adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Społeczeństwo

Patriotyzm, miłość i kisiel

„Trzeba mierzyć wyżej, a nie złoto, fury ciuchy/ Bardziej ziemia, firmy, domy, plus kapitał w naszych łapach/ Właśnie ta postawa dziś wydaje mi się dobra/ Myślenie o jutrze ważne jak pamięć o przodkach/ Taki będzie naród, jaki każdy z nas z osobna”.

Te słowa z Myślę o tym radomskiego rapera Kękę często towarzyszą mi w refleksji na temat patriotyzmu. Czym jest patriotyzm? Jak powinien wyglądać w dzisiejszych czasach?

Definicje

Słownik języka polskiego PWN z 1998 roku stwierdza, że jest to „miłość ojczyzny, własnego narodu połączona z gotowością ofiar dla nich”. Ojczyzna – czyli kraj ojców. Ciekawe, że po czesku patriota to vlastenec. Czesi, gdy mówią o patriotyzmie, ze słowotwórczego punktu widzenia nawiązują do własności. U nas (ale nie tylko – o czym zaraz) słowo to, pochodzące z łaciny, nawiązuje do tego, co odziedziczyliśmy: do ojczyzny, ojcowizny. Podobne jest m.in. w niemieckim (vaterland) i angielskim (fatherland, choć w angielszczyźnie często pojawia się też sformułowanie homeland – „kraj, który jest domem”).

To kwestie językowe. Ale to językiem opisujemy nasz świat. Rumuński filozof Emil Cioran powiedział: „It is no nation that we inhabit, but a language. Make no mistake; our native toungue is our true fatherland” („To nie w narodzie żyjemy, ale w języku. Nie popełnij tej pomyłki; to nasz pierwszy język jest naszą ojczyzną”). Cytuję w języku angielskim, bo rumuńskiego, niestety, nie znam, a polskiego przekładu nie mam pod ręką. Poza tym fani Hideo Kojimy powinni dzięki temu wyłapać nawiązanie – słowa te pojawiają się w Metal Gear Solid V: Phantome Pain i są niejako motywem przewodnim gry.

Niekonkretność definicji

Czym tak konkretnie jest „miłość do ojczyzny […] połączona z gotowością ofiar”? Problem leży już w samym słowie „miłość”. Powiedzmy to sobie szczerze: „miłość” nic nie znaczy. Jej znaczenie uległo dewaluacji. Do tego terminu uciekamy się, by opisać relację wierzącego z Bogiem. Miłość to to, co jest (czy też – powinno być) między małżonkami i co wstępujący w związek małżeński sobie obiecują. Miłością określamy zbiór uczuć towarzyszących nagłemu dopływowi różnych hormonów, zwanemu pospolicie zakochaniem (z chemicznego punktu widzenia niewiele się to zjawisko różni od bycia na narkotycznym haju). Pośrednio – czasownikiem „kochać się” – nazywa się miłością stosunek seksualny. Miłość to też, w potocznej mowie, przywiązanie do swojego zwierzaka.

A zatem mam postulat – zapomnijmy o „miłości do ojczyzny”. Inaczej określmy to podejście do ojczyzny… Ale właśnie: ojczyzna. Co to jest ojczyzna?

Obcokrajowcy a sprawa polska

Państwo, w którym żyjemy? III Rzeczpospolita i jej struktury rządzące? Kraj geograficzny między Odrą a Bugiem? Naród? Jeśli to ostatnie, to czym jest naród? Czy Afroamerykanin mieszkający od urodzenia w Polsce i mówiący po polsku należy do narodu? Chciałbym znać odpowiedź na te fascynujące pytania – nie chcę słyszeć żadnych: „To zależy”, „Trudno powiedzieć”.

A jak sytuacja wyglądała w I Rzeczpospolitej? Było to bardzo dziwne państwo. Państwo, którego spoiwem nie był naród – bo w „Rzeczypospolitej” żyło kilkanaście nacji, w tym trzy główne. Nie była nim też religia – spokojnie żyli tu sobie chrześcijanie rozmaitych denominacji, muzułmanie i wyznawcy judaizmu. Nie był nim jakiś monarcha absolutny. Spoiwem były wartości republikańskie i swobody obywatelskie.

Państwo położone w Palestynie

Podobnie zresztą jest dziś z państwem Izrael. Coś, co łączy ludzi, którzy w nim mieszkają… to państwo. W Izraelu nie ma panującej religii (jest wielu ateistów, są muzułmanie, chrześcijanie i liczne odłamy judaizmu). Nie zamieszkuje go jeden naród – nawet wyjąwszy autochtonicznych Arabów, Ormian, Koptów, Samarytan etc. Żydzi pochodzą z różnych części świata i etnicznie nie ma między nimi większego pokrewieństwa. Spoiwem nie jest język – hebrajskim posługuje się około 5 na 8 milionów ludzi zamieszkujących Izrael. Do tego mających różne tradycje i obyczaje. Izrael istnieje na micie założycielskim (wygnania i powrotu), bałwochwalczym czasami kulcie Holokaustu (choćby nazwa – „całopalenie” – jest zamierzoną sakralizacją Zagłady) i na ciągłym poczuciu realnego (państwa sąsiadujące i terroryści) i urojonego („antysemityzm” na świecie, widziany na każdym rogu) zagrożenia.

Nadchodzi multikulturalizm?

Czy III RP bardzo różni pod tym względem od Izraela? Na pewno jest w dużej mierze spójna etnicznie. Miażdżącą część obywateli stanowią Polacy, mówiący jednym językiem, niewiele się różniącym dialektalnie (w porównaniu do np. czeskiego, niemieckiego czy nawet angielskiego). Mimo iż oczywiście dramatycznie rośnie ukraińska mniejszość, która wbrew stereotypowi nie pracuje tylko na budowie i „na Uberze”. Rok czy dwa lata temu siedziałem w samolocie obok Ukrainki, która mówiła dobrze po polsku, angielsku i francusku, pracowała na kierowniczym stanowisku i mieszkała w prestiżowej dzielnicy Warszawy. Takich przypadków jest coraz więcej. Jesteśmy więc etnicznie jednolici – choć pomału rosną też diaspory azjatyckich narodów. Z kolei zaangażowani Ślązacy, co prawda niepotrafiący skodyfikować „Ślůnskiej godki”, zmierzają w stronę separatystycznego ruchu… (A mówimy w końcu o niemalże 400 000 osób, które deklarują narodowość śląską jako jedyną).

Póki co jest pięknie, póki co się dogadujemy. Ale rozrost mniejszości w przyszłości będzie problemem. Nie wiem, czy za pięć, czy za dziesięć lat, ale spięcia na tym polu są nieuniknione.

Wierzący i agnostycy

W III RP nie ma dominującej religii. Coroczne statystyki (na temat dominicantes i communicantes) prowadzone przez Kościół jasno to pokazują – katolików jest około 40%, z czego tylko część uznaje w pełni nauczanie Kościoła. Oczywiście, nadal polski ateista ma więcej wspólnego z polskim katolikiem niż z chińskim komunistą. Wciąż pewne katolickie modus operandi unosi się nad życiem ludzi niczym para wodna nad wrzątkiem, ale to mija. Ludzie masowo odchodzą do pewnych form synkretyzmu lub uciekają w agnostycyzm. Inni, w mojej opinii zwłaszcza młode kobiety, zamiast religii wybierają aktywizm społeczny, często skrajnie lewacki. Kościół w Polsce zaś – myślę, że nie odbiegam daleko od prawdy – jest słabszy niż kiedykolwiek wcześniej.

W naszym kraju nie ma już wspólnych wartości republikańskich. Wolność słowa, pracowitość i przedsiębiorczość, rozporządzenia wydawane w zgodzie z obowiązującym prawem, skuteczność prawa, sprawność urzędów, szanowanie głowy państwa, nienaruszalność swobód obywatelskich – to wszystko w Rzeczpospolitej nie istnieje albo kuleje.

Dyskusja jest krępowana

Weźmy wolność słowa. Bardzo ciekawą (w pewnym sensie zabawną) historią była rozmowa Moniki Jaruzelskiej z Szymonem Pękalą. Dyskutowali m.in. o książce Ziemkiewicza Cham niezbuntowany (jak i również, nomen omen, o cenzurze na YouTube’ie). Pękala wskazał na fakt, że choć książka – uznawana za „antysemicką”– „spadła” z Allegro, to nadal można nabyć na platformie chociażby Mein Kampf. I to w wersji bez komentarza historycznego. Można by więc uznać, że Ziemkiewicz to straszniejszy antysemita od Adolfa Hitlera…

Rozmowa na pewien czas została usunięta z YouTube’a, według Moniki Jaruzelskiej bez podania przyczyny. Wprawdzie interwencja Jaruzelskiej przyniosła efekt i film znowu „wisi” w serwisie, to jednak jest to kolejne świadectwo niedobrego trendu.

Co do samej książki Rafała Ziemkiewicza (wydanej w 2020 roku nakładem wydawnictwa Fabryka Snów) – tymczasowo została usunięta z Allegro na wniosek Stowarzyszenia „Nigdy Więcej”. Zajrzałem na stronę tej organizacji. W uzasadnieniu podano zupełnie wyrwane z kontekstu cytaty, takie jak: „Syjonizm pod wpływem Holokaustu, a raczej mitu Holokaustu, który sam zbudował, nabrał szczególnego okrucieństwa. Shoah dowiódł, twierdzą dziś jego prominentni przedstawiciele, że Żydzi muszą być bezwzględni”. Złączyli to to z konfabulacją, że termin „mit Holokaustu” (czyli sakralizacja wydarzenia historycznego, jakim była Zagłada) „nosi znamiona kłamstwa oświęcimskiego”, „jest przestępstwem”.

Generalnie lista pozycji, których to gremium „nie rekomenduje”, pokazuje, że II wojna światowa, zagłada Żydów dokonana przez nazistów, Żydzi na ziemiach polskich czy nacjonalizm – to tematy zdogmatyzowane. Nie ma dyskusji. Wszystko jest raz na zawsze ustalone. Jeśli poszukujesz prawdy, obiektywizmu – jesteś rasistą, antysemitą, nacjonalistą, faszystą itd.

Zobacz też:   Niedzielne PeryKopy: Dlaczego Bóg mnie nie wysłuchuje?

Jeszcze o książce Ziemkiewicza

Tymczasem Ziemkiewicz bezlitośnie rozprawia się z mitem Polski – kraju ciemnego i nietolerancyjnego. Homoseksualiści nie doświadczyli u nas prześladowań. Kobiety wyemancypowały się dość szybko i w raczej naturalny sposób – po powstaniach XIX wieku mężczyźni trafiali na emigrację, Syberię lub ginęli. One zaś pozostawały – i musiały, siłą rzeczy, uzyskać większy wpływ na społeczeństwo.

Tak samo z Żydami – cieszącymi się swobodą od XII wieku, mającymi duży wpływ na sytuację społeczno-ekonomiczną na naszych ziemiach.

Kontrastuje to z krajami Zachodu – chociażby w Niemczech do lat 90. istniała w kodeksie kara za czynny homoseksualizm. A w czasach, gdy Żydzi prowadzili w Rzeczpospolitej całkowicie jawne interesy, w reszcie Europy byli spychani do gett i pogardzani.

Po Chama niezbuntowanego warto sięgnąć, bo pięknie diagnozuje on stan polskiej mentalności („mentalu”, jak pisze autor). „Jesteśmy dziś – a w każdym razie byliśmy przez ostatnie trzydzieści lat – jak rozbitek, czy może lepiej rzec: jak zawodnik pływackiego maratonu, który wydostał się na brzeg ostatkiem sił, padł na piach i nie w głowie mu nic innego, niż wreszcie odpocząć, posilić się, obkupić w supermarketach i jak inni poużywać wreszcie wytęsknionego dobrobytu. Bez oglądania się na cenę i odsetki kredytów, które przyjdzie kiedyś spłacać. […] Ale ten stan trwa już za długo” (2020, s. 7).

Pamięć o przodkach

Wydaje mi się, że w polskim patriotyzmie – niezależnie, kto tego terminu używa – ważną rolę odgrywa pamięć. Historia. Dlatego konieczne jest rozmawianie o niej. Z tego powodu odrzucenie cenzury jest koniecznością.

Zychowicz musi pisać kontrowersyjne książki, by odkurzyć dyskusję na temat przeszłości. Media nie mogą krępować dyskusji z powodów przyjaźni z którąś z partii. Bo skoro historycy okopali się na uczelniach i nie chcą z ludem rozmawiać i zastanawiać się nad naszym (niemal zawsze zakrzywionym, fałszywym) obrazem historii, to debata musi toczyć się w mediach. (Mój śp. ojciec mawiał, że pracownicy naukowi nie zaglądają do literatury popularnonaukowej – co jest błędem, bo przez to kompletnie nie wiedzą, co o ich dziedzinie sądzą laicy).

Ale z myślenia o przeszłości musi wynikać troska o teraźniejszość i przyszłość. Stykamy się z realnymi problemami, które wołają o rozwiązanie. Dzięki ocenianiu rzeczywistości, poszukiwaniu prawdy na jej temat możemy zdobyć pewne pojęcie o tym, dokąd ona zmierza.

Niektóre rzeczy w ludzkiej naturze są stałe – popełniamy te same błędy, co nasi przodkowie – dlatego też ważna jest mądra refleksja na temat historii. Z odrzuceniem demonów czczej martyrologii i analiz na zasadzie „I RP upadła, bo szlachta była warcholska, a sąsiedzi – źli”. To dobre dla dzieci.

Bawić, ale i uczyć

Patriotyzm zatem, moim skromnym zdaniem, polega na mądrej refleksji na temat przeszłości i teraźniejszości, wyciąganiu konkretnych wniosków i realizowaniu ich – dla dobra społeczeństwa, w którym żyjemy. Społeczeństwo zdefiniowałbym jako grupę ludzi, z którą porozumiewamy się tym samym językiem. Paradoksalnie, Ukraińca posługującego się wprawnie polskim uznałbym za członka tego gremium. Członków organizacji „Strajk Kobiet” (podkreślam – konkretnej organizacji, a nie ogólnie uczestników protestów), niemających żadnego zrozumiałego przekazu poza „Wy*****lać!” – już nie. Nie mówią bowiem oni tym samym językiem, opartym na racjonalności i merytoryce, ale jakimś jego produktem ubocznym, niemal niezrozumiałym slangiem. Nadsatem z Clockwork Orange Anthony’ego Burgessa, charakterystycznym dla społecznych wyrzutków, którzy sami się ze społeczeństwa wypisali.

Dlatego, z pobudek patriotycznych, postuluję powrót do Trivium jako podstawy edukacji. Trzeba zacząć od gramatyki, retoryki i dialektyki, jeśli przyszłe pokolenia wciąż mają się porozumiewać. Być może rzuci czytelnik, że miło tak pisać, gdy się nie ma większego wpływu na Ministerstwo Oświaty, czy jak tam się teraz to ministerstwo na alei Szucha nazywa. Jednakże zdaję sobie sprawę, że czytelnikami Adeste są też świeżo upieczeni rodzice, przyszli rodzice, nauczyciele i księża. Do nich się zwracam – uczcie młodych rozmawiania, dyskutowania i logiki. Nie pozwalajcie sięgać im po telefony, dopóki nie skupią się choć przez kwadrans na jakimś ważnym tekście. Nauczcie odróżniać emocjonalne decyzje od tych podjętych po namyśle (nawiązanie do serii felietonów Krzysztofa Namyślaka zupełnie niezamierzone…). Powiedzcie im, że rozum ma prymat nad emocjami.

Piękniejemy tylko w niedzielę

Grzechem Polaków (jak i również katolickich biskupów, co nieustannie udowadniają na coraz to nowszych przykładach) jest wiara w to, że skuteczne zmiany (dobre i niedobre) pochodzą tylko od władz. Owszem, od władz też one pochodzą. Ale prawdziwe zmiany zaczynają się od dołu! Aborcja, spożycie alkoholu, akceptacja homoseksualizmu czy k-popu – zmiany w tych obszarach zależą przede wszystkim od przemian społecznych.

Można by powiedzieć, że nawołuję do tworzenia społeczeństwa obywatelskiego. Tak, uważam, że od składu rządu czy od tego, który z marszałków właściwie umył ręce (ktoś jeszcze pamięta w ogóle ten temat numer jeden z wiosny?), są ważniejsze sprawy, bliższe ludziom. Na przykład ta, że aby zbudować garaż, trzeba „dać w łapę” odpowiedniemu urzędnikowi, by wydał z łaski swej zezwolenie. Istotne jest to, że kierowcy w Warszawie mają straszną mordęgę ze znalezieniem miejsca do zaparkowania w rozsądnej cenie. Że komunikacja publiczna, za którą podwójnie płacimy (w podatkach i w biletach), jest, delikatnie mówiąc, do chrzanu. Albo że proboszcz naszej parafii likwiduje mszę w godzinie dogodnej dla ludzi i że w ogóle najchętniej toby zrezygnował z wszelkich adoracji.

Okazja do dobra leży tam, gdzie ktoś inny porzucił odpowiedzialność

Problemem jest to, że w naszej parafii są rodzice (a czasem i samotne matki) wychowujący niepełnosprawne córki czy synów. Tym rodzicom nikt nie zaproponuje, że zaopiekuje się ich dziećmi, by oni mogli pójść do restauracji, kina, czy po prostu na długi spacer. Są też stare babcie pchające swoje chodziki w drodze do kościoła, bo nikt, a już na pewno nie sąsiedzi i rodzina, nie zaoferował podwózki. Ani zrobienia zakupów. Żałosne jest doprawdy, że za wielki sukces uważamy Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy czy Szlachetną Paczkę – bo tylko oczyszczamy sumienie raz do roku, jak Izraelici wyganiający corocznie kozła na pustynię. A powszedniej dobroczynności to u nas nie ma.

Narzekamy na poziom edukacji na uczelniach w Polsce – zwłaszcza tych państwowych – ale czy kiedykolwiek dorzuciliśmy się na „stypendium” dla kogoś młodego, ambitnego, pragnącego studiować za granicą i znającego potrzebny język? Jak to się dzieje, że protesty są pod lokalnym kościołem, a prawie nikt nie protestuje pod łapówkarskim urzędem?

Myśl na koniec

„Żyć w Polsce to jakby się było zmuszonym pływać w kisielu, da się, oczywiście, tylko każdy ruch kosztuje dwa razy więcej wysiłku…” – wielokrotnie tę myśl wyrażał przywoływany przeze mnie Ziemkiewicz.

Wierzę, że patriotyzm jest dążeniem do tego, by w tym kisielu było więcej wody niż cukru.

PS. Jak to powiedział Elijah Kamski z gry Detroit: Become Human: „It’s up to you to answer that fascinating question, Connor”. Co z moim świątecznym rozważaniem zrobisz, Czytelniku, to już nie moja broszka. Nie zależy mi na przekonaniu do swoich racji. Nie wysnuwam dogmatycznych tez, raczej myślę na głos. Ale chciałbym, byś z okazji naszego święta zadał sobie i bliskim pytanie: co można zrobić w naszej sytuacji dla ojczyzny?

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.