adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Areopag Młodych, Bez kategorii, Kultura

Co się wydarzyło pewnego razu… w Hollywood?

Na ten film z napięciem czekali krytycy filmowi i kinomaniacy. Powtarzali sobie: Quentin Tarantino, Roman Polański i Charles Manson – co może pójść nie tak? Również obsada budziła emocje. Obok gwiazd takich jak Leonardo DiCaprio pojawił się Polak, Rafał Zawierucha. Moja ocena po obejrzeniu jest taka: reżyser z Tennesseee zaskoczył.

Jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobiłem po powrocie z wakacyjnych rekolekcji, było sprawdzenie, czy w moim ulubionym kinie grają jeszcze Pewnego razu w… Hollywood. Grali. Byłem na tyle ciekaw filmu, że nie czekałem na „filmowy poniedziałek” (czyli dzień zniżek) i ruszyłem do kina w pierwszy swobodny dzień.

Nieprawdziwy bohater wśród prawdziwych postaci

Już pierwsza scena budzi uśmiech – wprowadzona zostaje postać aktora, Ricka Daltona (granego przez Leonardo DiCaprio) i kaskadera, Cliffa Bootha (w którego wcielił się Brad Pitt). Kilka ujęć filmów z Daltonem i swoiste making of w stylu lat 60., w którym Rick i Cliff tłumaczą widzom, dlaczego aktora czasem zastępuje kaskader.

Wystarczy powiedzieć, że dość ciekawym (może to nie najlepsze słowo) doświadczeniem jest oglądać aktorskie sławy grające gwiazdy Hollywood.

youtube.com

Mamy zatem miejsce akcji – City of Angels, L.A., Los Angeles. Miejsce prawdziwe. Prawdziwych jest też naprawdę wiele postaci, które dwaj główni bohaterowie spotykają na swojej drodze. Oni sami jednak są wymyśleni przez Quentina Tarantino, choć, oczywiście, „zmyśleni” sprytnie. Oparci są na faktycznie obracających się w tamtym czasie w Hollywood aktorach (było kilku podobnych aktorów grających w westernach, a przystojnych i silnych kaskaderów na pęczki).

youtube.com

Tarantino na każdym kroku pokazuje, że jest filmowym erudytą [nie ja wymyśliłem ten termin, ale nie pomnę, kto za nim stoi – przyp. red.]. Mnogość nawiązań do filmów z lat 60., przewijające się epizodycznie najrozmaitsi, rzeczywiście istniejący ludzie kina, zabawa formułą wczesnych westernów, ukazanie zwyczajów ludzi z Hollywood tamtych czasów…

Szokujący Tarantino, czyli spokojny Tarantino

Jest to film nietypowy dla słynnego reżysera i scenarzysty o tyle, że mało leje się w nim krwi. Owszem, leje się, ale nie ma porównania do Kill Billa czy Django. Zapowiedź o pojawieniu się w filmie Charlsa Mansona i jego Rodziny (czyli jego sekty) wywołała pewne poruszenie. Pojawiły się zawczasu głosy, że to nie wypada, że to ludzka tragedia itd.

Zobacz też:   Jacques Cathelineau - bohater kontrrewolucji
youtube.com

Jednakże Tarantino w zaskakujący sposób poprowadził ten wątek. Nie da się za wiele powiedzieć o tym bez spoilerów (ech, pomyśleć, że jeszcze parę lat temu ten termin brzmiał obco i nienaturalnie). Sekta inspiratora ataku na dom Romana Polańskiego została w filmie zdemitologizowana, czy może raczej zderomantyzowana. Odarta z romantyzmu, który otacza jej historię (którego objawy widać w kulturze, chociażby w pseudonimie Marylina Mansona). Tak samo potraktowani zostali de facto hipisi jako szersza społeczna grupa.

youtube.com

Jak już wspomniałem o Polańskim… Postać polskiego reżysera pojawia się epizodycznie, Rafał Zawierucha nie miał zbyt wiele ekranowego czasu na aktorskie popisy. Twórca Dziecka Rosemary jest obiektem raczej subtelnych żartów. Może to brzmi niewiarygodnie, ale nawet żart z oskarżeń o pedofilię jest dyskretny. Do tego stopnia, że znaczna część osób, które oglądały Once Upon a Time in… Hollywood, a z którymi rozmawiałem, nie wyłapały go.

Trudno powiedzieć o najnowszym dziele Tarantino, że jest skandalizujące.

„I’my Sharon Tate. I’m in the movie…”

Sharon Tate (grana przez Margot Robbie) u Quentina Tarantino zdaje się uosabiać iluzoryczną cukierkowość lat 60. Ciągle tylko uśmiecha się, spaceruje, tańczy, ogląda film ze swoim udziałem. Może uosabia jakąś tęsknotę za czasami iluzji, że świat jest piękny?

Warto też wspomnieć o pojawiającym się epizodycznie Brucie Lee (w tej roli Mike Moh). Ekranowy mistrz sztuk walki zostaje sportretowany jako nieco zadufana w sobie gwiazda, skłonna do wygłaszania długich, patetycznych przemów i do „przyjacielskich sparingów”.

youtube.com

Mnie osobiście bardzo urzekła scena w której Trudi, kilkuletnia aktorka (gra ją Julia Butters) prowadzi poważną rozmowę z Rickiem Daltonem w trakcie przerwy w kręceniu westernu.

Polecam Unce Upon a Time in… Hollywood, zarówno fanom Tarantino, jak i zwykłym zjadaczom kinowego chleba. Film nietypowy, piękny, momentami poruszający, a często zabawny. Oczywiście znajdzie się trochę scen, które mógł napisać tylko Quentin T., chociażby te z miotaczem ognia.

A, i jeszcze jedno. Cierpliwie poczekajcie na koniec napisów, na bonusową scenę.

youtube.com
Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.