adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Wiara

Skopałem ten Adwent

Skopałem ten Adwent. Żadne z moich postanowień nie wyszło. Nie dotrwałem w niczym do końca, w wielu sprawach padłem już na początku. Nie zdążyłem nawet się obejrzeć, a jest już po czwartej niedzieli Adwentu. A ja jestem nadal taki sam jak na początku, jeśli nie dużo gorszy.  

Czas Adwentu czy Wielkiego Postu zawsze wiąże się z robieniem postanowień. Ten szczególny czas bardzo nam ku temu sprzyja, jest niczym punkt graniczny, od którego możemy rozpocząć coś nowego, na nowo wziąć się za siebie. Obieramy sobie bardziej lub mniej konkretne cele i próbujemy działać. Jednak próby mają to do siebie, że czasem zwyczajnie nie wychodzą. Wszystko zaczyna się sypać, wypadać nam z rąk. Przestaje działać i nie mamy już siły, żeby w połowie Adwentu próbować od nowa.

Porażka

Niemal każdego roku mam podobne przeświadczenie – znowu nie wyszło tak, jak sobie postanowiłem. Wielkie plany legły w gruzach i ocalały jedynie okruchy. Jednak tym razem jest dużo gorzej, bo nie ostały się nawet one, nawet najmniejszy z nich. W żadnym, w kompletnie żadnym postanowieniu nie wytrwałem. Większość padła już po pierwszym tygodniu, kolejne odpadały stopniowo, a po Niedzieli Gaudete rozłożyłem ręce i wiedziałem, że już nie ma czego ratować. Na zaczynanie od nowa też nie miałem ochoty. Temu wszystkiemu towarzyszyła oczywiście wielka nędza. Doszły grzechy, które tylko dobiły już leżącego. I tak upadłem pod ciężarem całego „dobra”, które na siebie nałożyłem. Zawsze tak jest, gdy sam sobie wszystko nakładam i sam chce wszystko unieść. Gdy zostawiam siebie samego i zapominam, czemu to wszystko ma służyć. A ma pomagać, nie niszczyć i dołować. Ma pogłębiać relacje, a nie spłycać ją i zniechęcać do jej budowania. Ma rozpalać serce, a nie gasić zapał.

Skądś to znasz? Brzmi bardzo podobnie do Twojego Adwentu? Możesz się pod tym spokojnie podpisać i wrócić do swojej rozpaczy?

Na całe (nasze) szczęście to wszystko to NIC

Skrwawiona szmata

Gdy powrócimy do czytań na pierwszą niedzielę Adwentu, to zrozumiemy, że On od samego początku wiedział, że może być właśnie tak – że wszystkie nasze uczynki będą jak „skrwawiona szmata”. „Opadliśmy zwiędli jak liście” i teraz, na koniec Adwentu, zamiast rozkwitać to leżymy pozwijani na zimnej ziemi. Przykry to widok. Jednak Jemu on w ogóle nie przeszkadza. Nie przeszkadza w kochaniu nas. On dobrze wie, że przez grzech właśnie tacy jesteśmy, że to jest wpisane w naszą naturę. Nawet, gdy wszystko wydaje się w porządku, gdy czujemy się dobrze i mamy wrażenie, że rozkwitamy, to gdzieś tam w środku jest jakaś nędza, jest jakaś lejąca się krew. Nieważne więc, czy ten Adwent był pełen sukcesów czy porażek, zawsze ostatecznie jesteśmy jak „skrwawiona szmata”: nędzni i pełni grzechów. 

Zobacz też:   Niedzielne PeryKopy: Bieda aż piszczy

Czy więc te święta są już stracone? Musimy czekać kolejny rok na następną szansę? 

Nie. Bo Jezus przyszedł w nędzy, ale i do nędzy. Przyszedł do zimna, brudu i gnoju stajni, a pierwsze pokłony przyjął od tak samo biednych i brudnych pasterzy. Przykro o tym w ogóle myśleć, ale nasze serce jest często w dużo gorszym stanie. Żaden brud tego świata nie jest gorszy od brudu grzechu. Jednak nasza bieda i nędza to również Jego królestwo. Jego pałac, który sam sobie wybrał, bo w wyborze kierował się miłością. Wiedział, że tylko w takich warunkach będzie najbliżej naszych serc. 

Uratuj(My) te Święta! 

Jak w tym wszystkim nie stracić Świąt? Jak z tej nędzy powstać i jakby nigdy nic zacząć się cieszyć? Czy można jeszcze uratować ten Adwent? 

Oczywiście, że można. To nadal mogą być wspaniałe Święta. Wystarczy zrobić jedno –pójść jeszcze przed nimi do spowiedzi świętej, a potem, w czasie Świąt, przyjąć Go do siebie i dać Mu działać. Dać Mu sprzątać i naprawiać nasze wnętrze, by pewnego dnia nasza betlejemska szopa zamieniła się na Niebieskie Jeruzalem. Aby kiedyś nędza zamieniła się w chwałę, a „skrwawiona szmata” – obmyta w Jego krwi – stała się białą szatą zbawionych.

W czasie przygotowania darów podczas mszy świętej kapłan wlewa do kielicha wino oraz odrobinę wody. Wino symbolizuje to, co boskie: boską naturę Chrystusa. Jednocześnie do tego wina wlewana jest woda – człowieczeństwo. Woda jest napojem, który utrzymuje ludzi przy życiu. Z jednej strony ten gest symbolizuje Wcielenie Syna Bożego – połączone w Nim dwie natury. Z drugiej – wyraża dokładnie to, co robi z nami Bóg. Woda symbolizuje nas wszystkich. My jesteśmy wodą wlewaną do kielicha. Gdy tych kilka kropel wody zmiesza się z winem, to tak naprawdę staną się właśnie winem. To już nie będzie woda, w kielichu będzie wyłącznie wino. Chrystus pozwala nam zanurzyć się w swoim bóstwie, wywyższa nas i obdarza królewską godnością. Bierze całą naszą ludzką nędzę i przemienia ją w to, co szlachetne. Następnie to wino w kielichu staje się Jego Krwią, przez którą zostaliśmy odkupieni.

Tak wielkie rzeczy czyni nam Bóg. Dlatego też proszę, pozwól Mu, aby całkowicie Cię w sobie zanurzył.
Proszę, idź do spowiedzi. Nie czekaj. Daj Mu przyjść. Jeśli nie do gospody, to wpuść Go chociaż do nędznej stajni. A potem raduj się! Prawdziwie się raduj, bo narodził się nam Zbawiciel!

O autorze

Wielbiciel kawy i student prawa. Miłośnik liturgii, ładnych zdjęć i dobrych książek. Lubi z zachwytem patrzeć na świat, a z miłością na drugiego człowieka.
Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.