Włączam Youtube’a, odpalam sentymentalną piosenkę Davida Bowiego. Widzę reklamę przed filmikiem, hałaśliwą, burzącą kompletnie nastrój. Natychmiast odświeżam stronę, aby reklamy nie oglądać (choć trwa kilka sekund). Piosenka leci, reklama pojawia się obok. Włączam tryb pełnoekranowy; w tym momencie angielskiego muzyka przysłania częściowo prostokątna reklama.
I ją wyłączę szybko. Znajomi powiedzieliby mi: zainstaluj odpowiedni program, który będzie blokować reklamy. Zrobię tak pewnie w swoim czasie, ale problem nie zniknie. Bowiem w końcu wstanę sprzed komputera i wyjdę na miasto. Przejdę obok kilku bilboardów prezentujących ogromne, uśmiechnięte twarze polityków różnych opcji.
Minę słup z ogłoszeniami, a przeszedłszy obok lokalnego kina studyjnego, zapoznam się z filmowymi nowościami. Wsiądę do pociągu, do rozklekotanej „kaemki” (jak zwie się w stolicy pojazdy Kolei Mazowieckich). Usiądę i będę wpatrywać się w reklamę banku albo butów. Ekranik przede mną wyświetli zapętlony ciąg świeżych, idiotycznych reklam. Wysiądę na odpowiedniej stacji, pójdę na spacer w okolicach centrum.
„Za oknem przepiękny bilboard, nie sądzisz?/ Oglądam z łóżka reklamy/ Idę ulicą, różowy push-up mnie wabi/ A jak zasypiam chuda blondyka oko mi puszcza LEDami/ Mam tego dosyć, jeśli mam być szczery/ ciągle dzwonią do mnie te numery/ Pani Nykiel da Ci kartę SIM, pani Dygiel da ci owocowe Fairy” – przypomina się Motorola Taco Hemingwaya, jak patrzę na wielkie płachty rozwieszone na wieżowcach. Wszędzie wokół jacyś ludzie próbują łapać przechodniów, namawiając ich do podpisania czegoś, zostawienia datku. Ewentualnie wciskają kolejne ulotki.
„Come and see/ Come and buy/ I can sell you the love/ I can buy you the morning sun…” – tak śpiewał Arthur Brown w Come and Buy („chodź[cie] i zobacz[cie]/ chodź[cie] i kup[cie]/ Mogę sprzedać ci[/wam] miłość/ Mogę sprzedać ci[/wam] wschodzące słońce”). Wszystko tu jest na sprzedaż, wszystko jest do kupienia. Kapitał musi przepływać, produkty muszą zostać skonsumowane, konsument musi kupować, sprzedawcy muszą sprzedawać. To normalne, ktoś powie.
99 na końcu cen będzie istnieć, bo działa. Reklama będzie istnieć, bo działa, bo jest dostosowana do odbiorców. Najtęższe mózgi nad tym pracują. Większość ludzi powie, że reklamy są głupie. Ale będą oni pamiętać slogany. Miałem w szkole zadania, które polegały na dokończeniu przysłów i aforyzmów. Większość ludzi będzie w stanie wykonać podobne zadanie polegające na dokończeniu haseł marketingowych. Myślę, że takich bazowych haseł może być nawet kilkadziesiąt.
Chyba każdy, kto miał do czynienia z nieuformowaną jeszcze młodzieżą katolicką, w parafii czy na jakichś rekolekcjach, zastanawiał się nad tym. Jak sprzedawać Dobrą Nowinę, żeby jej przesłanie było jak te reklamowe slogany? W jakich skrótach myślowych wyrazić głębokie myśli, by podopieczni zapamiętali je i czasami do nich wracali? Albo: czy to w ogóle ma sens? Czy nie lepiej mozolnie wpływać na nich tak, żeby byli zdolni do głębokiej refleksji, do naprawdę poważnego traktowania wiary?
Kiedyś na łamach „Adeste” przytaczałem Ubika Philipa K. Dicka. Gdy myślałem nad tekstem do obecnego numeru, Ubik znów mi przyszedł do głowy.
Na początku każdego rozdziału pojawiały się takie krótkie teksty reklamowe: „Najlepiej zamawiać piwo, mówiąc: Ubik. Warzone na doborowym chmielu i wysokiej jakości wodzie, dojrzewające powoli celem osiągnięcia idealnego smaku, piwo Ubik jest w tym kraju piwem numer jeden”. „Rewelacyjny nowy sos do sałatek Ubik. […] całkowicie nowe i odmienne doznanie smakowe, które zaczyna podbijać świat. Daj się ponieść Ubikowi!”. „Wraz z pojawieniem się automatycznej golarki Ubik o wiecznym ostrzu ze szwajcarskiego chromu przeminęły dni przykrego zmagania się z zarostem. Wypróbuj więc golarki Ubik i daj się popieścić”. „Włóż do tostera smakowity Ubik, sporządzony wyłącznie ze świeżych owoców i życiodajnego ekstraktu z jarzyn. Ubik zamienia śniadanie w ucztę, ożywia twój poranek”. I tak dalej.
Ubik za każdym razem jest czymś innym. Wciąż jednak jest zachwalany jako coś niezwykłego, z zastrzeżeniem: „Bezpieczny, jeśli używać go zgodnie z instrukcją”.
Zbawienie dostępne dla konsumenta. W książce bohaterowie potrzebują aerozolu Ubik, żeby się uratować. Ich złośliwy adwersarz jednakże wciąż cofa w czasie specyfik, zmieniając go np. w balsam na wątrobę albo syrop, w której to formie jest bezużyteczny.
Bóle nie ustąpią od razu po zażyciu nowego leku od szwajcarskiej firmy. Sukienka nie będzie lśnić po użyciu nowej niemieckiej chemii. Nowy smartfon wcale nie będzie lepszy od starego, a na pewno nie będzie lepszy na długo. Nawet nowa kawa z unikalnej kompozycji nasion nie zapewni miłośnikowi brązowego napoju pełni szczęścia (autor, jako tenże miłośnik, wie, co pisze). Sama konsumpcja dóbr nie uczyni nikogo dobrym. Tylko zdrowy wewnętrznie konsument może dobrze korzystać z dóbr zewnętrznych.
Jest rzeczą całkowicie normalną, że producenci chcą sprzedać jak najwięcej produktów. Ale jest rzeczą całkowicie nienormalną, żeby człowiek ulegał chciwości, żądzy posiadania. Nie ma w tym zła, że ktoś poprawia stale jakość swego życia, kupując może nieczęsto, ale regularnie kolejne udogodnienia. Nowy sprzęt AGD, kawa czy herbata lepszej jakości, porządne meble, praktyczny barek i równie praktyczne wypełnienie go.
Tylko trzeba pamiętać, że „[dusza] chroni się w zgiętym łokciu i zgiętym kolanie” (Animula, T.S. Eliot). Człowiek powinien mieć zgięte kolana przed Bogiem i ręce wyciągać do Niego, a nie ubóstwiać rzeczy, które są tylko naszymi narzędziami. „Nasz Bóg jest w niebie, czyni wszystko, co zechce. Ich bożki są ze srebra i złota, dzieła rąk ludzkich. Mają usta, ale nie mówią, mają oczy, ale nie widzą. Mają uszy, ale nie słyszą, mają nozdrza, ale nie czują zapachu. […] Do nich będą podobni ci, którzy je robią i każdy, który im ufa” (Ps 115, 3–6.8).
Nic odkrywczego nie napiszę, odpowiadając na pytanie: co zrobić z przygniatającym nas ciężarem reklam? Remedium jest boleśnie proste. Przesunąć dźwignię z mieć wartościowe rzeczy na być kimś wartościowym. Mniej czasu poświęcajmy na internetowe nowiny, więcej na Dobrą Nowinę. Módlmy się, rozważajmy tajemnice wiary. Zadbajmy o relacje twarzą w twarz. Konkretne postanowienie? Spotkać się w domu bądź kawiarni z kimś, z kim dawno się nie widzieliśmy, z kim tylko pisaliśmy na Messengerze. I na czas spotkania odłożyć na bok telefon.
Mniej czasu na filmy i seriale (właśnie, kryptoreklamy to też szeroki biznes), więcej na książki i rozmyślanie. Mniej shoppingu, więcej spacerów po lesie, parku. Mniej „skrolowania” Facebooka, więcej czytania prasy. Mniej słuchania muzyki, więcej wsłuchiwania się w nią i analizowania tekstów piosenek. „Paru z Was tego posłucha, ale ilu przeczyta? Ha?”, jak to wyraził Taco w Kołach.
A więc tak, powie ktoś, czyli wszechobecność reklam, paskudny konsumpcjonizm, a lekarstwem na to jest poświęcenie większej ilości czasu modlitwie, relacjom z ludźmi i rozwojowi osobistemu? Właśnie tak, odpowiem. Nie zdejmiemy reklam z warszawskich wieżowców, ale możemy sprawić, że będziemy inaczej je postrzegać.
Na koniec chciałbym zamieścić bardzo starą reklamę. A zatem felieton zawiera lokowanie produktu. „O, wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody, przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy! Kupujcie i spożywajcie, [dalejże, kupujcie] bez pieniędzy i bez płacenia za wino i mleko! Czemu wydajecie pieniądze na to, co nie jest chlebem? I waszą pracę – na to, co nie nasyci? Słuchajcie Mnie, a jeść będziecie przysmaki i dusza wasza zakosztuje tłustych potraw. Nakłońcie wasze ucho i przyjdźcie do Mnie, posłuchajcie Mnie, a dusza wasza żyć będzie” (Iz 55, 1–3).
PS Zainstalowałem stosowny program blokujący reklamy. Zdecydowanie poprawia jakość korzystania ze wspomnianego serwisu internetowego.