Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj

Wszystko w swoim czasie – o tym, jak mit „dopasowania się” odwraca kolej rzeczy

magazine cover

pixabay.com

„Pod względem fizycznym każda kobieta pasuje do każdego mężczyzny, pod względem psychologicznym żadna kobieta nie pasuje do żadnego mężczyzny” – to stwierdzenie Jacka Pulikowskiego, autora wielu książek i publikacji na temat małżeństwa i rodziny, wydaje się być wyjątkowo „na czasie” w kontekście tzw. mitu „dopasowania się” dwojga młodych ludzi myślących o wspólnym życiu. Nawet jeśli to lapidarne zdanie opatrzeć przypisem, że to oczywiście pewne uogólnienie i istnieją pojedyncze przypadki, które świadczą o czymś przeciwnym, to jednak będą one wyjątkami potwierdzającymi regułę.

Badania jednoznacznie wskazują na coraz wyższy wiek, w którym młodzi Polacy decydują się na zawarcie związku małżeńskiego: w 1990 roku mediana wynosiła ok. 22 lat dla kobiet i 24 lat dla mężczyzn, w 2005 było to odpowiednio: 24,5 roku i 26,5 roku, a w 2013: 26 lat i 28 lat (Główny Urząd Statystyczny, Małżeństwa oraz dzietność w Polsce). Jednocześnie z różnych badań, rozmów, publikacji, reportaży itp. można wyciągnąć wniosek, że istnieje coraz większa akceptacja dla współżycia przedmałżeńskiego – również wśród osób deklarujących się jako katolicy (choć często z zastrzeżeniem, że chodzi o przypadek pary, która zamierza w przyszłości się pobrać). Dodajmy do tego tegoroczne badanie CBOS, według którego niemal połowa Polaków (42%) uważa, że dla osób kochających się i ufających sobie bez znaczenia jest to, czy wezmą ślub – forma nie jest istotna (małżeństwo lub konkubinat), ważne są uczucia pomiędzy dwojgiem osób.

Naturalna kolej rzeczy

Kościół katolicki przypomina w swoim nauczaniu, że małżeństwo nie jest jakimś sztucznym tworem, wymyślonym przez człowieka w określonym czasie historii, ale jest instytucją prawa naturalnego, zostało wpisane przez Boga w naturę osoby ludzkiej. Sobór Watykański II stwierdza, że „głęboka wspólnota życia i miłości małżeńskiej” została „ustanowiona przez Stwórcę i unormowana Jego prawami […], sam bowiem Bóg jest twórcą małżeństwa” (Gaudium et spes, 48). Źródłem takiego stwierdzenia jest oczywiście biblijny przekaz o stworzeniu świata, w którym kobieta i mężczyzna łączą się ze sobą, odkrywając w ten sposób swoje powołanie (Rdz 1,27; 2,18-⁠24). Św. Tomasz z Akwinu napisze później w swojej Sumie teologicznej (t. 32), że „[człowiek] z natury swej jest powołany do życia małżeńskiego. Innymi słowy – małżeństwo jest czymś naturalnym”, oraz że „sama natura skłania mężczyznę i kobietę do zawarcia związku małżeńskiego”, choć dokonuje się to poprzez wolną decyzję.

Chrystus podniósł tę „naturalną umowę” pomiędzy kobietą a mężczyzną do rangi sakramentu – Kościół traktuje ją na tyle poważnie i odpowiedzialnie, że usilnie akcentuje prawdę o jedności pomiędzy porządkiem naturalnym i nadprzyrodzonym. W związku z tym „nie istnieje małżeństwo »świeckie«: naturalne, cywilne, oraz małżeństwo »święte«: sakramentalne, kanoniczne. Istnieje jedno jedyne małżeństwo, które od początku posiada wymiar nadprzyrodzony i najściślejsze powiązanie z Bożym planem stworzenia i odkupienia” (Jan Paweł II, Przemówienie do Roty Rzymskiej, 1.02.2001 r.).

Wydaje się, że w dzisiejszych czasach, naznaczonych kulturą promującą swoisty egoizm, akcentującą nadrzędną rolę przyjemności i dopuszczającą odejście od podjętych zobowiązań (w tym małżeńskich), gdy różne okoliczności i subiektywne odczucia to usprawiedliwiają – warto podsunąć garść argumentów za wyborem tego, co naturalne, sprawdzone i działające. Tak samo, jak nie trzeba być człowiekiem wierzącym, żeby uznać sensowność zakazu kłamstwa, kradzieży lub zabójstwa – tak samo życie w czystości przedmałżeńskiej oraz nieodkładanie na zbyt późną porę decyzji o ślubie nie musi wynikać z naszej religijności (choć jest z nią naturalnie połączone), ale chociażby z perspektywy dbałości o zdrowe psychiczne, fizyczne, relacje społeczne i tym podobne.

Późne małżeństwo – ryzyko straconych szans

W tym miejscu należy przypomnieć pewną, miejmy nadzieję, oczywistość: decyzja o wstąpieniu w związek małżeński należy tylko i wyłącznie do dwojga osób, konkretnego mężczyzny i konkretnej kobiety; powinna być podjęta w sposób wolny i nieprzymuszony, w pełnej miłości i zaufaniu. Również czas zawarcia takiego związku to odpowiedzialność i autonomia jego i jej – i nikogo innego. Nie można zmuszać ani przynaglać do ślubu, nie powinno się też wywierać presji na żyjących samotnie, żeby „wreszcie sobie kogoś znaleźli” (nawiasem mówiąc, zawarcie ślubu pod przymusem lub z powodu ciężkiej bojaźni może być w przyszłości istotnym argumentem za ewentualnym stwierdzeniem nieważności danego małżeństwa w Kościele katolickim).

Nie jest dobrze, gdy decyzję o ślubie odkłada się ad calendas graecas, kiedy w zasadzie nie istnieją żadne przeszkody, aby małżeństwo się dokonało. Jest dwoje ludzi, mówiąc dawnym językiem, „mających się ku sobie” – kochają się, spędzają ze sobą czas, ufają sobie, myślą o wspólnej przyszłości, traktują swoją relację poważnie, na wyłączność, chcą spędzić ze sobą resztę życia… Z drugiej strony, współcześni socjologowie twierdzą, że młodzi ludzie coraz częściej tracą z oczu taką dłuższą perspektywę, boją się zobowiązań dozgonnych, podejmowanych na zawsze.

Instytucja małżeństwa jest głęboko zakorzeniona w strukturach społecznych – na tyle, że cieszy się swoją szczególną ochroną, prawami i przywilejami, przede wszystkim ze względu na aspekt rodzicielski, który się z nią naturalnie łączy. Jeśli wspomniana wyżej para jest ze sobą od dłuższego czasu, a tym bardziej, gdy „żyje jak mąż i żona” (razem mieszka, prowadzi gospodarstwo domowe, później ewentualnie wychowuje dzieci) – to decyduje się na utratę należnych im niektórych praw (związanych np. z dziedziczeniem, wspólnym rozliczaniem podatków, prawem bankowym itp.) i postępuje trochę nieuczciwie wobec reszty społeczeństwa, nie troszcząc się należycie o trwałość podstawowej komórki społecznej. Warto też zaznaczyć, że dzieci mają prawo do życia i wzrastania w bezpieczeństwie, jakie daje rodzina, gdzie mama i tata są związani ze sobą czymś więcej niż tylko uczuciami i komfortem wynikającym z bycia razem.

Dolna granica wiekowa zawarcia związku małżeńskiego to w prawie polskim osiemnasty rok życia (w wyjątkowych sytuacjach: szesnasty rok życia dla kobiety) – dziś śluby osiemnasto-, dziewiętnasto-, a nawet dwudziestolatków to rzadkość, a jeśli już się zdarzają, to towarzyszą im krzywdzące i niesprawiedliwe przytyki lub domysły o „przymusie” takiego ślubu (np. w związku z ciążą), o „głupocie i braku cierpliwości jeszcze dzieciaków” i tym podobne. Wiele osób uważa, że czas na podjęcie zobowiązań małżeńskich i rodzinnych to „późne lata dwudzieste”, a na pewno po zakończeniu studiów i usamodzielnieniu się finansowym od rodziców przez znalezienie bezpiecznej i satysfakcjonującej pracy. To nie są oczywiście bezpodstawne argumenty – ale można sobie zadać pytanie, czy powinny być zawsze traktowane absolutnie i nadrzędnie wobec innego dobra. Z pewnością pokazywanie pozytywnych przykładów małżeństw zawieranych w młodym wieku jest bardzo cenne.

Nie da się przedstawić jednej, uniwersalnej recepty i odpowiedzi na pytanie: „jak długo powinno trwać narzeczeństwo (o ile już dojdzie do zaręczyn)?”. To jest zawsze indywidualna sprawa i zależy od dojrzałości dwojga osób, ich wzajemnego poznania się, zaufania itp. Niektóre małżeństwa zawierane w trzy miesiące po poznaniu się dożyły pięćdziesięciu i więcej lat wspólnej miłości; są i takie, które poprzedzało parę lat znajomości i rozpadły się po dwóch latach od ślubu… i odwrotnie. Na tego typu dylematy odpowiada też trochę natura. Biologia kobiecego ciała została tak skonstruowana, że jest najlepiej przygotowana do porodu mniej więcej w okolicy dwudziestego roku życia – odkładanie decyzji o rodzicielstwie (a to jest siłą rzeczy sprzęgnięte z decyzją o małżeństwie) o dziesięć czy nawet kilkanaście lat później to ryzyko wielu problemów i niepowodzeń związanych ze staraniem się o potomstwo – tym bardziej, gdy jest to poprzedzone stosowaniem różnych form antykoncepcji. Medycyna i technologia potrafią pomóc człowiekowi coraz częściej – ale jednak nie zawsze, szczególnie gdy ingerujemy w naturalny upływ czasu, próbując go na siłę oszukać.

Seks przed ślubem – nieumiejętność czekania

Czystość przedmałżeńska to dziś jedna z najbardziej atakowanych cnót. Popkultura w ciągu dekad zrobiła swoje: u wielu osób skojarzyła czekanie ze współżyciem do nocy poślubnej z dziwactwem, przesadą, skrajną dewocją lub wręcz potraktowała jako objaw choroby. Zachowanie dziewictwa przed ślubem jest niezwykle wartościowe – choćby z tego powodu, że to coś absolutnie niepowtarzalnego i nieodwracalnego. Istnieje wiele argumentów za ćwiczeniem siebie (i swojego chłopaka/swojej dziewczyny) w niełatwej sztuce cierpliwości w tej sferze. Myślę, że w wielu publikacjach na ten temat stosunkowo mało miejsca poświęca się okresowi narzeczeństwa jako porze ogromnej szansy, której nie da się nadrobić później. Współżycie w tym czasie, a więc wybiegnięcie naprzód, może przesłonić takie sfery wzajemnego poznawania się, uczenia się swoich emocji, reakcji, pielęgnowania relacji, które później będą odczuwane jako przestrzenie nieprzepracowane, wybrakowane.

Czystość przedmałżeńska to traktowanie siebie nawzajem w pełni poważnie: skoro zakładamy, że w przyszłości będziemy małżeństwem, i że seks będzie zarezerwowany wyłącznie dla małżonka… to logiczne, że skoro jeszcze nie jesteś moją żoną (moim mężem) – musisz poczekać. Ktoś może powiedzieć, że to sztywna i wręcz nieczuła zasada – owszem, ale miłość, która jest fundamentem poważnego związku, nie opiera się na uczuciach, ale na decyzjach i właśnie sztywnych regułach. Nie jest to też zasada bez oparcia w rzeczywistości: sfera seksualna jest tą, która łączy ludzi w sposób nieporównywalny z żadną inną, to więź uczuciowa, emocjonalna, psychofizyczna, która przez ciała (a więc przekraczając nawet świadomość) spaja obie osoby i przyzwyczaja je do siebie.

Chociaż współżycie to ważna sfera miłości małżeńskiej i absolutnie nie powinna być zaniedbywana, to dobrze przeżyte narzeczeństwo uczy, że seks nie jest najważniejszy i że bywają takie okresy (np. związane z chorobą, rozłąką lub czasem po porodzie), gdy trzeba wejść we wstrzemięźliwość seksualną, czasami nawet na dłuższy czas. W sytuacji, gdy w naszym związku z takim wyzwaniem spotykamy się po raz pierwszy dopiero po ślubie, po kilku latach znajomości może to być bolesne i rozczarowujące doświadczenie.

Wreszcie: seks jest ważny w miłości małżeńskiej, jednoczy i zbliża do siebie małżonków; stają się dosłownie „jednym ciałem” – ale nie zapominajmy o jego naturalnej, biologicznej funkcji przekazywania życia, zrodzenia potomstwa. Nowoczesne pojęcie „bezpiecznego seksu” odwróciło rzeczywistość do góry nogami: według niego „bezpieczny” to taki, który nie kończy się zapłodnieniem (stąd ogromny przemysł antykoncepcyjny), natomiast ciąża traktowana jest jako „wpadka”, problem, zaskakujący wypadek, z którym trzeba sobie jakoś poradzić. Tak naprawdę jest odwrotnie: bezpieczny seks to taki, który jest otwarty na jego naturalną konsekwencję w postaci przyjścia na świat dziecka, które jest przyjmowane w przygotowanej do tego rodzinie; współżycie osób nie będących jeszcze zdecydowanymi co do wspólnej przyszłości, a więc w istocie „niezabezpieczonych”, jest obarczony ciągłą niepewnością i strachem przed rodzicielskimi zobowiązaniami.

Spokój i zaufanie – to nas uratuje

Ks. Wojciech Węgrzyniak, krakowski biblista i rekolekcjonista, napisał kiedyś wiersz pt. Czekanie (2014):

kolędy przed Narodzeniem
małżeństwo przed ślubem
seks przed miłością
dom przed własnością
wypłata przed pracą
wyniki przed badaniami
osądy przed Ostatecznym
nie umiemy czekać
umrzemy przed śmiercią

To swoisty paradoks naszych czasów, że w tak ważnej sferze, jaką jest małżeństwo, z jednej strony nie potrafimy czekać, a z drugiej odkładamy najważniejsze decyzje w czasie jak najdalej od siebie. Przyzwyczailiśmy się do życia na kredyt, do pochopnych wniosków, szybkich diagnoz, usprawiedliwiania swojej niecierpliwości i braku zdecydowania w jakikolwiek sposób. Warto czasami przyjrzeć się naturalnemu biegowi rzeczy i po prostu mu zaufać.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Mąż i tata. Nauczyciel religii. Organista i dyrygent. Bloger, webmaster, publicysta. Pochłaniacz kawy, książek i seriali.
Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.