Są niezdatni do małżeństwa, którzy z łona matki takimi się urodzili; i są niezdatni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili, a są także bezżenni, którzy ze względu na królestwo niebieskie sami zostali bezżenni
Mt 19, 12
Powyższy fragment z Ewangelii według św. Mateusza jest chyba sztandarowym, wręcz (mówiąc brzydko) oklepanym, który przywoływany jest najczęściej w kontekście uzasadniania istnienia celibatu w Kościele, czy raczej dobrowolnej bezżenności, która niekoniecznie musi być celibatem kapłańskim. Mało lub wręcz niewiele mówi się o dwóch pierwszych formach niezdatności do małżeństwa, która opiera się nie na dobrowolnym wyborze, lecz jest skutkiem czynników biologicznych lub społecznych.
Czy chodzi tylko o fizyczność?
Niezdatność do małżeństwa ze względu na urodzenie lub czynniki zewnętrzne wyjaśniana jest zazwyczaj od strony biologicznej. O ile w pierwszym przypadku nie budzi to większych wątpliwości, o tyle w drugim wydaje mi się, że można je już mieć. Idąc za komentarzem do tej perykopy autorstwa kard. Ravasiego dowiadujemy się, że Chrystus mówiąc o niezdatności spowodowanej przez ludzi, ma na myśli „»kastratów«, którzy na starożytnym Bliskim Wschodzie stanowili odrębną kategorię urzędników”1. I oczywiście nie można nic temu zarzucić, ponieważ osadzając tekst w rzeczywistości, w której żył Jezus i biorąc pod uwagę znaczenie instytucji małżeństwa w Izraelu, gdzie bezżenność była raczej powodem do potępienia przez społeczność, to z pewnością problem eunuchów był czymś, z czym sam Izrael musiał się zmierzyć, będąc nie tylko pod okupacją, ale także pod wpływem innych kultur.
Myślę jednak, że nie musi to być jedyna interpretacja tego fragmentu. Chcąc niejako zaktualizować słowa Chrystusa, należałoby spojrzeć na problem dużo szerzej, i to w kontekście współczesnego ogromnego kryzysu instytucji małżeństwa, szczególnie tego sakramentalnego.
A może czynnik społeczny?
Jesteśmy świadkami nieustannego podkopywania wiarygodności, zaufania i sensu w ogóle małżeństwa mężczyzny i kobiety jako trwałej podstawy i koniecznego fundamentu rozwoju każdej społeczności. Taka instytucja małżeństwa traktowana jest już nawet nie jako przeżytek czy swego rodzaju uroczy staroświecki zwyczaj, lecz coraz częściej jako niebezpieczna pozostałość po epoce, która już dawno powinna się skończyć, a jednak, nie wiadomo dlaczego, jeszcze w pełni nie minęła. Ciągłe próby redefiniowania małżeństwa, poszerzania znaczeniowego o kolejne formy związków musi zakończyć się nadszarpnięciem albo nawet utratą zaufania do tejże instytucji.
Dlaczego jednak tak się dzieje? Jest to chyba jeden z efektów nieudanego projektu rewolucji seksualnej pokolenia ‘68, które, nie pozbawione ideałów, chciało zbudować nowy porządek świata. Niestety, nie udało się. Dobrze opisuje to ks. Robert Skrzypczak: „Efekt buntu ’68 roku rozlał się na kolejne pokolenia, z czym przyszło nam się zmierzyć dzisiaj. I nie jest to wcale efekt, którego oczekiwali zaangażowali w rewolucję kulturalną młodzi studenci, wykładowcy, artyści, dziennikarze i działacze polityczni tamtej epoki. (…) Tamci ludzie czegoś pragnęli, o coś walczyli, coś ryzykowali. Byli też gotowi do poświęceń. Tymczasem po skończonym eksperymencie kulturalnej rewolucji ofiara czy poświęcenie wypadło ze słownika. Dzisiejsi młodzi konsumenci życia w dżinsach i kolczykach w uchu nie myślą rezygnować z niczego ani niczemu się poświęcać. Kultura ’68 zniszczyła całkowicie w ludziach naturalne powiązanie między ograniczeniami, ofiarą i wytrwałym dążeniem do celu”2.
Opierając się na tej diagnozie, chciałbym zapytać: a co, jeśli to jest jedna z głównych przyczyn tego, że młodzi ludzie, czy raczej ludzie w ogóle, nie chcą, choć prędzej należałoby powiedzieć – nie potrafią wejść w prawdziwy związek małżeński? Jest to coś, czego się boją, coś wymagającego. A przecież jeśli człowiek się czegoś boi to albo tego unika, albo z tym walczy na wszelkie sposoby. A co, gdyby w tym miejscu otwarcie powiedzieć – to właśnie ludzie ich takimi uczynili?
Struktury zła
Po synodzie biskupów, który odbył się w Rzymie pod przewodnictwem papieża Jana Pawła II w 1983 roku opublikowany został dokument papieski, adhortacja Reconciliatio et paenitentia, traktująca o pojednaniu i pokucie w posłannictwie Kościoła. Po raz pierwszy w oficjalnym nauczaniu Kościoła uznano, że istnieją w świecie struktury zła wynikające z zakorzenionego wśród nas grzechu społecznego. Papież, nie negując osobistego charakteru każdego grzechu, zaznacza, że istnieje on również w wymiarze społecznym na trzy sposoby:
- Każdy grzech dotyka innych. „Nie ma grzechu, nawet najbardziej wewnętrznego i tajemnego, najściślej indywidualnego, który odnosiłby się wyłącznie do tego, kto go popełnia. Każdy grzech rzutuje z mniejszą lub większą gwałtownością, z mniejszą lub większą szkodą na całą strukturę kościelną i na całą ludzką rodzinę”3.
- Grzech jest społeczny, gdy jest bezpośrednim zamachem na bliźniego.
- Grzechem społecznym jest sytuacja, w której naród/społeczność powstaje przeciw innej społeczności. Jest to o tyle groźne, że prowadzi do rozmycia odpowiedzialności.
Mówiąc zatem o strukturach zła, Kościół widzi nagromadzenie osobistych grzechów poszczególnych ludzi, które wkorzeniają się w życie społeczne, coraz bardziej je degradując i rozkładając od wewnątrz. Musimy być w tym miejscu szczerzy wobec siebie samych – wszyscy mamy swój udział w umacnianiu tych struktur: „tego, kto powoduje lub popiera nieprawość albo też czerpie z niej korzyści; tego, kto mogąc uczynić coś dla uniknięcia lub usunięcia czy przynajmniej ograniczenia pewnych form zła społecznego, nie czyni tego z lenistwa, z lęku czy też w wyniku zmowy milczenia lub zamaskowanego udziału w złu, albo z obojętności; tego, kto zasłania się twierdzeniem o niemożności zmiany świata; i również tego, kto usiłuje wymówić się od trudu czy ofiary, podając różne racje wyższego rzędu”4.
Bagatelizowanie, dopuszczanie, niedostrzeganie, niepowstrzymywanie zła, które dzieje się wokół nas też jest tym, co sprawia, że struktury grzechu jeszcze głębiej wchodzą w życie społeczne, niszcząc kolejne jednostki, a przez to społeczeństwa. Przymykanie oczu na pijaństwo, agresję (we wszelkich jej formach), przemoc, usprawiedliwianie tych postaw słowami „nic się przecież nie stało” – to wszystko niszczy konkretnych ludzi. Rozbijanie rodziny i małżeństwa na oczach dzieci zawsze będzie w jakiś sposób skutkować strachem przed wchodzeniem przez nie w przyszłości w trwały związek. I czy wobec takich osób nie można powiedzieć, że to właśnie ludzie uczynili je niezdolnymi do małżeństwa?
„…bo ludzie ich takimi uczynili”
Zbyt wielu chodzi dziś po świecie, szukając własnego miejsca, nie potrafiąc wejść w dojrzały, prawdziwy związek małżeński, bo to, co dźwigają na swoich barkach, po prostu im na to nie pozwala. Owszem, oni są niezdolni do małżeństwa właśnie dlatego, że ludzie ich takimi uczynili: ich właśni rodzice, rodzina, społeczność w której dorastali i rozwijali się, wartości jakie były im przez te osoby wpajane, w końcu grzech który mocno wkorzenił się w struktury społeczne na świecie. I choć nie jest to niezdolność niepokonalna, podobnie trwała jak biologiczna, to jednak może ona nabrać z czasem takiego charakteru.
- Zob. kard. G. Ravasi, Niezdatni do małżeństwa, [w:] „Przewodnik katolicki” 2014 nr 5. Dostępny w internecie: https://www.przewodnik-katolicki.pl/Archiwum/2014/Przewodnik-Katolicki-5-2014/Przewodnik-liturgiczny/Niezdatni-do-malzenstwa (dostęp: 27.07.2018). ↩︎
- R. Skrzypczak, Chrześcijanin na rozdrożu. Kryzys w Kościele posoborowym, wyd. WAM, Kraków 2011, s. 98-99. ↩︎
- Reconciliatio et paenitentia, 16. ↩︎
- Tamże. ↩︎