adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Jak chodzić do kościoła i nie popaść w rutynę?

magazine cover

pexels.com

Kościół to wspólnota, która żyje, wypełniając codzienne, określone czynności. Czy codzienność Kościoła jest szara? Wreszcie – jak chodzić do kościoła i nie popaść w rutynę? Na te pytania postaram się odpowiedzieć.

Domyślam się, że większość z Was, drodzy czytelnicy, we wspólnocie Kościoła jest nie od dzisiaj. Jeśli tak jest, z pewnością mogliście zauważyć swoistą codzienność, codzienne życie tej wspólnoty. Najbardziej doświadczyły tego osoby uczestniczące każdego dnia w mszy świętej oraz te, które odmawiają brewiarz. Możemy więc powiedzieć, że najbardziej widocznym przejawem życia Kościoła, dzisiaj niestety coraz bardziej zaniedbanym, jest liturgia. Rzeczywiście, jest ona zarazem „źródłem i szczytem” całej działalności Kościoła (por. Sacrosanctum Concilium, 10).

Sakrament miłości

Na samym początku należałoby powiedzieć dwa słowa o teologicznych i mistycznych wręcz aspektach codziennego życia Kościoła. W eklezjologii (czyli nauce o Kościele) bardzo istotne jest określenie Kościoła jako Oblubienicy Chrystusa. Nie bez powodu greckie słowo ecclesia przyjmuje właśnie rodzaj żeński – niestety język polski nie oddaje tego tak dobrze. Kościół to Ona – oblubienica, małżonka naszego Pana, która narodziła się z Jego Boku przebitego na krzyżu (por. Sacrosanctum Concilium, 5), której Oblubieniec zesłał Ducha Świętego w dniu Pięćdziesiątnicy i wówczas, można powiedzieć, rozpoczęli oni jako małżonkowie jawnie wspólne życie.

Na czym opiera się życie małżeństwa i czym wyróżniać się ono będzie spośród życia rodzeństwa, czy też współlokatorów? Istotą życia małżeńskiego, co też znajduje swoje odbicie w prawie kanonicznym (w tzw. przywileju piotrowym), jest akt oblubieńczy. W swoim brzmieniu jest to dosyć skomplikowane, jednak używam tego określenia w sposób celowy. We współczesnej kulturze Europy Zachodniej współżycie mężczyzny i kobiety jest przedstawiane raz po raz w sposób coraz bardziej wulgarny, jednak należy pamiętać, że w znaczeniu katolickim współżycie małżonków stanowi dopełnienie sakramentu, jako akt bardzo głębokiej i sakramentalnej miłości.

Tak też Chrystus i Kościół, w sposób nieco odmienny, przeżywają swoje akty oblubieńcze, w których najpełniej realizuje się miłość Chrystusa do Kościoła i Kościoła do swojego Oblubieńca – w których Chrystus oddaje się cały Kościołowi, a my, jako wspólnota wierzących, jesteśmy wezwani, aby oddawać się cali Chrystusowi. Tym osobliwym współżyciem Jezusa i jego Oblubienicy pozostają sakramenty, ale także, w znaczeniu nieco szerszym, codziennie sprawowana liturgia. Niewątpliwie, codziennym życiem Kościoła jest także pomoc ubogim, działania na rzecz ewangelizacji, jednak tak jak współżycie małżonków odróżnia ich od rodzeństwa czy współlokatorów, tak też liturgia odróżniać będzie Kościół od zwykłej organizacji dobroczynnej, która prężnie pomaga biednym. Codziennie i starannie sprawowana liturgia, jako akt oblubieńczy, jest solidnym fundamentem dla pozostałych sfer działania Kościoła w świecie.

I znowu, i znowu

Częstym zarzutem wobec liturgii Kościoła jest jej powtarzalność. Codzienne sprawowanie mszy świętej i godzin kanonicznych bez większych zmian, a przede wszystkim bez spontaniczności jest tu argumentem środowisk, które do kultu Bożego podejść chcą w sposób nierozumny. Jako ludzie boimy się nudy, obawiamy się braku spontaniczności. Chcemy, aby życie wciąż nas zaskakiwało, i tej osobliwej „adrenaliny” oczekujemy też od liturgii. Ważne, aby ksiądz we wprowadzeniu do liturgii (które żartobliwie nazywam pierwszym kazaniem) rzucił jakimś żarcikiem, bo wtedy się nie zanudzimy. Ważne, aby msza nie była zawsze taka sama, dlatego co chwila próbujemy zapraszać specjalnych gości, żeby nie paść z nudów. Niestety, to jest podejście w stosunku do liturgii toksyczne, ponieważ oddala ją od jej istoty, tworząc jakąś chwilową karykaturę kultu.

Pisałem swego czasu (w 10. numerze naszego miesięcznika) o tym, jak próby urozmaicenia liturgii wpływają na jej infantylność – w kontekście udziału dzieci w mszach świętych. Zauważam, że w tym wypadku mamy do czynienia z infantylizowaniem ludzi dorosłych. Musimy mieć „coś więcej”, bo być może nie radzimy sobie z naszą codziennością i chcemy, aby coniedzielny „wypad do kościoła” był od tego pewną odskocznią.

Święty czas i rytuał

Wiemy dobrze, że liturgia otwiera przed jej uczestnikami sferę sacrum. Z tym pojęciem, będącym elementem kulturoznawstwa i antropologii, związany jest termin czasu cyklicznego. Powtarzalność pewnych sekwencji wpisuje się doskonale w rytuał. Zawsze, w odniesieniu do tej rzeczywistości, bardzo ujmują mnie końcowe słowa prefacji: „śpiewamy hymn ku Twojej chwale, nieustannie wołając”, po czym następuje powtarzane po trzykroć Sanctus, wypowiadane niczym mantra.

Liturgia, którą celebrujemy w naszych kościołach, jest wstępem do tej wielkiej niebiańskiej liturgii, w której będziemy wciąż chwalić Boga. Wciąż, czyli bez przestanku, sine fine – bez końca. To właśnie odróżnia czas cykliczny od linearnego. W tym drugim, wyczekujemy z zapartym tchem, jedynego w swoim rodzaju, niepowtarzalnego końca. Czas cykliczny, sakralny nie zna końca, polega wciąż na powtarzalności pewnej sekwencji. To nazwałbym tą „dobrą rutyną”. Myślę jednak, że każdy z nas kiedyś miał taką sytuację, że liturgia zaczęła mu się dłużyć, a on w swoich myślach uciekał w najbardziej nieodkryte zakamarki swojego umysłu, aby tę nudę zabić, np. licząc żarówki na kościelnym żyrandolu. Co wtedy?

Liturgia z nudą poradzi sobie sama

Właśnie tak. Nie musimy jej pomagać. Chciałoby się wręcz powiedzieć „nie dotykaj, bo zepsujesz”. Kościół wynalazł kilka sposobów, dzięki którym nasza ludzka natura zostanie choć trochę zaspokojona i w kościele nie umrzemy z nudów. Niestety, fakt ten, oczywisty dla teoretyków, jest coraz mniej wiadomy dla praktyków, ponieważ to wymaga codziennej celebracji liturgii wzorcowej, uroczystej. Taka celebracja, w której weźmie udział odpowiednia liczba posługujących i na której wykonywany będzie chorał gregoriański – własny śpiew Kościoła – jest w jakiś sposób „pełna”, zawiera pełnię tego, co Kościół chce przekazać wiernym. Mniej uroczyste obrzędy są już z potrzeby uproszczone – rezygnuje się z pewnych szczegółów, które w liturgicznej pobożności są również bardzo istotne, ale nie pozostają niezbędne dla sprawowania kultu. Niestety, święte obrzędy bardzo często sprawowane są w taki sposób – nie tylko ze względów praktycznych (które stanowią uzasadnioną ku temu przyczynę), ale także z niedbalstwa i lenistwa. Zamiast odprawiać liturgię w sposób najbardziej uroczysty, jak to możliwe, księża proboszczowie wolą, aby było krócej i taniej (w końcu częste użycie kadzidła i godziwe wynagrodzenie dla kompetentnego kantora nie są darmowe).

Zobacz też:   Godzinki, czyli ludowa paraliturgia

Paleta liturgicznych kolorów 

Liturgia sprawowana w sposób pełny i uroczysty nie jest czarno-biała, ale ma szereg barw, które sprawiają, że nie jest monotonna. Kościół przez wieki wyróżnił pewne obrzędy, aby w świadomości ich uczestników funkcjonowały one jako szczególnie istotne. Jak już wyżej pisałem, taki układ rzeczy staje naprzeciw naszej ludzkiej naturze, która domaga się konkretnych znaków, wyróżników.

Pierwszym tego przejawem jest gradacja uroczystości obrzędów. Brzmi to dość skomplikowanie, ale jest w istocie bardzo proste. W kalendarzu liturgicznym występują dni różnych klas – dawniej oznaczane jako simplex, semiduplex i duplex, w odnowionej liturgii funkcjonują natomiast cztery znane nam podstawowe klasy dni liturgicznych – dni powszednie, wspomnienia, święta i uroczystości. Klasa dnia liturgicznego koresponduje ściśle z przebiegiem liturgii. W odnowionym rycie mszy świętej przejawia się to chociażby występowaniem drugiego czytania, od wielu wieków zaś w dni świąteczne śpiewa się Gloria oraz w uroczystości Credo, które nie pojawiają się w dni powszednie. W liturgii sprawowanej ze śpiewem takich szczegółów jest więcej, co przejawia się zwłaszcza w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego. Od klasy dnia liturgicznego zależą przede wszystkim melodie modlitw śpiewanych przez celebransa – oracji, prefacji, czy nawet Ojcze nasz. Zazwyczaj pojawiają się w dwóch wersjach – simplex (prostej) i solemnis (uroczystej). To samo ma miejsce podczas uroczystego śpiewu godzin kanonicznych. Melodie różnych śpiewów pozostają uzależnione od tego, jak bardzo uroczysty dzień obchodzimy. Przejawia się to w tonie wezwania Deus in adiutorium („Boże, wejrzyj ku wspomożeniu memu”), responsoriów, wersetów, a także śpiewanej na koniec komplety antyfony maryjnej, która w antyfonarzu przyjmuje dwa tony – prosty i uroczysty.

Bardzo ciekawe stopniowanie uroczystości celebracji możemy zauważyć także w solennej mszy w rycie dominikańskim (własnym obrządku Zakonu Kaznodziejskiego). W tak sprawowanej liturgii klasa dnia uzależnia nawet liczbę świec palących się na ołtarzu. W największe święta (totum duplex) używa się krzyża procesyjnego.

Oprócz tej zwyczajnej gradacji, która przewija się przez cały rok liturgiczny, możemy spotkać się kilka razy z momentami, które gwałtownie przerywają liturgiczną „rutynę”. W takich sytuacjach możemy zawsze twierdzić, że mamy do czynienia z dniem bardzo ważnym dla całego roku liturgicznego. Dzieje się tak chociażby w liturgii Triduum Paschalnego, która bogata jest w wiele maleńkich szczegółów odróżniających ją od obrzędów pozostałego czasu w roku liturgicznym. Szczegóły mają na celu przyciągnąć naszą uwagę, zwrócić ją na szczególne tajemnice, które Kościół uobecnia.

Jak nie popaść w rutynę?

Wciąż pozostaje pytanie, co zrobić, aby liturgia nam „nie spowszedniała”. W skrajnym wypadku taki stan rzeczy może przyczynić się, nawet w sposób pośredni, do czyjegoś odejścia od Kościoła. Niestety, łatwo nie mamy – bo codzienne sprawowanie wzorcowej, uroczystej liturgii pozostaje w obecnej sytuacji jedynie pobożnym życzeniem. Co zrobić, aby liturgia prowadziła nas sama, gdy nie mamy możliwości uczestniczyć w niej w „pełnej krasie”?

Myślę, że najpewniejszą, ale dosyć trudną drogą, będzie samodzielne zgłębianie liturgii Kościoła. W obecnych czasach pod dostatkiem mamy źródeł na ten temat, chociażby w Internecie – dostępne są nie tylko same księgi liturgiczne, ale i nagrania uroczystych obrzędów. Z pewnością nie mniej ważnym rozwiązaniem jest proszenie księży proboszczów o to, aby liturgii nie urozmaicać rzeczami dla niej zewnętrznymi, ale po prostu dać się jej poprowadzić. W Kościele bardzo często mówi się o różnorakich potrzebach duszpasterskich, którym księża powinni sprostać. Kto taką potrzebę ma wyrazić, jeśli nie ludzie, którzy chcą swojego uświęcenia?
Nasze uczestnictwo w liturgii jest obcowaniem z samym Chrystusem. Jest to akt oblubieńczy, który powinniśmy zakorzenić w naszej codzienności, a nie traktować jako odskocznię od codziennego, grzesznego życia. Mając tego świadomość, powinniśmy przykładać do tego odpowiednią wagę. Tak jak małżonkowie zaniedbujący siebie nawzajem nie idą w dobrym kierunku, tak też my, jako Kościół, nie możemy zaniedbać relacji z Chrystusem. Bóg w liturgii Kościoła daje nam wręcz na tacy solidny fundament do uświęcenia naszej codzienności. On nigdy nas nie zaniedba – dlatego też odpowiedź należy do nas. Czy wejdziemy do tej małżeńskiej komnaty i będziemy z Bogiem wieść codzienne życie?

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.