adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Missa, missio, missionarius – ewangelizacyjny charakter liturgii

magazine cover

Fot. Piotr Urlich Adeste (C)

fot. Piotr Urlich

W jaki sposób słowo „msza” odnosi się do ewangelizacji? Czy liturgia mogłaby kogoś przekonać do wiary? Od czego zacząć ewangelizację? Przed nami wiele pytań i jeszcze więcej odpowiedzi, a w moim felietonie pochylę się właśnie nad ewangelizacyjnym wymiarem kultu Bożego.

„Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!” (Mk 16, 15) – słowa te wypowiedział Jezus, według relacji św. Marka, na parę chwil przed swoim wniebowstąpieniem. Biblia Tysiąclecia nadaje temu akapitowi tytuł Ostatni rozkaz. Rzeczywiście, wypowiedziany przez Chrystusa, wybrzmiewa on prawie jak drugi testament (aby nie ujmować rangi temu pierwszemu, dokonanemu na krzyżu).

Ewangelizacja (czyli niesienie Dobrej Nowiny na krańce świata) stała się zatem jednym z ważniejszych celów pierwotnego Kościoła. Słowa Mistrza pobudziły uczniów do tego, aby poświęcili resztę życia na głoszenie „w porę i nie w porę” (2 Tm 4, 2) prawdy o zbawieniu. Tej prawdzie potrafili nie tylko poświęcić resztę swoich dni, ale także oddać za nią życie poprzez męczeńską śmierć. W późniejszych czasach kolejne pokolenia chrześcijan oddanych tej prawdzie niosło ją na krańce świata tak skutecznie, iż w końcu wyznawcy Chrystusa byli obecni rzeczywiście na całym globie.

Miesiąc temu pisałem o tym, że liturgia stanowi codzienne życie Kościoła. Nic dziwnego zatem, że ewangelizacja, jako jeden z celów jego działalności wynikający ze słów samego Jezusa, wywarła wyraźny wpływ na tę codzienność. Liturgia rzeczywiście ma wymiar ewangelizacyjny, misyjny – ewangelizuje zarówno sama w sobie, jak i skłania wiernych do niesienia prawdy o Zbawieniu „wszelkiemu stworzeniu”.

Liturgia biblijna

Zacznijmy od najbardziej widocznych i bezpośrednich przejawów ewangelizacyjnego charakteru liturgii Kościoła. Niewątpliwie do takich należy obecność fragmentów Pisma Świętego w akcji liturgicznej. W rzeczywistości liturgia jest bardzo biblijna. W rycie mszy świętej przewija się wiele fragmentów Pisma Świętego – szczególnie w liturgii tradycyjnej zauważymy nagromadzenie elementów biblijnych: na początku Psalm 42, później dość długi fragment Psalmu 140 podczas okadzania ołtarza, następnie odczytywany w całości Psalm 26 (Lavabo inter innocentes) przy obmywaniu rąk, wreszcie brzmiący niczym mantra, na każdej mszy świętej, prolog Ewangelii wg św. Jana opiewający Wcielone Słowo.

W odnowionym Ordo Missae także odnajdziemy fragmenty Biblii – chociażby werset Psalmu 51 podczas lavabo (obmycia rąk). W samym rycie mszy, co należy stwierdzić, jest ich jednak znacznie mniej. Niezależnie jednak od formy sprawowania liturgii, wciąż jako chrześcijanie obcujemy z żywym Słowem Bożym, które przemienia nasze serca i nie wraca do Boga bezowocne (por. Iz 55, 11). Szczególnie biblijna, co stanowi de facto temat na osobny tekst, jest oczywiście modlitwa brewiarzowa, która polega w końcu na nieustannym odmawianiu psałterza.

Proklamacja – więcej niż zwykłe czytanie

Odrobinę odmienną funkcję – mogłoby się wydawać, że dużo bardziej konkretną – pełni w liturgii proklamacja Słowa. W sposób szczególny wyraża się to w czytaniach mszalnych, na których opiera się jedna z czterech zasadniczych części mszy – liturgia słowa. Mowa zatem o lekcji (bądź też, w określonych przypadkach, lekcjach) i Ewangelii, a zatem – określonych fragmentach Pisma Świętego (najpierw epistolarium, proroctw itd., później zaś jednej z czterech Ewangelii, z których urywki są zmienne, w zależności od formularza mszy). W odniesieniu do Słowa Bożego termin „proklamacja” nabiera szczególnego znaczenia – nie pozostaje tylko doniosłym ogłoszeniem. Jest rytualnym, świętym głoszeniem słów Bożego Orędzia – tego, co On ma nam do powiedzenia w danym momencie. Kościół czerpie ze skarbca Pisma Świętego, dobierając czytania odpowiednie do tajemnicy wyrażanej w danej mszy. Są one zawsze powiązane ze sobą – lekcja w swojej treści poprzez śpiew międzylekcyjny prowadzi nas do Ewangelii.

W sposób szczególny charakter liturgicznej proklamacji Słowa wyraża się w liturgii tradycyjnej na poziomie rytualnym. Musimy w tym miejscu uzmysłowić sobie układ prezbiterium, w którym kierunkiem sprawowania Najświętszej Ofiary jest wschód (czy to, jak niegdyś było to wymagane, geograficznie, czy też symbolicznie). Lekcja śpiewana jest po południowej stronie ołtarza (prawej, patrząc na ołtarz) – zwanej także stroną epistoły. Południe (patrząc ze strony Rzymu) zamieszkiwali chrześcijanie – dlatego też po południowej stronie prezbiterium odczytywano głównie listy apostolskie – ponieważ w przypadku ludów chrześcijańskich zakładano znajomość Ewangelii jako istotnego fundamentu. Nieprzypadkowy jest także kierunek proklamacji – subdiakon w czasie liturgii śpiewa lekcję w stronę ołtarza.

Trudno nie dostrzec w tym wspólnoty wierzących, która w obecności Bożej, przed Jego Obliczem, karmi się Słowem Bożym. Odmiennie rzecz się ma z Ewangelią, którą w nadzwyczajnej formie rytu proklamuje się po północnej stronie ołtarza (nazywanej stroną Ewangelii). Diakon śpiewa słowa zapisane przez ewangelistę zwrócony na północ, gdzie znajdowały się narody pogańskie. To właśnie głoszono słowa naszego Pana. W tym rytualnym szczególe, jakim jest sam kierunek śpiewu słów Ewangelii, wyraża się zarówno ewangelizacyjny, jak i misyjny charakter liturgii. Kult Boży ma za zadanie także ewangelizować tych, którzy jeszcze pogrążeni są w ciemności.

Ewangelizacja wewnętrzna

Wszystko świetnie – można byłoby powiedzieć – ale na co to wszystko, na co te liczne fragmenty biblijne, na co ten kierunek proklamacji, skoro zazwyczaj w kościele są osoby przekonane do wiary, praktykujące? To spostrzeżenie jest bardzo trafne i myślę, że ma to, w istocie, ogromne znaczenie. Rzeczywiście – głosimy Ewangelię na północ, a, patrząc metr dalej w tym kierunku, przed oczami mamy drugiego człowieka, także wierzącego. Jest to okazja do dostrzeżenia, że każdy z nas ma w sobie coś z poganina i każdy z osobna potrzebuje Ewangelii. Nazywam to „ewangelizacją wewnętrzną”. Myślę, że taka jest potrzebna szczególnie na początku. Nie sposób porywać się z motyką na księżyc, by ewangelizować innych i zbawiać świat, gdy sami nie dostrzeżemy, że tej samej Dobrej Nowiny potrzebujemy w nie mniejszym stopniu. Można by też zastosować pewną alegorię: wyobraźmy sobie otyłą osobę zachwalającą zdrowy tryb życia – czy jej „świadectwo” wyda się nam wiarygodne?

Idźcie! Msza, czyli co?

Z pewnością każdy, gdy przyszło mu kogoś o czymś pouczyć, usłyszał: „Skup się na sobie”. Analogicznie osoba, która ma nieść Chrystusa i jego naukę światu, mogłaby spotkać się z podobną odpowiedzią ze strony osoby ewangelizowanej. Zdarzy się, że ten człowiek zacznie cytować Biblię i akurat przypomni sobie słowa Jezusa: „Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?” (Mt 7, 3). Kościół idzie jednak o krok dalej, aby przeczytać też kolejne wersety: „wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata” (Mt 7, 5). Liturgia nie mówi do człowieka „skup się na sobie”, ale „zacznij od siebie”. Gdy już zaczniemy od „zewangelizowania” siebie samych i Słowo Boże poprowadzi nas do Stołu Pańskiego, a gdy akcja liturgiczna, zdawałoby się, zmierza ku końcowi, na cały kościół rozlega się śpiewne Ite, Missa est. Słowa te dosłownie mogłyby znaczyć „Idźcie, msza się dokonała”, niosąc ze sobą bardzo ważną prawdę o tajemnicy Ofiary mszy świętej, lecz można odczytać ją także w inny sposób.

Pierwotnie obrzęd ten nazywany był dimissio cathechumenorum i był rytualnym „usunięciem” czy też wyproszeniem z kościoła kandydatów do chrztu przed rozpoczęciem właściwych obrzędów mszy (tzw. mszy wiernych) – przed offertorium. Później przeniesiono go na koniec mszy, gdzie nabrał odmiennego znaczenia – raczej jako missio, w znaczeniu „posłanie, dzieło misyjne, nawracanie pogan”. Od razu na myśl przychodzi mi też inny termin z tej rodziny wyrazów: missionarius – „posłaniec, głosiciel, krzewiciel wiary” (tłumaczenie za: Jougan A., Słownik kościelny łacińsko-polski). Kościół jasno daje nam do zrozumienia, że z końcem mszy zaczyna się nasze posłanie. Missa – msza przeradza się w missio – posłannictwo, a świętość, którą nosimy w sobie dzięki Sakramentowi Ołtarza, nie jest dana tylko nam. Naszym sakramentalnym obowiązkiem, co podkreślają liturgiczne obrzędy, jest niesienie nauki Chrystusa i Jego miłości na krańce ziemi.

Zobacz też:   Pascha nova & vetera: Dzień Przygotowania

W Mszale dla diecezji polskich tę formułę przetłumaczono, moim zdaniem, bardzo niefortunnie, jako: „Idźcie w pokoju Chrystusa”. Niefortunnie, ponieważ nie oddaje to w rzeczywistości ani prawdy o ofierze mszy świętej, ani też nie nawiązuje do danego ludowi posłania. Należy natomiast powiedzieć, że w typicznej edycji odnowionego Mszału Rzymskiego diakon może użyć także innych formuł rozesłania, z czego na największą uwagę, moim zdaniem, zasługują dwie: Ite ad evangelium Dei annuntiandum („Idźcie, by głosić Bożą ewangelię”) oraz Ite in pace, glorificando vita vestra Dominum („Idźcie w pokoju, chwaląc waszym życiem Pana”). Wciąż jednak moim niekwestionowanym „faworytem” jest formuła tradycyjna, która wyraża związek między mszą – ofiarą a wynikającym z niej posłaniem.

Czy liturgia jest misjonarzem?

Jako organista wiem, że ludziom niewierzącym (albo innych wyznań czy religii) zdarza się przyjść do kościoła – na przykład przy okazji różnorakich pogrzebów, ślubów i chrztów. Wyżej napisałem, że liturgia posyła nas, a wręcz nakłada szczególny, sakramentalny obowiązek, abyśmy głosili Dobrą Nowinę. Co jednak w przypadku osób, które przychodzą do kościoła przypadkiem lub okolicznościowo? Nasuwa się pytanie – czy liturgia sama z siebie może krzewić wiarę? Czy ze swojej istoty posiada taką moc, aby z jednej strony niewierzącego przekonać do Boga, a z drugiej wyłożyć mu prawdy katolickiej wiary?

Wszystko zależy od pierwszego wrażenia

Większość naszego społeczeństwa jako najbardziej wartościowy typ zakochania postrzega zapewne to „od pierwszego wejrzenia”. Ogólnie rzecz biorąc, pierwsze wrażenie w relacji międzyludzkiej ma wielkie znaczenie. Wprawdzie książki nie należy oceniać po okładce, ale gdyby się głębiej zastanowić, który mężczyzna zrobi na przeciętnej kobiecie większe wrażenie: elokwentny, zaradny, a do tego zadbany, przystojny i umięśniony, czy może małomówny, niezdarny, zgarbiony i brudny? W naszym życiu szukamy piękna – zarówno tego wewnętrznego, jak i zewnętrznego. Śmiem twierdzić, że powodem takiego stanu rzeczy jest po prostu powołanie do świętości, a więc i zaszczepienie przez Boga w ludzkim sercu wewnętrznej, domyślnej i intuicyjnej miłości do piękna. Dzięki temu pierwsze wrażenie ma znaczenie także w liturgii.

Wielki katolicki filozof i pisarz XX wieku Dietrich von Hildebrand napisał: „Ci, którzy krzyczą, że kościół to nie muzeum i że człowiekowi prawdziwie pobożnemu te uboczne sprawy są obojętne, ujawniają tylko swoją ślepotę na wielką rolę, jaką odgrywa adekwatny (i piękny) wyraz. Ostatecznie, jest to ślepota na naturę człowieka. Zapominają, że w autentycznym pięknie jest zawarte orędzie Boga, które wznosi nasze dusze” (von Hildebrand D., Koń trojański w mieście Boga, 2006, s. 306). Niezmiernie boli mnie fakt, że o sprawie prawdziwego i obiektywnego piękna w liturgii obecnie bardzo często się zapomina – szczególnie bolesne jest, że zdarza się to także wśród księży. Może nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale to piękno zewnętrznej szaty kultu powinno być jedynie odbiciem Boskiego piękna samego Boga.

Co za tym idzie – to piękno, które kieruje serce człowieka ku Stwórcy, niesie ze sobą intuicyjną skłonność do nawrócenia, a zatem, do przyjęcia Ewangelii. Piękno w liturgii nie jest niczym obojętnym, ale staje się także bezpośrednim narzędziem ewangelizacji! Nie wiem, czemu tej prawdy tak często się nie dostrzega. Czy jako czynnik ludzki w Kościele nie zaprzeczyliśmy istocie liturgii, usuwając z niej często to, co piękne, czy też może człowiek upadł tak nisko, że twierdzi, iż piękno jest mu do niczego niepotrzebne? A może sami też wyrzekliśmy się pełnego treści piękna, będącego nośnikiem idei – na rzecz pustego estetyzmu? Te pytania pozostawiam bez odpowiedzi. Prawdą jest jednak, że to właśnie piękna liturgia będzie w stanie przemienić serce człowieka, który nigdy nie miał z nią styczności, i zrobić na nim to piorunujące pierwsze wrażenie, które stanie się jednocześnie ewangelizacją.

Akcja – reakcja

Po raz kolejny nawiążę do mojej tezy z poprzedniego tekstu (którą już w niniejszym felietonie przytaczałem), że liturgia stanowi codzienne życie Kościoła. Z tego względu była też świadkiem jego historii. Część tejże stanowią teologiczne „boje” z różnej maści heretykami, negującymi przez wieki prawdy katolickiej wiary. Jak możemy zauważyć, kult Boży wraz z jego obrzędami i tekstami liturgicznymi nie był tylko niemym świadkiem tych sporów, ale żywym orężem Kościoła w walce z herezjami. Przykładów można by podać bardzo wiele, ukazując liturgiczne reakcje na różnorakie odstępstwa.

Chciałbym dzisiaj, opierając się na autorytecie wielkiego niemieckiego liturgisty o. Jungmanna, przywołać jedną z herezji. Niemiecki duchowny w sposób bardzo obrazowy opisuje reakcje przeciwko gnostycyzmowi, doktrynie łączącej w pewien sposób chrześcijaństwo z pogaństwem. Chrześcijańskie reakcje na tę herezję odbiły się szerokim echem w liturgii.

Wskazują na to, po pierwsze, dobitne sformułowania w mszalnym Credo, które stały w opozycji do gnostyckiego przekonania, iż Chrystus jest reinkarnacją jakiegoś poprzedniego bóstwa albo też emanacją boskiej energii. Zaprzeczały również rozpowszechnionej w gnostycyzmie teorii, jakoby wszelka materia byłaby zła – a więc i Chrystus nie mógł przyjść na świat we w pełni ludzkim ciele. Mowa zatem o tych wszystkich fragmentach, które wskazują na Chrystusa jako człowieka, i osadzają jego życie na ziemi w czasie – przez wspomnienie Jego narodzenia z Maryi czy ukrzyżowania za czasów Poncjusza Piłata (który przecież był postacią historyczną).

Dużo bardziej widoczną reakcją na gnostyckie teorie jest jednak cały ruch w liturgice związany z podkreślaniem ofiarniczego charakteru mszy świętej. Można spotkać się z tezą, jakoby to podejście do mszy w sposób szczególny było wyrażane w czasach Soboru Trydenckiego (1545 r.). Prawda jednak przedstawia się w sposób zgoła odmienny – uwydatnienie ofiary jako aspektu Eucharystii było w dużej mierze właśnie reakcją na gnostyckie tezy, jakoby nie można było składać Bogu materialnych ofiar, bo materia jest z istoty zła. W kontrze do tych teorii w liturgii rzymskiej zaczęto uroczyście przynosić dary przy śpiewie offertorium (czyli antyfony na ofiarowanie), a w kanonie mszy świętej utwierdziły się sformułowania świadczące o składaniu ofiary nie tylko duchowej, ale też materialnej, m.in.: „Składamy Twojemu najwyższemu majestatowi z otrzymanych od Ciebie darów ofiarę czystą, świętą i doskonałą”. Zmianie uległo też funkcjonujące w obiegu nazewnictwo mszy świętej. Wcześniej nazywana Eucharystią (co podkreślało aspekt dziękczynny), dużo częściej zaczęła być zwana sacrificium – ofiarą (por. Jungmann J. A., Liturgia Pierwotnego Kościoła, 2013).

Być może do tej pory nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy, ale liturgia w najmniejszych swoich szczegółach niesie ze sobą ogromną wartość dogmatyczną i apologetyczną, co jest odpowiedzią na wieki burzliwej historii Kościoła. Może to mieć duże znaczenie dla wspomnianej już wcześniej ewangelizacji wewnętrznej, ale nie na tym koniec. Moim zdaniem wkraczamy w tym miejscu w przestrzeń ewangelizacji zewnętrznej, ponieważ osoba, którą poruszy piękno liturgii, wejdzie w nią głębiej i pozna jej treść, a tym samym zacznie wchodzić w świat wiary katolickiej.

Dostrzegamy, że kult Boży może stać się środkiem ewangelizacji, a nawet samym ewangelizatorem oraz misjonarzem. W tej rzeczywistości jesteśmy czynnymi świadkami przedziwnej dwustronności liturgii – z jednej strony to my oddajemy cześć Bogu, a z drugiej – On działa w nas, jako że jesteśmy Jego Kościołem. Jak to się ma do ewangelizacji? Myślę, że możemy postrzegać liturgię jako wyjątkową (bo Boską) szkołę misji oraz ewangelizacji. Najpierw to my przychodzimy do kościoła niczym poganie, słuchamy Słowa Bożego i przyjmujemy sakramenty, a wreszcie sami zostajemy posłani, czyli otrzymujemy tę boską, sakramentalną misję, aby to, czego doświadczyliśmy, stało się także udziałem innych. Otrzymany dar wiary, podtrzymywany przez łaskę, mamy więc nieść na koniec świata. Od nas zależy, czy będziemy w stanie to zrobić: czy oddamy się Bogu i w pełni otworzymy się na tę łaskę.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.