adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Społeczeństwo

Oazo, Domowy Kościele – nie idźcie tą drogą!

Na samym początku wyjaśnijmy sobie jedną rzecz: nie piszę tego tekstu, żeby skrytykować Ruch Oazowy czy, nie daj Boże, ks. Franciszka Blachnickiego. Jest dokładnie na odwrót. Ten tekst powstał z głębokiego szacunku wobec dziedzictwa ks. Franciszka, jego zrozumienia wyzwań, przed jakimi stoi Kościół w Polsce, oraz przemyślanej wizji duszpasterskiej.

Ks. Blachnicki był wyjątkową postacią w Kościele, o czym pisałem już kiedyś na łamach „Adeste”. Sam mogę powiedzieć, że uczestnictwo w Ruchu Światło-Życie i Krucjacie Wyzwolenia Człowieka miało kluczowy wpływ na kształtowanie się mojej wiary i dojrzałości chrześcijańskiej. To również tam zawarłem prawdopodobnie najtrwalsze przyjaźnie. Dlatego kiedy używam określenia „oazowy”, to chciałbym, żeby znaczyło ono tyle, co „głęboki”, „wartościowy”, „rozwijający”, „wynikający z miłości do Kościoła i służący Jego dobru”.

Coraz częściej jednak dostrzegam, że mówiąc „oazowy”, mamy na myśli coś zupełnie odmiennego. Piszę „mamy”, ponieważ zauważyłem tę tendencję u różnych osób, także tych mocno związanych z dziełami ks. Blachnickiego. Otóż czasem, widząc pewne zachowanie, pewien dziwny schemat myślenia czy działania, mówimy nieco pogardliwie, że to takie… „oazowe”. Czujecie tę różnicę? Niekoniecznie „oazowy” musi mieć tu wydźwięk negatywny, raczej powiedziałbym, że trochę żartobliwy, nieco stereotypowy. W tej optyce „oazowe” może być musztrowanie ministrantów przez ceremoniarzy, specyficzny sposób ubierania się, hermetyczne żarciki, pewien konkretny styl piosenek religijnych czy zamiłowanie do skrótowców (KODA-ODB, KAMUZO, ONŻ, OMS, OND, ORD, wiecie – KMWTW). Rozumiecie – nic złego, ot, taka nasza oazowa specyfika.

Czasem jednak „oazowy” nabiera charakteru negatywnego. A że każdy stereotyp gdzieś tam ma jakieś źródło, to niepokoi mnie, gdy za „oazowe” zaczyna się uważać przejawy liturgicznego dziadostwa, infantylne podejście do wiary czy ostre odcinanie się od tradycji Kościoła. Albo pewien specyficzny sposób rozumienia relacji damsko-męskich, który mocno dał o sobie znać w ubiegłym tygodniu. Chodzi mi teraz o ten plakat rekolekcji Domowego Kościoła oraz toczącą się wokół niego dyskusję.

No ludzie kochani…

To nie jest tak, że się czepiam tego plakatu, bo za wszelką cenę chcę komuś zrobić na złość albo wybić się na popularnym temacie. I wcale nie zamierzam krytykować go za design, i to z kilku powodów. Po pierwsze – to jest w pewnym sensie kwestia gustu, a o gustach nie dyskutuje się w kategoriach prawda–nieprawda. Po drugie – dobrze rozumiem, że we wspólnotach nie zawsze jest nadmiar profesjonalnych grafików oraz licencji na programy graficzne, i to jest całkiem naturalne. Po trzecie – pod kątem samej kompozycji graficznej ten plakat naprawdę nie jest zły. Jest czytelny, przyciąga uwagę, ma nieźle dobrane czcionki i kolorystykę, wygląda estetycznie. Ktoś mógłby powiedzieć, że jego estetyka bardziej przypomina plakat komedii romantycznej niż katolickich rekolekcji, ale to wciąż spokojnie da się wytłumaczyć chęcią zwrócenia uwagi poprzez oryginalny środek wyrazu. Naprawdę, do poziomu „graphic design is my passion” brakuje jeszcze sporo.

I nawet nie uważam, żeby kluczowe znaczenie miało to wyszczególnienie słowa SEKS. Rozumiem, że chodzi o rekolekcje dla Domowego Kościoła, więc przekaz siłą rzeczy jest mocno nakierowany na młode małżeństwa, dla których temat seksualności jest z oczywistych względów istotny. Nie przeszkadza mi więc samo wyróżnienie tej tematyki na plakacie, bo zdaję sobie sprawę, że w ten sposób łatwiej jest przyciągnąć uwagę osób, które mogą być zainteresowane uczestnictwem w rekolekcjach. Przeboleję nawet te piktogramy z ludzikami i serduszkiem na „planie dnia”, choć one są już co najmniej niejednoznaczne.

Co mi w takim razie nie pasuje? Kilka rzeczy:

  • Hasło „MODLITWA, TANIEC, SEKS oraz inne ćwiczenia pogłębiające jedność małżeńską” jest, moim zdaniem, bardzo źle wyważone. Taka treść i układ graficzny sprawia wrażenie pewnego zrównania tych trzech czynności, których znaczenie w naszym życiu jest zupełnie nieporównywalne. Przynależą one do zupełnie różnych obszarów życia, wymagają też całkiem innego podejścia. W praktyce nie ma żadnej płaszczyzny, na której można by zrównać modlitwę, taniec i seks. Wszelkie próby porównywania tych trzech czynności są więc zbytnim uproszczeniem i mogą prowadzić tylko do ich niewłaściwego postrzegania. I nie chodzi tu o to, że któraś z tych rzeczy jest ważniejsza czy mniej ważna od pozostałych – to są w ogóle zupełnie inne kategorie.
  • Jak już pisałem, samo wyszczególnienie na plakacie tematów związanych z seksualnością nie jest czymś złym. Ale połączmy to z faktem, że jest to plakat rekolekcji Domowego Kościoła, w których z definicji uczestniczą osoby niepełnoletnie, i to nie nastolatki, ale często małe dzieci. Oczywiście plakat jest również promowany w środowiskach związanych z Ruchem Oazowym – sam natknąłem się na niego właśnie na oazowej grupie na Facebooku, do której z założenia należą dzieci. Czy to dobrze? Wiadomo, że nie powinno się z seksualności czynić jakiegoś tematu tabu, że dzieci należy jakoś oswajać z tą tematyką. Tylko czy na pewno odpowiednią drogą takiego oswajania jest sytuacja, w której dziecko, przeglądając oazową grupę na Facebooku, natrafia na powyższy plakat?
  • Kolejna uwaga dotyczy bardziej kompozycji, ale też wydaje mi się dość istotna. Chodzi mi o to, że wśród komunikatów, które są przekazywane za pośrednictwem tego plakatu, można również odczytać ten, że planowane są warsztaty i ćwiczenia z seksu. I rozumiem, że intencją autora nie była reklama żadnej rozpusty. Jednak hasło „MODLITWA, TANIEC, SEKS i inne ćwiczenia […]” w połączeniu z piktogramami symbolizującymi plan dnia może mieć nieco dziwną wymowę.
Zobacz też:   Od nagłej i niespodziewanej siostry wybaw nas, Panie?

Jeśli chodzi o sam plakat, to z grubsza tyle. Niestety nie wyczerpuje to jednak tematu, który zasugerowałem kilka akapitów wyżej. Jak już wspomniałem, plakat wywołał dość burzliwe dyskusje. Sam pozwoliłem sobie wyrazić swoje zdanie, może w nieco żartobliwy sposób, ale to dlatego, że wiele rzeczowych komentarzy już się w tej dyskusji pojawiło i na ogół nie doczekało się, niestety, równie rzeczowych odpowiedzi. Niemniej jednak odpowiedź, którą otrzymałem, i tak przerosła moje oczekiwania. Pierwszy: „Takich jak Ty jest mniejszość. Ale tolerujemy Was”. Drugi: „Możesz pojechać na te rekolekcje, jeśli rodzice ci pozwolą. Jak dorośniesz, to zrozumiesz”. Oba komentarze pochodziły od tej samej osoby – nieznajomego mi dorosłego mężczyzny, prawdopodobnie starszego ode mnie. Z innych komentarzy zdaje się wynikać, że jest to człowiek żonaty, związany z Domowym Kościołem, jeżdżący na rekolekcje, choć oczywiście nie jestem w stanie powiedzieć na jego temat nic w stu procentach pewnego. W końcu jesteśmy w internecie, tu każdy może być każdym.

I oczywiście nie zamierzam postawić społecznej diagnozy na podstawie jednego komentarza czy jednego plakatu i jednej na jego temat dyskusji. Mam wrażenie, że ten komentarz, ten plakat i liczne głosy w tej konkretnej dyskusji są wierzchołkiem pewnej góry lodowej, którą obserwuję od dłuższego czasu. I to wcale nie jest tak, że jest to jakiś powszechny problem, jakiś rak toczący Ruch Oazowy, a już, broń Boże, nie uważam, że Oaza takiego podejścia uczy. Nic z tych rzeczy! Myślę raczej, że jest to pewien sposób myślenia, który w młodości może się pojawić i wraz z osiąganiem dojrzałości powinien sam z siebie zniknąć. Czasem jednak tak się nie dzieje. I być może w Oazie przydałaby się głębsza refleksja nad tym tematem, może jakieś działania dążące do wyprostowania pewnych sposobów myślenia, które zaraz spróbuję nakreślić, ale podkreślę to raz jeszcze – na pewno nie jest tak, że to Oaza jest tym zjawiskom winna.

O co więc się rozchodzi? Otóż z przykrością zauważam pewną tendencję do niewystarczająco dojrzałego, niewystarczająco poważnego myślenia o małżeństwie. Raz jeszcze: nie jest to coś powszechnego, zdarza się raczej wyjątkowo – ale jednak się zdarza, a konsekwencje mogą być naprawdę tragiczne. Obserwuję więc, że część młodych ludzi traktuje małżeństwo jako pewien wyznacznik statusu społecznego. W tej optyce małżeństwo staje się pewnym sensie celem samym w sobie, przez co jego społeczne funkcje schodzą na dalszy plan. Myślenie o związku jako o czymś, co ma stanowić początek przyszłej rodziny, przegrywa z traktowaniem go jako czegoś, czego nie można utracić, bo to będzie bolało, bo będzie wstyd, bo kolejnej osoby mogę już nie znaleźć. Często takie myślenie nie jest nawet uświadomione, ale wpływa ono na podejmowane decyzje i działania.

Nieuświadomiony pozostaje często także stosunek do innych – szczególnie tych, których życie uczuciowe nie jest zbyt udane. Myślę, że taki poziom chamstwa jak w przytoczonym wyżej komentarzu pod moim adresem jest rzadkością, jakimś ostatecznym etapem pogardy wobec osoby, której jak na razie wiedzie się pod tym kątem nieco gorzej. Ale pewną, nawet niezamierzoną, niechęć wobec osób samotnych, takie trochę przechwalanie się swoim związkiem i czynienie z niego jakiegoś swojego atutu – to już, niestety, się spotyka. A przecież z małżeństwem jest trochę jak z dobrze płatną pracą – jej posiadanie wcale nie znaczy, że jest się bardziej wartościowym człowiekiem, a zamiast się nią chełpić, rozsądniej jest ciężko pracować, żeby przynosiła odpowiednie owoce. Tymczasem w Oazie niestety czasem można odczuć, że jeśli do dwudziestego piątego roku życia nie zdążyło się jeszcze nawet zaręczyć, to jest się człowiekiem nieco gorszej kategorii, mniej zaradnym, gorzej znającym życie. Że skoro w takim wieku wciąż się nie udało, to na pewno z tą osobą musi być coś nie tak.

Dlatego właśnie tak bardzo potrzeba wspólnot takich jak Ruch Światło-Życie i Domowy Kościół. Potrzeba mądrych, dojrzałych animatorów. Potrzeba wartościowych świadectw o małżeństwie i rodzinie, które są ze sobą nierozerwalnie związane. Potrzeba powrotu do źródeł, do niezmiennego nauczania Kościoła, także do tekstów ks. Franciszka Blachnickiego. Przecież ani on, ani jego duchowi mistrzowie – bł. ks. Jerzy Popiełuszko, św. Jan Paweł II, Stefan kard. Wyszyński – nie dokonali żadnej rewolucji w nauce Kościoła, a jedynie opowiedzieli tę piękną, niezmienną prawdę bardziej dopasowanym do współczesności językiem. Nie próbujmy na siłę być od nich mądrzejsi.

I dlatego ten plakat, wszelkie niemiłe komentarze i wszystkie przejawy niedojrzałego myślenia o życiu małżeńskim chciałbym podsumować prostą prośbą: Oazo, Domowy Kościele – nie idźcie tą drogą. Za dużo macie do stracenia wy, za dużo mamy do stracenia my wszyscy, za dużo do stracenia ma Kościół w Polsce. Pamiętajcie o pozostawionym po sobie dziedzictwie już kilku pokoleń Polaków wychowanych metodami ks. Blachnickiego do dojrzałości chrześcijańskiej i niezależności od zniewoleń. Macie wspaniały, sprawdzony, być może najlepszy w Polsce program duszpasterski, o którym chociażby w znakomitym artykule pisała moja redakcyjna koleżanka Laura Korzeniowska. Starajcie się go twórczo rozwijać, a nie zaciemniać jego przesłania niepotrzebnym poszukiwaniem sensacji, chęcią zaistnienia za wszelką cenę. A nade wszystko ćwiczmy się wszyscy w pokorze, miłości Boga i bliźniego oraz wierności Kościołowi.

Szalom!

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.