adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Społeczeństwo

Powstrzymać trzecią falę nienawiści

Mniej więcej rok temu o tej porze staliśmy w Polsce u progu pandemii COVID-19. Doniesienia z różnych rejonów świata stawały się coraz bardziej niepokojące. Dynamicznie zmieniająca się sytuacja wywoływała różne emocje, co znajdowało odbicie w wielu obszarach naszego życia. 

Było to widoczne również na łamach naszego portalu – sam próbowałem wskazać (tutaj), że koronawirus wcale nie jest naszym najgroźniejszym wrogiem, pisałem też co nieco na temat nietypowych obchodów Wielkiej Nocy 2020 r. (tutaj) oraz ogólnie pojętej odpowiedzialności. Liczyłem wówczas, że za rok będę mógł na spokojnie przeczytać te teksty i uznać je za pamiątkę nieprzyjemnej, ale szczęśliwie przeszłej rzeczywistości. Tak się jednak nie stało, więc postanowiłem wejść w ten temat jeszcze raz.

Okres pandemii COVID-19 to trudny, ale i w pewien sposób cenny czas. Dlaczego cenny? Ano dlatego, że obserwując na spokojnie to, co dzieje się od roku, można się sporo nauczyć. Myślę, że sytuacja pandemiczna niejako obnażyła pewne mechanizmy społeczne, które do tej pory było trudniej dostrzec. Ostatni rok wyzwolił wiele pozytywnych odruchów, ale pokazał również wiele zła. I wcale niekoniecznie winnymi tego zła są wirus czy pandemia – one tylko odkryły pewne nasze wady, wady w relacjach, które tworzymy, czy systemach, w których żyjemy.

Oczywiście to tylko moja subiektywna opinia, oparta głównie na własnych obserwacjach i przemyśleniach. Dlatego jeśli z czymś w tym tekście się nie zgadzasz, będę wdzięczny za logiczne i kulturalne komentarze. Poznanie innego punktu widzenia na pewno wzbogaci moje spojrzenie na pewne kwestie.

My, a nie politycy

Pominę tu kwestie polityczne – nie chcę bowiem tym tekstem dzielić ani wpisywać się w którąś ze stron politycznego sporu. Poza tym nasza codzienność to nie decyzje na najwyższych szczeblach, ale nasze środowisko, rodzina, przyjaciele, ludzie, z którymi spotykamy się na co dzień. Nasz poziom życia to przede wszystkim wypadkowa spraw dotykających nas osobiście, relacji z najbliższymi, naszych problemów i radości, a nie decyzji czy słów poszczególnych polityków. Dlatego każda sytuacja, w której w imię różnicy poglądów politycznych cierpi nasze zdrowie psychiczne lub relacja z innym człowiekiem, jest w rzeczywistości naszą porażką. Niestety, społeczeństwa w czasie pandemii koronawirusa ponoszą takich porażek bardzo dużo. Kto wie, czy najgroźniejszym z długofalowych skutków pandemii nie będzie kolejne pogłębienie podziałów, nieufności i konfliktów w społeczeństwach.

Odpowiedzialność za nasze relacje z innymi spoczywa przede wszystkim na nas, choć faktem jest, że pewnych konfliktów trudno jest uniknąć. Czy tak jest z obostrzeniami związanymi z pandemią? Tak dotkliwe restrykcje, realnie wpływające na nasze życie codzienne, naturalnie wywołują silne i zróżnicowane emocje. Również w tym przypadku pojawiły się więc różne reakcje, a wraz z nimi rósł sztuczny podział na zwolenników i przeciwników restrykcji. Piszę „sztuczny”, ponieważ społeczeństwo wcale nie dzieli się na zwolenników i przeciwników obostrzeń, tak samo jak nie dzieli się po pół na „lewaków” i „prawaków”. Takie „podziały” pojawiają się w naszych wyobrażeniach, ponieważ pozwala nam to uprościć postrzeganie świata i dostarcza najprostszego wytłumaczenia pewnych zachowań. Jest to jednak droga do eskalacji złych emocji, co nie pomaga nam ani w godnym znoszeniu tej trudnej sytuacji, ani w skutecznej walce z pandemią.

Mam wrażenie, że jest jeszcze jeden pogłębiający konflikty czynnik, którego roli trochę nie doceniamy. Chodzi mi o zazdrość. Jest wiele sytuacji i zachowań, dla których nie znajduję żadnego innego wytłumaczenia niż zwyczajna zazdrość. Wprowadzanie ostrych restrykcji wydaje się idealną sytuacją do jej rozwoju. Zawsze bowiem pojawią się osoby odczuwające, że restrykcje dotknęły ich bardziej niż innych. Ale to nie wszystko – wydaje mi się, że zazdrość jest także źródłem innego, trochę zagadkowego i bardzo negatywnego uczucia: agresji wobec osób łamiących obostrzenia. Po prostu nie znajduję innego wytłumaczenia dla wściekłości na osoby, które zorganizowały sobie przyjęcie na drugim końcu Polski, czy faceta, który pokazał się w telewizji bez maseczki. Przecież ci ludzie nie są w stanie zarazić mnie ani nikogo z moich bliskich, a skoro są dorosłymi ludźmi, to powinni rozumieć, jakie konsekwencje może mieć ich zachowanie, i to oni są za nie odpowiedzialni, nie ja. Dlaczego miałbym więc się na nich złościć?

Teoretycznie to bez sensu, a jednak obserwuję takie zachowanie na co dzień. I jedynym jego wytłumaczeniem, jakie przychodzi mi na myśl, jest właśnie taka podświadoma zazdrość. To takie trochę dziecinne podejście na zasadzie „czemu on może, skoro ja nie mogę?”. Może zazdrość jest w pewnym sensie ludzka, ale dla nas, katolików, powinna ona być przede wszystkim jednym z grzechów głównych. A grzechy główne należy wykorzeniać, ponieważ mogą nas one popchnąć do dużo cięższych przewinień.

Jesteś tym, co czytasz i co rozumiesz

Uff, dotarliśmy na poziom grzechów głównych. Ale to nie wszystko. Po drodze pozostawiliśmy przynajmniej jedną kwestię, nad którą moim zdaniem warto się pochylić. Chodzi mi o miejsce, jakie pandemia zajmuje od roku w naszych myślach, rozmowach i szeroko pojętej codzienności. Prawdopodobnie większość z nas przez ubiegły rok nie miała ani jednego dnia, w którym nie pomyślałaby lub nie porozmawiała o koronawirusie bądź nie zobaczyła choć jednej wzmianki na jego temat w mediach.

I oczywiście na ten stan rzeczy składa się wiele czynników. Najbardziej prozaicznymi są zmiany w naszej codzienności – ot, chociażby maseczka na twarzy pana Mietka spod siódemki czy nienaturalnie rozciągnięte kolejki przed mięsnym. Ale istotne jest również to, co na temat przebiegu pandemii czy samego wirusa wiemy my sami. A tego typu informacje siłą rzeczy czerpiemy z mediów, by potem odwoływać się do nich w rozmowach i na ich podstawie formułować opinie. Trzeba więc zadać sobie pytanie: czy umiemy te informacje odpowiednio przyswajać i wykorzystywać?

Czym charakteryzuje się obecność tematu koronawirusa w mediach? Po pierwsze, jest go bardzo, ale to bardzo dużo. Po drugie, sporo doniesień na jego temat jest utrzymanych w sensacyjnym, niepokojącym tonie, zwłaszcza jeśli spojrzymy na nagłówki. Oczywiście nie są to cechy zarezerwowane tylko dla tekstów dotyczących pandemii, nie jest to też czymś zaskakującym. „Sensacyjność” to jedna ze skuteczniejszych form przyciągania czytelnika, a skoro różnych mediów powstaje coraz więcej, to i walka o jego uwagę jest coraz bardziej wymagająca. To oczywiste.

Wzajemne nakręcanie

Oczywiste jest również to, że skoro pandemia jest wątkiem nośnym, to powstaje na jej temat bardzo wiele materiałów, przez co trudniej jest dotrzeć do tych najbardziej wartościowych. Po prostu należy o tym pamiętać, czytając teksty na temat pandemii, a już szczególnie przeglądając nagłówki. Nagłówek i zdjęcie to pierwsze elementy, na które zwraca uwagę czytelnik, więc muszą one być jak najbardziej sensacyjne. To jest zabieg marketingowy, który sam w sobie nie jest zły (chyba że mamy do czynienia z wyraźną manipulacją), ale jeśli bezwiednie mu ulegniemy, to wykreujemy na jego podstawie niewłaściwe wyobrażenia.

Jednym ze sposobów takiego „podkręcania” nagłówków jest używanie w nich trybu przypuszczającego. Codziennie widzimy nagłówki, według których „koronawirus może powodować to i tamto”, „gospodarka może zareagować tak czy siak” czy „koronawirus może się przenosić poprzez tamto i siamto”. Wspólne słowo tych nagłówków: „może”, jest w nich również kluczowe. Pamiętajmy, że „może” nie oznacza „na pewno”. To dlatego niektóre doniesienia na temat wirusa wydają się sprzeczne.

Nie chodzi o to, że naukowcy są idiotami czy chcą nas okłamać. Wielu rzeczy na temat wirusa po prostu jeszcze nie wiadomo, sytuacja jest bardzo dynamiczna, nikt nie potrafi też przewidzieć przyszłości. W wielu przypadkach można jedynie mówić o prawdopodobieństwie i choć media ze swej natury starają się nadać temu prawdopodobieństwu jak najbardziej sensacyjne brzmienie, to do czytelnika należy krytyczna ocena przyswajanych informacji. Na przykład nagłówek „Koronawirus może być przenoszony przez świnki morskie” sam w sobie ma taką samą wartość jak „W lipcu Polskę może nawiedzić powódź dziesięciolecia”. Jeśli chodzi o wartość logiczną, oba te nagłówki są prawdziwe, ponieważ twierdzą, że pewna teza może – ale nie musi – być prawdziwa. Czy jednak oznacza to, że mamy natychmiast pozbyć się swojego gryzonia lub rozpocząć budowę wałów przeciwpowodziowych w ogródku? Oczywiście nie. Rozsądny czytelnik otwiera artykuł, oczekując uzasadnienia tezy – i na tej podstawie samodzielnie szacuje jej prawdopodobieństwo.

Zresztą to, co znajdziemy wewnątrz artykułu, również należy przyjmować ostrożnie. Prognozy ekspertów, dane statystyczne, jednostkowe przypadki – możliwości jest wiele, ale to do czytelnika należy krytyczna ocena ich wartości. Jeśli tekst powołuje się na opinię eksperta, to upewnijmy się, że zapoznaliśmy się z tym, co on rzeczywiście powiedział, i rozumiemy, na jakiej podstawie autor tekstu wysnuł swoje wnioski. Jeśli czytamy o danych statystycznych, to upewnijmy się, że rozumiemy, w jaki sposób zostały pozyskane te dane, wiemy, wśród jakiej grupy były przeprowadzane badania – to jedyny sposób na zdobycie osobistego przekonania o ich jakości – oraz że zgadzamy się z wyciągniętymi na ich podstawie wnioskami. Upewnijmy się również, że właściwie zrozumieliśmy przesłanie artykułu, że nie przypisujemy cytowanemu w nim ekspertowi swoich poglądów, nie dokonujemy nadinterpretacji. To właśnie na tym polega zaufanie wobec nauki, a nie na bezkrytycznym przyjmowaniu każdego stwierdzenia opatrzonego słowem „naukowy” bądź przypisywanego bliżej nieokreślonym naukowcom.

Przepraszam, że o tym wszystkim piszę, bo to są sprawy dość oczywiste, ale jednak w tak wyjątkowej rzeczywistości, jak ta pandemiczna, bardzo często o nich zapominamy. Nie podawajmy dalej informacji, których rzetelnie nie sprawdziliśmy i do których nie jesteśmy naprawdę stuprocentowo przekonani. Pandemia COVID-19 naprawdę nie zwalnia nas z odpowiedzialności za to, co mówimy, piszemy czy udostępniamy. Nie nakręcajmy paniki i agresji, bo i po co?

Zobacz też:   Ślub w czasach koronawirusa

Przykład kościołów…

I tu w zasadzie można by skończyć, ale chciałbym odnieść się jeszcze do jednej rzeczywistości. Z wiadomych względów szczególną uwagę poświęcam bowiem zjawiskom związanym z pandemią w sferze religijnej, więc i w tym obszarze pojawiły się u mnie pewne przemyślenia. Zacznę więc od tego, że jestem przeciwnikiem jakiejkolwiek ingerencji państwa w działalność związków wyznaniowych – szczególnie mam tu na myśli zamykanie kościołów. Jest to moim zdaniem ograniczenie wolności religijnej i naruszenie zasady rozdziału Kościoła od państwa, cokolwiek byśmy na jej temat sądzili. Do tego widzę tu bardzo niebezpieczny precedens: skoro teraz władza mogła zamknąć kościoły z powodu zagrożenia epidemicznego, to co w przyszłości powstrzyma tę czy inną władzę przed zamknięciem kościołów pod bardziej wątpliwym pretekstem, chociażby „walki z pedofilią” czy „homofobią”?

Swoją drogą, z zamykaniem kościołów jest trochę tak, jak z zamykaniem szpitali. Dla człowieka wierzącego dostęp do sakramentów jest tak samo ważny jak dostęp do medycyny. Sam Jezus porównywał swoją działalność do leczenia, mówiąc: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, ale ci, którzy się źle mają”. Człowiekowi niewierzącemu zawsze łatwo będzie nawoływać do zamknięcia kościołów, nawet niekoniecznie w złej woli – po prostu nie będzie on w stanie zrozumieć, jakie znaczenie ma kilka tygodni bez sakramentów.

Wyobraźmy więc sobie człowieka niewierzącego w medycynę, stroniącego od lekarzy. Gdy zachoruje – nawet na prostą z pozoru chorobę – jego stan ciągle się pogarsza, bo nie stosuje żadnego leczenia. Nie rozumie również powodu swojego gorszego samopoczucia i nie jest świadom, jak bardzo zaawansowana jest jego choroba. Wciąż jednak nie chce korzystać z pomocy medycyny, bo jest przekonany, że nie jest mu to potrzebne. Być może zmieni zdanie przy kolejnym gwałtownym pogorszeniu samopoczucia. Być może pomogą mu bliscy, którzy odwiozą go nieprzytomnego do szpitala. A być może nie zdążą tego zrobić i lekarz odwiedzi go już tylko po to, żeby stwierdzić zgon. Brzmi drastycznie? Trochę tak. Pomyślmy jednak, że widać tu sporo analogii do historii osób niewierzących w Boga. Im też się wydaje, że kościoły są niepotrzebne – ani im, niewierzącym, ani nam, wierzącym. A jednak każdy z nich może doczekać momentu, w którym poczuje konieczność powrotu do Boga. I oby udało mu się wówczas jak najszybciej znaleźć otwarty kościół.

Życie religijne to bardzo osobisty i delikatny obszar naszego życia i wtargnięcie w ten obszar przez państwo jest bardzo dużym przegięciem. Nie bez przyczyny Jezus kazał oddać Bogu to, co należy do Boga, i Cezarowi to, co należy do Cezara. Oczywiście nie oznacza to, że lekceważę zagrożenie epidemiczne czy uznaję kościoły za miejsca z natury bezpieczniejsze od restauracji lub szkół. Nie mogę jednak podzielić gniewu czy żalu, który w niektórych wzbiera na sam widok pełnego kościoła. Po prostu mam świadomość, że już niedługo w naszych polskich kościołach może stawać się coraz mniej tłoczno ze zgoła innych powodów niż pandemia, dlatego przepraszam, jeśli kogoś to uraża, ale widok pełnego kościoła wywołuje u mnie wyłącznie radość.

…analiza sytuacji…

Przeanalizujmy jednak sytuację na spokojnie. Obecnie kościoły mają w miarę duży zakres swobody działania, szczególnie jeśli chodzi o limity przebywających wewnątrz osób – nie są one bardzo restrykcyjne, a służby mundurowe, w porównaniu z sytuacją, która miała miejsce wiosną ubiegłego roku, pilnują ich w znacznie mniejszym stopniu. Parafie mogą więc w miarę normalnie działać, a kapłani pełnić swoje obowiązki. Jednocześnie wciąż obowiązuje zagrożenie epidemiczne – są tego świadomi zarówno wierni, jak i księża oraz episkopat. I każda z tych grup podejmuje działania mające na celu ograniczenie ryzyka zakażenia, przy jednoczesnym zachowaniu tego, co najważniejsze w funkcjonowaniu Kościoła.

Episkopat udzielił dyspensy od obowiązku niedzielnego uczestnictwa we mszy świętej, dostosowując jej warunki do zmieniających się okoliczności. Księża z poszczególnych parafii proponowali szeroką gamę rozwiązań, jak chociażby transmisje mszy świętych i nabożeństw, pilnowanie noszenia przez wiernych maseczek, ustawianie w kościołach środków dezynfekujących, przestrzeganie odstępów między wiernymi, spowiedź w osobnych pomieszczeniach, zwiększenie liczby mszy świętych czy osobne kolejki do Komunii Świętej. Wierni z kolei mają bardzo szeroką możliwość uczestnictwa w życiu sakramentalnym przy zachowaniu odpowiedniego dla swoich potrzeb i przekonań poziomu bezpieczeństwa. Niemal każdy, kto w swoim kościele parafialnym nie czuje się wystarczająco bezpieczny, może poszukać w okolicy lepiej „zabezpieczonej” parafii, a w ostateczności skorzystać z dyspensy.

Czy więc w kościele można się zarazić koronawirusem? Oczywiście, że tak. Ale czy każdy wierny ma odpowiednie warunki, żeby móc w zgodzie z własnym sumieniem znaleźć równowagę pomiędzy uczestnictwem w życiu sakramentalnym a bezpieczeństwem epidemicznym? Wiadomo, że nie jest idealnie, ale jestem przekonany, że brak przymusu państwowego stwarza ku temu najlepsze z możliwych warunków.

…i co z tego wynika

Oczywiście jestem też przekonany, że przełożenie tego schematu na inne obszary niż kościoły przyniosłoby podobne korzyści. To po prostu przesłanka potwierdzająca, że pozostawienie odpowiedzialności za bezpieczeństwo sanitarne w rękach prywatnych jest dużo bardziej efektywne niż przerzucenie jej na państwo. W pilnowaniu swojej własności człowiek jest zawsze bardziej skuteczny niż państwo. Dlatego uważam zamykanie np. restauracji, hoteli, sklepów, obiektów sportowych czy klinik za podobnie bezprawne i szkodliwe jak zamykanie kościołów.

Zazwyczaj jedynym argumentem za takim zamykaniem jest epatowanie informacjami o wzroście dziennej liczby zakażeń połączone z wizją tłumu ludzi stłoczonych w jednym pomieszczeniu. To jednak żaden argument. Przede wszystkim zaś zapomina się o tym, że nikt nie chciałby, żeby w jego prywatnej restauracji, sklepie, hotelu etc. doszło do zakażenia koronawirusem, i dlatego gdyby rządy nie wprowadzały lockdownów, przedsiębiorcy z własnej woli implementowaliby w swoich lokalach rozwiązania mające na celu minimalizację ryzyka zakażenia. Byłyby one zresztą skuteczniejsze niż obecne, ponieważ motywowane realną troską o bezpieczeństwo klienta, a nie strachem przed mandatem. Ostatnie słowo należałoby zaś do klienta, który mógłby skorzystać z usług firmy najlepiej, w jego ocenie, dbającej o bezpieczeństwo klienta lub nie skorzystać z niej wcale.

Tak, otwarcie restauracji wcale nie oznacza, że wszyscy mają obowiązek do nich chodzić. To, że ktoś ze strachu przed zakażeniem zostanie w domu, jest całkowicie w porządku. Nie w porządku jest agresja w stosunku do osób, które świadome odpowiedzialności za swoje zdrowie uznały, że pójście do restauracji będzie dla nich oraz ich bliskich bezpieczne. A jeszcze bardziej nie w porządku jest niszczenie z tego powodu życia wielu przedsiębiorcom, którzy w czasie lockdownu nie są w stanie utrzymywać źródeł swoich dochodów, spłacać kredytów czy wypłacać pensji pracownikom. Gospodarka jest jedną całością, systemem naczyń połączonych i reperkusje dzisiejszych problemów przedsiębiorców dotkną prędzej czy później każdą i każdego z nas.

Zresztą spróbujmy dopasować ten tok myślenia do innej sytuacji. Myślę, że wielu z nas – ja w każdym razie tak – boi się zachorować na raka. Wiadomo, że jest to bardzo poważna choroba i częsta przyczyna zgonów. Wiadomo również, że jednym z czynników zwiększających ryzyko zachorowania na raka jest nieodpowiednia dieta. Czy w takim razie rząd powinien zamknąć wszystkie restauracje typu fast food? Czy jednak lepiej, żeby działały, przynosząc zysk właścicielom, zatrudnienie pracownikom i okazjonalną dawkę cholesterolu klientom? Historia pokazuje, że wolny rynek jest najefektywniejszą i najbardziej sprawiedliwą drogą wymiany dóbr. Wprowadzanie w nim zbyt wielu sztucznych ograniczeń nigdy nie kończyło się dobrze.

A teraz, uff… spróbujmy to jakoś podsumować. Ogólnie w tej całej pandemii jest wiele rzeczy, które mi się nie podobają, ale najbardziej boli mnie to, że uczyniono z niej kolejną okazję do nakręcania konfliktów, nienawiści i budowy krzywdzących stereotypów. Dlatego możesz nie zgodzić się z wieloma poglądami, które zawarłem w tym tekście, i absolutnie masz do tego prawo. Może to Ty masz rację, może leży ona w ogóle gdzie indziej, a może nigdy się o tym tak naprawdę nie przekonamy. Nie obrzucaj mnie jednak wyzwiskami i nie wyśmiewaj moich opinii – przeczytaj ten tekst, spróbuj zrozumieć mój tok myślenia i jeśli się z nim nie zgadzasz, napisz to w komentarzu.

Możesz mieć także inne podejście do zagrożenia epidemiologicznego. Możesz się bać wyjść z domu – i to jest całkowicie w porządku, bo sytuację, z którą od roku się mierzymy, ciężko porównać do jakiegokolwiek doświadczenia ostatnich kilkudziesięciu lat. Ale nie zmuszaj mnie do tego samego i nie nazywaj mordercą czy koronasceptykiem. Możesz również lekceważyć pandemię, nagminnie łamać obostrzenia i nic mi do tego. Masz jedno zdrowie, jest ono Twoje i to Ty ponosisz za nie odpowiedzialność. Ale zrozum, jeśli będę bardziej ostrożny, a w trosce o zdrowie moje i moich bliskich nie będę chciał się z tobą spotkać, nie nazywaj mnie wtedy covidianinem. Kimkolwiek jesteś, uwierz, że pandemia dotyka każdą i każdego z nas, a okazanie wsparcia jest często bardziej potrzebne niż wykazanie swojej racji. Pogadajmy o czymś innym niż COVID-19, przecież wszyscy mamy go już serdecznie dość. Nie otwierajmy kolejnych frontów w wojnie polsko-polskiej i nie próbujmy za wszelką cenę pokazać, że nawet w trudnej sytuacji nie jesteśmy w stanie się zjednoczyć. I najważniejsze – żyjmy, a przede wszystkim myślmy jak wolni ludzie, bo jeśli wolność będzie w nas, to nikt nam jej nie odbierze.

Rok temu na końcu mojego „covidowego” felietonu wstawiłem odnośnik do Gintrowskiego. Teraz coś bardziej w klimacie tego tekstu.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.