adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Sztuka liturgicznego bon tonu

magazine cover

unsplash.com

Czy wobec liturgii można zachować się niekulturalnie? To zagadnienie nie jest abstrakcyjne, ale stanowi realny problem. Czym więc przejawia się liturgiczny bon ton?

W życiu cenimy sobie ludzi, którzy swoim zachowaniem przejawiają szeroko pojmowaną kulturę. Możemy nazywać to bardzo różnie – bon ton, savoir-vivre, Kinderstube – ale trudno się nie zgodzić, że umiejętność taktownego, kulturalnego zachowania się w każdej sytuacji jest nadal w cenie. Czy taka kultura odnosi się do życia Kościoła, a tym bardziej – do szczególnej jego sfery w tym życiu, czyli liturgii? Tej, w której cały Kościół rytualnie staje przed Bogiem i w świętych obrzędach obcuje z nim w sposób sakramentalny? Niniejszy felieton chciałbym poświęcić zatem odpowiedzi na pytanie: czy wspólnota sprawująca liturgię może wykazać się szczególną kulturą celebracji oraz czy brak takowej kultury niesie ze sobą jakieś negatywne konsekwencje? Mówiąc kolokwialnie – czy można w celebrowaniu liturgii okazać się niewychowanym, niekulturalnym albo wręcz chamskim?

Czy istnieje liturgiczny bon ton?

Można by rzec, że potrzeba zachowania kultury osobistej jest całkiem zrozumiała – żyjemy w społeczeństwie i we wszystkim liczy się nie tylko dobro jednostki, ale także coś, co funkcjonuje pod pojęciem dobra wspólnego. Jakby powiedzieli rzymscy prawnicy (oni ten bon ton rozumieli de facto jako zasadę prawa): „honeste vivere, alterum non laedere […]” (żyć cnotliwie, drugiemu nie szkodzić). Idąc tym tropem, pewna kultura życia uczciwego i życzliwego dla innych nie jest sztuką dla sztuki. Pozostaje raczej sposobem cnotliwego, słusznego postępowania, czyli zachowywania się tak, jak trzeba – z szacunkiem do drugiego człowieka oraz poszanowaniem wykształconych przez społeczeństwo obyczajów. Tak przedstawia się rzeczywistość, codzienne życie.

Wspólnota Kościoła – piszę to przecież głównie do katolików – jest szczególną przestrzenią naszego życia, a kult Boży, czyli liturgia, stanowi pewną wyjątkową jego sferę. Niewątpliwie należy ona do istoty życia Kościoła (co też starałem się przedstawić w moim poprzednim felietonie). Postanowiłem pewnego razu podjąć refleksję nad tym, czy (i jeśli tak, to w jaki sposób) liturgiczne życie Kościoła także domaga się od człowieka pewnego rodzaju kultury osobistej. Oczywiście myślę, że rozumienie słów bon ton, savoir-vivre czy też Kinderstube należałoby w tym wypadku odpowiednio dostosować, ponieważ i te liturgiczne „konwenanse” są jakby „nie z tego świata” i charakteryzować się będą pewnymi szczególnymi cechami. Nie można jednak odmówić celebracji liturgicznej potrzeby zachowania pewnej kultury, ponieważ jako taka jest ona wspólnotowa już z definicji (liturgia – „czyn publiczny”).

Sztuka celebracji

Kultura celebracji liturgicznej, o której napisałem wyżej, z pewnością jest sztuką (nazywaną właśnie ars celebrandi), bo wymaga od człowieka nie tylko wyjścia ze schematów tworzonych przez rubryki i inne przepisy liturgiczne, ale przede wszystkim ich interpretacji. Można powiedzieć, że w odwiecznym sporze zwolenników ducha i litery, to właśnie ars celebrandi jest bezpieczną drogą, złotym środkiem pozwalającym na celebrację liturgii poprawnie, na najwyższym poziomie, z zachowaniem nieskażonego jej ducha. Liturgiczna kultura, kultura celebracji powinna być w całej swojej rozciągłości przepełniona duchem liturgii. Działa to też w drugą stronę – dzięki temu właśnie, że sztuka celebracji zachowa wysoki poziom, obrzędy liturgiczne sprawowane w kościele będą emanowały tym duchem (o co, wbrew pozorom, nie jest wcale tak łatwo). Liturgiczny savoir-vivre to często kwestia szczegółów, maleńkich „smaczków”, które będą wyrazem kultury celebransa i reszty wspólnoty przy celebrowaniu świętych obrzędów. Jednocześnie staną się przez to znakiem szacunku do samego Boga, na którego chwałę sprawowana jest w kościołach liturgia.

Przenieśmy teraz te abstrakcyjne rozważania na bardzo konkretny grunt: postaram się sformułować kilka prostych zasad, które powinny charakteryzować ową sztukę celebracji. Z pewnością nie będzie to wyliczenie wyczerpujące, jednak chciałbym wskazać moim zdaniem te najważniejsze zasady. Będą to idee, które powinny przyświecać wspólnocie Kościoła w celebracji świętych obrzędów, aby można było powiedzieć, że da się w niej odczuć zachowanie pewnego liturgicznego savoir-vivre. Chciałbym to uczynić w kluczu „apologetycznym”, czyli mając w głowie te negatywne przykłady „niekulturalnego” podejścia do liturgii, które niestety bywa częste.

Zwróćcie się ku Panu

Pierwsza reguła dotyczy samej istoty kultu Bożego, jako że owa ars celebrandi powinna tę istotę wyrażać. Liturgia jest i musi być z natury teocentryczna – Bóg powinien stać w środku, być najważniejszym punktem odniesienia. Sprawując kult, Kościół musi mieć przede wszystkim świadomość, na czyją chwałę to czyni. Bardzo porusza mnie invitatorium z tradycyjnej jutrzni za zmarłych (officium defunctorum wg Breviarium Romanum): „Przyjdźcie, uwielbiajmy Pana, dla którego wszystko żyje”. Wspaniale obrazuje to ten wektor liturgicznej modlitwy Kościoła, w której Bóg jest jedynym sensem. Zwracamy się do Niego pełni wdzięczności za otrzymane dobrodziejstwa (to jest właśnie to liturgiczne katabasis, nurt zstępujący) – w wypadku powyższej modlitwy jest to właśnie dar życia, który pojmować możemy bardzo szeroko, wliczając w to także życie nadprzyrodzone, sakramentalne.

Bóg musi stać w centrum liturgicznej modlitwy Kościoła – a dla pewnej kultury i sztuki celebracji nie jest to bez znaczenia. Przepisy czasem pozostawiają dowolność w pewnych sferach (chociaż niektórzy traktują dowolnie i miejsca szczegółowo uregulowane) i wówczas, czyniąc cokolwiek, celebrująca wspólnota musi mieć na uwadze istotę liturgii. Żaden akt liturgiczny nie może być oderwany od wektora ciągłego zwracania się ku Bogu.

Bóg odstawiony na bok

Paradoksalnie, można wciąż mówić o Bogu, ale w małych gestach odstawiać go na bok. Niektórzy powiedzą, że to tylko małe, nieistotne szczegóły, ale to nieprawda – wszystko w liturgii ma znaczenie, nawet gdy jest dla człowieka na pierwszy rzut oka nieistotne. Przykładem takich małych gestów w mojej ocenie pozostaje kwestia ustawienia krzyża ołtarzowego. W liturgii tradycyjnej wyjścia nie ma – krzyż ołtarzowy jest kierunkiem zwrócenia się całej wspólnoty, wyznacza niejako ten symboliczny wschód, stojąc na środku, będąc kierunkiem naszej modlitwy i dążeń. Problem pojawia się w nowym porządku mszy, gdzie to ustawienie krzyża ołtarzowego jest w przepisach liturgicznych ujęte dość dowolnie – ma stać na ołtarzu lub obok niego (OWMR 308).

Jak wiemy, ów krzyż często stoi gdzieś z boku. Najprawdopodobniej spowodowane jest to kierunkiem celebracji versus populum (naprzeciw ludu). Rzeczywiście zauważa się czasem niechęć księży proboszczów do postawienia krzyża na środku, niejako w obawie, że krzyż przysłoni cokolwiek z akcji liturgicznej, w tym celebrującego kapłana. Mocny argument przeciwko temu postawił kard. Ratzinger (Duch liturgii, 2002, s. 77): „Do prawdziwie absurdalnych zjawisk ostatnich dziesięcioleci zaliczam fakt, że krzyż odstawiany jest na bok, aby nie zasłaniał kapłana. Czy krzyż przeszkadza Eucharystii? Czy kapłan jest ważniejszy od Chrystusa? Ten błąd należy naprawić możliwie jak najszybciej […] Punktem odniesienia jest Pan. On jest wschodzącym światłem historii”.

Na przykładzie słów przyszłego papieża można zauważyć, jak w takich szczegółach wyraża się pewna kultura celebracji liturgicznej. Przepisy nowej liturgii wcale nie wspominają, w którym miejscu dokładnie należy ustawić krzyż ołtarzowy, więc zdawałoby się, że to ustawienie jest dowolne. Nie jest to jednak prawda – ukazuje to kard. Ratzinger, kwalifikując ustawienie krzyża ołtarzowego z boku jako „błąd, który należy naprawić możliwie jak najszybciej”. Coś z pozoru zgodnego z przepisami liturgicznymi może stanowić błąd. Wniosek płynący z tej pierwszej zasady jest prosty: nic, w czego obrębie przepisy pozostawiają jakąkolwiek dowolność, nie może sprzeciwiać się teocentrycznemu duchowi liturgii i stawiać w środku celebracji kogokolwiek innego niż Boga. Dotyczy to wszelkich gestów i aktów liturgicznych, samego poruszania się po prezbiterium, czy nawet sposobu mówienia. Nikt, kto wypełnia jakąkolwiek funkcję liturgiczną, nie może być aktorem zwracającym na siebie uwagę, ale ma za zadanie skupiać umysły zebranych wiernych na kontemplacji Bożych tajemnic.

„Potrzeba, aby On wzrastał, a ja się umniejszał…” (J 3, 30)

Ars celebrandi jest więc sztuką ciągłego badania, jak liturgiczną celebrację kierować wciąż ku Bogu. Można powiedzieć, że w kulturze celebracji wyrażać się będzie pewna kultura osobista, zakładająca ogromną dawkę pokory. Ta sztuka odprawiania świętych obrzędów jest ciągłym szukaniem nie samego siebie, lecz Boga, i dążeniem do Jego wywyższenia.

Myśl tę kontynuuje wspomniany wyżej kard. Ratzinger (dz. cyt, s. 176): „Jeśli w Liturgii oklaskuje się ludzkie dokonania, to jest to zawsze ewidentny znak tego, iż całkowicie zagubiono istotę liturgii i zastąpiono ją rodzajem religijnej rozrywki”. Nie chodzi oczywiście tylko o dosłowne oklaskiwanie, ale o postawę serca, stawiającą człowieka w centrum, na piedestale. Jak widać, to właśnie ten wspomniany paradoks – można wciąż mówić o Bogu (w końcu modlitwy mszalne wciąż są takie same), ale uczynić Go tłem dla człowieka i jego osiągnięć. Stanowi to ogromne niebezpieczeństwo dla wspólnoty Kościoła. Na straży stoi tu rytuał i owa ars celebrandi, która naszą liturgiczną modlitwę powinna wciąż kierować na Boga.

Zobacz też:   Dwa oblicza młodości

Liturgia wspólnoty…

Liturgia jest taką przestrzenią życia Kościoła, która pozostaje wspólnotowa w najpełniejszy sposób. W świętych obrzędach uczestniczą także zastępy aniołów i świętych, które z nami uwielbiają Boga (warto przypomnieć sobie zakończenie prefacji w tradycyjnej liturgii rzymskiej, które wylicza te zastępy aniołów: „Przez którego Twój majestat chwalą Aniołowie, uwielbiają Państwa, z drżeniem czczą Władze, Niebiosa i ich Moce, i błogosławieni Serafinowie…”). Ten wspólnotowy charakter wynika też ze wspomnianego przeze mnie greckiego źródłosłowu terminu „liturgia” – jest to nic więcej jak „czyn publiczny” – w nim jednoczymy się jako Kościół we wspólnym działaniu.

To kolejny istotowy element liturgii, na który chciałbym zwrócić szczególną uwagę. Do Boga zwraca się w liturgicznej modlitwie cała wspólnota Kościoła – i jest to druga zasada kultury celebracji. Co ciekawe, ta reguła częściowo stoi na straży pierwszej – nie pozwala, aby w liturgii eksponować interesy jednostki. Z drugiej strony, jest też ograniczona przez pierwszą zasadę – wspólnotowy charakter liturgii nie może sprowadzić jej do celebracji wspólnoty – wciąż wektor zwraca się do Boga, któremu jako wspólnota Kościoła, wdzięczna za otrzymane dary, oddajemy cześć.

…a nie „wspólnotki”

Przez pryzmat tej drugiej zasady dostrzegamy kolejne niebezpieczeństwo, które rodzi się, gdy liturgię celebruje się bez kultury. Jest nim podporządkowanie świętych obrzędów interesowi konkretnej „wspólnotki” (celowo używam zdrobniałego, ironicznego sformułowania dla ukazania kontrastu tejże „wspólnotki” ze wspólnotą Kościoła). Wychodzi on na jaw zawsze, gdy konkretna grupa duszpasterska zechce dopasować liturgię do swoich upodobań. Przykładowo wybierze taką muzykę, która subiektywnie podoba się jej członkom (bez poszanowania wskazań Kościoła w tym zakresie). Możliwe, że z racji określonej „partykularnej” okoliczności wybierze taki formularz mszy, którego w tym dniu nie wolno wybrać – ale zrobi to, bo „im pasuje”, czyli zlekceważy przepisy liturgiczne w celu zbudowania „ciepłej atmosfery”. Taką „wspólnotką” może być zarówno grupa sympatyków zespołu charyzmatycznego, jak i cała parafia podporządkowana preferencjom konkretnej grupy duszpasterskiej (tak, takie sytuacje też się zdarzają).

Taka postawa niezgodna jest z poprawnym rozumieniem wspólnoty Kościoła partykularnego w Kościele powszechnym. Owszem, wspólnota partykularna jest bardzo istotna w naszej przynależności do Kościoła, ale musi ona pozostawać w jedności ze wspólnotą powszechną. Uwypuklenie interesów jakiejś grupki będzie zazwyczaj konsekwencją tego, że to nie Bóg, ale konkretny człowiek stoi w centrum – jego osobiste upodobania, preferencje, itd.

Nie ma znaczenia, co się komu podoba

Parę przykładów dla ilustracji. Nie ma znaczenia, że jakiś ksiądz nie przepada za chorałem gregoriańskim – jest to „własny śpiew liturgii rzymskiej” (KL 116) i należy przyznać mu w liturgii należne miejsce, niezależnie od preferencji pojedynczego księdza, czy nawet kilku osób pozostających pod jego wpływem. Nie ma znaczenia także to, że jakiś kapłan uważa słowa którejś modlitwy w mszale za przestarzałe lub nieadekwatne i twierdzi, że w zmienionej formie lepiej trafiłby do wiernych. Nie liczy się również to, czy subiektywnie podoba mu się jakaś modlitwa. Gdyby cokolwiek w niej zmienił z powodu własnych upodobań czy przekonań, zgrzeszy, bo sprawuje liturgię niezgodnie z wolą Kościoła. Nie ma znaczenia, że konkretnej pani bardziej podoba się jakaś wymyślona, skoczna melodia psalmu responsoryjnego – jeżeli zachodzi uzasadniona wątpliwość, że nie odpowiada ona powadze liturgii, nie można wykorzystać jej w czasie celebracji.

Kościół nie może kierować się w przygotowaniu i sprawowaniu liturgii tym, co poszczególnym osobom się o niej wydaje. To często nowinki wynikające z chorego i wypaczonego, indywidualistycznego pojmowania kultu. Papierkiem lakmusowym sztuki celebracji powinna być tradycja i zwyczaje Kościoła. Nie można traktować ich jak reliktu przeszłości – tradycja to bardzo ważny element wspólnotowego życia Kościoła. Musimy wyzbyć się czysto temporalnego rozumienia wspólnoty. Kościół, którego jesteśmy częścią, to ten sam Kościół, który założył Chrystus. Ten sam Kościół, którym kierowali Apostołowie. Ten sam Kościół, do którego należeli (i wciąż należą!) św. Augustyn, św. Benedykt, św. Tomasz z Akwinu, św. Jan od Krzyża, św. Jan Paweł II. Do tego samego Kościoła będą należeć następne pokolenia katolików. Podejście temporalne (czyli: „dla nas istotny jest ten Kościół, który jest teraz, NASZ Kościół”) to rozumienie egoistyczne – odcinające się od tradycji. Jest ona, jak to przedstawia dr Paweł Grad, specyficznym językiem umożliwiającym komunikację między członkami jakiejś wspólnoty (por. Grad P., O pojęciu tradycji, 2017).

Wróćmy do głównego wątku. Tradycja jest istotnym składnikiem tej właśnie ars celebrandi. Celebracja świętych obrzędów zawsze musi uwzględniać tradycję liturgiczną i mieć ją w poszanowaniu. Jest to też konkretna możliwość, gdy przepisy liturgiczne pozostawiają lukę w jakiejś materii. W takiej sytuacji należałoby myśleć najpierw o takich rozwiązaniach, które mają uzasadnienie w tradycji. Spójrzmy na przywołany wyżej przykład ustawienia krzyża ołtarzowego – ustawienie centralne jest najlepsze (jak wskazał kard. Ratzinger) nie tylko ze względu na swój teocentryczny charakter, ale także z powodu swojej tradycyjności – takie ustawienie krzyża ołtarzowego należy do tradycji nie tylko wszystkich rytów zachodnich, ale także i wschodnich.

Rytuał

Trzecia zasada jest bardzo prosta i nie będzie wymagała tak długiego rozwinięcia jak dwie poprzednie. Celebracja liturgiczna to rytuał i jako rytuał musi być rozumiana. O tej zasadzie piszę, ponieważ obecnie wielu ona się nie podoba. Liturgię próbuje się wulgaryzować i profanować (nie w znaczeniu profanacji – znieważenia, ale raczej na zasadzie profanacji – siłowego wciągnięcia czegoś do sfery profanum). Człowiek współcześnie próbuje ów rytuał zanegować, wyprzeć (mimo tego, że wciąż bardzo go potrzebuje). Rytualne podejście do celebracji to tak naprawdę umiejętność posługiwania się idiomatycznym językiem liturgii, świadomość pewnego systemu, jaki tworzą wszystkie elementy danego rytu. Rytualizm w sprawowaniu kultu jest bardzo ważnym elementem kultury i sztuki celebracji. Wykonując wszystkie gesty, wypowiadając słowa, należy czynić to w spójności z całym rytem, w sposób ściśle rytualny. Ars celebrandi zakłada sprawowanie liturgii zgodnie z pewną logiką danego rytu.

Wnioski

Czy sprawowanie liturgii może być sztuką? Z pewnością, ale trzeba chcieć, żeby była ona sztuką. Kultura celebracji wymaga od człowieka osobistego zaangażowania i przekonania, że sprawowanie liturgii nie jest przykrym obowiązkiem, ale ogromnym przywilejem, jaki Kościół posiada. Potrzeba świadomości, że liturgia pozostaje „źródłem i szczytem” jego życia (moje rozważania na ten temat zawarłem w kwietniowym wydaniu „Adeste”). Na pewno potrzeba ku temu formacji liturgicznej – zarówno kandydatów do kapłaństwa, jak i świeckich. Należy uwrażliwiać ich na te sprawy i „otwierać” na zrozumienie liturgicznych „smaczków”. W nich zawiera się sztuka oraz kultura celebracji, które niosą ze sobą liturgicznego ducha.

Czy sprawowanie liturgii musi być sztuką? Odpowiadając na to pytanie, należy uświadomić sobie, że nie jest to „sztuka dla sztuki”, ale służąca konkretnym celom. Celem takiej kultury nie jest „podniosłość”, którą ma czuć ksiądz celebrujący liturgię. Wszystkie liturgiczne znaki i gesty służą podwójnemu, nadprzyrodzonemu celowi: chwale Bożej i uświęceniu wiernych. Jako wspólnota powinniśmy dążyć do tego, aby kult był sprawowany z największym pietyzmem, bo jest to nasze uwielbienie wobec Boga. Po wtóre, sprawując liturgię bez kultury, szkodzimy całej wspólnocie, do której liturgiczne znaki nie przemówią tak wyraźnie i nie przekażą „ducha liturgii”.

To jest właśnie podstawowy mój zarzut, który tak często podnoszę wobec księży celebrujących bez kultury, często porzucających wszelką kulturę liturgiczną. Taplają się oni w bagnie liturgicznej bylejakości i często wciągają do niego za sobą także wiernych. Taka postawa bezpośrednio szkodzi Kościołowi. Często taką liturgiczną miałkość i celebrowanie bez sztuki duchowni próbują usprawiedliwiać mitycznymi „racjami duszpasterskimi”. Odpowiadam twardo – nie. Żadna racja duszpasterska nie stoi za porzucaniem kultury sprawowania kultu. Jest to nie racja duszpasterska, ale bardziej racja duszpasterza – jego własne widzimisię, a nie dobro Wspólnoty Kościoła.

Czy to konieczne? Czy ars celebrandi musi towarzyszyć liturgii? Nic nie jest konieczne, a w Chrystusie jesteśmy wolnymi ludźmi. Czy jednak w naszej wierze powinniśmy ograniczać się do wszystkiego, co konieczne, i mając świadomość pewnych spraw, zaniedbywać je, „bo to nie jest konieczne”? Sapienti sat.

Skróty:
OWMR – Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego.
KL – Sobór Watykański II, Konstytucja o Liturgii Świętej Sacrosanctum Concilium. 

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.