adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Nowa jakość bylejakości, czyli słów kilka o świadomej niechlujności w liturgii

magazine cover

pexels.com

Liturgia – centrum życia Kościoła. Nie tylko pielgrzymującego, ale także triumfującego i cierpiącego. Bez wątpienia można by rzec, że to coś bardzo podniosłego. Co jednak, gdyby wprowadzić tutaj pewne elementy jakiejś nonszalancji, niechlujności? Taki postulat wydaje się co najmniej perwersyjny. A jednak bywa powszechny.

W niniejszym tekście znowu skupię się na rytuale, o którym można by pisać w kółko. Będzie to kolejny już felieton liturgiczny z cyklu „rozczarowań” współczesnym podejściem do kultu Bożego. Znowu – nie tylko po to, żeby okazać swoje rozgoryczenie i trochę ponarzekać, ale po to, by spojrzeć głębiej, jak pewne zachowania wpływają na niematerialne, wewnętrzne znaczenie, które odbieramy, siedząc w kościelnej ławce.

Tyniec i reszta świata

Czas pandemii, trwający już małe trochę, sprzyja oglądaniu różnorakich transmisji (z tego powodu powstał mój opublikowany w trzydziestym trzecim numerze „Adeste” felieton o transmisjach mszy świętych, do którego przeczytania bardzo Was zachęcam). Wprawdzie ze względu na to, że jestem organistą, nie miałem trudności z osobistym stawieniem się w kościele, ale i tak zacząłem oglądać transmisje na żywo z różnych kościołów. Tak też trafiłem na kanał tyniec.tv, gdzie dostępna jest całodobowa transmisja z opactwa Benedyktynów w Tyńcu.

Sprawowana tam liturgia wydała mi się w pewien sposób inna od tego, z czym spotykałem się w setkach innych transmisji. Osoby, które mnie znają, wiedzą, że w ogromnej większości uczęszczam na msze w starszej formie rytu. Odpowiada mi to bardziej niż powszechny sposób sprawowania nowej liturgii – z milionem przegadanych wstępów, konferencji itd. Tyniec był miejscem, gdzie uderzyło mnie niesamowite podobieństwo celebracji nowego rytu mszy i tego przedsoborowego. Uderzyło, bo mając świadomość bardzo wielu różnic pomiędzy tymi dwoma lturgiami, właściwie nigdy nie doświadczyłem aż takiego zbliżenia w sposobie celebracji.

Nie chodzi mi w tym miejscu o to, że w jednym z nich jest więcej po łacinie, czy też o to, że ojcowie korzystają ze starszych szat liturgicznych, ale właśnie o pewną sztukę celebrowania (ars celebrandi). Skłony, sposób poruszania się, wykonywania gestów, a nawet takie szczegóły jak trzymanie kadzielnicy: wszystko z pewną świadomością tradycji, największą starannością, zamknięte w powtarzalnym szablonie rytu – jednak bez nieautentycznej ekstazy, jakiegoś publicznego okazywania prywatnych uniesień, ale z prawdziwym wewnętrznym spokojem. Było to coś, co z całą odpowiedzialnością nazwać mogę „zmysłem liturgii” czy też, za Benedyktem XVI, „Duchem liturgii”.

Nasuwa się w tym miejscu pytanie, czym charakteryzuje się to tynieckie podejście (a przynajmniej takie, jakie zaobserwować można w Tyńcu), którego ze świecą szukać w większości polskich kościołów (bo daleki jestem od twierdzenia, że nie ma takich miejsc)? W mojej ocenie jest to podejście do rytuału (nie do księgi liturgicznej, ale do rytuału samego w sobie), które w tym najstarszym polskim opactwie nie charakteryzuje się bylejakością czy też nonszalancją.

Nowa jakość niechlujności

O bylejakość i nonszalancję nie kruszyłbym kopii (aż tak), gdyby wynikała ona z lenistwa, braku chęci czy nawet „roztrzepanego” charakteru pojedynczego celebransa – bo tak też się zdarza. To pierwsze jest wadą, nad którą można (i trzeba) pracować. Dzisiaj chciałbym skupić się jednak na nowej „jakości” bylejakości w odniesieniu do liturgii.

Owa innowacyjna, zmodyfikowana formuła to bylejakość w pełni intencjonalna. Pewnie teraz niektórzy z Was zachodzą w głowę, jak to możliwe, by celowo robić coś byle jak. Odpowiedź jest prosta – w ocenie celebransów, którzy taką postawę wykazują, to wcale nie bylejakość, ale właśnie nowa jakość liturgii, podejście wręcz nowatorskie. Jest to niechlujność namaszczona, kontemplacyjna – wynikająca z głębokiego przekonania, uświęcona celem.

Historie z życia wzięte

Gdyby spróbować podać przykłady, w każdym wypadku będzie nam bardzo trudno, ponieważ nie odnosimy się do łamania określonych przepisów, ale do czegoś mniej wymiernego – postawy serca, podejścia do liturgii, wewnętrznego przekonania. Wysunięcie konkretnych przypadków, w których powyższa tendencja się uobecnia, nie jest jednak niemożliwe.

Nowa „jakość” bylejakości wyrażać się będzie we wszystkich zachowaniach na pierwszy rzut oka „luzackich”. Jest to pewna niechlujność w sprawowaniu liturgii – skłony wykonywane od niechcenia, chodzenie (a raczej „łażenie”) po prezbiterium bez ładu i składu, bez określonego toru, jakby się było na spacerze ze znajomymi. Do tego zamaszyste gesty przy ołtarzu, zawsze inne, zawsze niepowtarzalne. Wymachiwanie trybularzem (kadzielnicą) przypomina w tym wydaniu raczej rzucanie liny tonącemu niż obecne w rycie rzymskim okadzenia. (Kiedyś byłem świadkiem nawet tego, jak celebrans w geście nonszalancji cisnął kluczyk do tabernakulum na mensę ołtarzową). Księża biegający w albach nieprzepasanych cingulum – przypominający raczej arabskich szejków niż łacińskich celebransów. Do tego ciągła spontaniczność.

Taka niechlujność wyraża się także w przygotowaniu liturgii, na przykład w urządzeniu prezbiterium. W miejsce tradycyjnej symetrii, obecnej w liturgii zachodniej od wieków i w sposób naturalny kierującej wzrok uczestników ku centrum, pojawia się asymetria. Trzy świeczki po jednej stronie ołtarza, a gdzieś na ziemi, z boku, wazonik z kwiatami. Przed ołtarzem „naciapana” dekoracja. Na przykład kupa kamieni, na niej pluszowy baranek przysypany cierniami (lub też badylami, jak kto woli). Albo płótno niechlujnie rzucone przed ołtarzem czy nawet z niego zwisające (chyba miało symbolizować całun) – to sytuacje z życia wzięte. Wszystko to nazwalibyśmy współcześnie „artystycznym nieładem”.

Wreszcie przedmioty kościelne (paramenty). W tym „byle jakim” wydaniu kupuje się takie, by wyglądały na „owoc pracy rąk ludzkich” – aby były nieco niedoskonałe, może gliniane, jakoś zadrapane, często prostackie, ale na pewno nie obiektywnie piękne.

Duch czy litera?

Z tych wszystkich sytuacji, których nie sposób policzyć, możemy wyprowadzić kilka wspólnych zasad.

Po pierwsze, spontaniczność z uzasadnieniem teologicznym. Takie podejście wynika przede wszystkim z poczucia, że prawdziwa wiara to taka, która nie daje się w żaden sposób ograniczyć. Dochodzimy do obecnego w Kościele paradoksu ducha i litery. W końcu św. Paweł napisał: „On też sprawił, żeśmy mogli stać się sługami Nowego Przymierza, przymierza nie litery, lecz Ducha; litera bowiem zabija, Duch zaś ożywia” (2 Kor 3, 6).

Rzeczywiście na tej podstawie niektórzy mogą dojść do wniosku, że wiara zgodna z Chrystusowym duchem nie może być szablonowa, ujęta przez przepisy prawa, odrzucająca spontaniczność. I może im się wydawać, że cześć oddawana Bogu, zamknięta w ramach pewnego schematu jest nieautentyczna, ogołocona z dziecięcej szczerości i radości. Mówią więc: „To tylko smutne, puste rytuały, które nie niosą ze sobą prawdziwej, żywej relacji do Chrystusa”. Słyszałem tę formułkę wielokrotnie.

Podejście to często podszyte jest także złudnym poczuciem powrotu do korzeni, czyli do starożytności. Zastanówmy się – kiedy wiara chrześcijan była najżywsza, najbardziej autentyczna? Oczywiście w czasach najdawniejszych, czyli apostolskich. Zatem liturgię trzeba dostosować do subiektywnego przekonania o tym, jak to wyglądała ona w tamtych czasach. No a jak to było? Gliniane (lub co najwyżej drewniane) naczynia liturgiczne, jakieś luźne szaty z najprostszego materiału, no i oczywiście prawdziwa radość wczesnych chrześcijan, nieograniczona sztywnymi ramami prawa. Takimi poglądami odznaczają się nawet niektórzy biskupi.

Zobacz też:   Wszedłszy do nieba…

Z rytuałem do lamusa?

Czas porzucić sarkastyczny ton i wyciągnąć pewien wniosek. Wszystkie te zachowania sprowadzają się zasadniczo do jednej postawy – niechęci do wszelkiej maści rytuałów. Jest to wręcz swoisty rodzaj świętego (w subiektywnym przekonaniu) oburzenia wobec powtarzalności. Chęć bycia spontanicznym, nieszablonowym, wolnym od schematów i przepisów, wreszcie „byle jakim” w „dobrym” sensie.

Doskonale jednak wiemy, że rytuał wpisujący się w kulturowe sacrum nie znosi spontaniczności. Kocha powtarzalność, która stanowi jego konstytutywną cechę. Dostrzegamy tu, o czym już wielokrotnie pisałem, czas cykliczny, niemający końca w swoich pokrywających się fazach. Nie jest to, w odniesieniu do liturgii, bezcelowe czy też zbędne, ale ma wyższy cel – przekazywanie wiary. „Powtarzalność rytuału sprawia, że staje się on »przezroczysty«: skoro jest aż do bólu przewidywalny, łatwiej można od formy przejść do treści, jaką niesie” – piszą ojcowie cystersi Jan Strumiłowski i Grzegorz Brodacki na łamach portalu Christianitas (tekst przeczytać można tutaj).

W istocie chodzi tu o zatarcie wyraźnej granicy pomiędzy sacrum a profanum: wprowadzenie do liturgii pospolitej naturalności, codziennej niechlujności, zwyczajnych nawyków i zachowań. Należy jednak pamiętać, że dla sacrum naturalne jest co innego niż dla profanum. Takie działanie może być w dużej mierze podszyte niezrozumieniem liturgii.

Starożytność?

Jak już wyżej wspomniałem, postawa, o której mowa, często motywowana jest przez księży twierdzeniem, że tak wyglądała liturgia w pierwotnym Kościele. Jak w tym duchu uzasadnić fakt, że już przed edyktem teodozjańskim, a po edykcie tolerancyjnym, gdy kult chrześcijański zaczął być publicznie sprawowany, mówić możemy o istnieniu rozbudowanych (według możliwości) obrzędów i ceremonii? Mało prawdopodobne byłoby powstanie ich wszystkich w roku 313. Wyżej wspomniana teza nie ma żadnego pokrycia w faktach, a opiera się jedynie na opacznie pojmowanej tęsknocie do starożytności, natomiast u jej podstaw zauważyć można nic innego jak zwyczajną ignorancję.

Błędne sumienie

Dlaczego moim zdaniem taka postawa intencjonalnej bylejakości niesie za sobą tyle złego? Przede wszystkim, jest niezwykle toksyczna (pisałem o tym pośrednio m.in. w moim felietonie o rutynie w odniesieniu do liturgii w trzydziestym piątym numerze „Adeste”). Jak stwierdziłem wyżej, dużo lepiej byłoby, jakby taka postawa nie wynikała z przekonania, a jej przyczynę stanowiło na przykład lenistwo. Można by powiedzieć, że mamy tu do czynienia z niechlujnością w dobrej wierze, jednak skłaniam się ku innej teorii. Myślę, że bardziej odpowiada to modelowi błędnego sumienia. Przez to, że jest ono chore, błędne, nie może właściwie oceniać sytuacji i podejmować odpowiednich decyzji. „Bylejakość namaszczona” u swych podstaw będzie miała najprawdopodobniej rodzaj sumienia, którego badanie na długo zaniedbano. Dlatego też postawa ta jest niesamowicie trudna do wyrugowania. Możliwe byłoby to tylko w przypadku zmiany myślenia o liturgii i kulcie.

Niebezpieczeństwa

Zjawisko to niesie to za sobą bardzo konkretne niebezpieczeństwa. Przede wszystkim prowadzi do całkowitego zanegowania potrzeby rytualnego charakteru liturgii – w końcu wiernym stawia się za wzór relację do Boga nieograniczoną ramami, przepisami, drobiazgowymi wskazaniami. Przekłamuje to w pewien sposób nawet należytą interpretację Pisma Świętego (szczególnie zaś wyżej przytoczonego fragmentu 2 Kor 3, 6). Należy zawsze pamiętać, że przepisy prawa, te sztywne ramy są (w zwyczajnych okolicznościach) nośnikami prawdziwej wiary, miłości oraz intymnej relacji do Boga. Słowa św. Pawła stanowią jedynie ostrzeżenie przed skrupulantyzmem, lecz nie jest nim zwyczajne przestrzeganie rytualnych zasad.

Dalej, pociąga to ze sobą ryzyko podświadomego tworzenia własnych zasad – skoro podporządkowanie się narzuconemu przez autorytet Kościoła rytuałowi stanowi problem, a nasza religijność ma być jedyna w swoim rodzaju i całkowicie niepowtarzalna, to w dalszej perspektywie prowadzić może to do zanegowania nauczania Magisterium Kościoła. Na to, że rytuał kształtuje postawy, zwraca uwagę dr Paweł Grad z Christianitas w audycji Konwersatorium na antenie Polskiego Radia Lublin (można wysłuchać jej tutaj). Podkreśla, że liturgia z zasady jest pewną szczytową, wspólnotową formą podporządkowania się narzuconym, nadanym odgórnie ramom rytuału. Dlatego też należy nam powiedzieć, że podejście do kultu i sposobu jego sprawowania, nie jest i nie powinno być sprawą indywidualną, zależną od uczuć czy modelu pobożności. Ryt, nawet w tak prozaicznej, zdawałoby się, kwestii jak sposób celebracji, gwarantować ma ciągłą powtarzalność. To właśnie zapewnia uniwersalny, ponadczasowy charakter Kościoła i jego posługi.

Wreszcie, gdy mowa o bylejakości, zachodzi pewna sprzeczność, której nie potrafię w żaden sposób wytłumaczyć. Z jednej strony chcemy mieć silną, dojrzałą wiarę, a z drugiej – by to osiągnąć, świadomie wprowadzamy do liturgii bylejakość. Nie ma w tym, w mojej ocenie, żadnej spójności. Nie można być stałym i autentycznym w duchu, a byle jakim i niechlujnym na zewnątrz. Jest to istota starej zasady lex orandi – lex credendi.

Zakończenie w podniosłym tonie

Pisał będę to w nieskończoność: pewności mogę nie mieć, ale jednak jestem głęboko przekonany, że gdy Pan Jezus mówił o wierności w małych rzeczach, adresował to także do osób, które sprawują liturgię. W niniejszym tekście mowa o sprawach naprawdę małych, bo o samej intencji, podejściu, postawie serca. Nie pozostają one jednak bez znaczenia.

Apeluję do księży odpowiedzialnych za sprawowanie kultu – proszę, nie bądźcie nonszalantami w prezbiterium, nie uprawiajcie kultu spontaniczności, nie bądźcie byle jacy, bo przez to Wasze owce wezmą z Was przykład. Niechlujność w odniesieniu do czci, jaką winni jesteśmy Bogu, wydaje się całkiem poważną sprawą – tym bardziej, gdy jest świadoma i dobrowolna.

Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy pracownik określonej firmy wykonywałby swoje obowiązki w sposób niedbały, motywując to wyższym celem – strachem przed rutyną czy też brakiem poczucia autentyczności pracy. Byłby to dla mnie szczyt prawdziwej przewrotności. Dlaczego zatem takie podejście jest popularne w odniesieniu do liturgii? Wrócę do tego, co napisałem na początku – tak, tekst ten stanowił wyraz głębokiego rozczarowania. Nie rozumiem i nadal nie będę w stanie zrozumieć, dlaczego liturgii nie traktuje się poważnie. W niej właśnie łączy się cały Kościół i wychwala swojego Zbawiciela, a jego modlitwa nabiera znaczenia wręcz kosmicznego, wykraczającego poza nasze rozumienie czasu i przestrzeni. Tutaj dzieją się największe cuda w całym Wszechświecie. Czy byle jakie podejście do takiej rzeczywistości jest dobrym pomysłem?

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

4 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.