adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Sprawdź nowy numer konta

Wesprzyj

Zero złudzeń, panowie

magazine cover

unsplash.com

Zapewne polski katolik w późnych sześćdziesiątych i wczesnych siedemdziesiątych latach – o ile w ogóle był obeznany z tym, co się działo – mógł z pewną dozą kpiny, a może rozczarowania, patrzeć na „problemy” Kościoła w zachodniej Europie.

Niszczenie własnych kościołów, ustawianie na siłę nowych ołtarzy, czytanie Małego Księcia na mszy świętej czy krytyka dość oczywistych, zdroworozsądkowych dla konserwatywnie wychowanych ludzi zasad płynących z Humanae vitae mogło budzić politowanie. Oni mieli przecież cały potężny socjalizm do obalenia – realnie prześladujący katolików i degenerujący ludzi poprzez same swoje założenia.

Równie żenująca dla katolików całego bloku komunistycznego mogła być Ostpolitik Watykanu, czemu w czynach dał wyraz biskup Karol Wojtyła, nielegalnie, bez zgody Stolicy Apostolskiej, wyświęcając księży z Czechosłowacji.

Znowu

Sytuacja dziś jest podobna. Polityka uległości wobec państw autorytarnych tak samo budzi zażenowanie, a niekiedy – jak w przypadku Rosji – zgorszenie wiernych. Tak samo politowanie albo pusty śmiech ogarnia, gdy patrzymy na agendę Watykanu pod przewodnictwem obecnego papieża.

Piszę te słowa w świąteczne, grudniowe dni. Nie wiem zatem, czy w momencie publikacji tego numeru pontyfikat papieża Franciszka jeszcze trwa, czy też nie. Albo czy doszła jeszcze jakaś sprawa do omówienia. Pozwolę sobie jednak już teraz podsumować krytycznie pontyfikat pochodzącego z Argentyny biskupa Rzymu. Niestety, mimo iż obecne w nim były znaczące i jednoznacznie pozytywne aspekty – takie jak decyzje prawne ws. pedofilii czy to, że papież zostawi po sobie sporo materiału na książkę z ciekawymi kazaniami i pozytywnym nauczaniem – to jednak te negatywne to przykrywają, niweczą dobre dzieła, które zostały podjęte. Ale takie jest życie. Nikt (poza Polakami bijącymi brawo) nie ekscytuje się tym, że pilot wylądował, a rozbijający się samolot zajmie nagłówki wszystkich gazet świata.

Zacznę od najnowszych wydarzeń, a potem przejdę do przeszłości.

Błogosławienie par homoseksualnych

Tak, wiemy, że to nie tak, że zmienia się nauczanie. Chodzi po prostu o to, żeby wykluczani nie czuli się wykluczeni itd. Faktem jest, że wydano kolejny niepotrzebny dokument. Homoseksualiści zaangażowani w Kościół doskonale powinni wiedzieć, że jak każdy wierny – nieważne, czy jest w stanie łaski uświęcającej, ukradł milion polskich złotych, prowadzi nielegalny handel małpami, czy współżył przed chwilą z kolegą spod czwórki – mogą przyjąć od kapłana błogosławieństwo. I nie, nie oznacza to, że kapłan błogosławi i aprobuje jego grzeszność. To jest elementarna wiedza. Po recepcji dokumentu (Fiducia supplicans, że tak zanotuję z dziennikarskiego obowiązku) widzimy zaś, że budzi on tylko niepotrzebne zgorszenie. Jest zbędny. W niektórych przypadkach wręcz szalenie szkodliwy, bo postępowych księży może sprowokować do jakichś paraliturgii z błogosławieniem nieformalnych związków.

Nominacje kardynalskie – część I

Zanim przejdziemy do zasadniczego błędu strategicznego, który czyni papież ws. konsystorzy (i wcześniejsi papieże przed nim), omówmy pewien trend. Mianowicie, wcześniej utarło się, że kardynalat wiązał się często z pewnymi stolicami biskupimi, szczególnie istotnymi dla historii Kościoła, rozsianymi na świecie.

Papież Franciszek przełamał tę tradycję i częściej kreuje kardynałów „z peryferii”, co samo w sobie nie jest złe. W dobie upadku Okcydentu warto byłoby bardziej docenić Orient, tudzież szeroko rozumiane „peryferia”.

Jednakże faktem jest, że dalej kapelusza kardynalskiego nie dostaje się według zasług, ale z powodu zgodności ideologicznej: bardziej otwartej, postępowej, liberalnej – nazwijcie sobie to Państwo, jak chcecie – w każdym razie bliższej ideowo papieżowi niż konserwatystom. Po pracowniku kurialnym Krajewskim kardynałem z Polski został jedynie Grzegorz Ryś, głowa Kościoła łódzkiego. Biskup znany głównie z tego, że publicznie zgwałcił mszę świętą (w obecności młodych ludzi, którzy powinni być trzymani z dala od zgorszenia przecież!) i ogólnie obniża poziom liturgii w swoim lokalnym Kościele. Jego główne zasługi to to, że jest przyjacielem Synagogi (czyli ogólnie pojętego judaizmu), że bryluje w mediach i wydaje poczytne książki. Jakie są efekty jego ojcowania? W Łodzi niewielu jest kandydatów do seminarium, a młodzież odchodzi z lekcji religii. Czy to tylko kwestia jego pasterzowania? Niekoniecznie. Ale nie jest ono w każdym razie hamulcem dla postępującej laicyzacji Łodzi.

Kapelusz kardynalski dla tego człowieka to w mojej ocenie niesprawiedliwość wobec biskupów, którzy ciężko pracują w terenie i starają się naprawić błędy swoich starszych współbraci.

Obawiam się, że podobnie może być z nominacjami w innych częściach globu. Kardynałem zostaje się za poglądy, a nie za realną pracę czy autorytet moralny. Weźmy choćby jeszcze przykład (skądinąd wywindowanego do kurii przez Benedykta XVI) Arthura Roche’a. Mało kto wcześniej o nim słyszał, był przedtem biskupem jakiejś małej diecezji w państewku mało istotnym dla współczesnego katolicyzmu, jakim jest Zjednoczone Królestwo. Prałat ten zasłynął z egzekwowania wyroku powolnej śmierci na nielefebrystycznej części tradycjonalistów. Na tym lista jego dokonań się kończy. Nie zasłynął żadnym liturgicznym kunsztem czy chociażby prawną lub liturgiczną erudycją. Mimo to rok po przejęciu teki „ministerstwa liturgii” dostał zaproszenie na konsystorz. 

Niedocenienie liturgii

Wyobraźmy sobie córkę pewnych ludzi. Rodzice nigdy się z nią nie bawili, nie słuchali jej dziecięcego bajdurzenia i nie dawali jej prezentów. Jedynie czasem ją besztali. Nagle, gdy stała się dorosłą, nastolatką, dostrzegli, że nie chce ich słuchać. Zaczęli więc do niej się odzywać, dawać jej prezenty, być dla niej mili. Ale to nie pomogło. Ona wyprowadziła się i nawet na święta nie przyjeżdżała. Rodzice umarli w samotności. Podobnie jest z kwestią liturgii za tego pontyfikatu. 

Pierwszym aktem w sprawie liturgii było nieszczęsne motu proprio Traditionis custodes. Dopiero po nim, po jego raczej negatywnej recepcji, papież zaczął poświęcać w nauczaniu uwagę liturgii. Napisał nawet o niej list – Desiderio desideravi – ale już za późno. Papież jest kojarzony z arbitralnym zakazywaniem części rytów katolickich i nachalnym zmuszaniem wiernych do jednego rytu. Zresztą, bardzo nieskutecznym. W efekcie – można by powiedzieć małym efekcie Streisand – liczba tradycjonalistów powiększyła się, zwłaszcza tych spod chorągwi FSSPX. Pomijając niesprawiedliwość, którą było Traditionis custodes i późniejsze poprawienia „z kopyta” tego ciosu, to wszystko było po prostu bezdennie głupie. Pisany na kolanie dokument z licznymi błędami, ze sprzecznościami z intencjami Benedykta XVI, brak vacatio legis. Zresztą, co się będę rozpisywał, kiedy opisał to zręcznie specjalista. Jak to w ogóle miało mieć szansę powodzenia? To tylko kolejny raz pokazało, że Rzym nie jest zbyt biegły w polityce i prawie.

Stracone synody

Wydaje się, że pontyfikat obfituje w synody. Nie jest ich dużo więcej niż w poprzednich pontyfikatach, ale jednak można mieć wrażenie, że są one dużo donioślejsze i ważniejsze. Stały się silniejszym instrumentem wprowadzania zmian w Kościele. Ale są one zmarnowaną szansą. Pierwszy z nich – synod o rodzinie – był wielką okazją na poświęcenie uwagi problemom rodzin, młodszym członkom rodziny, ich relacji ze starszymi, roli dziadków i babć we współczesnym świecie itd. Niestety cała dyskusja skupiła się na ważnej, choć marginalnej kwestii ludzi w ponownych związkach. Wiem, że to brzmi brutalnie, ale większość ludzi ma znacznie poważniejsze rodzinne problemy niż to, że mają drugiego męża czy drugą żonę. Oczywiście przewinęła się też już zupełnie nieistotna i dawno, dawno temu rozstrzygnięta kwestia homomałżeństw.

Skądinąd niezły i poruszający istotne kwestie tekst posynodalny Amoris laetitia sabotował sam papież, umieszczając na jego końcu kilka nieprecyzyjnych przepisów proszących się o bycie uzasadnieniem nadużyć. No i po co to było, papieżu Franciszku? Warto było dla niedojrzałej „inby” w Kościele tak robić? Warto też zauważyć, że swoista „opozycja” na synodzie (w tym polscy biskupi) na następny synod już zaproszenia nie dostała. Nie było już np. arcybiskupa Gądeckiego, jakby nie patrzeć najważniejszego biskupa Polski. Bardzo demokratyczne podejście. Synod o „synodalności” to już kompletna aberracja. „Synodalność” to słowo puste, bez znaczenia, nieistniejące przedtem (zamiast niego powinna być „demokratyzacja”, ale to nie brzmi zbyt kościelnie i mądrze). A agenda tego synodu jest nieco absurdalna. Znowu wszystko przykrywają tematy co najwyżej trzeciorzędne, mało istotne dla prostego katolika. Prawdziwe problemy są przemilczane.

Zobacz też:   Medytacje o kapłaństwie. Recenzja

Nominacje kardynalskie – część II

Papież Franciszek, mówiąc brzydko, naprodukował masę kardynałów. W historii jeszcze nie było tylu, chociaż poprzedni papieże również przekraczali dotychczasowe „kardynalskie limity”. Jednakże obecnie (w momencie, w którym piszę) jest stu trzydziestu jeden kardynałów mianowanych przez Franciszka (dziewięćdziesięciu sześciu elektorów), sześćdziesięciu czterech nominowanych przez Benedykta XVI (dwudziestu ośmiu elektorów) i czterdziestu pięciu z nominacji papieża Polaka (dziewięciu elektorów). Razem dwustu czterdziestu (sto trzydzieści trzech elektorów). Dziewięćdziesięciu sześciu elektorów wybranych przez Franciszka i trzydziestu siedmiu wybranych przez poprzedników sprawia, że następny papież niemal na pewno będzie Franciszkiem 2.0. Politycznie jest to zagranie zręczne, ale jest też zwyczajnie głupie. Kolegium kardynalskie obecnie staje się wyłącznie maszynką do przegłosowania odpowiedniego papieża. Kardynał nie jest już żadnym wzorem wiary. Jego publiczne zapytania można ignorować (dubia czterech kardynałów), jego dotąd niepodważalne prawo do audiencji u papieża zlekceważyć (sprawa wizyty kardynała Zena). Kardynalat stracił swój autorytet jako wzór wiary. I traci swoją niejako kontrolną rolę wobec papieża. Pisałem o tym szerzej w swoim tekście. Obecnie liczy się Rada Kardynałów, tzw. K8. Ciało, które utworzył Franciszek jako swój swoisty rząd już w pierwszym roku pontyfikatu. Ósemka kardynałów stojących wyżej niż Kuria i wyżej niż szeregowi kardynałowie. Następca Franciszka zapewne pogłębi ten ustrojowy kryzys. Może przynajmniej będzie miał na tyle intelektualnej uczciwości, żeby podnieść rangę Rady oficjalnym dokumentem.

Kara główna

Papież zmienił też nauczanie Kościoła w kwestii kary śmierci. Jak to znakomicie przeanalizował Antonio Akmadža (gorąco polecam wszystkim ten tekst), decyzja była mocno arbitralna. „Najbardziej rzuca się w oczy fakt, że w liście nie ma argumentów teologicznych uzasadniających taką zmianę. Powtarzane są tylko frazesy takie jak »rozwój doktryny« lub »pogłębione rozumienie«. Dokument się nie powołuje ani na Pismo Święte, ani na ojców Kościoła lub innych wielkich teologów z historii Kościoła, ani na dokumenty Magisterium. Używa jedynie wyjętych z kontekstu fragmentów wypowiedzi Jana Pawła II, i to w celu zmiany sformułowania ogłoszonego przez tego samego papieża” – pisze. Stawia to też pytanie o papieża, który twierdzi, że nie ma potrzeby stosowania kary śmierci we współczesnym świecie. „Być może w Luksemburgu faktycznie nie istnieje (co nie oznacza, że to się nie może zbiegiem okoliczności zmienić). Ale czy dotyczy to też państw afrykańskich, w których bandy i formacje terrorystyczne mordują niewinnych ludzi, w tym kobiety i dzieci, palą wioski i sieją rozpacz, gdyż w tym samym czasie, nawet po wsadzeniu takich zbrodniarzy do więzienia, kwestia ich wyjścia na wolność jest tylko kwestią czasu – do kolejnego zamachu stanu, lub po prostu ucieczki z źle strzeżonych zakładów? Podobnie jest z członkami narko karteli w Ameryce Łacińskiej” – celnie zauważa Akmadža. Sprawa kary śmierci to przede wszystkim kolejny przykład psucia prawa przez obecną ekipę z Kurii.

 Nieszczęsny synod „amazoński”

Synodowi o Amazonii bliżej było do Tybru niż do najdłuższej rzeki świata. Podczas toczącego się w Rzymie spotkania biskupów media zastanawiały się, czy efektem będzie otwarcie się Kościoła rzymskiego na wyświęcanie żonatych mężczyzn. A niektórzy nawet spekulowali o wyświęcaniu kobiet, przynajmniej w stopniu diakonatu. Efektem była encyklika Querida Amazonia napisana po hiszpańsku, nie po łacinie, w której nic takiego się nie znalazło. Co właściwie było w dokumencie? Tym niespecjalnie się ktokolwiek istotny zajmował, bowiem recepcję synodu zdominowało pewne wielce dziwaczne wydarzenie. 

21 września 2019 roku z kościoła, w którym odbywały się sesje, Alexander Tschugguel, austriacki tradycjonalista, wykradł figurki przedstawiające Pachamamę. Następnie wyrzucił je do Tybru. Figurki potem zostały wyłowione, wystosowano przeprosiny wobec wszystkich, którzy poczuli się urażeni. Wcześniej figurki brały udział w jakiejś dziwacznej ceremonii, gdzie obecny był również papież Franciszek. Informacyjnie wszystko było przeprowadzone w sposób koszmarny: do dziś niezbyt wiadomo, czy figurki faktycznie przedstawiały inkaską boginię, były jakąś personifikacją Matki Ziemi (sformułowanie, którego papież często używa) czy może Matką Boską Amazońską. Można powiedzieć, że było to najbardziej szokujące zdarzenie (stawiające pytanie o ortodoksyjność papieża) od czasów modłów w Asyżu urządzonych przez papieża Jana Pawła II. Możemy przejść płynnie do następnego punktu…

 Chaos informacyjny

…czyli beznadziejnej polityki informacyjnej. Ten pontyfikat to nieustanne tłumaczenie „papież nie miał tego na myśli”. Przypomina to bardzo nieustanne tłumaczenie przez brydżystów słów ich najsławniejszego przedstawiciela o Adolfie Hitlerze, niepełnosprawnych czy o kobietach. Nieudolność komunikacyjna papieża jest bardzo zaskakująca, zważając na to, że podobnie jak Jan Paweł II mocno postawił na medialność. To medialne, celebryckie wręcz można by rzec, gesty były wszak pierwszym zaskoczeniem pontyfikatu.

Czarne buciory

Papież nie zmienił swoich butów po konklawe. To chyba był najsensowniejszy z tych symbolicznych ruchów początku pontyfikatu. Franciszek pozostał w hotelu św. Marty, dodając swym współpracownikom pracy w zakresie bezpieczeństwa. Tak samo było z wymianą auta na starsze – w końcu papamobile nie były jakąś ekskluzywną limuzyną, ale zabezpieczeniem. Pomijając fakt, że przez to, że pozbył się papamobile, firma produkująca je wycofała się z finansowego wsparcia Kościoła (ale kto by się przejmował pieniędzmi). Papież zamówił też i opłacił całą nową kolekcję ornatów po to, żeby wyglądać ubożej. „Karnawał się skończył” – miał rzekomo powiedzieć papież. Wyborny żart. Bardziej to przypomina sytuację, w której na karnawałowy bal przebierańców przychodzi bogacz przebrany za lokaja. Inna sprawa, że Franciszek kontynuuje linię swoich poprzedników w pozbywaniu się tytułów i symboli. Tak jak Benedykt XVI ze swoich tytułów pozbył się „Patriarchy Zachodu”, tak on pozbył się „Sługi Sług Bożych”.

Zero złudzeń

Wielu katolików, katolickich (i konserwatywnych) publicystów przeciera oczy ze zdumienia. Jeszcze za czasów Benedykta XVI Rzym zdawał się mieć coś sensownego do powiedzenia, oznaki rozkładu zdrowego rozsądku nie były aż tak widoczne. Co się stało, że szacowni prałaci Kościoła Bożego odprawiają jakieś „mumbo-jumbo” nad nieokreślonymi figurkami, zamiast zająć się problemami ludu Bożego? Wszystko, co mądre, co dobre, co słuszne zginęło we wrzawie głupich ideologii reformatorów. Myślałem na temat złych decyzji papieża oraz Watykanu bardzo długo i doszedłem do bardzo prostego wniosku: to wszystko jest po prostu durne, bezdennie głupie. I najlepiej byłoby się z tego śmiać. Ale niestety ma to na nas duży wpływ. „Uniwersum Traditionis custodes” – jak to nazwaliśmy w rozmowie z Piotrem Ulrichem – rozdziera ludziom sumienia albo przynajmniej znacząco utrudnia im życie. „Mumbo-jumbo z Pachamamą” faktycznie gorszy ludzi. Psucie ustroju i prawa bardzo się będzie mścić w przyszłości. Ale kto by się tym przejmował. TERAZ, KURIA, MY! Ideologię trzeba realizować, niezależnie od tego, jak bardzo nie przystaje do rzeczywistości. Będzie tylko głupiej. I raczej bez szans na papieża, który to posprząta. Zamiast puenty zacytuję swoje słowa sprzed roku: „Co z tym wszystkim zrobimy, zależy od nas. Sądzę jednak, że podział w Kościele na liczne grupy (skłócone ze sobą i wewnętrznie) będzie postępował. Myślę, że powinniśmy się skupić na prawdziwej pracy nad przybliżaniem światu Królestwa Bożego, zamiast poświęcać mnóstwo naszej uwagi coraz bardziej absurdalnej polityce Watykanu. Niech ona zejdzie na dalszy plan. Dużo pracy jest jeszcze do zrobienia. Pracujmy więc, modląc się jednocześnie o rozsądek dla rządzących – nie tylko naszymi państwami, ale i jednym specyficznym państwem – Watykanem” (Siła bezsilnych 2).

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Podoba Ci się to, co tworzymy? Dołącz do nas

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

The reCAPTCHA verification period has expired. Please reload the page.