adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Wiara, Z życia Kościoła

W poszukiwaniu świętości – o pracy „historyka” w procesie beatyfikacyjnym

Na początku cofnijmy się w czasie do Niedzieli Palmowej Anno Domini 2017. Moim pragnieniem był wyjazd na misje, by służyć Bogu i drugiemu człowiekowi na peryferiach Kościoła. Tego dnia stanęłam na Placu świętego Piotra z napisem „Papa Francesco, Quiero ir de misión, por favor, dame la bendición”. Jaka byłam szczęśliwa, gdy ojciec święty zauważył ten napis i uśmiechając się do mnie zrobił znak krzyża na znak błogosławieństwa w moim kierunku. Lecz na misje jeszcze nie wyjechałam…

Misje przyszły do mnie. Pan dał mi misje w Polsce. A cóż to za zadanie? Wymagające i trudne, bowiem przyszło mi obiektywnie zająć się świętością. W czerwcu 2020 r. zostałam powołana na członka komisji historycznej badającej życie misjonarki i lekarki Wandy Błeńskiej. Tego dnia – w Niedzielę Misyjną i święto Łukasza Apostoła – rozpoczyna się inauguracja jej procesu beatyfikacyjnego.

Ta, która nie bała się marz

Może o niej słyszeliście – świecka lekarka, która 43 lata swojego życia spędziła wśród osób chorych na trąd, nazwana przez papieża Jana Pawła II „ambasadorką misyjnego laikatu”. W jej życiu nie było granic, których nie dało się przekroczyć. W jej służbie najważniejsze były dwie rzeczywistości: Bóg i człowiek. Zaledwie pięć lat po śmierci Wandy Błeńskiej (1911-2014), nazywanej przez wielu matką trędowatych, rozpoczęły się w Archidiecezji Poznańskiej procedury mające na celu wszczęcie procesu beatyfikacyjnego. Według wielu, którzy ją znali, cieszyła się opinią świętości za życia. Skromna, uśmiechnięta, przepełniona miłością do Eucharystii i drugiego człowieka. Od dziecka chciała zostać lekarzem na misjach. Mówiła: „Marzyłam o misjach i zawsze, jeszcze jak byłam dzieckiem, mówiłam, że będę lekarką na misjach”. Jednak na realizację dziecięcego marzenia musiała długo czekać. Wyjechała do Ugandy dopiero w 1950 r., a w 1951 r. znalazła się w Bulubie wśród trędowatych. Dzięki jej pracy maleńki szpital stał się prężnym centrum leczenia trędowatych, a dr Błeńska została uznana za światowy autorytet w dziedzinie leprologii. Choć planowała zostać w Bulubie pięć lat, została 43 lata. Do kraju wróciła w 1994 roku, jednak nie na zasłużoną emeryturę. Czynnie działała na rzecz animacji misyjnej i formacji przyszłych misjonarzy. Nie lubiła rozgłosu, ale pokornie znosiła blask fleszy, niekończące się wywiady, słowa uznania dla jej pracy, dyplomy, medale… W 2019 roku, jako jedyna Polka, znalazła się w gronie świadków wiary Nadzwyczajnego Miesiąca Misyjnego.

film: https://www.youtube.com/watchv=mp1OTNAWCs8&ab_channel=WandaB%C5%82e%C5%84ska

Owce czują świętość

Papież Franciszek w swojej adhortacji apostolskiej Evangelii Gaudium w punkcie 31 przypomina Kościołowi, że owce mają swój węch (łac. sensus fidei), aby rozpoznać nowe drogi, rozpoznać prawdę. Jedną z prawd, którą rozpoznaje owczarnia, jest świętość. To najpierw owce widzą między sobą te wyjątkowe, które dają świadectwo wierności i miłości do Pasterza, jakim jest Chrystus. I tak było w tym przypadku. Dla wielu Wanda Błeńska była świętą już za życia. Jej ofiarna służba drugiemu człowiekowi oraz przylgnięcie do Jezusa promieniowały na wielu, którzy się nią inspirowali. Jej światło nie zgasło po jej śmierci, a nawet nie przygasło. Promienieje, bo nadal żyje ona w sercach tych, którzy mieli okazję ją poznać: czy to na żywo, czy z filmów i książek lub opowiadań tych, którzy ją spotkali.

Jak stwierdzić świętość?

Po pięciu latach od jej śmierci Archidiecezja Poznańska wszczęła procedurę mającą na celu otwarcie procesu beatyfikacyjnego, który ma na celu jednoznacznie i obiektywnie ocenić, czy dana osoba zasługuje na miano błogosławionego Kościoła Katolickiego. Na początku zostaje ustanowiony postulator, który jest odpowiedzialny za przygotowanie i przebieg procesu beatyfikacyjnego. Jego głównym zadaniem jest zebranie informacji o życiu danej osoby i opinii o jej świętości. Kolejnym ważnym elementem jest powołanie komisji historycznej złożonej z biegłych historyków i archiwistów, której celem jest zbadanie pism niedrukowanych (np. listów) i dokumentów archiwalnych, a następnie opracowanie wymaganej przez prawo relacji. Ponadto ustanowiony przez biskupa miejsca zostaje Trybunał Kościelny w celu przeprowadzenia dochodzenia na szczeblu diecezjalnym.

Zobacz też:   „A większość z nich to trud i marność”

Dziś (tj. 18 października), w poznańskiej katedrze odbyła się I publiczna sesja rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego o stwierdzenie heroiczności cnót, podczas której miało miejsce zaprzysiężenie trybunału. Od tej sesji Wandzie Błeńskiej, kandydatce na ołtarze, przysługuje tytuł Służebnicy Bożej. Aby doszło jednak do beatyfikacji potrzeba jeszcze cudu.

Co ja tu robię?

Zwykle, bo w 99,9 procentach, członkami komisji historycznej zostają utytułowani profesorowie historii bądź archiwistyki, którym kwerendy archiwalne i żmudne opracowywanie źródeł historycznych nie są obce.

Tym razem Pan Jezus postanowił postawić mnie w tym miejscu i mną się posłużyć. To właśnie są dla mnie misje, na które chciałam w 2017 r. wyjechać i na które prosiłam o błogosławieństwo ojca świętego. Nie jestem historykiem, ale archeologiem i doktorem teologii (spec. misjologia), nie mam wybitnego dorobku naukowego. Ale gdy zapytano mnie się, czy  zgadzam się, to mimo wielu obaw, odpowiedziałam „tak”, bo wiedziałam, że Pan jest ze mną i z Jego pomocą dam radę.

Pan umacnia tych, których powołuje. Również mnie. Pozwala znaleźć czas na zajęcie się setkami listów, które napisała. Daje siły na długie rozmowy, z tymi, którzy mieli okazję ją znać. Kieruje na ścieżki i pokazuje gdzie szukać. Co chwilę obdarowuje niespodziankami w postaci znalezienia interesujących dokumentów albo postawieniem ludzi chcących opowiedzieć o  niezapomnianych spotkaniach z Wandą Błeńską. Nieustannie czuję się obdarowywana. I na tym polega misja, aby pozwolić się prowadzić Panu i Mu nie przeszkadzać. Bo naszym zadaniem jest służba – mamy być Jego narzędziami sprawnymi, czystymi i zawsze gotowymi do posłużenia się.

Czasami myślę, że za długo żyła. Przeżyła w końcu 103 lata. Przez ten czas wielu jej ukochanych przyjaciół i bliskich zmarło, zwłaszcza szkolne koleżanki, przyjaciele ze studiów. Wiele ważnych dokumentów zaginęło. Jednak Pan Bóg mnie nieustannie zaskakuje, bo odkrywa przede mną to co ukryte. Również przysyła pomocników, za których serdecznie dziękuję.

Ocierając się o świętość

Miałam to szczęście poznać Wandę Błeńską i już wtedy była dla mnie wzorem. Nigdy, nawet w marzeniach, nie myślałam o tym, że zostanie mi postawione takie zadanie. Jest ono trudne, gdyż muszę odrzeć ją z jej prywatności. Czytać listy, w których pisała o swoich trudnościach, tęsknocie, ale również o jej nieustannym zawierzeniu Bożemu Miłosierdziu, które propagowała w Ugandzie. Nie była nadczłowiekiem, świętym jak z hagiograficznych opisów pozbawiających człowieka człowieczeństwa, lecz kobietą z krwi i kości, przeżywającą zarówno trudne jak i pozytywne emocje. Zawsze jednak w całkowitym oddaniu Jezusowi i drugiemu człowiekowi.

***

Może się wydawać, że tekst o 103-latce w portalu dla młodych katolików nie jest do końca dobrym pomysłem. Jednak może ona stanowić inspirację dla wielu młodych ludzi. Gwarantuje, że poznanie jej będzie niezapomnianą przygodą i lekcją na całe życie, bo była autentycznym świadkiem Chrystusa.

Foto: Archiwum Wandy Błeńskiej

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.