adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Liturgia – źródło i szczyt czy mielizna i dołek?

magazine cover

unsplah.com

Liturgia to „źródło i szczyt” życia Kościoła – to soborowe sformułowanie obecnie powtarza się raz po raz. Co rzeczywiście oznacza to dla wspólnoty wierzących i jakie ma przełożenie na eklezjalną rzeczywistość? Zapraszam do lektury.

Punktem wyjścia dla niniejszego tekstu jest zdanie z jednego z dokumentów Soboru Watykańskiego II: Konstytucji o Liturgii Świętej Sacrosanctum Concilium (dalej: KL). Każdy, kto choć trochę interesuje się liturgią, na pewno mógł je gdzieś usłyszeć. Chodzi dokładnie o punkt 10, w którym czytamy: „Liturgia jednak jest szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i jednocześnie jest źródłem, z którego wypływa cała jego moc”.

Źródło i szczyt. Rzeczywiście, piękne słowa, bardzo głębokie. Gdyby się zastanowić, można rozwijać je i interpretować na różne sposoby. Obecnie wiele osób często nimi szafuje. Uważam jednak, że wciąż pozostają one niezrozumiałe. Pierwszym celem niniejszego tekstu będzie więc próba rozwinięcia i uzasadnienia zastosowania soborowych określeń liturgii w kontekście ich ogólnych definicji, drugim natomiast – analiza stanu faktycznego, czyli porównanie definicji i dwóch perspektyw, z których w Kościele spogląda się liturgię.

Źródło

Słownik języka polskiego określa źródło jako „1. Naturalny, samoczynny i skoncentrowany wypływ wody podziemnej; urządzenie wydzielające światło, ciepło, prąd. 2. Miejsce pochodzenia czegoś, punkt wyjścia. 3. Przyczyna, powód. 4. Pochodzenie informacji”. W odniesieniu do liturgii zastanawia szczególnie drugie i trzecie znaczenie.

Liturgia to „miejsce pochodzenia” i „punkt wyjścia” życia Kościoła czy też, podając za KL, „miejsce pochodzenia” i „punkt wyjścia”, „z którego wypływa cała Jego [Kościoła] moc”. Wbrew pozorom pierwsze znaczenie słownikowe, odwołujące się do „źródła” w przyrodzie, także nie pozostaje bez znaczenia, ponieważ uświadamia pewne zależności. Czy da się wyobrazić sobie rzekę, która nie ma źródła? Jeśli nie miałaby ona początku, przyczyny, nie mogłaby istnieć, co wynika z logiki. Na tej samej zasadzie „bez liturgii nie mogłaby istnieć cała działalność Kościoła”.

Źródło mocy

Dlaczego mówi się, że to z liturgii „wypływa cała moc” Kościoła? Czy źródłem w tym znaczeniu nie byłby sam Chrystus? Nasz Pan wybrał jednak określony sposób działania w Kościele, którym są przede wszystkim sakramenty, udzielane głównie podczas liturgii. Ona z kolei jest „strażnikiem sakramentów”, a więc tak naprawdę samego Chrystusa obecnego realnie w Kościele. Liturgia to także miejsce działania Słowa: zarówno we mszy, jak i w brewiarzu (kolejnej publicznej modlitwie Kościoła). Wreszcie, msza święta, jeden z dwóch filarów liturgii, uobecnia w sposób rzeczywisty samą ofiarę krzyża. Te wszystkie aspekty podsumowuje w jednym zdaniu KL: „Chrystus jest zawsze obecny w swoim Kościele, szczególnie w czynnościach liturgicznych” (pkt 7).

Dlatego to z liturgii wypływa cała moc Kościoła. Bez łaski Bożej nie moglibyśmy podejmować innych działań, takich jak dzieła miłosierdzia czy ewangelizacja. (Więcej o liturgii jako o ewangelizacji piszę w trzydziestym szóstym numerze „Adeste”).

Źródło wspólnoty

Kościół zakłada relację nie tylko Boga z człowiekiem, ale także wierzących ze sobą nawzajem. Podczas liturgii, czyli publicznie sprawowanego kultu, rodzi się więc wspólnota Kościoła. Potwierdza to chociażby etymologia pochodzącego z greki słowa „liturgia”, które oznacza „czyn publiczny”. W jej sprawowaniu łączy się cały Kościół: my, żyjący na świecie (Kościół pielgrzymujący oraz walczący), dusze czyśćcowe (Kościół cierpiący) oraz święci w niebie (Kościół tryumfujący).

Szczególną funkcję pełni tutaj także msza święta, czyli ofiara Chrystusa, który wyciągnął ręce na krzyżu, aby „rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno” (J 11, 51). W liturgii aktualizuje się wspólnotowy charakter Kościoła, jedna z jego cech konstytutywnych, bez której nie mógłby on być powszechny. W tym znaczeniu liturgia jawi się także jako „przyczyna” wspomniana w 3. punkcie definicji. Uobecnia ona tę rzeczywistość, która stoi u początku Kościoła.

Źródło życia

Jak określić można życie chrześcijańskie? Z pomocą przychodzi św. Józef Sebastian Pelczar, który odpowiada w sposób bezpośredni, że jest ono „odblaskiem życia Bożego, […] życiem nadprzyrodzonym” (Pelczar J.S., Życie duchowe, Kraków 2012, t.1, s. 22). Liturgia to punkt wyjścia życia duchowego. Dzięki łasce Bożej kształtuje ona życie duchowe, a także uczy modlitwy w wymiarze doskonałym: uroczystej, rytualnej, zamkniętej na to, co światowe, lecz otwartej na wspólnotę.

Ksiądz Guido Marini, Mistrz Papieskich Ceremonii Liturgicznych, pisze nawet, że „nie istnieje prawdziwa duchowość chrześcijańska, która nie byłaby duchowością liturgiczną, a więc taką, która znajduje w liturgii swoje główne źródło”.

Szczyt

Drugie słowo-klucz. Zaczniemy od definicji słownikowej: „1. Najwyższy punkt góry; najwyżej wzniesiony lub najdalej wysunięty punkt jakiegoś obiektu. 2. Najwyższy stopień nasilenia czegoś, eksploatowania czegoś”. Drugie ze znaczeń dotyczy wymiaru symbolicznego i ono właśnie będzie odnosić się do kultu Bożego. Można zatem przekształcić definicję w następujący sposób: „liturgia jest najwyższym stopniem nasilenia życia Kościoła”.

Pozostaje szczytem również dlatego, że domaga się od nas ofiary z codzienności, pozostawienia na ołtarzu całego siebie, ze wszystkimi radościami, nadziejami, problemami i trudnościami. W tym znaczeniu całe nasze życie zmierza do liturgii, najdoskonalszej formy kultu chrześcijańskiego. Ponieważ jest ona wspólnotowa i uroczysta, pełni szczytową, nadrzędną rolę wobec wszystkich podrzędnych form modlitwy, także ludowych. Te z kolei są oczywiście potrzebne, ponieważ liturgia „nie wyczerpuje całej działalności Kościoła” – ale z zasady mają prowadzić do tej najwyższej, kulminacyjnej formy modlitwy.

Ma to także dodatkowe znaczenie w perspektywie eschatologicznej, które zarysowuje KL w punkcie 8.: „Liturgia ziemska daje nam niejako przedsmak uczestnictwa w liturgii niebiańskiej, odprawianej w mieście świętym Jeruzalem, do którego pielgrzymujemy, gdzie siedzi po prawicy Bożej jako sługa świątyni i prawdziwego przybytku”. Liturgia jest szczytem także w tym najpełniejszym, nadprzyrodzonym znaczeniu: mamy nadzieję w niej uczestniczyć w przyszłym świecie. Wobec tego bardzo ważna jest dbałość o liturgię ziemską, skoro ma być ona „przedsmakiem” tej, do której wciąż dążymy. Wyrazem takiej troski będzie chociażby dobór obiektywnie pięknych szat liturgicznych. Dzięki temu uczestnicy w sposób naturalny będą mogli odnieść je do szat nieskończonej chwały, w które odziani mamy nadzieję oglądać naszego Pana w niebie.

Konkretyzacja

Raczej nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że Kościół ma żyć liturgią, żyć liturgicznie. Przedstawione wyżej argumenty skłaniają do przyjęcia tezy, że tak naprawdę żyjemy „od liturgii do liturgii” – zarówno w wymiarze ziemskim, jak i eschatologicznym. W tym znaczeniu ołtarz ma stanowić centrum Kościoła, ponieważ cokolwiek by się nie wydarzyło, jako wspólnota wierzących spotkamy się właśnie tam – to właśnie przy ołtarzu stajemy przed Chrystusem i otwieramy się na Jego działanie.

W przejmujący sposób mówi o tym fragment dokumentu Kongregacji ds. Duchowieństwa Ratio fundamentalis institutionis sacerdotalis z 2016 roku, gdzie wśród wskazań co do kształcenia kandydatów do kapłaństwa czytamy: „Święta Liturgia powinna być uznana za dyscyplinę podstawową […] winna być traktowana jako wyraz wiary i życia duchowego Kościoła” (pkt 167). Te słowa zdają się potwierdzać, jak napisałem powyżej, że liturgia jest najważniejszą czynnością Kościoła, Jego „czynem publicznym”, najważniejszym ośrodkiem Jego działalności, który promieniuje na wszystkie inne sfery działania. Jeśli ktoś zapytałby, co odróżnia Kościół od organizacji charytatywnych, instytucji edukacyjnych czy nawet partii politycznych, odpowiedziałbym, że to właśnie liturgia. To ona stanowi o naszym życiu duchowym, a bez niej poprzestalibyśmy na tym, co zewnętrzne.

Zobacz też:   Po co Adwent?

Koniec z podniosłym tonem

Jak wspomniałem na początku, postaram się teraz skonfrontować te definicje z rzeczywistością. Wielokrotnie, raz po raz, słyszę i czytam o tym, jak ludzie nazywają liturgię „źródłem i szczytem”. Powstają artykuły, gazetki parafialne, konferencje – i za to mówię gorące „Bóg zapłać”. Gdy jednak wysłucham tych ich treści, a następnie pójdę na mszę do przeciętnej parafii, bańka mydlana pęka, czar pryska, a piękne słowa okazują się tylko pobożnymi życzeniami.

Jak wiecie, od dawna staram się poruszać problem bylejakości, infantylizacji, tandetnych szat liturgicznych, kiczowatej muzyki, braku autentyczności w liturgii, niedbałości o przepisy i wiele innych. Z tych rozważań wypływa nieraz bardzo smutny wniosek. Czy podejście do liturgii w Kościele rzeczywiście pokrywa się ze słowami o „źródle i szczycie”? W mojej ocenie – nie.

Naprawdę wierzę w to, co napisałem w pierwszej części tekstu! Wierzę, że liturgia była, jest i będzie „źródłem i szczytem”. Wspomniane wyżej kwestie, które pozostają tylko wierzchołkiem góry lodowej, sprawiają jednak, że słowa z soborowej konstytucji jawią się jako puste frazesy. Bynajmniej nie zarzucam złych intencji ani fałszu wypowiadającym je osobom. Wręcz przeciwnie, doceniam wszystkie te głosy. Patrząc jednak w szerszej perspektywie, można zauważyć, że w powszechnej (chociaż bardziej pasuje tu słowo „pospolitej”) praktyce nie ma źródła ani żadnego szczytu. Jest mielizna i dół – nie za płytki, niestety. 

Kto powinien wziąć za to odpowiedzialność?

Pytanie to ma przede wszystkim prowokować do myślenia, ale nie mogę pozostawić go bez odpowiedzi. Oczywiście jako cały Kościół jesteśmy odpowiedzialni za liturgię, co podkreśla cytowany już dokument Soboru Watykańskiego II. Z wielkim bólem przyznaję jednak, że dostrzegam, iż szala odpowiedzialności przechyla się znacząco na stronę duchownych, którzy mają zdać sprawę z prowadzenia ludu chrześcijańskiego według słów „Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie” (Łk 12, 48).

Formacja

Wspominany wcześniej Ratio fundamentalis institutionis sacerdotalis stawia formację liturgiczną kandydatów do kapłaństwa u podstaw przygotowania do sakramentu święceń. Ten punkt jest bardzo istotny, a jeśli nie wypełni się go należycie, późniejsze pokolenia kapłanów zostaną nieodpowiednio ukształtowane. W efekcie zamiast kłaść nacisk na sprawy największej wagi będą skupiać się na sprawach mniej istotnych. Mogłoby się wydawać, że to tylko przestroga na przyszłość, lecz wcale tak nie jest. Sytuacja ta ma miejsce już teraz i sieje spustoszenie w sposobie pojmowania liturgii zarówno przez księży, jak i przez wiernych świeckich.

Przeglądam czasem spoty powołaniowe seminariów duchownych. Skoro formacja liturgiczna ma stanowić podstawę przygotowania do kapłaństwa, oczekiwałbym po takich filmikach efektu „wow” wywołanego głównie wzorcowo sprawowaną liturgią. Niestety, na próżno szukać tam podobnych rzeczy. Klipy te często nie zawierają żadnych odwołań do najistotniejszych elementów życia kapłana. Można by powiedzieć, że to tylko jakiś „głupi filmik” – co jednak, jeśli ukazuje on prawdziwą mentalność?

To przykre, ale należałoby zadać ironiczne pytanie: „O jakiej formacji liturgicznej w ogóle mówimy?”. Zaniedbano ją do tego stopnia, że wielu księży, o ile sami nie zrobią czegoś w tym zakresie, wychodzi z seminarium, nie potrafiąc odprawić mszy świętej w sposób poprawny. Nie, nie chodzi o znajomość przepisów na poziomie doktoratu z liturgiki, ale podstawową umiejętność sprawowania mszy świętej zakładającą świadomość tradycji związanej z różnymi gestami w rycie rzymskim. Dotyczącą to nieraz jeszcze bardziej istotnych spraw. Należy do nich na przykład następujące w podczas wielkiej doksologii podniesienie darów, które mało kto wykonuje poprawnie – a już ten konkretny gest niesie ze sobą głębokie znaczenie symboliczne. Podobnych przykładów jest więcej. Wygląda na to, że do kościołów parafialnych trafia duchowieństwo, dla którego liturgia to sprawa obojętna czy może „przykry obowiązek”. Szczyt perwersji.

Księża wobec zaangażowania świeckich

Wielokrotnie świeccy próbują się angażować. Jest wielu takich, którzy chcą dbać o to, żeby kult Boży w ich parafiach rzeczywiście jawił się jako „źródło i szczyt”. Zdarza się, że księża odpowiadają życzliwie na to zaangażowanie i wówczas wydaje to wspaniałe owoce, ponieważ cały lokalny Kościół rzeczywiście jednoczy się – nie tylko podczas sprawowania liturgii, ale także przy wspólnym, rzetelnym jej przygotowaniu.

Niestety ten medal ma też swoją drugą stronę. Obok dobrych księży zdarzają się inni, mówiąc kolokwialnie, tacy w typie „pana i władcy”, którym „świecznik” nie będzie wchodził w paradę. Niestety, to prowadzi do ucięcia wszelkiej aktywności świeckich lub przynajmniej takiego jej ograniczenia, że nie będzie już ona służyć dobru Kościoła. W takich sytuacjach, oprócz destrukcyjnego oddziaływania na poziom sprawowanej liturgii, pojawia się dodatkowo niezgoda i wzajemne uprzedzenia wywołane odrzuceniem lub zranieniem. 

Troska o rzeczy zewnętrzne? 

We wspomnianym wyżej dokumencie Kongregacji ds. Duchowieństwa przedstawia się „jedynie zewnętrzną i ostentacyjną troskę o akcję liturgiczną” jako przejaw „duchowej światowości”, którą należy zwalczać (pkt 42). Bardzo słusznie! Przecież należycie rozumiana formacja zakłada komplementarność aspektu zewnętrznego oraz wewnętrznego liturgii. To, co wewnątrz, przejawiać się powinno w zewnętrznych znakach, a one same mają prowadzić umysł człowieka do tego, co wewnątrz.

Problem w tym, że zapis ten jest niejednokrotnie źle rozumiany. Wówczas przejawem „duchowej światowości” staje się każda troska o akcję liturgiczną. Skutek takiego podejścia to zduszenie w zarodku wszelkiego zaangażowania świeckich oraz niewłaściwa formacja liturgiczna seminarzystów. Czasem mam wrażenie, że księża miewają omamy, widząc w każdej trosce o liturgię faryzeizm, skrupulatyzm czy zagrożenie duchowe. Mając przed sobą „nieuchronną” perspektywę skrupulatyzmu zewnętrznego, często uciekają w drugą skrajność, czyli zupełny brak zainteresowania liturgią w działalności duszpasterskiej. I tak źle, i tak niedobrze – obydwie postawy sieją niesamowite spustoszenie w życiu duchowym wspólnoty Kościoła.

Często nie znajduje się złotego środka, a jest nim właśnie traktowanie liturgii jako „źródło i szczyt”. Takie podejście, głęboko zakorzenione w duchowości, nigdy nie poskutkuje troską jedynie o rzeczy zewnętrzne. Wręcz przeciwnie, podkreśli ono duchowe znaczenie kultu Bożego dla całego Kościoła: dla jego wspólnotowego charakteru, jedności oraz uświęcenia różnych inicjatyw, a wreszcie – dla dobra duchowego wszystkich wiernych, bez wyjątku.

Na koniec apel. Czcigodni Księża, proszę: nie tylko pięknymi słowami, ale także czynami pokazujcie, że liturgia to źródło i szczyt. Niech dowodem na to będzie Wasza codzienna troska o liturgię w swoich parafiach, wdzięczność okazywana zaangażowanym świeckim oraz motywowanie ich do dalszego działania. Wszyscy musimy wybrać, czy liturgia będzie dla nas „źródłem i szczytem” życia Kościoła, czy mielizną i dołkiem. Miejmy na uwadze, że to będzie generować konsekwencje, które dotkną wspólnoty Kościoła w każdym jej wymiarze – a te następstwa okażą się zbawienne lub destrukcyjne. Liturgia natomiast zawsze będzie tym, czym jest rzeczywiście: „szczytem, do którego zmierza działalność Kościoła, i jednocześnie źródłem, z którego wypływa cała jego moc”.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.