adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Z życia Kościoła

Co by tu jeszcze?

flickr.com/Catholic Church England and Wales

Papież Aleksander VI zasłynął w popkulturze jako papież grzesznik. Jednakże mimo obiektywnych słabości Aleksander VI wzmocnił niezależność Państwa Kościelnego i dał podwaliny pod odnowę Kościoła.

Rada kardynałów, którą zwołał, sporządziła pakiet dokumentów, z których wiek później skorzystał Sobór Trydencki.

Często w dziejach papieże dopuszczali się licznych nadużyć. Nie zawsze to oznacza, że byli złymi papieżami.

Święci i nieświęci papieże

Wielu zastanawia się, kto zostanie następnym papieżem. Ja powiem kontrowersyjne słowa: czekam na kolejnego Aleksandra VI. Niech następny papież będzie paskudnikiem. Ale niech wzmocni państwo watykańskie, usprawni je. Przywróci powagę Kościoła, który dziś ma twarz błazna. Ukróci rozmaitych fanatycznych Savonarolich (ach, te czasy, gdy dominikanie byli w stanie zaangażować w coś całe miasto!). I najważniejsze: niech przygotuje grunt pod reformę (a potrzebujemy zwłaszcza posprzątania liturgicznego bałaganu).

Oczywiście żartuję. Przy obecnej medialności kolejny Aleksander VI byłby wielkim zgorszeniem obyczajowym. Faktem jest jednak, że papieże, których w ostatnich latach wynieśliśmy na ołtarze, nie byli nazbyt sprawnymi zarządcami.

Ogłoszeni świętymi papieże z minionego stulecia doprowadzili do chaosu. Ci z dwudziestego pierwszego wieku zaś są ich kontynuatorami w powiększaniu problemów. Po kolei jednak – zacznijmy od obecnego papieża.

Konsystorz

Jest mi szczerze obojętne, co obecny następca św. Piotra mówi o wojnie, polityce. Może nie do końca obojętne, w każdym razie to bez znaczenia w obliczu czegoś innego, co powinno być głównym tematem krytyki. Czyli w mojej ocenie: psucia ustroju Kościoła i psucia liturgii.

Są różni krytycy „polityki konsystorzowej” papieża Franciszka. Jedni zwracają uwagę na pomijanie ważnych metropolitów – zasiadających na katedrach zwykle związanych z kapeluszem kardynalskim – czy na dyskryminację niektórych krajów, np. Polski. Kardynałem nie został ani śp. Henryk Hoser – bardzo chwalony jako „zdolny biskup” przez biskupa Rzymu. Ominęło to też głowę łódzkiego Kościoła, Grzegorza Rysia – najbardziej „franciszkowego” z polskich biskupów. Poza więc kurialistą, kard. Krajewskim, Polska została skazana na pominięcie.

Drudzy zwracają uwagę na kreowanie ludzi z dalekich krańców świata, niemających doświadczenia z pracą w kurii rzymskiej. Nie znają oni realiów zarządzaniai nie znają siebie. Nie będą wiedzieć, kogo wybierają na papieża.

Niektórzy proponują, by elektorami byli tylko kurialiści. Czy to rozwiąże problem? Patrząc na takich kardynałów kurialistów jak Arthur Roche (nie mylić z Vernonem Roche’em, temerskim patriotą), można mieć wątpliwości. Przykład Roche’a, który bez mrugnięcia okiem kłamie na temat mszy trydenckiej, jest oczywiście przykładem dość skrajnym. Pokazuje jednak, że zręczny administrator jednocześnie może być miernotą jako duchowny. I pytanie, czy chcemy kardynałów będących wzorami moralnymi, czy „synów tego świata, roztropniejszych niż synowie światłości” (por. Łk 16, 8).

Inflacja

Do uprawnień kardynałów należało dawniej, poza wyborem papieża, doradzanie mu. Innymi słowy: swobodny dostęp do niego. Pamiętamy, jak wiekowy kardynał Zen przyjechał do Rzymu, by zobaczyć się z papieżem. Opowiedzieć mu o niesprawiedliwościach, których doświadczają dzielni katolicy w Chinach. Został zignorowany.

Tak samo ignorowane były inicjatywy w stylu słynnego listu w formie dubia czterech kardynałów. Do dziś nie ma na niego odpowiedzi. Kardynał Walter Brandmüller zwrócił ostatnio uwagę, że również forma konsystorzy nie sprzyja zabieraniu głosu. Tak naprawdę swobodny dostęp do papieża ma jego swoisty „rząd” – Rada Kardynałów. To kilkuosobowy organ, z którego dziwnym trafem nieustannie ktoś wypada przez różne afery. Można mieć poważne wątpliwości, czy dobrze doradza papieżowi.

Wydaje się zatem, że bycie kardynałem to obecnie już tylko coś zewnętrznego. Strój, sztuczny honor bez żadnej funkcji. „Sztywność” i „przedłużanie frędzli u płaszcza” (por. Mt 23, 5).

Papież Franciszek wykorzystał mechanizmy związane z kardynałami jak polityk. Jak głupi – bo krótkowzroczny – polityk. Używanie konsystorzy jako maszynki do drukowania kardynałów przyniosło oczywisty efekt – kardynalską inflację.

W rządzeniu papieżowi „pomagają” tylko hołubieni przez niego kardynałowie. Mówiący mu to, co chce usłyszeć.

Poprzednicy

Puszkę Pandory otworzył św. Paweł VI, powiększając niemal dwukrotnie liczbę elektorów. Ten nieszczęśliwy, tragiczny w swym losie papież rozpoczął również wielki kryzys liturgiczny. Powierzył reformę ludziom, którzy chcieli zrobić w parę miesięcy coś, co nie tylko wymaga wielu lat, ale i świętej roztropności. Bogu dzięki, że znaleźli się w tym zespole „hamulcowi”.

Po krótkim pontyfikacie św. Jana Pawła I na Tron Piotrowy wstąpił kolejny święty papież – Jan Paweł II. Stał się też papieżem-celebrytą, z wielką szkodą dla urzędu (i dla swoich następców). Wydał zupełnie niepotrzebnie nowy mszał. W końcu – fatalnie zarządzał Kościołem, czego sztandarowym przykładem jest uczynienie nuncjuszem Polski polskiego biskupa tuszującego afery oraz nieumiejętność rozwiązania kryzysu wokół arcybiskupa Marcela Lefebvre’a. Nie miał talentu do ludzi. Na sekretarza wybrał sobie człowieka, który na jego śmierci rozkręcił gorszący biznes.

Jego następca, Benedykt XVI, był papieżem bardzo słabym. Błyskotliwy umysł, dobra formacja liturgiczna, czasem mądre inicjatywy – ale jednak słaby papież. Nie był w stanie zdominować kurii rzymskiej. Kontynuował też pewną dekompozycję urzędu. Zrezygnował z tytułu Patriarchy Zachodu, zdjął tiarę z herbu papieskiego. Ostatecznie abdykował, zaskakując wszystkich. W dziwny sposób zostawiając pewne oznaki swego papiestwa.

Zobacz też:   O, sancta simplicitas!

Nie miał też odwagi, żeby naprawić liturgię czy chociażby ujednolicić kalendarz liturgiczny. Ratzinger od początku był raczej akademikiem niż zarządcą.

Konserwatyści sami sobie winni

Papież Franciszek to tylko kontynuator. Wiem, wygodnie jest stawiać proste opozycje: zły Franciszek, dobry Benedykt – albo progresywny Latynos i konserwatywny Słowianin. Ale nie bądźmy dziećmi. Patrzmy nieco szerzej.

Nie chcę też tworzyć wrażenia tradsa, który rozprawia o tym, jak „moderniści zniszczyli Kościół”. Konserwatyści popełnili wielki błąd, budując przesadnie wielki autorytet papieża. Przez to konserwatyści doby przełomu lat sześćdziesiątych sądzili, że w końcu papież „przejrzy na oczy”. Wstanie z tronu i wielkim młotem rodem z Warhammera 40,000 zmiażdży „modernistów”. Tymczasem papież nie jest nadczłowiekiem, a tylko człowiekiem ze specjalnymi uprawnieniami, któremu należy się szacunek, ale nie bezkrytyczność.

Zbytnia surowość konserwatystów w tropieniu modernistów również im zaszkodziła. Przez to progresywni niemieccy teologowie byli otoczeni nimbem męczenników. „Pociśniętych” przez „sztywniaków” światłych teologów, którzy chcą ożywić Kościół i przybliżyć się do ludzi.

Mówiąc żartobliwie: zamiast zakazywać ich pism, trzeba było je publikować. Porządnie uformowani katolicy nie byliby w stanie spojrzeć na te teksty inaczej niż jak na stek bzdur. Lub przynajmniej jak na niezbyt ciekawy przerost formy nad treścią. Oczywiście to pewne uproszczenie, w każdym razie jednak zamordyzm to niezbyt dobry pomysł w zwalczaniu idei.

Co robić?

Nie ma co jednak płakać nad rozlanym mlekiem. Myślę, że naszym obowiązkiem jest modlić się o dobrego papieża. Nie możemy jednak oczekiwać, że papież odwali za nas całą robotę. A tej pracy w Kościele jest sporo, starczy dla każdego. Choć nie dla każdego będzie to praca marzeń. Trzeba się modlić i pracować. Walczyć takim orężem, jaki mamy pod ręką.

Ktoś zapyta: Co konkretnie mamy robić? Na przykład wspierać wierzących kapłanów, nie tylko finansowo. Rozmawiać ze swoim biskupem i jego przedstawicielami. Wspierać dobre media katolickie (te niezależne od rozmaitych kurii). Nie karmić tych zależnych mediów. Błądzących upominać – przypominam, to jeden z uczynków miłosiernych wobec duszy – i robić to mądrze, zwłaszcza jeśli chodzi o duchownych.

Zaangażować się w scholę gregoriańską, w katolicki skauting, w wolontariat w hospicjum czy w inną pożyteczną inicjatywę. Śpiewać brewiarz z kolegami przed imprezą czy organizować wspólne publiczne odmawianie różańca z sąsiadami. I tak dalej – ograniczeniem jest tak naprawdę nasza wyobraźnia i nasze zdolności.

Dlaczego robić?

Dlaczego o tym piszę, snując tę piękną wizję wcielania w życie ora et labora? Pozornie niepasującą do felietonu-analizy o stanie centralnych organów Kościoła? Jesteśmy świadkami pewnego impasu. Papież Franciszek „naprodukował” sporo kardynałów. Ze stu trzydziestu dwóch elektorów osiemdziesięciu trzech to ci wykreowani przez niego. Szansa, że wybiorą kogoś nie po linii, jest mała.

W związku z tym szanse na odwrócenie trendów są niskie. Zarazem masowe „produkowanie” kardynałów jest precedensem. Następca Franciszka prawdopodobnie będzie robił to samo. Inflacja kardynalska się nie zatrzyma ani nie cofnie, więc głos pojedynczych kardynałów będzie mało istotny, tak jak jest teraz.

Samochód w śniegu

Załóżmy jeszcze, że obecny czy następny papież masowo wpuści do kurii świeckich mężczyzn i kobiety. Co jest gorsze od księży kurialistów mających rozmaite interesy? Kurialiści zarówno świeccy, jak i duchowni, mający swoje rozmaite interesy.

Obecna zaś reorganizacja kurii rzymskiej ma charakter symboliczny. Ma pokazać, że wszystko podporządkowane jest ewangelizacji. De facto reorganizacja nie przyniosła większych zmian.

Nie ma moim zdaniem co liczyć na to, że struktury centralne wezmą się za siebie i się zreformują. Mamy patową sytuację. Samochód z niskim podwoziem utknął w śniegu. Dzieje się to przy jednoczesnej inflacji, traceniu na wartości urzędów – papiestwa i kardynalatu. Żeby wyciągnąć samochód ze śniegu, potrzeba ludzi do przepchania go albo innego pojazdu do wyciągnięcia. Samo „piłowanie” tylko rozładuje akumulator.

Potrzeba świętych

Potrzeba nam „oddolnych” świętych pokroju Katarzyny Sieneńskiej. Którzy, cytując Młynarskiego, powiedzą: „Jak długo można pieprzyć, panowie? No jak długo jeszcze?! ” (Co by tu jeszcze?). A żeby tacy święci się tworzyli, musimy puścić w ruch tryby naszych wspólnot, bractw, korporacji studenckich i innych grup. Tworzyć przestrzeń do rozwoju dla ludzkich talentów. Ja czy Ty, Czytelniku, możemy nie mieć możliwości zmienić sytuacji, ale swoją pracą możemy stworzyć taką możliwość czy ją ułatwić komuś innemu.

I uzbroić się w cierpliwość. Wytęskniony moment uporządkowania ustroju Kościoła i najważniejszej sprawy – liturgii – może nadejść i za nieco dłuższy czas.

Gwiazdy w mroku

Kończąc ten felieton, chciałbym przytoczyć słowa przyjaciółki: że chciałaby przypominać ludziom, że jakkolwiek mrocznie wygląda świat, to wciąż jest w nim wiele dobra. Jestem wdzięczny wszystkim, którzy o tym przypominają słowem i czynem.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.