adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Kultura

#musicasacra: Czy wspólny śpiew zawsze jest możliwy? – rozmowa z Kamilem Frąsiem

Śpiew, od którego cały kościół staje się jednym wielkim rezonatorem, to coś, co budzi ogromny podziw i wielu pociąga do kontemplacji Bożych tajemnic. W dzisiejszym odcinku naszego cyklu o muzyce liturgicznej będziemy rozmawiać właśnie o wspólnym śpiewie zgromadzonego ludu i kulturze muzycznej w ośrodkach duszpasterskich. Spróbujemy także postawić diagnozę, dlaczego nie zawsze jest tak, jak być powinno oraz odpowiedzieć na pytanie, czy rzeczywiście wszystko zawsze musi być śpiewane przez całe zgromadzenie. Moim rozmówcą był Kamil Frąś – magister sztuki, organista Sanktuarium NMP Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II w Toruniu, jednocześnie autor cyklu filmów Zawód-Organista, a także popularyzator śpiewnika ks. Siedleckiego.

Piotr Ulrich: Dobrze wiemy, że kultura śpiewacza w kościołach (mam tu na myśli szczególnie śpiew ludowy) była szczególnym elementem tożsamości społeczno-kulturowej. Było to istotne dla pokoleń Polaków także z perspektywy kultywowania tożsamości narodowej w czasach, gdy nie istniało państwo polskie. Mam wrażenie, że ostatnimi czasy ta kultura śpiewacza „leży”. Ludzie nie są tak aktywni w śpiewie w kościele itd. Poprosiłbym zatem o diagnozę: co uważasz za przyczynę tego zjawiska i jakie skutki mogą się z tym wiązać?

Kamil Frąś: Myślę, że moje skromne dwadzieścia lat pracy mijające w tym roku nie pozwoli mi w sposób wyczerpujący wyjaśnić tej sytuacji. Przez kolejne lata swojej kariery zawodowej grałem w różnych miejscach, począwszy od zastępstw, poprzez wiejską parafię, kościół seminaryjny, aż po Sanktuarium obecnie. Pozwolę sobie odnieść się jedynie do trzech ostatnich, gdyż tam spędziłem i spędzam najwięcej lat swojej pracy, a są to ośrodki zupełnie różne od siebie, chociaż tak naprawdę to jeden i ten sam Kościół.

W parafii wiejskiej były pewne naleciałości. Objąłem tę parafię po organiście, który pracował tam czterdzieści lat. Założył i prowadził orkiestrę dętą, był multiinstrumentalistą, a przez wiernych nazywany mistrzem. Warto zaznaczyć, że organista był tam osobą znaną i szanowaną, która miała kontakt z praktycznie wszystkimi wiernymi poprzez roznoszenie opłatków czy kolędę. Społeczność wiejska bardzo życzliwie przyjęła mnie w swoich progach, gdyż starałem się wpasować i nauczyć przyzwyczajeń i melodii, które tam zastałem. Różniły się one niekiedy bardzo od melodii w śpiewniku, ale ludzie z wielką ochotą śpiewali pieśni. Był tam także zespół męski, który również śpiewał podczas mszy. Swoją działalność rozpoczął pod nieobecność organisty – z powodu braku odpowiedniego wykształcenia, w ich śpiew wkradły się różne błędy. Pewna tradycja ludowa, jaką zastałem tam w parafii była tak naprawdę nie do zmienienia, gdyż jakakolwiek ingerencja w te (często złe) naleciałości skutkowałaby natychmiastową reakcją ludzi poprzez brak zaangażowania w śpiew oraz uwagi ze strony parafian, że oni przez lata śpiewali inaczej (w szczególności mam tu na myśli takie śpiewy jak gorzkie żale).

Po zakończeniu pracy w podkrakowskich Zielonkach rozpocząłem sześcioletnią przygodę w kościele seminaryjnym Księży Misjonarzy na krakowskim Stradomiu. W miejscu, gdzie tak naprawdę nie było wielu wiernych (w centrum Krakowa kościoły znajdują się w niewielkiej odległości od siebie), w śpiewie uczestniczyli głównie klerycy ze Zgromadzenia. Klerycy, którzy mieli śpiewniki ks. Siedleckiego (wydawane właśnie przez Instytut Księży Misjonarzy), ćwiczyli każdego tygodnia pieśni na cały tydzień zgodnie z zapisem nutowym, dodatkowo zawsze w pamięci mając tradycję muzyczną Zgromadzenia św. Wincentego a Paulo. Z racji zbliżonego wieku, mogłem złapać z nimi nić porozumienia, a oni z ogromnym szacunkiem podchodzili do mojej pracy, wykształcenia i doświadczenia. Dzięki temu śpiew w wykonaniu kleryków zawsze był perfekcyjny. Przez kilka lat posługi w tym miejscu wypracowałem taką współpracę z nimi i kantorem, że doskonale wiedzieli, kiedy zacząć pieśń po wstępie lub kolejną zwrotkę po interludium. Tam też poznałem i nauczyłem się wielu nowych pieśni, zwłaszcza ku czci świętych.

Obecnie pracuję w sanktuarium toruńskim, gdzie przybywają wierni z całej Polski. Prowadzenie śpiewu w takim miejscu jest utrudnione, gdyż przybywający z różnych stron pielgrzymi śpiewają bardziej z przyzwyczajenia, tak, jak są nauczeni w swoich parafiach, i nie słuchają organów. Jednak w gronie wiernych uczestniczących w liturgii w toruńskiej świątyni są tacy, którzy przychodzą codziennie. To właśnie z nimi można wiele zrobić, wiele nauczyć, do wielu rzeczy przyzwyczaić. W tym miejscu da się odczuć wielką chęć i zaangażowanie wiernych w śpiew, zwłaszcza po ostatnim zamontowaniu projektorów i ekranów do wyświetlania tekstów pieśni.

Podsumowując, myślę, że kultura muzyczna u ludzi ogólnie spadła ostatnimi czasy – myślę, że to zjawisko wychodzi poza sferę kościelną. Ludzie częściej interesują się muzyką rozrywkową, niż poważną. Odnoszę wrażenie, że przychodzą na liturgię niejako z automatu, bez zaangażowania. Czasami trzeba się bardzo natrudzić, żeby zachęcić ich do śpiewu nawet tradycyjnych pieśni. Myślę, że ta niechęć do śpiewu, czy może bardziej obawa przed nim wynika z braku ogólnego zaangażowania w liturgię. Wszak tę obojętność słychać także w odpowiedziach recytowanych. Muszę z przykrością stwierdzić, że niestety brak kształcenia organistów lub osób odpowiedzialnych za muzykę w parafii, jak również ogromne błędy organistów w prowadzeniu śpiewu przyczyniają się do tego, że ludzie wyłączają się ze śpiewu, stając się jedynie słuchaczami. Na szczęście w wielu polskich miastach są studia muzyki kościelnej oraz kierunki muzyki kościelnej na uczelniach. Mam szczerą nadzieję, że osoby, które kończą te szkoły, będą lekarstwem na uleczenie tej sytuacji i poprzez poprawny akompaniament, ciekawe wstępy do pieśni i ogólny rozwój muzyczny w parafiach do świątyń wróci gromki śpiew ludzi. Jednak do tego potrzeba jeszcze wielu lat pracy zarówno ze strony organistów jak i duszpasterzy, którzy powinni zaufać wykształconym muzykom i dać możliwość działania.

PU: Przejdźmy już do szczegółów natury praktycznej. Co jest bardziej wartościowe śpiewanie tylko kilku pieśni, ale przez cały lud, czy może wprowadzanie nowych utworów, z oczywistym ryzykiem, że nie będą one od razu śpiewane przez wszystkich?

KF: W odpowiedzi na to pytanie odniosę się trochę do tego, co mówiłem wcześniej. Trzeba znaleźć złoty środek. Tradycyjne pieśni, które ludzie znają na pamięć i zawsze chętnie śpiewają, na pewno budują ich pewność w siebie i odwagę w śpiewie. Nowe pieśni zawsze są podejmowane przez lud z pewną dozą ostrożności. Oczywiście należy kultywować śpiew pieśni tradycyjnych, ale także uczyć wiernych nowych melodii. Na parafiach wiejskich ludzie zapewne wolą pieśni tradycyjne, znane, i tak naprawdę jest im chyba obojętne, jaka pieśń jest wykonywana, byleby była znana. Nie czują i nie rozumieją potrzeby odniesienia się w pieśniach do antyfon, do liturgii słowa. Myślę, że uświadomienie im, dlaczego dana pieśń została wykonana lub chociaż przybliżenie, dlaczego takie, a nie inne pieśni zostały dobrane przez organistę do danej liturgii, mogłoby pomóc wielu osobom w zrozumieniu problemu. Z drugiej strony do niemałej grupy ludzi argumenty te nadal by nie przemówiły, gdyż są przyzwyczajeni do sytuacji, jaka miała miejsce przez wiele lat, gdzie śpiew prowadziła osoba bez wykształcenia i wiedzy odnośnie doboru muzyki liturgicznej.

Zobacz też:   Mikołaj Dyzma - drogi młodego poety [WYWIAD]

W kościele seminaryjnym Księży Misjonarzy pieśni były zawsze dobierane przeze mnie lub w późniejszych czasach przez kantora zgodnie z antyfonami, treścią liturgii słowa i tajemnicy dnia. Dla kleryków nie był to problem, aby śpiewać nowe pieśni, gdyż byli ich nauczeni. Myślę, że to ziarno, które w nich zostało zasiane, a które uświadamia ich o znaczeniu śpiewów, będzie kiełkowało i przyniesie owoc obfity na parafiach, do których zostaną posłani. W sanktuarium, gdzie pracuję obecnie, można wyróżnić dwa aspekty. Jeden to msze, podczas których jest pełen kościół, a drugi to msze w tygodniu, gdzie jest kilkanaście osób, ale zawsze tych samych osób. Podczas liturgii w kościele pełnym ludzi z różnych stron Polski wręcz wypadałoby, aby śpiew był gromki, a to zapewnić może tylko dobór znanych pieśni. Znowuż podczas liturgii codziennych, w gronie osób, które potraktować można jak parafian, z chęcią wprowadzam nowe pieśni, których uczą się chętnie. Należy wprowadzać je z dozą ostrożności, aby nie zarzucić ludzi nowymi, nieznanymi melodiami. Tak więc pieśni tradycyjne – tak, zawsze, w szczególności podczas liturgii z dużą ilością wiernych, a pieśni nowe – stopniowo wprowadzane i uczone ludzi w dzień powszedni.

PU: W liturgii mamy taki repertuar, którego lud wręcz nie powinien wykonywać. Mówię tu np. o zaawansowanym, mało powtarzalnym materiale gregoriańskim. Z własnego doświadczenia wiem jednak, że w repertuarze chorałowym jest taki materiał, w którego śpiew mógłby włączać się przeciętny Kowalski. U nas lud włącza się chociażby w gregoriańskie części stałe (i nie jest to tylko Missa de Angelis, ale tak naprawdę ponad 10 cyklów), refreny prostych antyfon, śpiew psalmów w nieszporach itd. Ale jak wiemy, nie jest to standard w parafiach. To jednak wymaga od ludzi sporego wysiłku, inicjatywy, aktywności. Czy jest to na tyle wartościowe, żeby brać się za wprowadzanie tego do liturgii z zamiarem aktywnego śpiewu wiernych, czy może kazać im zamknąć usta i powierzyć śpiew takiego materiału tylko wykwalifikowanej grupie?

KF: Są pieśni pseudochorałowe czy oparte na melodiach gregoriańskich, które ludzie znają i śpiewają (O Zbawcza Hostio, O Stworzycielu, Duchu, przyjdź). Jednak ogromną trudność sprawiają ludziom melizmaty, a wykonując je błędnie, wprowadzają zamieszanie i dezorientację wśród ludu. Taki problem z wykonaniem istniał nawet wśród kleryków, którzy przecież byli przygotowywani do każdej pieśni, a mimo wszystko czasami było słychać, że jeden z drugim coś źle śpiewają, jakiś melizmat za dużo czy za mało. Ludzie podchodzą do nich jednak bardzo ostrożnie. Dużo bardziej wolą rytmiczne pieśni – ja na nie mówię „kwadratowe” – albo zaczerpnięte z chorału protestanckiego. Myślę, że ludzie powinni znać pewne melodie gregoriańskie, jak choćby proste cykle mszalne lub pieśni, jednak ogólnie śpiew tychże powierzyłbym zespołowi śpiewaczemu, który odpowiednio je przygotuje i wykona. Wtedy jest nadzieja, że wierni, osłuchując się z poprawnym wykonaniem takiego śpiewu, nauczą się go i z biegiem czasu włączą się, wykonując go poprawnie.

PU: Na koniec znów pytanie czysto praktyczne – jak budować kulturę śpiewaczą i kulturę muzyczną w parafii? Tutaj także odniosę się do swoich doświadczeń: u nas chociażby przed mszami niedzielnymi prowadziłem taką kilkuminutową „próbę” śpiewu z ludem: ćwiczyliśmy krótkie frazy, np. jedno wezwanie w łacińskiej litanii do św. Józefa, które nie wychodziło (u nas ta litania jest śpiewana co tydzień) – głównie z naciskiem na prosty materiał gregoriański. Potem śpiewaliśmy jakąś polską pieśń. Na stronie scholi, którą prowadzę, publikuję także śpiewniczki z tekstami polskich pieśni, nawet z zapisem nutowym prostszych antyfon. Przyznam, że jeśli chodzi o śpiewniczki, wzorowałem się na paryskiej Schola Sainte Cecille. Nie wszyscy z nich korzystają, ale budujące jest to, że są osoby, które chcą to robić. W mediach społecznościowych zamieszczam ciekawostki nt. wykonywanego repertuaru, a także odsyłam do różnych nagrań, prowadzimy też kanał Youtube. Jakie Ty widzisz rozwiązania dla budowania kultury muzycznej? Myślę, że warty wspomnienia jest także Twój kanał Youtube.

KF: W odpowiedzi na to pytanie również odniosę się do mojego doświadczenia w trzech różnych ośrodkach duszpasterskich. Kultura muzyczna w parafii opiera się nie tylko na pieśniach, ale także na utworach instrumentalnych. Przed mszą, jeśli tylko jest czas, należy go wykorzystać na grę literatury lub uczenie wiernych nowych pieśni. Ogromne znaczenie ma także słowo wprowadzające, w którym wyjaśnimy wiernym, dlaczego taki utwór jest wykonywany lub dlaczego taka pieśń będzie uczona. Ważne jest, aby ludzie posiadali tekst pieśni. Teraz chyba niewiele kościołów nie posiada żadnych materiałów tekstowych, czy to śpiewniki, czy projektory, czy kartki rozdawane na ławki. W dobie internetu, kiedy praktycznie każda parafia posiada swoją stronę internetową, można pokusić się oczywiście o zakładkę z pieśniami. Chociaż wydaje mi się, że niewiele osób z tego skorzysta, gdyż wśród ludzi nie ma już tradycji przygotowania do liturgii.

Jeżeli chodzi o mój kanał Youtube – pomysł na niego wziął się właśnie stąd, że śpiewnik ks. Siedleckiego zawsze był wydawany przez WITKM. Klerycy śpiewali tam tak naprawdę wszystkie pieśni. To były śpiewy tylko z najnowszego wydania śpiewnika. Mimo że czasami sam znałem je inaczej, to zawsze staraliśmy się wykonywać tak, jak to jest zapisane w nutach. Jedyne, czego nie zawsze się trzymałem, to tonacje. Ogromna część z tych śpiewów nie jest znana. Są to pieśni przeznaczone na różne wspomnienia świętych czy śpiewy okolicznościowe, ale je także śpiewaliśmy, bez wyjątku. Oczywiście nie wszystkie pieśni znalazły się na kanale. Czasami zabrakło jakiegoś nagrania, w wykonaniu trafił się błąd, jakość nagrania była zła, albo jeszcze coś innego mnie nie zadowalało. A następna szansa na wykonanie tej pieśni (np. w przypadku tych ku czci świętych) będzie za rok. Potem pojawił się pomysł, żeby wszystkie pieśni nagrać jeszcze raz z udziałem kleryków, ale niestety nie udało się go zrealizować.

Kultywowanie tradycyjnych pieśni, systematyczne wprowadzanie nowych, troska o instrument, wykonywanie literatury, zespół śpiewaczy, schola lub chór, danie możliwości śpiewania wiernym, odpowiedni akompaniament, sumienny dobór śpiewów, tłumaczenie ludziom znaczenia śpiewu i muzyki w liturgii, koncerty muzyki klasycznej, dbanie o własne wykształcenie i rozwój duchowy poprzez warsztaty, kursy i rekolekcje oraz współpraca z duszpasterzami – te wszystkie czynniki powinny być spełnione w każdej parafii, a wtedy z pewnością śpiew wiernych będzie chlubą i powodem do dumy każdego organisty i proboszcza, a i dobrym przykładem i wzorem do naśladowania dla innych.

Czwarty i ostatni zarazem odcinek cyklu #musicasacra pojawi się na naszym portalu w następną środę, 25 listopada.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.