O piekle dowiadujemy się z wielu różnych źródeł: tak z Pisma Świętego, jak i z objawień prywatnych. Wskazują one na potworną rzeczywistość duchową tego stanu-miejsca. Jednak zanim tam ktoś trafi, musi „odpowiednio” wybrać. Ten wybór wiąże się z uporczywym życiem w grzechu ciężkim, odrzuceniem Stwórcy i – w efekcie finalnej decyzji – egzystencją bez Boga.
Jaka jest geneza piekła? Nie będę się wdawał w niepotrzebne szczegóły i powielanie tego, co można przeczytać gdziekolwiek indziej. Warto przytoczyć i rozważyć słowa o. G. Amortha na temat piekła i złych duchów: „Złe duchy, odrzuciwszy Boga, dały początek piekłu. Piekło jest miejscem, które sobie same stworzyły po tym, jak okazały nieposłuszeństwo wobec Boga” (Amorth G. Znak egzorcysty, moje ostatnie walki z Szatanem).
Jest to niezwykle istotna prawda teologiczna – wbrew niektórym zarzutom, Bóg nie miał nic wspólnego ze stworzeniem piekła, jakie znamy. Istoty odrzucone za przewrotność w „ciemności zewnętrzne” (por. Mt 22, 13) wykreowały to miejsce. Bo niby co innego mogły zrobić, będąc oddzielonymi od źródła dobra, prawdy i piękna? Zasadzić kwiaty w otchłani? Postawić domki? Zorganizować sobie poprawczak dla niegrzecznych aniołków? Wolały raczej kaźń duchową.
Nie bądźmy naiwni
Trzeba kategorycznie odrzucić naiwne postrzeganie świata duchowego, jakoby istniał jakiś „diabełek z rogami i widłami”. Demony to potworne istoty, niczym nieprzypominające dawnych siebie – nie są takie dlatego, że wyglądają źle, strasznie, brzydko (choć w pewnym sensie też). Pozostają takie ze względu na to, w jakim stanie się znajdują. Istnienie i jednoczesne oddzielenie od Boga sprawiają, że wszystko w danej istocie ulega degradacji, nawet w najpiękniejszym stworzeniu. Dlatego też piekło jest odwróceniem stanu niebiańskiego. Wierze przeciwstawiony zostaje bunt, nadziei – rozpacz, a miłości – nienawiść. Podobnie dzieje się z cnotami kardynalnymi: w miejsce sprawiedliwości wchodzi niegodziwość, męstwa – tchórzostwo i podstęp, roztropności – chaotyczność, a umiarkowania – niczym niekontrolowana żądza.
Można powiedzieć, że potępienie jest największym duchowym dramatem stworzenia. Bóg dał niektórym istotom wolną wolę i intelekt, by mogły kochać. Wiąże się z tym ryzyko upadku, to jest wyboru czegoś drastycznie innego niż dobro otrzymane od Stwórcy. Jedyne, co Bóg może w takiej sytuacji zrobić, to zachować przy istnieniu wszystkich, nawet tych najbardziej upodlonych swoimi własnymi decyzjami. Gdyby Stwórca zmusił te upadłe byty do przyjęcia Siebie, pogwałciłby prymat wolności, gdyby zaś ich unicestwił, odebrałby im to, co najcenniejsze – istnienie. W takim działaniu nie byłoby już miłości, a jedynie utylitaryzm. A Bóg, w przeciwieństwie do naszej upadłej natury, nie jest skory do brania udziału w filozoficznych czy ideologicznych gierkach. On, podług swej dobrej i pięknej istoty, realizuje to, co jest obiektywnie dobre i piękne.
Warto też pamiętać, że zły duch nigdy nie był i nie będzie równowartościową opozycją dla Boga. Ksiądz dr Antoni Drabowicz pisze o tym w następujący sposób: „Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem problemu zła w kontekście działania demonów według Giacamo Panteghiniego jest interpretacja hamartiologiczna (gr. hamartia – grzech). W tego typu ujęciu zło posiada charakter bardziej etyczny niż ontologiczny. Zło przybiera postać grzechu, złamania pewnego porządku zaproponowanego przez Boga. W tym ujęciu problemu zła uwzględniona zostaje wolna wola i odpowiedzialność człowieka. Panteghini twierdzi, iż interpretacja hamartiologiczna zostaje złagodzona w dużym stopniu, gdyż autor biblijny ukazuje, że człowiek nie jest tylko autorem grzechu, ale też jego ofiarą” (Drabowicz A., Egzorcyzm w walce z demonami, s. 43-44).
W takim rozumieniu Szatan nie jest równorzędną stroną konfliktu. Pozostaje po prostu bytem, który ze względu na swoje decyzje skończył tak, a nie inaczej. Podobnie wygląda to w przypadku ludzi, którzy wpadłszy w sidła grzechu, kończą w piekle. Drabowicz, w świetle przeprowadzonych przez niego analiz teologicznych, zwraca uwagę na to, że zły duch jest persona deformata – osobą zdeformowaną, zdeprawowaną, pozbawioną integralności z racji głęboko zakorzenionego zła w formie jakichś braków.
Życie osobowe życiem duchowym
Problematyka osoby podejmowana była wielokrotnie na przestrzeni wieków. Nie będziemy się przyglądać historii utarczek filozoficznych. Warto natomiast wspomnieć, czym w ogólności (w odniesieniu do tradycji filozoficznej) jest osoba. Generalnie wymienia się kilka cech, które charakteryzują byty osobowe. Są to: rozumność (życie intelektualne), tożsamość, samoświadomość, decyzyjność i wolność.
Człowiek doświadcza siebie jako osoby, poznając, że posiada intelekt – jakimś sposobem możemy „chwytać” rzeczywistość, poznawać ją. Mamy tożsamość, czyli to, co jest najbardziej nasze. Ta nasza część, która jawi się nam jako tylko nasza, tylko dla nas, co wyraża się w tautologii „ja to ja”. Wreszcie człowiek jest świadomy samego siebie. Poznajemy każdym jednym poruszeniem woli, że my to my. Z powyższymi naturalnie wiąże się też decyzyjność i wolność. Jeśli to ja – tożsamy sam ze sobą i świadomy siebie – decyduję, to w obrębie tego, o czym decyduję, jestem wolny. W obszarze tych (dość ogólnie przytoczonych) aspektów życia osobowego człowieka w momentach decyzji powstaje obraz eschatologicznej przyszłości każdego z nas.
Możemy upaść intelektem, popadając w pychę, nadmiernie skupiać się na swojej własnej tożsamości, zapominając o innych, akcentując wyłącznie własne osobowe „ja”. Często patologie życia osobowego objawiają się wykrzywionym pojęciem korzystania z przyrodzonej człowiekowi wolności. Szczególnie gdy ta wolność przyjmuje postać tzw. swawoli, czyli wyzutego z odpowiedzialności, a niekiedy dobra i prawdy, szeregu działań, które osoba podejmuje nie przez wzgląd na prawdziwościowe poznanie świata, a raczej za sprawą „chciejstwa” i uciech ciała.
Jest też możliwość realizacji swojego powołania – czyli de facto pełne spożycie swojego potencjału osobowego w celu zbawienia siebie i innych. Tak też rodzą się osoby święte: drogą poznania i dobrego praktykowania swoich władz osobowych w kontekście danego przez Chrystusa i Kościół objawienia.
Grzesznik zawsze ucieka
Kto grzeszy, ten w pewnym sensie ucieka. Niekoniecznie przed samym sobą, czasami nawet nie przed ludźmi, wobec których zgrzeszył. Niektórzy grzeszący z nikczemnym uśmiechem i rozkoszą czynią to, co czynią, wiedząc, że bez skrupułów robią coś złego. Ostatecznie jednak, pomimo fasady, że wszystko jest w porządku, takie osoby i tak uciekają – w rzeczywistości przed Bogiem.
Bóg, który swą nieskończoną wiedzą i mocą prześwietla ich dusze, jest dla zarażonych grzechem i potępionych jak sól w oku. Niektórzy mawiają, że „im mniej wiesz, tym lepiej śpisz”. To trochę naiwne – w moim odczuciu – udzielać pochwały ignorancji, ale jest w tym powiedzeniu zawarte słuszne spostrzeżenie, że człowiek bezmyślny będzie też człowiekiem beztroskim. Bo co nas najbardziej boli? Cudze błędy? Bywa i tak, ale zwykle najtwardszym orzechem do zgryzienia jest wiedza o tym, co dobre, oraz dogłębna świadomość tego, jak bardzo my dalecy jesteśmy od dobra.
Dlaczego cudzołożnicy często tak zaciekle bronią neutralności bądź dobrotliwości ich „skakania z kwiatka na kwiatek”? Ponieważ inaczej musieliby stanąć w prawdzie o samych sobie i zauważyć, że krzywdzą siebie oraz innych. Siebie, bo przepalają sobie synapsy chorymi ilościami dopaminy, zezwierzęcając się przy tym, a innych, bo korzystają z czyichś ciał jak z narzędzi. Wystarczy przyjrzeć się argumentacji zwolenników uprawiania jakichś grzechów w kontekście teologicznym, aby zauważyć zdeprawowanie ich władz osobowych. Od tego zaczyna się rozeznawanie duchów – od patrzenia w świetle wiedzy teologicznej i filozoficznej.
Tym byłoby ostatecznie też potępienie – wieczną ucieczką przed Bogiem w nicość. I to nicość dość specyficzną, bo nie jakąś nieokreśloną pustkę, ale w nicość własnego grzechu. To trochę jak zapadanie się w sobie, w swoim własnym złu, którego przez wzgląd na zatwardziałość serca i brak dyspozycji Bóg nie jest w stanie wybaczyć (grzech przeciwko Duchowi Świętemu). A później jest już tylko gorzej, bo w miarę zapadania się coraz głębiej i oddalania się od Stwórcy pojawiają się coraz większe wady, których nie sposób już upadłej duszy skontrować. Pozostaje więc całkowity upadek – czyli śmierć duchowa.
Potępienie a upadłe anioły
Dlatego Szatana nazywamy persona deformata, bo jest on całkowitym wykrzywieniem władz osobowych. Niby jest sobą, ale jednak traci siebie. Niby posiada nieporównywalnie lepszy od człowieka intelekt, ale używa go do czynienia zła. Niby jest osobą, a jednak niepełną. Niby wolny, a jednak z własnej winy zdolny wyłącznie do zła. Ciekawym spostrzeżeniem dzieli się, przywołując słowa papieża emeryta Benedykta XVI, R. Laurentin w książce „Szatan, mit czy rzeczywistość?”. Zwraca on uwagę na to, że „szczególną właściwością demona – pisze Ratzinger – jest brak fizjonomii i anormalność. Jeśli pytamy, czy diabeł jest osobą, powinniśmy odpowiedzieć, że jest nie-osobą, rozkładem, rozpadem bytu osobowego i dlatego właśnie jego cechą szczególną jest to, że występuje bez twarzy (…)” (Laurentin R. Mit czy rzeczywistość, s. 106).
Dość trafny wydaje się też obecny u Laurentina opis złego ducha, ponieważ przez osoby dotknięte nawiedzeniami, opresjami bądź opętaniem jego wygląd ujmowany jest w podobny sposób. Upadły anioł jawi się udręczonym przez niego jako bezkształtna czarna bryła o nieregularnych, chciałoby się powiedzieć, nieeuklidesowych kształtach. Nie posiada jako takiej twarzy, a jeśli ją ma, to jest ona szpetna i jakby żywcem wyrwana z koszmaru. W tym sensie jego aparycja wskazuje na słowa Ratzingera, że zły duch jest właśnie nie-osobą, rozkładem, czymś świadczącym o rozpadzie osoby niż jakiejś jej integralności.
Nie lękajcie się!
„Ratuj, Panie, duszę moją od warg kłamliwych, od zdradliwego języka” (Ps 120, 2), „Ratuj mnie od nieprzyjaciół moich, Panie, do Ciebie się uciekam” (Ps 143, 9). Bóg nie zostawia nikogo w potrzebie. Nie wiemy nawet, ile razy nas ochronił. Bądźmy Mu wdzięczni za każdy dzień – zarówno ten dobry i miły, jak i ten trudny i bolesny. Zostając bowiem pod Jego opieką, żyjąc w łasce uświęcającej, Pan chroni nas przed kamieniami, których nie widzimy.
Nie lękajmy się też – jak mawiał śp. ks. Jan Kaczkowski – żyć „na pełnej petardzie”, w pełni realizując poprzez nasze życie osobowe zamysł Boga. To jest właśnie kwintesencja naszego powołania, aby poznać wołający nas głos Chrystusa i pójść za nim z całą mocą.
Zetknięcie się z potępieniem, piekłem i złem bywa budujące. Nie dlatego, że widok zła i odrazy podnosi na duchu, ale ponieważ w wyniku tego obrazu nasze serce jakby naturalnie zdobywa się na zwrot w stronę tego, co dobre i piękne – czyli Boga. Drodzy bracia i siostry, na ten czas, gdy kończycie czytać ten artykuł, podejmijcie w swoich sercach wyzwanie: módlcie się, przywołując w pamięci obecność żywego Boga, który was otacza. I w takim duchu kontaktu ze Stwórcą idźcie na Mszę Świętą w ciągu tygodnia. On z niewypowiedzianym rozumieniem przyjmie was z radością tak, jak wy Go przyjmujecie w Eucharystii.