adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Społeczeństwo

Wszyscy jesteśmy zarażeni

Stało się – zaraziłem się. Układ odpornościowy zawiódł. Zaraziłem się i wciąż się zarażam. Co gorsza, zarażam też innych – rodzinę, bliskich, przyjaciół, współpracowników, nawet przypadkowych ludzi, których nie znam. Wszyscy są zarażeni i wiem, że w pewnym stopniu się do tego przyczyniłem.

Jak do tego doszło? Nie wiem, choć się domyślam. Zapewne jest wiele okoliczności, które ułatwiły zakażenie – przebywanie w towarzystwie innych zarażonych, niedostateczne dbanie o własny układ odpornościowy, osłabienie, zniechęcenie do walki z wirusem, wreszcie ignorowanie potencjalnego ryzyka.

Tak naprawdę zarazić się jest bardzo łatwo, natomiast wyleczyć – zdecydowanie ciężej. To truizm, ale, o dziwo, jeszcze trudniej jest zacząć leczenie, ponieważ to taka nietypowa choroba. Najtrudniej jest przekonać zarażonego, że… naprawdę jest zarażony. To taki rodzaj schorzenia, które doskonale widzimy u innych, ale jakoś nie potrafimy go dostrzec u siebie. A jest to przecież choroba śmiertelna, w pełnym tego słowa znaczeniu.

Co to za straszna przypadłość, najbardziej złośliwa i zaraźliwa z wszystkich chorób w historii ludzkości? Czym jest ta odwieczna i niekończąca się ogólnoświatowa epidemia, w której wszyscy się zarażamy? Jeszcze nie wiecie? To wirus, o którym święty Jan Maria Vianney pisał:

Jest on gorszy od wszystkich nieszczęść świata, jest nawet gorszy od śmierci człowieka.

św. Jan Maria Vianney

Tym niezwykłym wirusem prowadzącym do śmierci, a zarazem od niej gorszym jest grzech – straszliwa choroba nieposłuszeństwa Bogu. To dolegliwość duszy, bo przecież ona – podobnie jak ciało – może chorować. To choroba serca niszcząca miłość. Jest to schorzenie śmiertelne, ponieważ odbiera nam życie wieczne, a w wielu przypadkach również doczesne. Jednocześnie grzech jest od gorszy od śmierci, zgodnie ze słowami Jezusa:

Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle.

Mt 10, 28

Tym, który może zatracić w piekle duszę i ciało , jest oczywiście szatan – pierwsze źródło zarazy. W szerokim arsenale jego środków należy wyróżnić siedem głównych wirusów czy, jak śpiewał Kaczmarski, „siedem demonów, co nami się karmią”. To prawdziwa szatańska korona wirusów. Są one nie tylko najbardziej zaraźliwe, ale przede wszystkim najmocniej osłabiają naszą odporność i pozwalają innym, bardziej rzucającym się w oczy chorobom, atakować naszą duszę.

Pycha jest zaraźliwa. Człowiek wywyższający się zaburza właściwe relacje z innymi ludźmi, przez co osoby, z którymi ma kontakt, same często wzbijają się w pychę. Ktoś, kto w swojej pysze postanawia świadomie i dobrowolnie odwrócić się od Boga, daje zły przykład, który ułatwia innym usprawiedliwianie swojej zarozumiałości.

Chciwość jest zaraźliwa. Rozsiewamy ją zawsze wtedy, gdy cel zaczyna w naszych oczach uświęcać środki i dla osiągnięcia przyziemnych korzyści uciekamy się do oszustwa, kłamstwa czy manipulacji. Zarażamy nią wówczas, gdy ceną za nasze osiągnięcia jest krzywda kogoś innego, kiedy nasz upór i dążenie do celu po trupach zaczyna udzielać się innym – czy to naszym pomocnikom, czy „konkurentom”.

Lubieżność jest zaraźliwa. To wirus wyjątkowo powszechny, już nie tylko w internecie czy gazetkach z pornografią, ale coraz częściej w przestrzeni publicznej – na plakatach, billboardach, w reklamie, filmach i serialach, książkach czy teledyskach. Z drugiej strony wirus ten sprytnie ukrywa się pod płaszczykiem ideologii, których wspólnym mianownikiem jest zachęta do niewłaściwego korzystania z daru seksualności. To zło jest wypaczeniem jednego z najpiękniejszych Bożych darów dla człowieka i prawdziwą zarazą. Zabija nie tylko dusze, ale i ciała – jego milczącymi ofiarami jest pięćdziesiąt milionów dzieci abortowanych każdego roku na świecie.

Łakomstwo też jest zaraźliwe. Nie chodzi tu tylko o nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, ale też w szeroko pojętej konsumpcji. Oczywiście, reklama, poprzez którą najłatwiej się zarazić tym wirusem, jest bardzo potrzebna. Wydawanie ciężko zarobionych pieniędzy na przyjemności również jest jak najbardziej w porządku – właściwie nic złego się nie dzieje, dopóki pamiętamy o słowach naszego Zbawiciela: „Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się, i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się, i nie kradną” (Mt 6, 19-20). Dopiero zbytnie przywiązanie do rzeczy jest chorobą – i to bardzo niebezpieczną.

Zazdrość jest zaraźliwa. Z nią chyba mam największy problem – zwłaszcza wtedy, gdy moi znajomi się pobierają i układają sobie życie, a ja mogę co najwyżej zaśpiewać „Znowu w życiu mi nie wyszło”. Dotyka mnie, gdy narzekam na pracę, chociaż przecież jest stabilna i nieźle płatna albo kiedy jęczę, że nie mam z kim pogadać, choć otacza mnie wielu wspaniałych ludzi. Zazdrość rozsiewają zarówno ci, którzy nie umieją jej opanować, jak i tacy, którzy przechwalają się tym, co udało im się zdobyć. Zazdrość to straszna zaraza, ponieważ wywołuje stres i nienawiść.

Gniew jest zaraźliwy. Eskalacja emocji bywa gwałtowniejsza od reakcji atomowej i co najmniej tak samo nieprzewidywalna. Gniewem zarażają nas media, politycy, piewcy różnych ideologii – słowem ludzie, którzy czerpią z naszego gniewu korzyści. Podgrzewanie atmosfery jest dla nich tylko środkiem do osiągnięcia celu, nam zaś – o ile się temu poddamy – zatruwa życie. Ciężko to zmienić, gdy wielu z nas wciąż niczym małe dzieci potrafi uważać za swojego największego wroga człowieka, którego zna tylko z telewizji. A to już jest właśnie nasza wina i nasz udział w rozsiewaniu zarazy gniewu. Bywa on przecież tak wygodny – wykorzystujemy go, aby coś przeforsować, zwrócić na siebie uwagę, zamanifestować swoje racje bądź usprawiedliwić swoje błędy. A co, że przy okazji zatruwamy życie sobie i innym? O tym myślimy po fakcie.

Zobacz też:   Po co katolikowi walentynki?

Lenistwo, a właściwie znużenie duchowe (określane z łaciny jako acedia), jest zaraźliwe – i to jeszcze jak! Co gorsza, to chyba właśnie tego wirusa najtrudniej wyleczyć. Naprawdę, niewiele rzeczy tak degraduje ludzkiego ducha, jak towarzystwo osób osowiałych, zniechęconych, nie dostrzegających sensu. Ciągłe wysłuchiwanie narzekania na własne życie, które moglibyśmy przecież zmienić, ale jest miliard powodów, dla których wolimy ograniczyć się do zrzędzenia – to naprawdę dobija. Utyskiwanie na rzeczy, na które i tak nie mamy wpływu, ale wygodnie przykrywają to, co możemy zrobić, tylko nam się nie chce – to też zżera nas od środka. I jeszcze to przeświadczenie, że i tak się nie uda, więc po co się starać… A przecież to zaraza acedii stoi u źródeł wielu problemów naszej cywilizacji: wszak to tu rodzi się duchowa pustka prowadząca do upadku wartości, kryzysu moralnego i intelektualnego. To od niej wielu z nas ucieka w namiastki prawdziwego życia, odwracając rozsądną hierarchię wartości do góry nogami. To właśnie ta pustka oraz poczucie braku sensu i pewności stają się przyczyną wielu chorób psychicznych, uzależnień, a nawet samobójstw.

Mamy więc wysoce szkodliwą, złośliwą zarazę, największą epidemię w dziejach ludzkości. Co robić? Jak powstrzymać jej rozprzestrzenianie, leczyć zarażonych, niszczyć wirusa? Przyznajmy szczerze: wirus grzechu nie wywołuje nawet w 1% takiego przerażenia, jak obecna epidemia koronawirusa, a przecież jest od niego nieskończenie groźniejszy. Czy więc nie ma żadnego lekarstwa?

Lekarstwo, owszem, jest i to niejedno. Przecież nieskończenie miłosierny Bóg nie byłby sobą, gdyby na siedem wirusów nie dał nam przynajmniej siedemdziesięciu siedmiu lekarstw. Naprawdę, na wyciągnięcie ręki mamy setki sposobów walki z grzechem – inna sprawa, czy chce się nam tę rękę wyciągnąć.

Nawet wtedy, gdy mamy z tym problem, Bóg sam podaje nam pomocną dłoń. Potrafił stać się jednym z nas, bo jak sam stwierdził, „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają” (Mt 2, 17). Umierając na krzyżu, odkupił grzechy każdej i każdego z nas. Ustanowił Kościół święty, aby był powiernikiem prawdy i stałości w tym niepewnym i rozchwianym świecie. Powierzył mu siedem sakramentów, na czele ze swoim Ciałem i Krwią, stanowiącym podstawowy składnik zdrowej duchowej diety. Czeka na nas w swoim gabinecie lekarskim – konfesjonale, aby zdiagnozować objawy i zastosować odpowiednie leczenie. Tak – to właśnie w spowiedzi Bóg dokonuje uleczenia ludzkiej duszy.

Przy takim ogromie Bożych medykamentów – a pamiętajmy, że dla Boga nie ma przypadków nieuleczalnych – nasz Pan nie zapomniał również o profilaktyce. W Kościele triumfującym wskazuje nam przykłady wielu świętych – ludzi, którzy tak jak my byli zarażeni, ale podjęli skuteczną terapię i cieszą się chwałą w pełni wyleczonych. W każdej epoce powołuje i uzdalnia tysiące osób, które swoim słowem i czynem na przeróżne sposoby pomagają bliźnim w walce z grzechem. Bóg chce, żebyśmy byli zdrowi i przyczyniali się do uzdrowienia innych, ponieważ wszystkich nas powołał do świętości.

Jak to osiągnąć? Podobnie jak w przypadku choroby ciała, należy słuchać i przestrzegać zaleceń Lekarza: trwać w Kościele i pełnymi garściami czerpać z jego skarbca, rozwijać własną pobożność, formować swoje sumienie i zwracać uwagę na to, jaki przykład dajemy bliźnim. Każdy z nas może czynić dobro i pomagać innym podnosić się z grzechu, sami również potrzebujemy takiej pomocy. Jakkolwiek szatan nie starałby się nas jej pozbawić, Bóg zawsze znajdzie sposób, aby go unieszkodliwić.

Obecna sytuacja pokazuje, jak bardzo przejmujemy się rzeczami, na które nie mamy do końca wpływu. Oczywiście, stosowanie się do wszystkich zaleceń epidemiologicznych to sprawa w tym momencie kluczowa i jest wyrazem odpowiedzialności nie tylko za własne zdrowie, ale i za społeczeństwo. Czym innym jest jednak rozsądne podejście do sprawy, a czym innym panika – histeryzowanie, pustoszenie sklepów czy naciski na Kościół, by przestał robić to, co do niego należy. Tymczasem nasze zbawienie jest w naszych rękach, a my tak rzadko się o nie troszczymy. Tak bardzo boimy się chorób ciała, a tak mało uwagi poświęcamy dużo groźniejszym schorzeniom duszy. Czy to nie jest postawienie świata na głowie?

Jestem zarażony. Wiem o tym i staram się leczyć, choć często mi to nie wychodzi. Znam i wykorzystuję różne sposoby walki z wirusem, ale nie ma w tym żadnej mojej zasługi – to tylko nieskończona łaska Boga. Zresztą Jego darem jest samo to, że w ogóle mi na tym zależy i po każdym zarażeniu chcę na nowo podłączać do duszy kroplówkę mozolnie kurować swoje słabości, a nawet gdzieś tam w głębi serca mam ambicję leczenia innych, nawet jeśli częściej ich jednak zarażam. Ale w końcu „jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam”? (Rz 8, 31).

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.