adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Miesięcznik, Społeczeństwo

Konserwatyzm a powszechna służba wojskowa

Jedna z szerzej wyrażanych opinii na tematy związane z coraz częściej zauważanym kryzysem męskości w kręgu cywilizacji zachodniej brzmi mniej więcej tak: „a w ogóle to najlepiej byłoby wojsko przywrócić, żeby chłop to był chłop…”. Oczywiście, oprócz wyrażania takiego poglądu w potocznych rozmowach, przywoływanie powszechnej służby wojskowej pojawia się co jakiś czas w dyskusjach politycznych. Takie stanowisko bardziej kojarzone jest dziś z prawicą i osobami wyrażającymi poglądy z grubsza konserwatywne.

Ktoś powie, że jest to przecież logiczne i spodziewane. I po części będzie miał rację, ale tylko dopóki zachowamy dyskusję o powszechnej służbie wojskowej na najbardziej powierzchownym poziomie. Przecież to właśnie głównie konserwatyści dostrzegają kryzys męskości i nim się przejmują, więc bardziej niż inni skłonni są do poszukiwania rozwiązań tego zagadnienia. Z drugiej strony, prawica przywiązuje wagę do takich pojęć jak suwerenność i obrona niepodległości państwa, narodu, a społeczeństwo pod bronią i zdolne do walki napełnia ich większą pewnością, że te wartości zostaną obronione w wypadku zagrożenia militarnego lub rozpadu struktur państwowych, spowodowanego bliżej nieokreślonym kryzysem.

Lewica jest dzisiaj z kolei mniej przychylna powszechnej służbie wojskowej. Pierwszy i najbardziej banalny powód, ale nie mniej prawdziwy, to taki, że powszechna służba wojskowa już po prostu nie jest modna (z tego samego powodu część „konserwatystów” odczuwa sympatię wobec powszechnej służby wojskowej – bo to, co „modne” zazwyczaj wywołuje przeciwne dążenia sił reakcji). Kojarzy się ona z pewnymi ograniczeniami, wymaganiami, ofiarą – czymś, co nie pasuje do obrazu społeczeństwa wolnych jednostek, dążących do samorealizacji, dobrobytu i wygody. Inne argumenty mają swoje uzasadnienie w pacyfistycznej utopii lub – jeśli chodzi o lewicę globalistyczną – w wyobrażeniu świata bez granic, w którym już nie ma miejsca na spory pomiędzy „plemionami”, więc tym samym przygotowywanie społeczeństwa do wojny nie jest pożądane. Oprócz tego ludzie skłaniają się ku powodom praktycznym, które przekonują również dużą część osób o poglądach prawicowych. Powszechna służba wojskowa generuje koszta, a w dzisiejszych warunkach nie czyni państwa ani jego wojska silniejszym, więc tym samym taki wydatek jest nieuzasadniony, a w dodatku na jakiś czas wyłącza z życia gospodarczego potencjalnego pracownika.

 

W tym artykule nie chcę jednak dyskutować z lewicą. Chciałem tylko w najbardziej uproszczony sposób odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właśnie wśród konserwatystów częściej spotykamy dziś skłonność do wprowadzenia powszechnej służby wojskowej. Taka sytuacja świadczy o pewnym „wykolejeniu się” idei konserwatywnej, niejasnej wizji świata i społeczeństwa wśród części jej dzisiejszych wyznawców oraz o hybrydzie pomiędzy postawą konserwatywną a pewnymi niekonserwatywnymi prawicowymi (i nie tylko prawicowymi) ideologiami.

 

Tutaj należy zrobić dygresję i wspomnieć o różnicy pomiędzy postawą konserwatywną a konserwatyzmem. Postawa konserwatywna to odruch, instynkt zachowawczy, który w mniejszym lub większym stopniu występuje u wszystkich ludzi, kiedy spotykają się z nową rzeczywistością. Postawa konserwatywna ma swoją wartość, a również swoje miejsce w konserwatyzmie. Po części to właśnie z niej zrodził się konserwatyzm jako prąd ideologiczny, i to przede wszystkim on najlepiej dostrzegł siłę i wartość takiej postawy. Natomiast sama postawa konserwatywna, właśnie dlatego, że jest instynktem, może też zostać uruchomiona i użyta w walce przeciwko samemu konserwatyzmowi. Przykładowo, ta postawa może być zastosowana do obrony różnych przeżytków ustroju komunistycznego, do których ludzie zdążyli się przyzwyczaić, jak to dzisiaj często można zaobserwować w Rosji, ale po części też w innych społeczeństwach postkomunistycznych, także w Polsce. Konserwatyzm sprowadzony do postawy konserwatywnej może więc być tylko parodią konserwatyzmu.

 

Los zawodu żołnierskiego w społeczeństwie organicznym

 

W świecie roślin każdy osobnik na początku jest ziarnem. Ziarno ma prostą konstrukcję – nie obserwujemy w nim różnych złożonych części, z których każda miałaby jakąś odrębną rolę. Natomiast z tego małego, prymitywnego ziarna może rozwinąć się drzewo, składające się z całego szeregu zróżnicowanych części, specjalizujących się do pełnienia poszczególnych funkcji. Podobnie jest z rozwojem człowieka, który powstaje wraz z połączeniem się dwóch komórek, męskiej i żeńskiej, i na początku jest organizmem wyjątkowo prostym, w którym z czasem dochodzi do wzrostu i zróżnicowania kończyn i organów mających przeróżne zadania.

 

Jeżeli wzrost i związane z nim różnicowanie jest powszechnie spotykaną zasadą w przyrodzie, czy nie dotyczy ona również społeczeństwa? W społecznościach najbardziej prymitywnych nie obserwujemy większego zróżnicowania zawodów i ról społecznych. Malowidła praludzi w jaskiniach stanowią szczyt rozwoju ówczesnej sztuki malarskiej. Ale ten malarz też zapewne śpiewał, tańczył, zbierał owoce, polował, wytwarzał odzież z futra upolowanych zwierząt i był również wojownikiem. Był wszystkim naraz, ale w niczym nie był w stanie osiągnąć wyjątkowości, żadnej z tych dziedzin nie wyniósł na wyższy poziom. Charakterystyczną cechą rozwoju społeczeństwa ludzkiego, tak jak w świecie przyrody, jest różnicowanie ról. Poprzez zróżnicowanie powstaje cywilizacja, a im wyższy poziom cywilizacji, tym większe będzie i zróżnicowanie oraz podział pracy.

 

Jeśli spojrzymy na rozwój zawodu żołnierskiego na przestrzeni historii, dostrzegamy, że im niższy poziom cywilizacji, tym bardziej powszechny jest zawód żołnierza. Przykładowo, w czasach wielkiej wędrówki ludów każdy mężczyzna należący do jakiegoś plemienia zdobywców wędrującego po Europie był żołnierzem (i podobnie rzeczy się mają dziś w większości społeczeństw koczowniczych). Kiedy już natomiast plemię postanowiło na stałe zamieszkać na jakimś terytorium, dochodziło zazwyczaj do podziału na dwa stany – rolniczy i wojowniczy. Ten drugi coraz bardziej przejmował monopol na noszenie broni i prowadzenie wojny, natomiast przestawał zajmować się produkcją żywności, co stało się podstawowym zadaniem stanu rolniczego. I choć stan wojowniczy był stanem panującym, wraz z rozwojem cywilizacji, a przede wszystkim z powstawaniem miast (a także klasztorów) i związanych z nimi nowych zawodów (rzemiosło i handel), na znaczeniu zaczęły zyskiwać inne klasy społeczne. Arystokracja, która przeważnie wywodziła się z dawnego stanu wojowniczego, też coraz bardziej poświęcała się polityce, prawu i nauce, chociaż jeszcze przez długie stulecia pozostawała w dużej części związana z wojskiem, w którym zachowywała stanowiska oficerskie. Jednak z czasem wśród szlachty pojawiało się coraz więcej tzw. noblesse de robe (szlachty sukni), wywodzącej się z szeregów urzędników państwowych niemających wiele wspólnego z wojskiem.

 

W ten sposób stan wojowniczy stał się po prostu jednym z wielu stanów ucywilizowanego społeczeństwa. Nie było ani naturalne, ani pożyteczne, aby ten, którego ręce przyzwyczajone są do pługa i produkowania jedzenia, tymi samymi rękoma trzymał miecz. Z kolei ani miecz, ani pług czy młotek nie pasowały do ręki wyćwiczonej w trzymaniu pióra czy pędzla. Takie były następstwa osiągnięcia poziomu cywilizacji, odpowiadającego stanowi rozkwitu w świecie przyrody. I było to z pożytkiem dla całego społeczeństwa ludzkiego, a również dla zawodu żołnierskiego, w którym rozwinął się pewien szczególny etos i styl życia. W ten sposób sama wojna, która zawsze towarzyszyła i będzie towarzyszyć społeczeństwu, została podniesiona na najwyższy moralnie poziom w dotychczasowej historii (mówię tutaj przeważnie o Europie w XVIII w.), choć zawsze towarzyszył jej też nieodłączny aspekt zwierzęcy i dziki, związany z jej hipnotyzującą naturą wyzwalającą w człowieku pierwotne instynkty.

 

W ten oto sposób o wojnie w tamtym okresie pisał Joseph De Maistre: „Zabijaliśmy się, paliliśmy, plądrowaliśmy, dopuszczaliśmy się, jeśli chcecie, tysięcy bezsensownych zbrodni – a jednak zaczynaliśmy wojnę w maju, a kończyliśmy w grudniu, spaliśmy w namiotach i tylko żołnierz walczył z żołnierzem. Narody nigdy nie brały udziału w wojnie, a wszystko, co słabe, było święte nawet pośród makabrycznych scen tej siejącej spustoszenie plagi. Było to jednak wspaniałe widowisko, gdy wszyscy suwereni Europy, powstrzymywani przez jakieś władcze umiarkowanie, nigdy nie żądali od swoich ludów, nawet w chwili wielkiego zagrożenia, wszystkiego, co mogłyby dać: posługiwali się człowiekiem łagodnie i wszyscy, ulegając jakiejś niewidzialnej mocy, unikali zadawania wrogim suwerenom ciosów, które mogłyby w nich samych ugodzić: chwała, sława i cześć wiekuista prawu miłości, nieustannie głoszonemu w środku Europy. Żaden naród nie zatryumfował nad innym – wojna starożytna istniała już tylko w książkach i pośród ludów bytujących w mrokach śmierci. Zmieniał się pan jednej prowincji, jednego miasta, często wręcz kilku wiosek – i to kończyło rozgorzałe wojny. Pośród szczęku broni potrafiły się objawić wzajemny szacunek i najwyszukańsza grzeczność. Bomba omijała pałace królewskie, tańce i widowiska po wielokroć stanowiły przerwę w walce. Oficer wroga zaproszony na te uroczystości przychodził i rozmawiał ze śmiechem o bitwie, do której miało dojść nazajutrz. Nawet pośród grozy najkrwawszej rąbaniny ucho konającego chwytało tony litości i wyrazy dworności. Na pierwszy sygnał walki wznoszono po wszystkich stronach ogromne szpitale: medycyna, chirurgia, farmakologia kształciły licznych adeptów – wśród nich wyrósł duch św. Jana Bożego i św. Wincentego à Paulo, nadludzko wielki i silny, stały jak wiara, żywy jak nadzieja, biegły jak miłość. Wszystkie żywe ofiary były przyjmowane, leczone i pocieszane, każdą ranę opatrywała ręka nauki i miłosierdzia!” (de Maistre J., Wieczory petersburskie, Warszawa 2011, s. 248-249).

 

Takie były skutki swoistej „elitarności” stanu żołnierskiego. Bycie żołnierzem było życiowym powołaniem. To powołanie stało się szlachetne i honorowe. Żołnierz miał zabezpieczone przez państwo środki do życia, jak również publiczną godność i cześć. W zamian ryzykował życiem na polu bitwy, zawsze gotów zginąć za króla lub cesarza. Był gotowy do śmierci w bitwie, przyjął taki los, i wiedział też, że ginąc w ten sposób rozsławi swój ród. Wiedział też, że jego przeciwnik jest taki jak on, i w ten sposób kształciła się międzyżołnierska solidarność i szacunek. Jedynie wyodrębnienie się stanu żołnierskiego mogło w ten sposób uszlachetnić wojnę. Czasy Ancien regime’u były czasami profesjonalnych armii, a nie powszechnej służby wojskowej!

 

Źródła ideologiczne i początki historyczne powszechnej służby wojskowej

 

Zobacz też:   Wolność życia duchowego

Powszechna służba wojskowa jest zjawiskiem stosunkowo nowym. Pojawiła się po raz pierwszy w czasie Rewolucji Francuskiej. Do walki przeciwko małym, ale profesjonalnym armiom państw, które wówczas były w stanie wojny z Francją, utworzono gigantyczną armię składającą się z ludzi należących do wszystkich warstw społecznych. Powołano ją ustawą z 1789 r., zaczynającą się od słów: „Każdy Francuz jest żołnierzem i zobowiązany jest do obrony narodu”. Chłop porzucił pług, kowal porzucił młot, a urzędnik i nauczyciel – pióro; wszyscy chwycili karabin i szablę. Wszyscy razem utworzyli ujednoliconą masę, którą dowodzono za pomocą propagandy i siania fanatyzmu.

 

I to wszystko było w pełni zgodne z postępową zasadą egalitaryzmu – wszyscy obywatele są sobie równi, więc każdy obywatel musi też służyć w wojsku. Powszechny pobór do wojska jest owocem Rewolucji Francuskiej i idei, które spoczywały u jej podstaw. Konserwatyzm z kolei powstał jako reakcja na Rewolucję Francuską, więc łączenie konserwatyzmu z ideą powszechnej służby wojskowej jest groteskowe. Powszechna służba wojskowa w czasach Rewolucji Francuskiej nie była tylko wymogiem chwili, przypadkowym następstwem rewolucji. Miała ona zwolenników wśród myślicieli oświeceniowych, którzy podstawili pod nią ideowe fundamenty, a do których zaliczał się też Jean-Jacques Rousseau.

 

Powszechna służba wojskowa według Rousseau była prawem i przywilejem, a profesjonalne armie stanowiły wyraz moralnego upadku. Nic dziwnego, że Rousseau tak uważał – przecież idealizował on tzw. stan naturalny człowieka. A stan naturalny dla Rousseau jest stanem przedcywilizacyjnym. Jak bardzo takie przekonanie jest groteskowe i błędne świadczy przykład ziarna i drzewa, którym posłużyłem się wcześniej. Według analogii społeczeństwa ludzkiego i świata przyrody, podążając za myślą Rousseau, stanem naturalnym drzewa jest ziarno. Stanem naturalnym człowieka jest stan embrionalny. Rozkwit jest więc upadkiem, dekadencją.

 

Krytyka

 

Louis de Bonald dobrze spostrzegł błąd, jaki popełnił Rousseau, i zaproponował inny schemat. Mianowicie, stan rozkwitu nie może być gorszy lub mniej naturalny niż stan, w jakim znajduje się ziarno. Ziarno też w jakiś sposób przedstawia stan naturalny, tylko że prymitywny. Istnieje ono po to, aby z czasem rozwinęła się z niego roślina w pełnej krasie. Stan rozkwitu urzeczywistnia pełnię potencjału, który znajduje się w ziarnie. Stan rozkwitu jest więc stanem naturalnym par excellence. Dlatego Bonald dostrzega trzy etapy w rozwoju społeczeństwa: etap prymitywny, etap naturalny (cywilizację) i etap barbarzyński. Etap barbarzyński nie jest tym samym, co etap prymitywny. Prymitywność jest stanem początkowym, dziecięcym, przez który wszystko (roślina, człowiek, społeczeństwo) musi przejść dla urzeczywistnienia pełni swojego potencjału. Etap barbarzyński z kolei jest etapem rozkładu. Stanowi zdziczenie, które następuje wraz z upadkiem cywilizacji. Z etapu ucywilizowanego nie ma powrotu do stanu prymitywnego, którego wyobrażenie Rousseau określał naturalnym, lecz tylko przejście do stanu barbarzyńskiego. W podobny sposób opinię Rousseau krytykuje Joseph De Maistre: „Ciągle brał on dzikiego za człowieka pierwotnego, gdy tymczasem nie jest on i nie może być niczym innym, jak tylko potomkiem człowieka oderwanego od wielkiego drzewa cywilizacji przez jakiś upadek” (tamże, s. 66).

 

Możemy przypuszczać, że obraz pewnego zdziczenia ujrzeli żołnierze pruscy, kiedy ruszyła na nich jednolita i fanatyczna masa żądna krwi, jaką utworzono w rewolucyjnej Francji poprzez wprowadzenie powszechnego poboru do wojska. Takie przypuszczenie można oprzeć na wiadomościach o licznych zbrodniach i okrucieństwach popełnionych przez oddziały rewolucyjne. W każdym razie, w wyniku tego doświadczenia Królestwo Prus, które zawsze opierało się na silnej armii, postanowiło również na wzór Francuzów wprowadzić powszechną służbę wojskową. Wkrótce w ślad za nimi poszła większość innych państw.

 

Ten fakt zmienił zupełnie obraz wojny. Walczył już nie tylko żołnierz przeciwko żołnierzowi, lecz naród przeciwko narodowi. Historia poznała epokę wojny totalnej, która dała o sobie znać w XX w., przede wszystkim w postaci wojen światowych. Nikt już nie był oszczędzony. To, co małe i słabe, a co według de Maistre’a we wcześniejszej epoce było święte – już świętym nie było, lecz stało się przedmiotem pogardy i, szczególnie w II wojnie światowej, było wyniszczane. Od teraz wojen nie zaczynało się w maju, a przerywało w grudniu – walczyło się bez przerwy, i to bez ogłoszenia wojny. Kule armatnie już nie omijały miast i pałaców, lecz właśnie w nie celowały. Nikt już nie zadowalał się jedną prowincją, lecz walczono do końca, do ostatecznego triumfu jednego narodu nad drugim. Tak się stało już po zakończeniu I wojny światowej wraz z jej niesprawiedliwymi traktatami pokojowymi, które miały poniżyć pokonanych, a źródło takiego i podobnych „pokojów” we współczesnej epoce dobrze ujął Erik von Kuehnelt-Leddihn: „Są to zwykle jednostronne dyktaty, które skutkują kolejnymi wojnami. Taką postawę uzasadnia istota »ludowładztwa«, ponieważ vox populi […] jest bezlitosny wobec pokonanego wroga i nie ma dlań cienia współczucia” (von Kuehnelt-Leddihn E., Demokracja – opium dla ludu, Warszawa, 2012, s. 98-99).

 

Ten sam autor dostrzega również tragedię powszechnej służby wojskowej i podtrzymuje powyższą ocenę tego zjawiska: „Wprowadzenie równych praw zmusiło Rewolucję Francuską do ustanowienia równych obowiązków, np. obowiązku powszechnej służby wojskowej, co doprowadziło nie tylko do powstania ogromnych armii, lecz także do nadania wojnom charakteru totalnego oraz propagandowego wypracowania idei »frontu ojczyźnianego«, którego ofiary miały nie tylko ekonomiczny charakter. Ów militarystyczny kolektywizm znalazł swoje ujście w wojnie totalnej, której przejawem stała się zwłaszcza wojna powietrzna: nikogo nie »dyskryminowała«, wysyłała na śmierć sprawiedliwie: kobiety, dzieci, starców i innych cywilów, »demokratyzując« w ten sposób samą śmierć […]. Powszechna służba wojskowa to dar Danaów demokracji. Wprowadził ją Carnot w czasie Rewolucji Francuskiej […], zapewniając armii Napoleona liczebną przewagę nad innymi wojskami. Aby w czasie wojny utrzymać morale armii rekrutów i »frontu ojczyźnianego«, należy wykorzystywać wszelkie możliwe środki propagandowe, sławiąc własne cele wojenne i przedstawiając wroga jako ucieleśnienie wszelkiego zła i podłości. Podsycanie nastroju krucjaty ma wzmocnić fanatyzm armii, składającej się przecież z normalnych obywateli, którzy nie czują żołnierskiego powołania” (tamże, s. 64 i 98).

 

Wracając do zagadnienia z początku artykułu, gdzie zauważyłem, że dziś wielu zwolenników przywrócenia powszechnej służby wojskowej widzi w niej jeden z możliwych remediów na kryzys męskości, po przedstawieniu całej problematyki z nią związanej mogę odpowiedzieć następująco: powszechna służba wojskowa nie jest lekiem, lecz – w sposób pośredni – źródłem kryzysu męskości. To właśnie powszechna służba wojskowa zmilitaryzowała cywilizację zachodnią. To ona jest winna zmianie charakteru wojny, która stała się wojną totalną. Tutaj właśnie leżą źródła pewnego „machoizmu” (który zbyt często mylony jest z męskością, a tak naprawdę stanowi jej parodię) pierwszej połowy XX wieku, który tak bardzo przesunął wahadło w jedną skrajność, że w pewnym momencie doszło do „pęknięcia” w społeczeństwie. To „pęknięcie” wyraziło się w rewolucji seksualnej, ruchu hippisowskim, i wszystkich innych zjawiskach drugiej połowy XX wieku, w których poszukujemy bezpośredniego źródła obecnego kryzysu męskości i ojcostwa. Skrajna akcja wywołuje skrajną reakcję.

 

Dlatego powszechna służba wojskowa, z punktu widzenia autentycznie konserwatywnego, nie może być rozwiązaniem dla kryzysu męskości, i w ogóle w żaden sposób nie może być pomysłem, który można by łączyć ze zdrowym konserwatywnym światopoglądem. Z błędów historii powinniśmy wyciągać wnioski. Jeśli chcemy cywilizacji szlachetnej, hierarchicznej, opartej na wartościach – innymi słowy, cywilizacji kwitnącej – to należy dążyć w stronę społeczeństwa zróżnicowanego, organicznego, a profesjonalne armie są jednym z elementów takiego społeczeństwa. Zniesienie powszechnej służby wojskowej nie jest (i nie powinno być) tożsame ze zniesieniem armii i rezygnacji z budowania zdolności wojskowych państwa – wręcz przeciwnie, powinno dążyć do ich ulepszenia, a także do odbudowy odrębnego stanu żołnierskiego. To jest kierunek, do którego skłania myślenie w sposób autentycznie konserwatywny. Zniesienie powszechnej służby wojskowej jest jednym z niewielu sposobów, aby cywilizacja zachodnia przywracała urządzenia sprzed Rewolucji Francuskiej – konserwatysta musi być w stanie to dostrzec.

Tekst ukazał się w numerze 17. Miesięcznika Adeste. Kliknij poniższy przycisk aby zapoznać się z najnowszym numerem naszego e-miesięcznika – zupełnie za darmo!

Jeżeli zaś jesteś z nami już od dłuższego czasu i po prostu podoba Ci się to, co robimy – kliknij w poniższy przycisk aby dowiedzieć się, jak możesz nam pomóc w rozwoju!

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.