„Nie uszlachetnia” – miał napisać na łożu śmierci ks. prof. Józef Tischner. „Nie ono dźwiga. Wręcz przeciwnie, cierpienie zawsze niszczy” – stwierdził nieco wcześniej w jednym ze swoich ostatnich dzieł pt. Miłość. „Cierpienie samo w sobie jest złem”, powiedział jednoznacznie święty Jan Paweł II na spotkaniu z osobami chorymi w Belgii w 1985 r. Czy zatem istnieje sens cierpienia, a jeśli tak, to jaki?
O Polakach mówi się często, że mają tendencje do gloryfikowania cierpienia. Z pewnością „coś w tym jest”. Od najmłodszych lat karmieni opowieściami, jak chwalebne jest oddawanie życie za miliony i jak cenną, a wręcz bezcenną, wartość ma dla świata ofiara Mesjasza Narodów, niezachwianie wierzymy, że ludzki ból ma wartość odkupieńczą. Również w Kościele zdarza się usłyszeć najbardziej powierzchowną z możliwych interpretacji przypowieści o bogaczu i Łazarzu (Łk 16, 19-31): biedak poszedł do nieba, bo na ziemi było mu źle. Podobny wniosek zdaje się wprost wynikać z ośmiu (czy może – jak w Łk 6, 20-23 – czterech) błogosławieństw: jeśli teraz płaczecie, w wieczności będziecie się cieszyć. Prosty schemat: „cierp, duszo, a będziesz zbawiona” zwykle działa dobrze do chwili pierwszej osobistej konfrontacji z poważnym bólem.
Pocałunek Jezusa?
Znana jest opowieść o tym, jak Matka Teresa z Kalkuty tłumaczyła cierpienie któremuś ze swoich znalezionych na ulicy podopiecznych, którzy trafili pod jej opiekę w opłakanym stanie. Miała powiedzieć do mężczyzny: „boli cię, a to oznacza, że Jezus cię całuje”, na co mężczyzna odrzekł: „to powiedz temu swojemu Jezusowi, żeby przestał”. Istnieją nieco ugrzecznione wersje tej historii, z łagodniejszą odpowiedzią, ale nie zachował się żaden przekaz, który by potwierdzał, że Matka Teresa użyła podobnego argumentu jeszcze raz w stosunku do kogokolwiek. Krótka odpowiedź biedaka prawdopodobnie bardzo skutecznie zmieniła jej rozumienie sensu ludzkiego bólu.
Najoczywistsze i najbardziej ludzkie podejście do cierpienia jest bardzo proste: jest ono złem i o ile to możliwe, należy je wyeliminować. Jeśli krzyż jest pocałunkiem Boga, normalny człowiek zwyczajnie nie życzy sobie takich pocałunków. Jeśli miłość Boga miałaby wyrażać się w zadawaniu człowiekowi bólu, to chyba coś nie tak z tą miłością. Być może dałoby się to lepiej zrozumieć, gdyby Bóg zsyłał trudne sytuacje jako karę za ludzkie grzechy. Z takiej perspektywy zresztą patrzyli na problem cierpienia prorocy Starego Testamentu.
Przekleństwo czy lek?
Zacznijmy od przytoczenia faktu, że w Biblii cierpienie pojawia się jako skutek grzechu pierworodnego, a potem każdego następnego grzechu. Ewa zjada zakazany owoc i dlatego odtąd w bólu ma kochać swego męża i rodzić dzieci. Kain zabija Abla, a potem wiedzie życie wygnańca. Dla Izraelitów każde odstępstwo od Bożego Prawa skutkuje kolejną ciężką niewolą, natomiast dobrobyt i spokojne życie ukazane są jako znak Bożego błogosławieństwa. Jeśli będziesz przestrzegał Prawa, będzie ci się dobrze wiodło na ziemi (por. Pwt 6,2-3).
Biblia niemal od początku ukazuje także aspekt dydaktyczny cierpienia na prostej zasadzie kija i marchewki: nie wybieraj zła, bo będziesz cierpiał. Niemal wszystkie księgi prorockie można by podsumować krótką radą: odwróć się od zła, a Bóg odwróci trudne wydarzenia. Zatem dopuszczając nieszczęścia, Bóg podaje nam je jak gorzkie, lecz skuteczne lekarstwo, które umożliwia człowiekowi zorientowanie się w sytuacji grzechu i ukierunkowuje na wyjście ze zła ku dobru (por. Ps 78,34). Podkreślony zostaje wyraźnie aspekt wychowawczy: „prześladowania były nie po to, aby zniszczyć, ale aby wychować nasz naród. A więc nigdy nie cofa On od nas swojego miłosierdzia; choć wychowuje przez prześladowania, to jednak nie opuszcza swojego ludu” (2 Mch 6,12b.16).
Próba wybranych?
Można by zaryzykować twierdzenie, że według logiki Starego Testamentu człowiek zupełnie sprawiedliwy i dojrzały w wierze nie podlegałby cierpieniom, a im większa sprawiedliwość i wiara, tym mniej bólu w życiu. Sam Stary Testament zna jednak wyjątki od tej reguły. Cztery najbardziej znane biblijne postacie z czasów przed Chrystusem, doświadczające ogromnego cierpienia mimo niezwykłej prawości i wielkiej wiary, to Hiob, starszy Tobiasz, prorok Jeremiasz i Sługa Pański z Księgi Izajasza.
O ile dotąd cierpienie miało być karą za niesprawiedliwość, wszyscy czterej opisani są w Piśmie Świętym jako mężowie prawi, a ich trudne położenie nie wynika z grzechu. Z chrześcijańskiego punktu widzenia trudno wytłumaczyć genezę nieszczęść Hioba, nie biorąc pod uwagę kwestii układu Boga z szatanem (Hi 1,6-12). Można się w tym miejscu doszukiwać pewnego rodzaju próby – „Bóg doświadczył wybranych jak złoto w tyglu i znalazł ich godnymi Siebie” (Mdr 3,5-6). Uzasadnienie to wydaje się na tyle logiczne, że przyjmowało je wiele pokoleń chrześcijan. Czy Bóg jednak rzeczywiście potrzebuje sprawdzać swoich wybranych? Czy nie zna ich lepiej niż ktokolwiek inny bez dokonywania bolesnych prób? Bóg przecież od początku jest pewny wierności Hioba. Być może próba ma więc pokazać czy udowodnić pewne kwestie nie Bogu, ale raczej cierpiącemu, czy może nawet szatanowi?
Akt zbawczy?
W cierpieniu Sługi Pańskiego z Księgi Izajasza znajdujemy jeszcze inny wymiar cierpienia: „On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści” (Iz 53,4-6). Można zatem cierpieć w zamian za kogoś innego. Więcej, udręką przyjętą z ręki Boga można wysłużyć bliźnim zbawienie (Iz 53,10-11). Niestety, można tego dokonać tylko pod jednym, malutkim warunkiem: że jest się Mesjaszem.
Cierpienie człowieka, choćby największe, samo w sobie nie jest w stanie wykupić nikogo innego. Która matka, patrząc na ból dziecka, nie wolałaby przeżywać cierpienia i umrierać zamiast niego? Nawet cierpiąc najbardziej i ofiarując się najszczerzej, człowiek nie jest w stanie wziąć na siebie choćby części udręk kogoś ukochanego i sprawić, żeby ten cierpiał mniej. Czy nie ten rodzaj męki przeżywała Maryja, stojąc pod krzyżem Jezusa w całkowitej bezradności wobec cierpienia Syna?
Ludzkie cierpienie samo w sobie nie ma również mocy, by zbawić tego, który cierpi – gdyby tak było, Kościół powinien kanonizować wszystkich, którzy umierają w hospicjach i na wielu szpitalnych oddziałach. Okazuje się jednak, że „nazbyt jest kosztowne wyzwolenie duszy i nigdy [człowiekowi] na to nie starczy” (Ps 49,9-10), choćby umierał w niewypowiedzianym bólu. Rak cię nie zbawi, cała teologia chrześcijańska mówi o tym jednoznacznie. Zbawił cię Chrystus.
Współcierpienie?
Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem świata. Jeśli jednak Maryja, będąc tylko człowiekiem, może – choć dogmatu takiego jak dotąd jeszcze nie ogłoszono – być nazywana Współodkupicielką, to człowiek, łącząc się z dziełem Odkupienia, również otrzymuje szansę, by mieć w nim swój udział. To, czego nigdy nie będzie w stanie wypełnić sam z siebie, zaczyna się urzeczywistniać, kiedy zostanie złączone z Chrystusem i Jego zasługami.
Już św. Paweł zauważył, że chrześcijanin może uczestniczyć w dziele zbawienia, jeśli jednoczy się w sytuacjach trudnych z cierpieniem Pana. „W moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa, dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół”, napisał w liście do Kolosan (Kol 1,24). Na ten werset powoływało się wielu świętych, których pragnienie współdziałania z Chrystusem w dziele odkupienia było tak silne, że z własnej woli i chęci podejmowali przeróżne formy ascezy. Czy była to właściwa droga? Kościół w naszych czasach zakazuje podejmowania pewnych rodzajów praktyk pokutnych szeroko rozpowszechnionych jeszcze dwieście lat temu. Współczesna teologia stawia akcent na Niedzielę Zmartwychwstania, nie na Wielki Piątek.
Dyskusje, czy większą moc zbawczą ma męka, czy zmartwychwstanie Chrystusa, przypominałyby nieco średniowieczne debaty na temat ilości diabłów na główce szpilki. Faktem jest, że Bóg zechciał zbawić nas przez Jego Paschę: Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie traktuje się jako jedno wydarzenie, jeden trójdzień –Triduum, którego nawet liturgia zdecydowała się nie rozdzielać. Moc zbawczą ma całe ziemskie życie Jezusa, od Wcielenia po Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie. Dlaczego chrześcijanin, który chce współuczestniczyć z Chrystusem w dziele zbawienia, ogranicza się do współuczestnictwa w Jego cierpieniu?… No właśnie, ogranicza się.
Razem w miłości?
Jeśli Maryja może być nazywana Współodkupicielką, to nie tylko dlatego, że stała pod krzyżem. Ona trwała z Nim przecież od początku, od radości Wcielenia do radości Zmartwychwstania, a potem po radość Zesłania Ducha Świętego. Czy fakt, że towarzyszyła Jezusowi w Jego małych i wielkich radościach, był dziełem mniej zbawczym niż udział w Jego cierpieniu?
Jeżeli uczestnictwo człowieka w dziele zbawienia świata opiera się na zjednoczeniu z Chrystusem, to cierpienie wcale nie jest najważniejsze. Owszem, najostrzej ukazuje głębię zjednoczenia – podobnie jak miłość najmocniej odznacza się w sytuacjach trudnych. Istotą wcale nie jest jednak ból, tylko zjednoczenie człowieka z Bogiem, osoby z Osobą, współudział i współtrwanie w miłości.
Ostatecznie to Miłość zbawiła świat (J 3, 16). Tak, bezsprzecznie Krzyż jest kulminacyjnym i najwspanialszym przejawem miłości Boga do człowieka. Sam Bóg nie poprzestał jednak na Krzyżu. W Jego Miłości nie wystarczyło Mu, by Mesjasz przyszedł na ziemię na trzy dni, odcierpiał przeznaczononą dla Niego część bólu, a potem znikł – nawet jeśli taka wersja wydarzeń całkowicie umożliwiłaby nam osiągnięcie zbawienia. Trzeba było tysięcy lat historii Starego Testamentu, kilkudziesięciu lat życia Jezusa zwieńczonego Zmartwychwstaniem i Wniebowstąpieniem, a potem kolejnych tysięcy lat po Chrystusie, by Miłość Boża mogła objawiła się i zrealizowała w pełni. Może dopiero wtedy Pascha ukazuje się w najgłębszym znaczeniu. Stanowi je życie Chrystusa, przewidzianego od stworzenia świata (lub nawet i wcześniej – por. 1P 1,20), realizujące się po dziś dzień w Jego Kościele aż do Paruzji – wydarzenia z życia Chrystusa, które całe pozostaje Miłością, chociaż nie całe jest Krzyżem. Człowiek, odpowiadając miłością na Miłość, ma dążyć raczej do zjednoczenia z Jego Miłością niż z Jego cierpieniem, i dopiero w takim współtrwaniu z Bogiem odnajdzie uczestnictwo w zbawianiu i siebie, i bliźnich. Jeśli chodzi o cierpienie, nie należy obawiać się jego braku – z pewnością i tak pojawi się pośród dróg życia.
Niebezpieczeństwo?
Łatwo wyobrazić sobie sytuację, w której chrześcijanie, napotkawszy człowieka potrzebującego, skwitują jego sytuację słowami: „jeśli cię boli, to znaczy, że współdziałasz z dziełem Odkupienia, to takie piękne”, po czym pozostawią cierpiącego samego z jego bólem. Zawsze można byłoby przecież posłużyć się w tym wypadku argumentem, że we współcierpieniu z Chrystusem przeszkadzać nie należy, nawet jeśli istniałaby możliwość usunięcia bólu środkami zgodnymi z Dekalogiem. Z drugiej strony, również bez trudu zauważyć można tendencję niechrześcijańskiego świata, który dąży do zupełnego wyeliminowania cierpienia wszelkimi dostępnymi środkami, nie zważając na Dekalog.
Wielokrotnie formułowano zarzuty pod adresem Matki Teresy. Oskarża się ją, że zamiast przeciwdziałać bólowi i nędzy na ulicach Kalkuty, zwiększała je, gdyż nie zgadzała się na eutanazję, aborcję i antykoncepcję. Zarzuca się jejrozumiem, o co chodzi autorce, że gloryfikowała ludzkie cierpienie, bo poprzestawała na jego“głaskaniu”, bez zaangażowania choćby w zbudowanie skutecznego systemu opieki zdrowotnej dla ubogich.
Świętej Faustynie natomiast niektórzy przypisują skłonność do lubowania się w cierpieniu, szukania w nim rozkoszy i chwały (por. Dzienniczek 303). Jednocześnie ojcu Pio można by wytknąć, że skoro zbudował dla chorych Dom Ulgi w Cierpieniu, musiał zupełnie nie doceniać jego odkupieńczej czy uszlachetniającej roli. Jeżeli jednak Kościół, beatyfikując, a potem kanonizując swoich świętych, potwierdza w pewien sposób, że wielorakie sposoby i odmienna logika działania tych osób nie przeszkodziły żadnemu z nich w osiągnięciu zbawienia, to w tym szaleństwie musi być jakaś metoda. Prawdopodobnie wcale nie chodzi ani o cierpienie, ani o jego uniknięcie. O co więc chodzi?