adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Wiara

Spacer po ziemi niczyjej

Co tu dużo mówić, początki są trudne. Jeśli chodzi o pisanie, zaczęcie to druga najtrudniejsza rzecz (bo pierwszą jest zakończenie). Ech. I znów wyszło metapisanie, a ja miałem o „trydentach”… Dobrze. Przejdźmy do rzeczy. Mam taką refleksję, a może impresję, na temat „starej mszy”.

Nadzwyczajna Forma Rytu Rzymskiego. To za długie i jakieś takie nieinstynktowne. Skrót – NFRR – jest już lepszy, ale trzeba się liczyć z niezrozumieniem u nieobeznanych słuchaczy bądź czytelników. Poza tym NFRR brzmi podobnie do NMPR. A tym, którym wszystko się kojarzy z pewnym niemieckim politykiem, z NSDAP.

Stare i nowe

Msza trydencka. Też niedobrze. Bo czy analogicznie jest msza watykańska II? No nie. To może zamienić przymiotnik „trydencka” na „łacińska”? Też nie, w końcu mszał Jana Pawła II też jest w edycji typicznej po łacinie. I gdzieniegdzie po łacinie się odprawia „nową mszę”.

Stara msza? A w jakim sensie jest ona stara? Czy „starość” mszy mierzy się od jakiejś konkretnej długoletności używania? I „nowa msza”, która obchodziła w roku rozpoczęcia zarazy pięćdziesiąte urodziny, jeszcze się na to kryterium nie załapała?

Adresaci

Pozwoli łaskawy Czytelnik, że daruję sobie wybór najwłaściwszej nazwy i będę je wszystkie stosował zamiennie. Jestem prostym człowiekiem. Odebrałem wprawdzie gruntowną formację liturgiczną, byłem ceremoniarzem. Ale żadnego tytułu naukowego z liturgiki, czy nawet tematu zahaczającego o liturgię, nie posiadam.

Nie zamierzam też pisać do elity wykształconej z liturgiki. Wykształcenie nie musi wiązać się z mądrością i pobożnością. Nie ma w tym takiej prostej korelacji, jakiej byśmy chcieli. Poznałem wielu księży wykształconych liturgicznie, których wpływ na liturgię w parafii był destruktywny. (Choć poznałem też niejednego, który wykazywał się posłuszeństwem wobec ceremoniarza i chęcią do współpracy z nim – i tym bardzo dziękuję, to prawdziwa cnota).

Wybacz, Czytelniku, za tę dygresję. Ale myślę, że była konieczna.

Gitarka

Jestem wychowany w oazowej formacji. I bardzo ważne dla mnie było bycie ministrantem w nowej mszy. Lata spędziłem w Ruchu Światło-Życie. Miałem bardzo dobrą wspólnotę w swojej parafii. Formacja była na dobrym poziomie i poznałem w parafialnej oazie przyjaciół.

Jednakże zawsze czułem rozdźwięk. Z emocjonalnych, głośnych uwielbień się wyrasta. A przynajmniej wydawało mi się, że tak jest. Człowiek z czasem poszukuje więcej ciszy, skupienia. Bardziej trwania niż odczuwania.

Słucham dużo rocka, ale raczej nie przepadam za typowo gitarowymi zespołami. Owszem, lubię Black Sabbath i Dire Straits. Nawet podobają mi się czasem gitarowe solówki, jak gra je ktoś pokroju Roberta Frippa. A wynurzająca się z mroku gitara w Space Oddity Bowiegojest czymś ponadczasowym.

Jednakże w przestrzeni sakralnej zawsze wyżej ceniłem chorałowy i polifoniczny śpiew a capella. (Zresztą termin a capella dosłownie znaczy „jak w kaplicy” – i wszystko zaczyna się łączyć…). I ciszę. Czasem – organy, ale niestety dobrych organistów nie poznałem za wielu.

Oazowa utopia

Pieśni z oazowego śpiewnika Otwórzcie serca miały swoje zalety. Wiele z nich było parafrazą tekstów biblijnych. W śpiewaniu ich wadziła jednak ta gitara na liturgii.

Zetknąłem się na oazie rekolekcyjnej z chorałem gregoriańskim i z pięknymi polifoniami. Były to jednak raczej chlubne wyjątki niż reguła.

I owszem, msza święta była odprawiana z pompą. Z uroczystą procesją, z dobrej jakości kadzidłem, z kapłanem (i nierzadko z diakonem) ubranym w porządne szaty.

I co z tego? Wracając do parafii, wszyscy przypominaliśmy sobie, że to tylko sen. Że wizja księdza Blachnickiego o pięknej liturgii, przeżywanej w uformowanej liturgicznie wspólnocie (koinonii, sięgając do jego ulubionych greckich określeń), to tylko marzenie.

Rzeczywistość

Trzeba się powiem zderzyć z proboszczem likwidującym to, co się da w parafii. Z plebanem, który zakłada dres pod albę i nie zakłada stuły pod ornat. (Rzeczywista sytuacja – gdy zauważyłem, że nie założył, ten „duszpasterz” skłamał „no przecież założyłem”). Ze „świecami” z plastiku (zwanymi w środowisku ministranckim „dieslami ołtarzowymi”). Często w nieodpowiedniej liczbie.

Zetknąć się trzeba z badziewnymi szatami liturgicznymi z poliestru (co nie przekłada się na niższą ich cenę…). Uczynienie z koncelebracji powszechnej praktyki (wbrew zaleceniu Soboru Watykańskiego II) doprowadziło do częstej rezygnacji ze starania o to, by szaty były kompletne. (Zresztą, poziom ubioru wśród ministrantów również jest na żenująco niskim poziomie).

Modlitwa ludu Bożego

Współczesny model życia duchowieństwa diecezjalnego wychował mnóstwo księży leniwych. Nie szanujących prawideł liturgii, nie znających (poza wspomnieniami z seminarium) wspólnego odmawiania brewiarza. Mimo wyraźnego zalecenia Ogólnego Wprowadzenia do Liturgii Godzin: „25. Ci, którzy przyjęli święcenia, i wszyscy duchowni, którzy nie są zobowiązani skądinąd do wspólnego odmawiania Liturgii Godzin, jeśli mieszkają razem lub biorą udział w swoich spotkaniach, niech się starają odmówić wspólnie przynajmniej część tych modlitw, a zwłaszcza Jutrznię rano i Nieszpory pod wieczór”.

Wiem, kruczkiem prawnym jest „niech się starają”. Ale mimo wszystko, jaka to jest buta, jaka to jest pycha, gdy bez powodu depcze się ten zapis! I inne zapisy, tak gorąco namawiające do sprawowania brewiarza z wiernymi, do sprawowania ich w małych wspólnotach i do uczynienia go „źródłem i uwieńczeniem działalności pasterskiej”.

Pal licho „codzienną modlitwę ludu Bożego” – ale prezbiterzy diecezjalni często w ogóle się razem nie modlą!

Jak było?

I znów się uniosłem. Często mi się zdarza przelewać na strony w Wordzie moje emocje, mój skrywany smutek i gniew. Potem zazwyczaj wraca do mnie harmonia. Pisanie często jest lekiem na to, co nas wewnętrznie boli. A dla wielu redaktorów „Adeste”– antybiotykiem na bakterię bezradności. A przynajmniej ja już tak mam.

Odejdźmy jednak od tej dygresji. Niektórzy mówią na takie „narzekania”, że tak zawsze było. Że gdy „wszędzie była msza trydencka” to „na wiejskich parafiach na pewno wyczyniały się straszne rzeczy”. To bardzo wygodne tak mówić. Wtedy nie było internetu, notującego skrzętnie wszystkie katopatostreamy. Brakuje materiału dowodowego (a nikomu się nie chce przekopywać przez tysiące stron rozmaitych dzienników i wspomnień w poszukiwaniu opisów liturgicznych uchybień).

Sądzę jednak, że to nie prawda. Liturgiczne błędy uważane były za materię ciężką. Tzn. jeśli były popełniane świadomie i dobrowolnie, to uznawane były za grzech ciężki. Grzech śmiertelny, który nieodpokutowany, skazywał takiego duchownego na śmierć wieczną.

Różne mity

Nie znaczy to, że nie było uchybień i eksperymentów liturgicznych. Istniały, niewątpliwie. Czytałem o nich nawet spisane świadectwa. Ale nie były one dziełem pobożnych, wiejskich i miejskich księży, lecz zadufanych w sobie wykształconych dyletantów. Wielkich teologów z nowatorskich szkół teologicznych. „Liberałów” i „modernistów”, używając tradycjonalistycznego żargonu.

Mitem jest też to, że ludzie „nic nie rozumieli”. Istniały mszaliki, które, podając tłumaczenia mszalnych tekstów na języki narodowe, jednocześnie tłumaczyły istotę wiary. Prostą, zwięzłą wykładnię sensu liturgii.

A dziś? Czy języki narodowe przełożyły się na zwiększenie świadomości wiernych? Moim zdaniem nie. Lud słyszy, ale nie rozumie.

Cisza i wrzask

Pęczniejący od takich obserwacji młody Marceli Hejwowski trafił kiedyś na cichą mszę trydencką. Znał przedtem NFRR z jego uroczystej, niedzielnej formy, ta jednak go nie przekonała.

Tymczasem cicha msza święta była jak rozbłysk światła w nocy. To była sobota, godziny poranne. Późna wiosna. Pośród ciszy leniwego poranka śpiewały ptaki. Zabrzmiała sygnaturka na początek liturgii.

Do dzisiaj kiedy wchodzę w milczące skupienie, w mej głowie pojawia się ta chwila. Nie wiem, ile to trwało, ale wydaje się, jakby minęły tam wieki. Nie odczuwałem żadnych większych emocji. Po prostu w całkowitej ciszy trwałem, wpatrując się w cicho recytującego modlitwy kapłana, stojącego ad orientem.

Jezus Chrystus siedem razy przemówił z krzyża. Siedmiokroć w ciągu kilku godzin wypowiedział krótkie zdania. Nic nie ma o tym, by lud, który „stał i patrzył” (por. Łk 23, 35), coś mówił w obliczu tej przerażającej i niesamowitej egzekucji. Ciszę Golgoty przerywały szyderstwa żydowskiej wierchuszki.

Zobacz też:   Dlaczego kobiety nie mogą być księżmi w Kościele Katolickim?

Milczenie i trzask

Autor raczył zwariować albo popaść w furror poeticus (czyli w sumie to samo), mógłby powiedzieć Czytelnik. Odrażającą, krwawą egzekucję porównuje do cichej mszy trydenckiej – spokojnej i majestatycznej. Nie, nie zwariowałem. Milczenie to postawa Jezusa wypełniającego Ofiarę. To postawa św. Jana i pobożnych niewiast, obserwujących Chrystusa Arcykapłana. Jeśli ktoś chce przerywać tę ciszę, powinien to robić w przemyślany sposób. Metodami ściśle określonymi.

Cichy trzask łamanej hostii. Jego kości nie łamano. Zawsze rusza mnie ten moment w starej mszy, bo jest bardziej słyszalny. Myślę w tym czasie odruchowo o brutalnej śmierci Jezusa. Jak pochylił głowę i wyzionął ducha.

Domine non sum dignus… „Panie, nie jestem godzien…”. Słowa żołnierza. Wysoko postawionego, ale jednak rzymskiego żołnierza. Niegodnego, wedle własnych słów. Który rozmawiał z Jezusem przez pośredników, posłańców. (Swoją drogą – dlatego w mszy w języku narodowym, Drogie Panie, nie mówimy: „nie jestem godna”, tylko: „nie jestem godzien”, bo to cytat z Ewangelii).

Wieczne pożytki

Kapłan modlący się nad tym, któremu ma udzielić komunii, by Ciało Chrystusa zachowało go na życie wieczne. Godne przyjmowanie tego sakramentu owocuje obficie. Pomnaża miłość, umacnia łaskę uświęcającą, gładzi lekkie grzechy, pomaga naszym bliźnim… Co ja będę się zresztą nad tym rozwodził. Sięgnijcie sobie do katechizmu i do ojców Kościoła.

Zawsze nie mogłem się nadziwić nad pewnym fenomenem. Jak wielką wagę wierni tradycjonalistyczni przykładają często do obrony doniosłości mszy trydenckiej. Lub do krytyki nowej mszy. Często ci sami ludzie nie chodzą na mszę świętą częściej niż w niedzielę i inne święta nakazane.

Jak tak można? Być przekonanym o wielkim skarbie kryjącym się w ziemi pod stopami, a nawet nie sięgnąć po łopatę? Msza święta jest centrum katolicyzmu. Niech ta ortodoksyjna (czyli słuszna, wierna) myśl stanie się ortopraksją (słusznym postępowaniem, wierną praktyką). Uważasz NFRR za lepszą, normalniejszą formę? Okej, niektórym to przeszkadza, mnie to nie wadzi. Ale zamiast marnować siły na internetowe dyskusje, które nikogo nie przekonają, idź na mszę świętą. Idź każdego dnia. Wiele jest cennych modlitw, ta jednak jest najcenniejsza.

Medice, cura te ipsum!

A ty, obrońco nowej mszy świętej, też to rób. Zamiast krzyczeć, że starej mszy trzeba zakazać – jak to robił ostatnio pewien nieroztropny jezuita w USA – zatroszcz się o nową. Przestańcie najeżdżać na braci tradycjonalistów, faryzeusze. Zacznijcie w końcu godnie, pobożnie i pięknie – w dużej mierze to wszystko to kwestia dokształcenia się w kwestii przepisów – odprawiać liturgię. Potem pogadamy.

Prawda jest taka, że doskonale widać, że sama marchewka nie działa. Potrzeba też kija. Także do roboty, drodzy księża. Za gnuśność możecie trafić do piekła. To trzeba jasno powiedzieć. Skala patologii liturgicznej jest tak duża, że potrzeba wielopasmowej autostrady, by zmieścić wszystkich chętnych do piekła (bez skojarzeń z pewną piosenką ACDC). Naprawdę. Kościoła nie niszczą obce siły tak, jak niszczą je LITURGICZNI BARBARZYŃCY. Jak niszczą go księża, dla których kancelaria i czas wolny są ważniejsze niż msza święta i adoracja. Niszczą go straszliwie biskupi i inni przełożeni, którzy na to pozwalają. Którzy sami dają przykład nieposłuszeństwa przepisom liturgicznym.

„Szkoda strzępić ryja”

Pamiętam, jak Redaktor Naczelny „Adeste” napisał do mnie, że w Watykanie zaczynają Wigilię Paschalną na kilka minut przed zachodem słońca (sic! przed zachodem słońca, nie przed zmrokiem!). Poczułem zażenowanie i smutek. Jak tak można wobec całego świata deptać własne przepisy?!

Szkoda się nawet nad tym rozwodzić. Napiszę tylko, dedykowane papieżowi i jego ceremoniarzowi, gorzkie „XD”.

To naprawdę jest demoniczna sprawa. Szatanowi się to udało – że dziś, pisząc o liturgii, ciężko jest pisać o niej jak w akapitach zaczynających się od śródtytułu „Cisza i wrzask”. Gniew na bezbożników niszczących Kościół od strony liturgicznej jest uzasadniony. Łatwo jednak przebrać miarę, to jedna kwestia. Emocje, choć potrzebne, nie mogą wziąć nad nami władzy. A często biorą. Rodzi się facebookowy spór, z którego nic nie wynika. Czas jest stracony, stres podwyższony, życie skrócone.

Ortopraksja

Druga kwestia to to, że za mało uwagi poświęcamy temu, na co największy mamy wpływ. Na siebie. Na naszą eucharystyczną duchowość, która będąc centrum katolicyzmu, powinna być centrum naszej codzienności.

Trzecia kwestia to modlitwa za kapłanów. Musimy się modlić, żeby księża lekceważący liturgię się nawrócili. Żeby nawrócili się hierarchowie, którzy lekką ręką przyzwalają na gnuśność.

I dopiero kolejną sprawą, służebną wobec poprzednich, jest zwracanie uwagi. Jest dyskutowanie z ludźmi – (ale raczej w realu niż na Facebooku!).

Znów metapisanie

No i wiesz, Czytelniku, miałem jeszcze jedno napisać przed puentą. A tu niestety tekst pomału robi się za długi. Ech… Wybacz mi zwięzłość tego punktu.

Środowisko tradycjonalistyczne powinno przestać się wewnętrznie nienawidzić. Tyle się wylewa często żółci z jednego duszpasterstwa na drugie. Nie róbcie tego. Jedność, niech afirmacją mszy trydenckiej będzie złota jedność!

I druga kwestia do braci tradycjonalistów – powiedzmy, że dla mnie braci przyrodnich, a nie rodzonych – bądźcie łagodni. Starajcie się budować przyjazne stosunki z lokalnymi strukturami kościelnymi. Z diecezjalnymi księżmi i z wiernymi z różnych wartościowych wspólnot. Jak jakiś duchowny diecezjalny otwarcie będzie was nienawidził (co się często zdarza, zwłaszcza w starszym pokoleniu), to go unikajcie. Ale dopiero jak się o tym przekonacie.

Zakończenie, tematy do dyskusji

Jeśli nie zrozumieliście, co chciałem przekazać, to wybierzcie jedną z tez:

– Autor jest pomylonym tradycjonalistą i nowym pelagianinem, a więc nie warto go czytać;

– Redaktor pośrednio broni modernistycznych i masońskich tez;

– Obraża duchownych, i to wysoko postawionych. To niedopuszczalne;

– Autor to faryzeusz, rygorysta, grób pobielany, faszysta i mizogin;

lub inną w podobnym duchu. I napiszcie o tym komentarz na Facebooku. Świetnie się spisaliście!

Ale jeśli zrozumieliście, co chciałem przekazać, to do roboty! Znaczy, żeby to zabrzmiało bardziej kurtuazyjnie, zachęcająco: zapraszam do wytężonej pracy w szerzeniu Królestwa Bożego. Ad maiorem Dei gloriam.

A wtedy, jak wierzę, z czasem poślemy liturgicznych barbarzyńców i innych nieczułych na eucharystyczne bogactwo tam, gdzie jest ich miejsce: do postów, płaczów, żalów, błagalnych modlitw i innych pokut. Lepiej, by nawrócili się za życia.

PS A skąd ten tytuł, zapytasz, Czytelniku. Wiele wspólnot, ruchów znam – od Ruchu Światło-Życie po FSSPX – i z żadnym z nich się nie utożsamiam. Mierzi mnie ta kościelna plemienność. Pisząc o tym wszystkim, czuję się, jakbym wchodził na no man’s land – ziemię niczyją – czyli obszar pomiędzy pozycjami różnych armii.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.