adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Szaty liturgiczne – piękno czy tandeta?

magazine cover

unsplash.com

Z pewnością dla wszystkich wiadome jest, że podczas mszy świętej celebrans i asysta nakładają specjalne szaty. Czy wszyscy wiemy jednak, w jakim celu je nakładają oraz co oznaczają i czemu służą poszczególne paramenty liturgiczne? Zachęcam do lektury mojego felietonu, w którym zgłębiam zagadnienia związane z szatami liturgicznymi.

Każdy chyba zna przysłowie, że to nie szata zdobi człowieka. Postąpię zatem nieco zadziornie i bezpośrednio, zadając pytanie: po co zatem Kościołowi szaty liturgiczne? Wydaje się, że skoro mowa o rzeczach zewnętrznych, szatach, odzieniu, to jest to kwestia subiektywna, podlegająca estetyce. Dzisiaj chciałbym przystąpić do szerokiego omówienia tematu szat w liturgii – zarówno od strony teoretycznej, jak i praktycznej.

Po co te szaty?

Na samym początku warto odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: po co w liturgii używa się szat liturgicznych? Zasadniczo trudno byłoby podać jednolitą odpowiedź, ponieważ szaty liturgiczne spełniają kilka funkcji, które z pewnością należy wymienić.

Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego w punkcie 335 jako główne przeznaczenie szat liturgicznych wymienia „zróżnicowanie funkcji”. Rzeczywiście, jest to aspekt najbardziej widoczny z zewnątrz: celebrans nosi ornat, diakon – dalmatykę, a na głowie biskupa znajduje się zdobna mitra. Dzięki szatom liturgicznym dostrzegamy, jaką funkcję pełnią poszczególne osoby obecne w prezbiterium. W ten sposób uroczyście sprawowana liturgia oddaje hierarchiczny charakter Kościoła.

Kolejnym powodem, dla którego osoby sprawujące liturgię noszą specjalne szaty, są podniosłość i godność świętych obrzędów. Większość liturgistów tłumaczy to – moim zdaniem bardzo zasadnie – analogią do obrzędów sprawowanych w Starym Przymierzu. Arcykapłan także z nakazu Bożego używał specjalnych szat do składania ofiar Jedynemu Bogu. O świetności tych szat możemy nie tylko snuć nasze domysły, ale także przeczytać, chociażby na stronach biblijnej Mądrości Syracha, gdzie w niezwykle poetycki sposób został opisany widok arcykapłana Szymona (Syr 50, 5-11):

„Jakże wspaniale wyglądał, gdy wracał do ludu,
przy wyjściu z Domu Zasłony.
Jak gwiazda zaranna pośród chmur,
jak księżyc w pełni w dniach świątecznych,
(…) Kiedy przywdziewał zaszczytną szatę
i brał na siebie wspaniałe ozdoby,
kiedy wstępował do ołtarza Pana,
napełniał chwałą obręb przybytku”.

Dlatego też istnienie pięknych szat tym bardziej przynależy obrzędom liturgicznym, w tym mszy świętej jako Ofierze Nowego Przymierza, ponieważ jej waga jest wiele razy większa od wszystkich ofiar Starego Testamentu, które w niej znalazły swoje dopełnienie.

Symbol

Nie bez znaczenia jest także symbolika, jaką niosą ze sobą szaty liturgiczne. Wprawdzie każdej z nich przypisano osobne znaczenie ukryte, ale warto wspomnieć o znaczeniu wszystkich szat razem. Można znaleźć tu analogię do zbroi Bożej, którą święty Paweł opisuje w Liście do Efezjan (Ef 6, 10-20). Szaty liturgiczne mają więc przypominać o potrzebie walki z grzechem.

Szczególne znaczenie symboliczne mają też szaty celebransa i najbliższej asysty, która nakłada ich więcej niż większość innych usługujących, w tym, w zamyśle, zdobione szaty wierzchnie. Wbrew pozorom jest to zachęta nie do wywyższenia, ale pokory – do zakrycia swej grzesznej osoby i odziania się w Bożą chwałę, w samego Chrystusa. Nie bez powodu celebransa podczas mszy określa się mianem alter Christus (drugi Chrystus).

Co składa się na Bożą zbroję?

Po omówieniu ogólnej symboliki szat warto wymienić i scharakteryzować te najbardziej podstawowe. W poniższym akapicie skupię się na szatach używanych przez celebransa i asystę podczas mszy świętej. Te informacje będą też przydatne do zrozumienia dalszej części mojego felietonu.

Ornat, dalmatyka, stuła, manipularz

Zacznę od ornatu, dość widocznego i rozpoznawalnego, ponieważ jest to wierzchnia szata celebransa. Może on mieć różne kroje – od różnorakich krojów gotyckich (stożkowych, semigotyckich, czy tzw. monastycznych), które przyjmują, w dużym uproszczeniu, formę obszernej szaty bez rękawów z otworem na głowę, poprzez ornaty wczesnobarokowe (tzw. krój św. Filipa Neri i św. Karola Boromeusza), aż po ornaty barokowe, nazywane „skrzypcowymi” (także w różnych odmianach – np. włoskiej, francuskiej, hiszpańskiej, niemieckiej). Ornat niesie symbolikę jarzma, które nałożone jest na celebransa, o czym wspomina modlitwa przy jego zakładaniu: „Panie, który powiedziałeś: »Jarzmo moje jest słodkie, a ciężar lekki«, daj, ażebym mógł je tak dźwigać, żeby zasłużyć na łaskę Twoją. Amen”. Jako że ornat jest szatą wierzchnią, powinien być zgodnie z tradycją wykonany z materiału ozdobnego – np. adamaszku, mory lub żakardu, o czym świadczy także używana od wieków polska nazwa, pochodząca od łacińskiego przymiotnika ornatus (ozdobiony, ozdobny). 

Warto wspomnieć także o szacie wierzchniej diakona, jaką jest dalmatyka. Pochodzi ona od rzymskiej tuniki, szaty sługi. Noszący ją diakoni usługują celebransowi, dlatego też dalmatyki w swojej głównej tkaninie oraz zdobieniach powinny pasować do ornatu. Bardzo podobna do dalmatyki (do tego stopnia, że przez pewien czas szyto je bez żadnego rozróżnienia) jest tunicella, którą na mszach w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego nakłada subdiakon. Warto wspomnieć, że dalmatykę (a także tunicellę – w NFRR) na uroczystej mszy pod ornatem nosi biskup. Takie ułożenie szat wskazuje na pełnię święceń kapłańskich, które posiada.

Pod ornat (lub w przypadku diakona – pod dalmatykę) kapłan nakłada stułę, która w nowej liturgii opuszczona jest prosto, zaś w starszej formie rytu zostaje skrzyżowana na klatce piersiowej. Diakon także nakłada stułę skrzyżowaną (spiętą z prawego boku). Jest to podłużny pas materiału (w niektórych krojach rozszerzony na końcach), z naszytymi trzema krzyżami – na środku i końcach. Symbolizuje szatę zbawienia (stola salutis).

W nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego używa się także manipularza, który przypomina wyglądem krótką stułę. Pochodzi od chusty, której starożytni Rzymianie używali do ocierania potu. Tak też nabrał symboliki pracy i trudu kapłańskiej posługi.

Alba, humerał i cingulum

Szatą wspólną dla wszystkich posługujących (jak też głosi Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego w punkcie 336) jest albadługa, biała szata z wąskimi rękawami, wkładana przez głowę. Tradycyjnie jest wykonywana z materiału płóciennego, np. lnu. Symbolizuje czystość duchową. Albie niejako przynależą dwie mniejsze szaty: humerał i cingulum (pasek).

Humerał jest białą, płócienną chustą, którą owija się pod szyją, pod albą. Symbolizuje hełm zbawienia (dawniej noszono go także jako nakrycie głowy, co wciąż praktykują zakonnicy), ale ma też znaczenie praktyczne – chroni albę przed potem i okrywa codzienny strój celebransa lub posługujących. W odnowionej liturgii jego noszenie obowiązkowe jest zawsze, gdy alba nie okrywa dokładnie zwykłego stroju pod szyją (por. OWMR, pkt 336).

Cingulum to sznurek (często zakończony chwostami) służący do przewiązania alby. Może być biały albo w kolorze szat wierzchnich. Wiąże się go w okolicy bioder i dlatego symbolizuje on czystość na poziomie seksualnym, cielesnym. Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego (w punkcie 336) nakazuje jego użycie zawsze, gdy alba nie przylega do ciała. W tradycyjnych rytach cingulum jest obowiązkowe.

Koniec?

Wymieniwszy podstawowe mszalne szaty liturgiczne, mógłbym postawić tu kropkę, bo wydawałoby się, że temat skończony. Otóż według mnie jest zupełnie inaczej. Niestety, paramentyka liturgiczna (czyli praktyczna dziedzina liturgiki, zajmująca się m.in. szatami liturgicznymi) jest bardzo zaniedbana, co wbrew pozorom ma ogromny wpływ na wygląd liturgii i pobożność.

Liczy się jakość

Oprócz tego, że ważne, aby szaty w ogóle były, powinny one być również wysokiej jakości. To ma być rzeczywiście szata, a nie, mówiąc dosadniej, sz[m]ata. Szaty liturgiczne powinny być rzeczywiście piękne i wykonane z drogocennych materiałów. Dawniej dekrety Świętej Kongregacji Obrzędów bardzo dokładnie opisywały materiały dopuszczone do produkcji szat liturgicznych – były to tkaniny drogie, szczególnie, gdy mówimy o szatach wierzchnich, które były przeważnie szyte ze zdobionego, wzorzystego jedwabiu (dopuszczano tzw. szaty półjedwabne, na bawełnianej podszewce) – wszystko po to, aby używane ornaty, dalmatyki itd. były jak najwyższej jakości i odpowiadały powadze tak wielkiego misterium. 

Jakiś czas temu napisałem felieton o transmisjach mszy świętej, w którym przywołałem słowa Dyrektorium Konferencji Episkopatu Polski w sprawie celebracji Mszy świętej transmitowanej przez telewizję w sprawie celebracji wzorcowej. Dokument wypowiada się bardzo dosadnie nie tylko o mszach transmitowanych, ale o liturgii w ogóle: „Świętość misterium wymaga, aby szaty były czyste, schludne, dobrze dopasowane i spełniające obiektywne kryteria piękna” (pkt 51).

Jak jest? Wystarczy przejść się do kilku parafii i zobaczyć. W użyciu są takie rzeczy (celowo unikam słowa „szata”, bo to niczym szat nie przypomina), które bynajmniej nie odpowiadają powadze liturgii ani nie mogłyby stanowić dzieła krawieckiego rzemiosła. Ornaty (i dalmatyki) z gładkich tkanin z elany (materiału z przetopionych butelek), z jakąś tandetną taśmą lub pasem z krzyżem to standard w większości parafii. Ale cóż, elana to wierzchołek góry lodowej. Najgorszy jest tandetny, błyszczący brokat. Oczywiście – złoty. Coś było w tym „złotym, a skromnym” w Klerze u Smarzowskiego. Nie wiem, czy jest to wykwit mentalności rodem z PRL-u, kiedy takie sztuczne złoto mogło kojarzyć się z dobrobytem… Rzeczywiście, z daleka może trochę przypominać te najdroższe, metalizowane tkaniny brokatowe, ale nie. Ten kapie nie bogactwem, lecz kiczem i tandetą. W dotyku przypomina ceratę na stół, ale ja nawet w takim charakterze nie chciałbym go widzieć. Przepisy liturgiczne pozwalają na wykorzystanie złotych szat, jeśli są wykonane „przed laty” (a więc, według dawnych zasad – które stanowią, że za szatę złotą lub srebrną uznaje się taką, której główny materiał uzyskano z użyciem metalowych nici). Do takich nie należą współcześnie szyte ornaty z błyszczącej ceraty.

Zobacz też:   Pionierka informatyki w habicie – s. Mary Kenneth Keller BVM

Mitologia

W odniesieniu do szat liturgicznych funkcjonuje bardzo wiele mitów, szczególnie wśród duchowieństwa. Nie wiem, czy wiecie, ale w niektórych parafiach w ogóle nie ma humerałów (albo jest jeden, który wyciąga się, jak przyjedzie biskup). Księża myślą, że jak nałożą albę ze stójką albo tzw. golfem, to humerał już nie jest potrzebny. Rzeczywiście, tak być może, ale nie musi. Wystarczy popatrzeć na zdjęcia z różnych celebracji – spod tych stójek wciąż wystają kołnierzyki od koloratek. Gdy takiemu księdzu powie się, że alba nie okrywa dokładnie zwykłego stroju pod szyją i ten powinien, zgodnie z przepisami, założyć humerał, można usłyszeć pierwszy mit: że go nie założy, bo „chyba by się udusił”. A przepisy stanowią jasno: „gdy alba nie okrywa dokładnie zwykłego stroju koło szyi”. Wydawać by się mogło, że dla osoby umiejącej czytać jest to prosta rzecz do zrozumienia: „okrywa dokładnie” znaczy: „okrywa dokładnie”. W innej sytuacji bezwzględnie należy nałożyć humerał. Tertium non datur.

Podobnie sprawa ma się z cingulum, które również nie jest za często używane przez księży (a wcale nie jest tak, że każda alba, zgodnie z przepisami, przylega do ciała). Powody są różne – niektórzy wracają do „podduszania’, a niektórzy podają drugi mit: że od tego sznura (który jest de facto cienkim sznurkiem) pocą się niemiłosiernie. Prawda natomiast jest taka, że gdyby zmienić albę z plastikowej na lnianą (lub nawet bawełnianą), problem nadmiernej potliwości najprawdopodobniej by wyparował. 

Cingulum i humerał to nie jedyne szaty, które z „wygody” (a może ze zwykłego wygodnictwa) się pomija. Dominikanie, noszący białe habity, swego czasu zaczęli w liturgicznym światku być znani z tego, że czasem nie noszą alb. No tak, trzeci mit: czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Jak już jedna biała sukienka jest, to drugiej nie potrzeba (w końcu nikt się nie zorientuje). Z takiej postawy wyrasta niesamowita niedbałość w stosunku do liturgii, która swoje apogeum przybiera w czasie mszy polowych lub mszy w prywatnych kaplicach, gdzie powszechne bywa nienoszenie ornatu. Po prostu – stuła na albę (oczywiście puszczoną luźno, bez cingulum) i można iść do ołtarza. Wszędzie z posłuszeństwem Kościołowi wygrywają mityczne „względy duszpasterskie”, które według mnie najczęściej są podszyte zwyczajnym lenistwem. Do tych samych względów odwołują się nawet biskupi, wśród których noszenie dalmatyki pontyfikalnej (która wyraża pełnię sakramentu święceń) jest, szczególnie w polskim Kościele, ogromną rzadkością.

Kolejny mit dotyczy jakości szat i związanej z nią mentalności. Niestety, w ostatnich latach ornaty i inne paramenty uszyte w najniższym standardzie stały się synonimem nowoczesności. Piękne szaty, uszyte zgodnie z krawiecką sztuką, wśród wielu księży jawią się jako relikt przeszłości. Wielu duchownych uważa, że gdy założy ornat uszyty z drogocennego, pięknie zdobionego materiału albo (nie daj Boże) ornat w kroju barokowym, tzw. skrzypcowy, nagle stanie się tradycjonalistą i zacznie odprawiać mszę trydencką, która wśród dużej części duchowieństwa wciąż nie jest traktowana pozytywnie.

Kto jest kim?

Na początku wspomniałem o tym, że jednym z głównych celów używania szat liturgicznych jest podkreślenie rozróżnienia różnych funkcji. Rzeczywiście, wydawałoby się to dość oczywiste – jednak nie dla wszystkich. W wielu parafiach spotkać się można z takim nowotworem jak „dalmatyki lektorskie”. Jeśli chcielibyście zobaczyć coś, co jednocześnie jest dalmatyką i jednocześnie nią nie jest, spójrzcie na to, co producenci szat nazwali dalmatyką lektorską. Szata z rękawami, noszona przez diakona, w tym wypadku nabrała nowego znaczenia. Stała się jakby szkaplerzem (szkaplerz to element habitu niektórych zakonów – podłużny pas materiału, szerokości ramion, z otworem na głowę), jakby dalmatyką (ale nie do końca, bo nie ma w niej rękawów), a zgodnie z nazwą miałaby być noszona przez lektorów. Oczywiście, jest to nielegalne – ponieważ wspólną szatą usługujących jest alba z paskiem i humerałem. Dopuszczalne są także inne stroje zatwierdzone przez konferencje episkopatów, ale w tym wypadku owa „dalmatyka lektorska” do nich nie należy.

W czym leży problem? Takie „dalmatyki lektorskie” to tylko przykład tego, jak szkodliwe może być eksperymentowanie z szatami. Te szkaplerzodalmatyki są nie tylko nielegalne, ale także bardzo szkodliwe. Rozmywają przejrzystość, jaką mają budować szaty liturgiczne. Liturgia przestaje być hierarchiczna i staje się nieprzejrzysta. Nie wiadomo, kto jest kim, kto pełni jaką funkcję. Podobnie jest z krojem zwykłych, prawdziwych dalmatyk, które coraz częściej są szyte w taki sposób, że bardzo przypominają ornaty. To, kto jest celebransem, a kto diakonem, przestaje być jasne. Chętnie spytałbym zarówno producentów, jak i księży, postulujących i zachwalających używanie takich szat – jaki mają pogląd na cel szat liturgicznych w liturgii. Obawiam się, że nieco inny od tego, jak widzi to Kościół. 

Priorytety

Nachodzi mnie refleksja: w dzisiejszych czasach tak wielką wagę przywiązuje się do ubioru. Wszyscy chcemy wyglądać jak najlepiej, wydajemy mnóstwo pieniędzy na drogie i markowe ubrania. A liturgia, która powinna stać wyżej, leży odłogiem. Przykładem dobrze postawionych priorytetów jest dla mnie święty proboszcz z Ars – Jan Maria Vianney. „Ten, który za zbytnią rozrzutność uważał posiadanie nawet najbardziej potrzebnych rzeczy, jak choćby wygodne łóżko z siennikiem, dla chwały Boga nie żałował niczego. Z Lyonu, dzięki hojnym ofiarodawcom, sprowadzał wszystko, co najlepsze. Szaty z jedwabiu i złotej lamy, relikwiarze, monstrancje i inne precjoza” (por. F. Trochu, Proboszcz z Ars, Kraków 2009, s. 235, 126).

Ten cytat poruszył mnie szczególnie. Przypomniałem sobie sytuację, gdy raz po raz widziałem księdza, który przed mszą schował swojego iPhona do kieszeni, po czym nałożył na siebie tandetną, plastikową albę, którą najprawdopodobniej zakupiono za około 200-300 zł.

Sztuka krawiecka

Oczywiście, nie wszystko można zrzucić na księży i nie wszystko jest ich winą. Pracownie krawieckie (a raczej „pracownie krawieckie”) dokładają swoją cegiełkę. Przygotowując się do napisania tego felietonu, rozglądałem się trochę na rynku. W Polsce spośród wielu producentów szat liturgicznych znalazłem jedynie kilka pracowni, które szyją szaty liturgiczne najwyższej jakości. Można byłoby powiedzieć – towar z górnej półki.

Nie jest zatem tak, że porządne, dobrze uszyte szaty liturgiczne są w Polsce nie do kupienia. Nawet gdyby były, to żyjemy w XXI wieku i sprowadzenie pięknych szat np. z Włoch (jak robi kilku znajomych mi księży, którzy bardzo troszczą się o piękno liturgii) nie stanowi żadnego problemu. Produkty tych kilku manufaktur w Polsce dorównują jakością szatom produkowanym u takich rzymskich producentów jak Gammarelli, Barbiconi czy LAVS. Jedwabne adamaszki, żakardy, aksamit, haft ręczny i wiele, wiele więcej „perełek” stanowiących o kunszcie i sztuce krawieckiej. Te produkty mają też to do siebie, że nie niszczą się po kilku założeniach, ale mogą służyć przez bardzo długi czas. Niestety, krecią robotę robi reszta sklepów, w których za grosze można kupić towar z najniższej półki. Materiały najgorszej jakości, wykończone w najprostszy możliwy sposób, najczęściej nawet bez podszewki.

Pan Bóg jest piękny, a więc i liturgia, w której oddajemy Mu cześć, powinna być piękna, także od strony szat liturgicznych. Tak jak napisałem, da się, również w naszym kraju, znaleźć takie szaty, które będą godne i piękne. Pozostaje pytanie, co jest ważniejsze: kupić albę i ornat za łączną kwotę 700 złotych, a resztę wydać na własne potrzeby, czy może przyznać, że kult Boży wart jest większego poświęcenia? Te kilka tysięcy w skali roku, wydane na ornat najwyższej jakości, dla kilku-kilkunastotysięcznej parafii nie stanowiłyby wielkiego dramatu. Można by pomyśleć, że szaty liturgiczne to rzecz mała i zewnętrzna, jednak to, co zewnętrzne w liturgii, bardzo wpływa na naszą duchowość, wręcz ma za zadanie pobudzać ją do kontemplacji Bożych tajemnic. Owszem, bez szat liturgicznych dałoby się ważnie odprawić mszę świętą. No właśnie – ważnie, ale niekoniecznie godnie, bo szaty liturgiczne nie są nieważne i mało istotne. Przypomnijmy sobie słowa Jezusa: „Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny; a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie” (Łk 16, 10).

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.