adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Polonia Zawsze Wierna

Miłosierdzie na nieludzkiej ziemi, czyli o polskich duszpasterzach na Białorusi

Białoruś to nieco zapomniany kraj w Europie, raczej rzadko goszczący na ustach najważniejszych przywódców Starego Kontynentu. Polakom los Białorusi nie jest jednak obojętny – to w końcu nasz sąsiad, zajmujący wiele ziem, które przez lata należały do Rzeczpospolitej. W dodatku w wyniku zawirowań historycznych na Białorusi żyje współcześnie bardzo wielu Polaków. Działają też oczywiście przedstawiciele polskiego Kościoła, o czym szerzej przeczytacie w kolejnym odcinku cyklu #PoloniaZawszeWierna.

Z Księdzem Janem Juszko, duszpasterzem na Białorusi, rozmawiał Konrad Myszkowski.

Na samym początku wypadałoby się przedstawić. Nazywam się Jan Juszko i jestem michalitą (CSMA). Urodziłem się na Białorusi, ale czuję się Polakiem z krwi i kości, ponieważ mam polskie korzenie ze strony obojga rodziców. Na początku chcę przeprosić, jeśli coś będzie niezrozumiałe, ponieważ u mnie w domu rodzinnym rodzice nie rozmawiali w języku ojczystym. Wiadomo, jakie były czasy ich dzieciństwa. Biegłego posługiwania się mową przodków nauczyłem się, będąc w Polsce w nowicjacie. Czytałem nocami książki i każdą wolną chwilę poświęcałem na naukę języka polskiego. Nawet mistrz nowicjatu mnie „ścigał”, abym nie czytał po nocach. Później skończyłem studia w Krakowie. Językiem, w którym się wychowałem i ukończyłem szkołę, był chyba rosyjski, choć można go nazwać „trasianką”, czyli zlepkiem kilku różnych różnych: rosyjskiego, białoruskiego, polskiego i ukraińskiego. Właściwego języka białoruskiego uczę się dopiero teraz, mimo że w szkole nauczano go.

KM: Jak wygląda codzienne życie na Białorusi? Czym różni się od życia w Polsce?

JJ: To jest bardzo dobre pytanie. Moje życie jako księdza na Białorusi wygląda rzeczywiście inaczej niż w Polsce, gdzie wcześniej, oprócz tego że studiowałem, kilka lat pracowałem jako kapłan i katecheta. Tutaj nic nie można zaplanować z dużym wyprzedzeniem. Codziennie z rana spędzam jakiś czas na modlitwie, następnie jem szybkie śniadanie i wypełniam obowiązki, które zazwyczaj są związane z budową. Przeważnie jest to dużo spraw „papierkowych”, dotyczących dokumentów, przedłużania czasu budowy, zamawiania materiałów. Bardzo często wykonuję też z ks. Aleksandrem (wikarym) prace fizyczne.

Obiad jemy o różnych godzinach, w zależności od obowiązków, jednak próbujemy się wyrobić w godzinach od 13:00 do 16:30, ponieważ o godzinie 17:30 mamy mszę świętą w Gatowej – miejscowości, w której mieszkamy. O 19:00 odprawiamy mszę świętą w Mińsku, gdzie budujemy sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Odległość między tymi miejscami to 13,5 kilometra, przebycie jej zajmuje ok. dwudziestu – dwudziestu pięciu minut dojazdu samochodem. Potem zazwyczaj odbywają się spotkania z parafianami, przygotowania do sakramentów oraz katechezy, na które przychodzą dzieci. Czasami trwa to nawet do godz. 22:00. Później wracamy do miejsca zamieszkania. Tak wygląda dzień powszedni.

Niedziela natomiast jest bardzo ciężka. Pierwszą mszę świętą w Mińsku celebrujemy o 9:00, więc trzeba wyjechać ponad godzinę wcześniej, aby otworzyć kaplicę, przygotować się i wyspowiadać ludzi. Jest to jedyna liturgia w języku polskim. Pozostałe msze niedzielne są już odprawiane po białorusku w godzinach 10:30, 12:00 i 19:00. Zazwyczaj w niedziele do 13:40 spędzam czas w kościele i wracam na obiad, który jest pierwszym posiłkiem tego dnia. O godz. 17:00 odprawiamy Eucharystię w Gatowej. Wcześniej, o 11:00, jest tu jeszcze jedna msza, którą odprawia wikariusz. Po liturgii o godzinie 17:00 trzeba wrócić do Mińska na 19:00, a później z powrotem do domu, co zazwyczaj wychodzi ok. 22:00. Tak wygląda w zarysie niedziela, kiedy rzeczywiście nie ma możliwości wypicia łyka herbaty albo kawy, ponieważ cały czas są spotkania z ludźmi. Z drugiej strony bardzo cieszy to, że wierni przychodzą, mimo że zimą bywa ciężko, bo w kaplicy tymczasowej jest chłodno, gdyż grubość jej ścian wynosi 7 centymetrów. Takie jest tu zwykłe, ale jednocześnie piękne życie codzienne i kapłańskie.

ks. Jan Juszko
ks. Aleksandar – wikary

KM: Jak to jest być Polakiem na Białorusi?

JJ: Jak to jest być Polakiem tutaj? Na pewno inaczej niż obywatelem Białorusi, a jeszcze do tego polskim księdzem, to już całkiem inaczej. Nie będę dużo pisać, ale zarysuję małe szczegóły, które zauważyłem. Na przykład obywatel innego kraju na Białorusi ma trochę pod górkę i to nawet, jeśli chce pomagać rozwijać państwo w sferze kulturalnej. Zauważyłem, że ludzie żyją w strachu przed jutrem, nie wiedzą, czy dostaną pozwolenie na pracę, czy będą musieli się pakować i wyjeżdżać. Nie mają pewności. Takie życie jest o wiele trudniejsze. Myślę, że nie da się tego tak łatwo opisać słowami i zrozumieć, jeśli samemu się tego nie przeżyje. Ktoś może powiedzieć, że opowiadam bajki, jak wielu Polaków jest na Białorusi, ponieważ według oficjalnych danych białoruskich władz mieszka ich tam ok. trzystu tysięcy. Nieoficjalnie mówi się jest ich w rzeczywistości od pół do ponad jednego miliona osób, ale dokładną liczbę ciężko określić.

KM: A jak na Białorusi działa Kościół katolicki?

JJ: Wiadomo, że Kościół na Białorusi zaczął odradzać się w 1989 roku, począwszy od części obwodu grodzieńskiego, gdzie zostało otwarte Wyższe Seminarium Duchowne. Odrodzenie zaczynało się w początkowych latach po upadku komunizmu dzięki księżom z Polski, którzy poświęcili swoje zdrowie i życie dla głoszenia Słowa Bożego i oczywiście odbudowy kościołów zniszczonych w latach komuny. Mińsk został podzielony na parafie zarejestrowane ok. 1997 roku, co nie oznacza, że wcześniej nie było katolickich świątyń w stolicy. Dzisiaj mogę stwierdzić, że Kościół w tej części Mińska, gdzie obecnie pracuję, wzrasta liczebnie, ponieważ ludzie uciekają z małych miejscowości i wiosek do miasta w celu studiowania lub za godną pracą. Niestety, we wioskach mieszkańcy ciężko pracują, a mało zarabiają. Z kolei na Grodzieńszczyźnie powodem mniejszej liczby wiernych może być mała liczba mieszkańców, a co za tym idzie, katolików.

KM: W jaki sposób Kościół jest postrzegany przez społeczeństwo?

JJ: Myślę, że tak jak wszędzie, czyli że są różni ludzie i każdy ma indywidualne podejście. Niedawno byłem w jednej z parafii i podeszła do mnie pewna osoba, która opowiedziała sytuację, jaka ją spotkała parę dni wcześniej. Mówiła, że kiedy stała obok kościoła, przechodził jakiś mężczyzna i zaczął krzyczeć, aby się nie modlili w ogóle, bo to mu przeszkadza. Powiem tak: kto w jakim duchu był wychowany, tak i reaguje, a wiadomo, że ci ludzie są bardzo biedni, bo nikt im nie pokazał Boga. Z tego powodu dziwię się ludziom w Polsce, że nie szanują tego, co mają i nie są wdzięczni Bogu, że zostali wychowani w wierze i mają religię w szkołach, a zamiast tego ciągle narzekają na Kościół. Dzieje się tak dlatego, że wiara wymaga, aby zmienić swoje życie, a ci którzy nie chcą tego robić, to krytykują, aby ktoś ich źle nie ocenił, ale to już inny temat. Czy działalność Kościoła jest bardzo utrudniana przez władze państwowe? Na to pytanie, pozwólcie, że nie będę odpowiadać. Kto zechce, to zrozumie.

KM: Rozumiem. Ale relacje pomiędzy zwykłymi ludźmi są chyba w porządku?

JJ: Myślę, że relacje wyglądają normalnie, dlatego że u nas, szczególnie w Mińsku, jest bardzo dużo małżeństw mieszanych katolików z prawosławnymi. Zauważyłem jednak, że prawosławny prawosławnemu nie równy . Większość z nich nosi tylko takie miano, które wynika z przyjętego chrztu świętego. Prawdziwych prawosławnych jest bardzo mało i chociaż procentowo ich liczba jest większa, to śmiem twierdzić, że katolików, takich naprawdę wierzących i praktykujących, jest więcej. Przepraszam za taką moją dygresję. Dobrze byłoby, aby była błędna, ponieważ wszyscy razem pracujemy na większą chwałę Bożą.

Zobacz też:   O Lord, this is You who have found me | Polonia Zawsze Wierna

KM: Jak to się stało, że podjął Ksiądz pracę właśnie na Białorusi? Co przekonało Księdza, że właśnie tego chce od Księdza Pan Bóg?

JJ: Jak pisałem wyżej, wychowałem się na Białorusi. Tu skończyłem szkołę, zdałem maturę i, uciekając od głosu powołania, który odczuwałem w sercu, poszedłem do wojska. Nie chciałem być księdzem, wolałem świat. W ciągu osiemnastu miesięcy odbyłem obowiązkową służbę wojskową, a kiedy wróciłem, to nie czułem już wezwania do kapłaństwa, z czego się ucieszyłem. Poszedłem do pracy na budowę. Rozpocząłem od zwykłej pracy: robiłem zaprawę, podawałem cegłówki. W tym czasie, kiedy prawie wszyscy na budowie pili alkohol, ja z jakiegoś powodu brałem kielnię i układałem cegły. W ten sposób uczyłem się i zdobywałem kwalifikacje. Po prawie trzech latach zaproponowano mi, abym został brygadzistą ekipy, w której pracowałem. Przyjąłem tę funkcję i pełniłem ją przez dwa miesiące, ponieważ już wcześniej zdecydowałem, że chcę wstąpić do zakonu. W ten sposób rozpoczęło się moje nowe życie.

O samej historii powołania nie będę pisać, bo to nie o tym mowa. 25 maja 2013 roku otrzymałem święcenia kapłańskie i zostałem skierowany do pracy w Stalowej Woli do prowadzenia katechezy i pracy w różnych grupach parafialnych. W pierwszym roku mojej posługi trafiłem na bardzo dobrego proboszcza, który mnie sporo nauczył, ale i współbraci, którzy również służyli wsparciem. Po dwóch latach posłano mnie jako wikariusza do budowy sanktuarium Miłosierdzia Bożego na Białorusi. Ta przygoda trwała tylko dwa lata. Po tym czasie ponownie wróciłem do Polski do miejscowości Górsk koło Torunia. Po roku ojciec generał naszego zgromadzenia poprosił mnie, abym wrócił do budowy sanktuarium. Szczerze mówiąc, nie chciałem tego. Tłumaczyłem, że lubię robić to, co robię, czyli uczyć w szkole, prowadzić grupy parafialne, być dla ludzi i z ludźmi. Jednocześnie wiedziałem, że na Białorusi tego nie będę miał, a jeśli już, to w mniejszym stopniu. Generał przyjeżdżał do mnie kilka razy i za którymś razem w końcu powiedziałem: „Jeżeli jest to zgodne z wolą Bożą, to przyjmuję, ale mi to nie leży”, ponieważ wiedziałem, co mnie tam czeka.

20 lipca przejąłem obowiązki proboszcza i budowniczego. Rzuciłem się z zapałem do nowych zadań duszpasterskich, nastawiłem się pozytywnie, cały czas modliłem się za moich parafian i tę pracę, którą mi powierzono. Z czasem pojawiało się coraz więcej problemów związanych z budową, które trochę zaczęły mnie wyrywać z bycia księdzem. Dzwoniłem po parafiach w Polsce, szukając wsparcia. Niestety, bardzo często słyszałem słowa „Nie, bo coś tam”, a chciałem tylko przyjechać, wygłosić Słowo Boże i zebrać kwestę na budowę, a nie tacę. Kosztowało mnie to i nadal kosztuje bardzo dużo nerwów, ponieważ nie zbierałem dla siebie, ale na nowy kościół.

Wiem jednak, że Bóg jest miłosierny i coś w końcu zaczęło się poprawiać. Udało mi się dostać do zespołu peregrynacji figury św. Michała Archanioła. Dzięki temu głosiłem Słowo Boże podczas rekolekcji adwentowych i wielkopostnych, a następnie w trakcie różnych odpustów, nie tylko związanych z peregrynacją. W tym czasie nocami nie spałem, ponieważ podróżowałem z miejsca na miejsce. W 2019 roku zrobiłem ponad osiemdziesiąt pięć tysięcy kilometrów. Byłem padnięty, ale zadowolony. Niestety, pieniędzy nadal jest mało. W tym roku planowałem otworzyć salki katechetyczne, aby dzieci i młodzież miały godne miejsce do nauki. Postawiłem już fundamenty sanktuarium, ale muszę uzbierać pewną sumę, aby zacząć budowę murów. Na początek chciałbym zebrać przynajmniej sto tysięcy dolarów, ponieważ u nas liczą wszystko w tej walucie. Na dziś ogólne potrzeby na budowę są duże i obejmują kwotę około miliona dolarów. Dla mnie jest to kosmiczna suma. Wyliczyłem, że przy pomocy Bożej uzbieram ją za dwadzieścia lat, jednak czy starczy mi zdrowia i zapału? Wszystko oddaje w ręce Boże i to, że dziś siedzę i piszę ten artykuł, też jest dla mnie wolą Bożą.

Ruiny kaplicy Pruszyńskich – tu była sprawowana msza św. przez 6 miesięcy
Tymczasowa kaplica
Budowa nowego kościoła
Budowa nowego kościoła
Wizualizacja wyglądu nowego kościoła

Wierzę, że wywiad trafi w dobre ręce i ktoś uczyni gest dobroci serca, aby ci ludzie też mieli godne warunki do modlitwy oraz spotkań pogłębiających ich relację z Bogiem. O budowie i o problemach z nią związanych można pisać jeszcze dużo, ale to nie czas, aby się nad tym pochylać. Największym błogosławieństwem z tego wszystkiego, co wykonuję, jest to, że mam możliwość głoszenia Słowa Bożego w różnych parafiach Polski, ponieważ lubię to robić i przy tym poznawać nowych ludzi, być takim kapłanem dla ludu. Tragiczne jest to, że mało czasu poświęcam swoim parafianom. Mimo że mam wikarego i nie zaniedbuję obowiązków, to jednak chciałoby się być w smutku i w radości blisko wiernych, którzy zostali mi powierzeni. Utrudnieniem w tym wszystkim jest także to, że codziennie kilka razy muszę dojeżdżać do miejsca, gdzie prowadzę budowę i parafię.

Krótki zarys historii parafii w której pracuję (pw. Matki Bożej Różańcowej) i buduję sanktuarium Bożego Miłosierdzia: współczesna parafia Matki Bożej Różańcowej jest duchową spadkobierczynią tego miejsca. Została ona zarejestrowana w 1997 roku, po sześciu latach rozpoczęli tu pracę kapłani Zgromadzenia Świętego Michała Archanioła. Przez pewien czas msze święte były sprawowane w parku, w pobliżu ruin dawnej kaplicy, w domach parafian oraz w budynku użyteczności publicznej. Jednocześnie trwały przygotowania do budowy nowej świątyni. Właśnie wtedy kard. Kazimierz Świątek podjął decyzję, by w Łoszycy powstało sanktuarium Bożego Miłosierdzia. W maju 2010 roku zakończono budowę kaplicy, która 5 czerwca została poświęcona. Umieszczono w niej obraz Jezusa Miłosiernego, będący wierną kopią pierwszego wizerunku z Wilna. W czasach sowieckich wierni przechowywali go w Nowej Rudzie na Grodzieńszczyźnie. Budowa sanktuarium wymaga wielkich nakładów finansowych. Tymczasem nasza parafia składa się głównie z młodych rodzin i niezamożnych ludzi, którzy nie są w stanie zebrać tak dużej kwoty. Dlatego zwracamy się z serdeczną prośbą o pomoc do wszystkich ludzi dobrej woli, którym nie jest obojętna sprawa zachowania i rozwoju wiary oraz duchowych i kulturowych tradycji. Dzięki swojemu poświęceniu i dobroci waszych serc wspólnie wzniesiemy świątynię dobroci, współczucia i miłości w naszych sercach, w naszych rodzinach i na Białorusi. Zapewniamy wszystkich naszych ofiarodawców o stałej pamięci w modlitwie. Niech Jezus Miłosierny błogosławi Wam i Waszym rodzinom w codziennym życiu, a św. Michał Archanioł broni przed pokusami złego ducha. Darowizny mogą być przekazane na konto:

PKO BANK POLSKI

Ul. Wólczyńska 133 01-919 Warszawa

KONTR: 78 1020 1042 0000 8402 0350 8249 (złotówki)

20 1020 1042 0000 8502 0398 7260(EURO)

Jeżeli są pytania, można kierować drogą e-mailową: [email protected]

Pragnę podziękować redaktorom Adeste za możliwość umieszczenia numeru konta w tym artykule.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.