, którzy jeszcze mimo obostrzeń będą korzystać z zezwoleń, należy doprowadzić do praktykowania wyłącznie nowej liturgii. Jest to więc dokument likwidatorski, chociaż rzecz jasna trochę jeszcze zależy od biskupów miejsca, którzy mogą wedle uznania praktykować, w jakichś ramach, „margines litości” dla czarnych owiec, takich jak ja.

PU: No właśnie – można chyba powiedzieć, że zmianą najbardziej istotną nie jest potrzeba zwrócenia się przez księży z prośbą o indult na celebrację, ale w zasadzie swoiste „przewartościowanie” tradycyjnej liturgii: ze skarbu odkrytego w bogactwie rytów Kościoła stała się ona (na mocy TC) środkiem w „terapii” wobec dzieci specjalnej troski, które nie potrafiły przystosować się do nowego rytu mszy. Papież zapewnia o owej „ojcowskiej trosce” w liście dołączonym do TC. Dotyczy ona jednak nie duchowych potrzeb wiernych, ale chęci zapobieżenia schizmie i rozłamom, którym, zdaniem Ojca Świętego, służyła tradycyjna liturgia. W tym miejscu nasuwa się pytanie, które chciałbym zadać Panu jako osobie zaangażowanej w działalność środowiska tradycji – czy obawy Ojca Świętego były, Pana zdaniem, współmierne do nastrojów i poglądów osób uczestniczących w tej liturgii – oraz czy nastroje te wymagały tak drastycznego rozwiązania?

PM: Zbierzmy istotne dane. Po pierwsze – ten dokument uderza w liturgię, dezawuuje ryt Kościoła o dziejach wciąż wielokrotnie dłuższych od wszystkiego tego, co dziś panuje w kościołach jako aktualna liturgia rzymska; pozbawia znaczenia ten ryt, żeby pozbawić znaczenia aspiracje ludzi, które papież uznał za jedynie problem.

Po drugie – tego dokumentu nie poprzedził żaden dialog, żaden otwarty dla stron synod, żadna konsultacja poza ściśle klerykalną ankietą wśród biskupów; może wypadałoby zastosować słynną metaforę o Kościele jako „szpitalu polowym”? Słusznie zauważa się, ze jest to ruch praktyczny zaprzeczający ideom, które Franciszek głosi na temat Kościoła. Nie zauważyłem tu wychodzenia do problemów, tylko lękliwe pozbycie się „problemów”.

Po trzecie – jeśli problemem są postawy wiernych, może należało odwołać się do duszpasterstwa, formacji, a nie ogłosić złą nowinę o likwidacji części świętego dziedzictwa wiary i pobożności?

Po czwarte – czy należy wnosić, że teraz reglamentowane będą wszystkie przedmioty, których czasami ludzie niestabilni czy nierozsądni używają niezgodnie z ich sensem i przeznaczeniem? Pytam, myśląc np. o Piśmie Świętym – jego lektura nie jest łatwa, a ludzie czytający Biblię jakże często używali jej do głoszenia herezji, tworzenia rozłamów. Czy jakieś inne motu proprio nie powinno wprowadzić reglamentacji lektury biblijnej? To nie żart, tylko analogia dotycząca rozumowania użytego przez papieża. Chciałbym też zapytać, czy jeśli Ojca Świętego – jak pisze – niepokoją nadużycia obecne także w nowej liturgii, zamierza wykonać podobnie gwałtowny ruch i w tej sprawie?

Czy mamy się spodziewać, że na wszelki wypadek zostaną rozwiązane wspólnoty formacyjne takie jak Droga Neokatechumenalna czy Odnowa w Duchu Świętym – ruchy, które nieraz budziły kontrowersje, dotyczące także stosowania się do przepisów liturgicznych, a można by wskazać całe grupy wiernych, którzy np. przez wspólnoty charyzmatyczne wywędrowali poza Kościół katolicki? Czy skoro słyszymy ostatnio tyle o nadużyciach praktykowanych w nowych wspólnotach, właściwym wychowawczym ruchem władzy kościelnej powinno być po prostu ich zlikwidowanie? Pytania same się narzucają.

A teraz moja ocena sytuacji: owszem, w wielu środowiskach mszy trydenckiej potrzebna była opieka duszpasterska, zainteresowanie tym, czy owym ludziom przychodzącym na mszę nie zaproponować jeszcze czegoś na kształt np. zdrowej doktryny. Zamiast tego bardzo częstą sytuacją było zostawienie tych grup samym sobie, spychanie ich na margines – a więc i pozostawienie pewnym patologiom, które bynajmniej nie koncentrują się wokół mszy trydenckiej, lecz dotyczą wielu różnych wspólnot, również parafialnych. To samo dotyczy formacji kapłańskiej. Dlaczego np. przygotowanie księży do odprawiania starej liturgii nie miało niemal żadnego miejsca w seminariach, odbywało się wyłącznie w trybie prywatnych pasji, niejako w atmosferze „drugiego obiegu”? Dlatego, że wykładowcy liturgiki są często zarażeni ignorancją i uprzedzeniami wobec „trydentu”? Jeśli tak, to może jest to problem tych wykładowców, atmosfery, którą tworzono lub pozwalano jej się tworzyć wobec tradycji liturgicznej, duchowej, doktrynalnej?

Może jest to również taki problem, że pewna część ludzi decyzyjnych ani nigdy nie zapoznała się z dziedzictwem Kościoła, ani tym bardziej nie rozpoznaje się w nim? Czują się w tym dziedzictwie jak barbarzyńca w ogrodzie – tyle że to ich nie frapuje, nie zaciekawia, jedynie denerwuje, złości, prowadzi do agresji. Uzasadnienia dla podtrzymywania tej postawy szukają w tym, że ktoś z „tradsów” pisze głupio w internecie, że byli świadkami jakichś pyskówek itp. Nie zauważają, że inne są odpowiedzialność i zasięg duszpasterza, wykładowcy seminaryjnego, przełożonego niż internetowego komentatora. Łatwo im „banować” starą liturgię, ponieważ zostawili jej sprawę całkowicie poza sobą, związali to zagadnienie wyłącznie z zadowalaniem „lefebrystów”. To znaczy, że nie dotknęły ich wezwania Benedykta XVI, który wyraźnie opisał sprawę obecności dawnej liturgii jako kwestię całego Kościoła, jako kwestię zakorzenienia i wzbogacenia w godność całego kultu Bożego.

Zobacz też:   Kościół na Ukrainie

Ale Franciszek w swoim dokumencie powtarza półprawdę o tym, że rzekomo w Summorum pontificum chodziło tylko o uzyskanie spokoju. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żeby papież nigdy nie czytał objaśnień Benedykta XVI, włącznie z tym, co powiedziano też w instrukcji Universae Ecclesiae. Co więcej, już za pontyfikatu Franciszka papież-emeryt sprecyzował dodatkowo swoje intencje. Na kartach Ostatnich rozmów (2016) czytamy jego deklarację: „Zawsze powtarzałem i wciąż to podkreślam: jest rzeczą ważną, żeby to, co przedtem stanowiło w Kościele dla ludzi świętość, nie stało się nagle czymś zabronionym. Nie może być tak, że społeczność nagle degraduje coś, co uważało za przynależne do jego istoty. […] Stąd też nie chodziło mi o aspekt taktyczny czy Bóg wie co jeszcze, lecz o wewnętrzne pojednanie Kościoła ze sobą samym” (s. 236). Zapytany przez Petera Seewalda, czy udostępnienie tradycyjnej liturgii łacińskiej należy rozumieć jako „wyjście naprzeciw Bractwu Świętego Piusa X”, Benedykt XVI zareagował wykrzyknikiem: „To absolutnie niewłaściwe podejście!” I wyjaśniał jeszcze raz: „Zależało mi na tym, żeby sam Kościół utożsamił się wewnętrznie z własną przeszłością; żeby to, co wcześniej było święte, nie stało się nagle błędne”.

Czy sądzimy, że teraz, po skrajnym ograniczeniu dostępności starej liturgii, Kościołowi będzie łatwiej „utożsamić się wewnętrznie z własną przeszłością”?

I rzecz ostatnia: jeśli papież sądził, że likwidacja autoryzowanych przez władzę kościelną miejsc celebracji „trydenckich” zlikwiduje problem dzikich teologii skrajnie antypapieskich czy skrajnie tradycjonalistycznych, to na pewno bardzo się myli. Najbardziej zbuntowane żywioły od dawna nie są zainteresowane szukaniem pozwoleń biskupich – zakazy papieskie ich nie dotkną. Uderzają w wielu ludzi, którzy dzięki całej pokojowej operacji Benedykta XVI spotykali starą liturgię poza kontekstem dawnych swarów wewnątrzkościelnych. Teraz będą się zastanawiali, za co dostali po głowie – i czy warto mieszkać w domu takiego ojca, który bije nawet bez rozmowy.

PU: To chyba dobry moment, aby przejść do pytania, które teraz nurtuje wiele tysięcy osób wiążących swoją drogę do Boga z tradycyjną liturgią, gdy Kościół dawał im możliwość realizacji tej pobożności w swoim wnętrzu. Czy TC ostatecznie zostawia miejsce w Kościele dla takich, jak to Pan określił, „czarnych owiec”? Oczywiście, na ten moment daje możliwość ograniczonego odpowiednio uczestnictwa w obrzędach w „starym rycie”. To pytanie wydaje się jednak o tyle zasadne, że Ojciec Święty w TC jasno stanowi, iż wspólnoty mają opuścić kościoły parafialne. Mamy zatem do czynienia ze swoistym „wypychaniem” aktywnych duszpastersko wspólnot z ogromnej większości kościołów. Czy w jakiejś przyszłości widzi Pan sytuację, gdy zdaniem Ojca Świętego skończy się dla nas ów łaskawy okres przejściowy do wyłącznego uczestnictwa w zreformowanych obrzędach?

PM: W chwili obecnej, po kilkunastu latach obowiązywania Benedyktowego Summorum pontificum, celebracje tradycyjne gromadzą wielu wiernych na całym świecie – w tym znaczna część doszła właśnie wskutek atmosfery stworzonej przez Benedykta XVI, a będącej ustabilizowaniem i rozszerzeniem możliwości danych już przez św. Jana Pawła II. Otóż nie jest po prostu możliwe, żeby wszyscy ci ludzie zmieścili się w jakichś przysłowiowych kaplicach szpitalnych czy kościołach rektoralnych, zwłaszcza tam, gdzie zdążyły powstać parafie personalne dedykowane liturgii „starszej formy”.

Dokument Franciszka zakłada, że w nowych restryktywnych warunkach ostaną się już tylko nieliczni, na jakiś czas. Co z resztą? Nie wiem, jakie są tu rachuby papieża i jego doradców – czy po prostu liczą na to, że większość ludzi rozejdzie się i zapomni (mogą tak myśleć, ponieważ są to na ogół ludzie, którzy w ogóle nie mogą zrozumieć, dlaczego ta stara liturgia jest atrakcyjna – więc myślą, że jej atrakcyjność zależy bezpośrednio od tego, czy władza pozwoli). Jednak lekcja z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przekonuje, że nawet regularne prześladowanie tradycjonalistów nie doprowadza do ich nieistnienia.

W takim razie może na Watykanie myśli się po prostu, że ci ludzie nareszcie – jak słyszałem nieraz w ubiegłych latach – „pójdą sobie do lefebrystów”. To również dość prawdopodobny trop. Zauważmy, że Franciszek jest bardzo uprzejmy dla Bractwa Św. Piusa X – on sam udzielił im rozmaitych koncesji (np. uprawnienia do słuchania spowiedzi oraz błogosławienia małżeństw), mimo że nie doszło do żadnego porozumienia. Być może więc plan jest taki, żeby wszystkich chodzących na mszę trydencką wypchnąć do piusowców. Potem można będzie z jednej strony podtrzymywać utożsamienie sprawy mszy „trydenckiej” z kwestią piusowców (traktowanych nadal jako „sekciarze”), a z drugiej – mieć już wszystkich tradycjonalistów poza parafiami, poza seminariami diecezjalnymi i zakonnymi, poza kolegium biskupów, poza duszpasterstwem i władzą.

Co do drugiego wątku – nic nie wskazuje na to, żeby papież traktował swe obecne regulacje jako przejściowe. Spełnił marzenia grupy ideologów zezłoszczonych na Benedykta XVI już nazajutrz po wydaniu Summorum pontificum. Spełnianie tych marzeń trwało długo i dało efekt piorunujący – dokładnie tego chcieli. Raczej nie spodziewałbym się szybkiej zmiany, zmiany w przewidywalnym czasie. Pan Bóg pisze dzieje po swojemu, więc nie o wszystkim decydują ludzie. Ale sądzę, że w przekonaniu twórców obecnych rozwiązań ma być to ostateczne rozwiązanie.

PU: Sytuacja, jak wykazała nasza rozmowa, jest bardzo niepokojąca i bardzo trudna, dotykająca najdelikatniejszych sfer życia duchowego człowieka i jego tożsamości w Kościele. Jaką widzi Pan drogę dla tego „indiańskiego rezerwatu” na chwilę obecną i najbliższy czas? Powiedzieliśmy przecież, że rozwoju tych wspólnot nie da się arbitralnie zatrzymać. Co mamy zrobić, aby z tej sytuacji wyjść mocniejszymi w miłości do Chrystusa i Kościoła?

PM: Wiemy, że liturgia tradycyjna zawdzięcza swoją prawomocność nie tylko aktualnej akceptacji kościelnej – a lekcja wierności i oporu (oczywiście: zdrowego oporu) praktykowanych przez grupy wiernych i kapłanów w latach zamętu i niepewności posoborowych dała nam też świadomość, że nawet legalna i święta władza nie może wszystkiego tego, czego by chciała. Z drugiej strony nie sposób pracować owocnie dla wiary i Kościoła bez uznania prymatu pokoju i szacunku wobec choćby elementarnych wymogów posłuszeństwa kościelnego.

Wróciliśmy jakby na początek dziejów tego posoborowego kryzysu próby unieważniania starej liturgii, a więc jakby do sytuacji z początku lat siedemdziesiątych. Sięgam do moich doświadczeń. Nie jestem na tyle stary, żeby móc być świadomym uczestnikiem wydarzeń w latach siedemdziesiątych. Ale w połowie lat osiemdziesiątych miałem już pewną ocenę kryzysu i szukałem kontaktu z tradycją katolicką. Od tego czasu każdy ruch w tę stronę wywoływał uwagi postronnych, niekiedy ludzi bardzo dla mnie ważnych, w tym i moich duchownych wychowawców i przyjaciół – uwagi, że wiążę się ze sprawą całkowicie przegraną, przebrzmiałą, ze sprawą obciążoną nieposłuszeństwem, wykluczeniem ze strony władzy kościelnej. Musiałem przemyśleć wszystkie te punkty i zdecydować, czy warto wiązać życie z takim „obciążającym” zaangażowaniem.

Z tamtego czasu i z czasu późniejszego dojrzewania niosłem potem przez życie przeświadczenia ważne dla osobistej decyzji i dla jej ewentualnych skutków społecznych. Teraz biorę stamtąd, na te ciężkie dni obecne, pewne wnioski. Po pierwsze – pewność tego dobra, które rzekomo nie istnieje i znowu zostało osądzone – a więc pewność prawomocności tradycji liturgicznej i starania o jej dostępność. Po drugie – przekonanie, że to dobro jest potrzebne nie tylko mnie, ale całemu Kościołowi, w tej czy innej formie partycypacji całej wspólnoty w obrządku dziedziczonym, będącym lekcją wiary długich wieków.

Po trzecie – przekonanie, że w takim razie powinienem tak starać się i tak nawet walczyć o to dobro, żeby było ono w Kościele źródłem ożywiającym, a nie cieknącą raną. Po czwarte – pragnienie, żeby w Ciele Pańskim mój opór wobec arbitralności nie był zgorszeniem dla szukających nie od wczoraj okazji praktykowania buntu i nieposłuszeństwa – ale też, gdyby Pan Bóg zechciał, napomnieniem dla tych, którzy każdą (lub im pasującą) arbitralność władzy traktują jako niezbędne wymiary katolicyzmu, naszej drogi wiary na ziemi.

Roztropną „politykę” starań o wykorzystanie wszystkich godziwych możliwości musimy złączyć z podnoszeniem tej pracy na poziom duchowy: przez cierpliwość uczestniczmy w cierpieniach zbawczych (tak mówi w swoim prologu Reguła św. Benedykta). A możliwości uczestniczenia w świętych obrzędach łaski szukajmy wytrwale, z przebiegłością węży i czystością gołębic. Intencje twórców papieskiego motu proprio są oczywiste, ale i biskupi w diecezjach otrzymali swój udział w tym dramacie: mogą być albo tylko egzekutorami owych intencji, albo roztropnymi i sprawiedliwymi pasterzami, korzystającymi ze swoich uprawnień „dla dobra dusz”. Po wydaniu TC zdążyłem już przeczytać szereg komunikatów biskupich (z USA i Francji), w których ta druga postawa jest widoczna. Również z Polski mamy sygnały, że przełożeni kościelni nie czują się (z wyjątkami) powołani do wszczęcia teraz wojenek z wiernymi gromadzącymi się na mszy tradycyjnej, z księżmi odprawiającymi tę mszę. Być może na naszych drogach znajdziemy o wiele więcej otwartości i dobroci, niż się spodziewamy. Oby tak było.

***
Listem apostolskim w formie motu proprio Traditionis custodes papież Franciszek zabronił kapłanom celebrować liturgię według ksiąg liturgicznych sprzed 1970 roku bez specjalnego zezwolenia biskupa (które do tej pory nie było wymagane w żadnym wypadku), zaś w przypadku prezbiterów wyświęconych po publikacji motu proprio – zezwolenia biskupa po konsultacji ze Stolicą Apostolską. Dodatkowo zabrania prowadzenia duszpasterstwa tradycji w kościołach parafialnych i tworzenia nowych parafii personalnych oraz zobowiązuje biskupów do tego, aby nie dopuścili do powstania nowych grup przywiązanych do tradycyjnej liturgii. Do wspomnianego aktu prawnego Ojciec Święty dołączył list do biskupów, w którym nakreśla motywy swojej decyzji, wśród których kluczowymi są chęć zapobieżenia rozłamom oraz jednolita forma rytu w Kościele rzymskim.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.