adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Kultura

Gdy nam śpiewał Krzysztof Krawczyk

Krzysztof Krawczyk nie żyje. Choć wiedzieliśmy o jego problemach ze zdrowiem, to jednak ta informacja – tuż po tym, jak opuścił szpital po walce z COVID-19 i poinformował, że czuje się lepiej – była na pewno dużym zaskoczeniem. Co pozostawił po sobie? Jak go zapamiętamy?

Kim Krzysztof Krawczyk był dla mojego pokolenia? Chyba nie da się odpowiedzieć na to pytanie prosto. Nie był głosem pokolenia naszego, czy nawet naszych rodziców – pewnie bliżej byłoby mu do pokolenia naszych dziadków. A jednak jego piosenki znali właściwie wszyscy, bez względu na wiek. Myślę, że był wielką postacią polskiej muzyki rozrywkowej niezależnie od tego, czy akurat widzieliśmy w nim ucieleśnienie jej najlepszych, czy najgorszych cech.

Przemierzyłem cały świat

Krzysztof Krawczyk to przede wszystkim, oczywiście, piosenki. Kawałki, które znamy wszyscy, i nawet gdyby ktoś chciał przed nimi uciec, to nie bardzo jest gdzie. Ale ja nie chciałem. Przecież Krawczyk to Parostatek wyśpiewywany z kolegami na rowerze czy w samochodzie, a także stanowiący stały punkt naszych oazowych potańcówek. To Chciałem być marynarzem, które wybrałem na jeden z hymnów moich wszystkich niepowodzeń sercowych. To przeboje nagrane z Goranem Bregoviciem, dzięki którym później zainteresowałem się jugosławiańskim rockiem. To Pamiętam Ciebie z tamtych lat, nieodłączny element każdego wesela. To pewien symbol religijnego kiczu – płyty typu Najpiękniejsze polskie kolędy śpiewa Krzysztof Krawczyk, Abba, Ojcze w wersji reggae czy Barka z refrenem śpiewanym przez Jana Pawła II. To nieograniczony repertuar, w którym znajdziemy piosenki biesiadne, ludowe, cygańskie, wojskowe, religijne, country, włoskie, amerykańskie, rosyjskie, przeboje Elvisa Presleya, Leonarda Cohena, Boba Dylana… To także – niestety – płyta na mundial 2018, czyli chyba jedyna spośród rzeczy związanych z tymi mistrzostwami, która była gorsza niż występ polskich piłkarzy.

No i koncerty Krawczyka – w moim przypadku jeden. Moja dzielnica w Krakowie co roku organizuje festyn na powitanie jesieni, którego ważnym punktem są koncerty znanych polskich wykonawców. Mam nadzieję, że po pandemii ta tradycja zostanie podtrzymana, bo możliwość posłuchania na żywo Czerwonych Gitar, Maryli Rodowicz, Skaldów, Ryszarda Rynkowskiego czy nawet tych Boysów niemal z własnego balkonu to naprawdę świetna sprawa. A jednak dziś, z wiadomych powodów, szczególnie wspominam dwa takie jesienne występy – Zbigniewa Wodeckiego i Krzysztofa Krawczyka.

Koncert Wodeckiego był świetny, ale to nie powinno dziwić – na nasze osiedle przyjechał wielki artysta i dał popis swojej klasy. Koncert Krawczyka? Wprost przeciwnie – patrząc czysto technicznie, był tragiczny. Znów przyjechał wielki artysta, ale ledwo poruszał się po scenie i chrypiącym głosem rozpaczliwie próbował dogonić swój własny głos odtwarzany z playbacku. Siłą rzeczy ten obraz Krzysztofa Krawczyka pozostanie jedynym, jaki widziałem na żywo. Tylko czy to ma aż takie znaczenie, skoro nawet w tak słabej kondycji artysta był w stanie zgromadzić tłum Krakowian i zapewnić im półtorej godziny niezapomnianego przeżycia? Teraz liczy się przede wszystkim to, że na naszym osiedlu był Krzysztof Krawczyk, mogliśmy widzieć go na żywo i razem z nim śpiewać Chciałem być marynarzem… I nawet mój piesek – wówczas kilkumiesięczny szczeniaczek – który, przerażony odgłosem fajerwerków, skrył się w szafie i wyszedł z niej z zaciekawieniem, gdy usłyszał refren piosenki Jak minął dzień?.

Zostańcie z Bogiem!

Inną migawką, jaką zapamiętałem z jedynego w moim życiu koncertu Krzysztofa Krawczyka, jest jego pożegnanie z publicznością, kiedy kilka razy wyraźnie powtórzył „Zostańcie z Bogiem!”. Zazwyczaj nie przykładam jakiejś bardzo dużej wagi do informacji na temat religijności znanych muzyków, aktorów, sportowców itp. Rozumiecie – bardziej interesują mnie szczegóły z życia świętych i błogosławionych, których Kościół wskazuje jako nauczycieli wiary, a my możemy wzywać ich wstawiennictwa w naszych potrzebach. Mniej uwagi poświęcam wypowiedziom celebrytów, których przecież znamy tylko z mediów, więc nie wiemy, czym się kierują i co tak naprawdę myślą. Ale historia relacji Krzysztofa Krawczyka z Bogiem zdaje się mieć w sobie coś wyjątkowego, coś bardzo specyficznie… „krawczykowego”.

Sam piosenkarz wielokrotnie w wywiadach wskazywał na dwa kluczowe wydarzenia – utratę wiary i późniejsze nawrócenie. Jak przyznawał, wiarę stracił w wieku nastoletnim po tym, jak mocno przeżył śmierć swojego ojca. „Przez gniew i łzy powiedziałem: »Boga nie ma«. I uwierzyłem w to. Przez 20 lat żyłem w duchowej ciemności. Bez Boga, bez wiary. I myślałem, że tak mi jest dobrze” – powiedział w jednym z wywiadów.

Zobacz też:   Siedem demonów, co nami się karmią

Nawrócenie przyszło ponad dwadzieścia lat później, gdy Krawczyk przebywał w Chicago. Poznał tam młodą dziewczynę Ewę, swoją późniejszą żonę, która brała aktywny udział w życiu polonijnej parafii przy kościele św. Jacka. To ze względu na nią zgodził się wziąć udział w nabożeństwie święcenia pokarmów na Wielkanoc. Obserwując wiernych, zauważył wielki kontrast pomiędzy ich postawami – jedni szczerze i żarliwie się modlili, podczas gdy inni zdawali się manifestować wiarę na pokaz, bez głębszego przeżycia. To spostrzeżenie mocno nim wstrząsnęło, choć najmocniejsze przeżycie nastąpiło dopiero pod koniec nabożeństwa. Wtedy podszedł do niego ksiądz, którego zresztą znał ze swoich koncertów, aby… głośno upomnieć artystę za żucie gumy w Domu Bożym. Ta przyjacielska w gruncie rzeczy uwaga bardzo dała Krawczykowi do myślenia. Po powrocie z kościoła pożyczył od przyszłej teściowej książeczkę do nabożeństwa. Czuł, że do jego życia wraca coś wielkiego, z czego przed laty zrezygnował.

To wszystko sprawił grzech

W późniejszych latach Krzysztof Krawczyk często i chętnie odnosił się w publicznych wystąpieniach do swojej wiary. Podkreślał rolę Boga w trudnych momentach swojego życia, do których należały chociażby ciężka choroba żony, jego własne problemy zdrowotne, uzależnienie od leków czy wypadek samochodowy, w którym poważne obrażenia odniósł sam piosenkarz i cała jego rodzina. Jak jednak podkreślił w cytowanym już wywiadzie: „To, że żyjemy, również jest Jego ingerencją. Ale niech ktoś nie myśli tak, że Krawczyk uderzył się głową w kierownicę i teraz tak o Bogu cały czas mówi”.

W ostatnich dniach gdzieś w Internecie spotkałem się z określeniem Krawczyka jako „polskiego Elvisa Presleya”. Autor zapewne miał na myśli kwestie muzyczne, ale w tym określeniu coś jest także z perspektywy duchowości. Elvis Presley, o czym jednak dość rzadko się pamięta, był na swój sposób człowiekiem głęboko religijnym. Oczywiście, była to religijność zupełnie inna – Presley był protestantem, więc wiele pojęć religijnych rozumiał zupełnie inaczej niż my. Wiadomo jednak, że szczególnie uwielbiał religijne piosenki, które często podśpiewywał w wolnych chwilach oraz nagrał kilka albumów zawierających je. Jego ulubionym utworem miał zaś być protestancki hymn How Great Thou Art.

Kim jednak był Krzysztof Krawczyk? Wielką postacią polskiej muzyki rozrywkowej? Bez najmniejszych wątpliwości. Wzorem do naśladowania? Jak każdy z nas – w tym, co dobre tak; w tym, co złe – nie. Artystą łączącym Polaków ponad podziałami? Wątpię, żeby ktokolwiek był w stanie tak naprawdę to osiągnąć. Za to artystą łączącym pokolenia – na pewno tak. A może wyjątkowym przykładem celebryty-katolika, łączącego wiarę w Boga ze sławą i wykorzystującego swoją popularność również do głoszenia Ewangelii? Być może, choć, tak, jak już pisałem – nie przypisujmy temu stwierdzeniu większej wagi, niż należy. Zatem może jego osoba jest ciekawym przykładem pokazującym, że Bóg potrafi wejść w nasze życie w najbardziej nieoczekiwanym momencie i w najbardziej niespodziewany sposób? Myślę, że tak.

Krzysztof Krawczyk zmarł. Ktoś mógłby powiedzieć, że odpłynął parostatkiem w ostatni rejs, że nie zatańczy już ani raz, że poszedł do Boga jak na bal. Że życie jest za krótkie, żeby pić marne wino. Ks. Piotr Pawlukiewicz (kto wie, może właśnie rozmawiają gdzieś tam nad naszymi głowami?) pewnie stwierdziłby, że to Krawczyk teraz żyje, a my umieramy. Przede wszystkim należy jednak podkreślić, że to właśnie teraz jest ten czas, kiedy mamy możliwość – a nawet obowiązek – realnie mu pomóc naszą modlitwą. Bo niezależnie od tego, czy lubiliśmy jego piosenki czy nie, czy był naszym idolem czy był nam obojętny, Krzysztof Krawczyk potrzebuje teraz – podobnie jak każdy zmarły człowiek – naszej modlitwy. I coś mi mówi, że gdyby mógł jeszcze jeden raz przemówić do nas ze sceny, to poprosiłby nas właśnie o to.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.