Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj

Po Namyśle: Czy dać sobie święty spokój?

magazine cover

pixabay.com

KAP, KAP, KAP. Słyszycie? To kropla drąży skałę. To pojedyncze akty ludzi dobrej woli, które wpływają na ogólny kształt Kościoła. To cierpliwość, z jaką rozmawiają – zarówno z wierzącymi, jak i niewierzącymi, zarówno z kapłanami, jak i ze świeckimi.

Zdarzają się w życiu takie momenty, kiedy uaktywnia się „kompleks zbawiciela”. To te chwile, kiedy jest się przekonanym, że w relacji z drugim człowiekiem można odegrać kluczową rolę w zmianie jego postępowania i ogólnej poprawie jego życia duchowego. Entuzjazm takiego „naprawiacza” może przybierać wiele postaci. Czasem niestety bardziej przypomina powódź, która niszczycielskim żywiołem wdziera się w egzystencję i wywołuje jedynie potrzebę stawienia jej oporu. A czasem to, czego często potrzeba takiej pogubionej osobie, to świadectwo życia, spokojna rozmowa czy okazanie wsparcia (acz wcale niekoniecznie poparcia).

Natychmiastowy efekt

Znajomy opowiadał mi kiedyś, jak to próbował pomóc pewnej dziewczynie. Jej rodzice i rodzeństwo byli bardzo wierzący i starali się jej tę wiarę przekazać. Niestety, pomimo ich starań, w gimnazjum córka wpadła w nienajlepsze towarzystwo. Zaczęła kwestionować ich autorytet oraz celowość wiary, pić alkohol, palić papierosy, a później nawet się samookaleczać. Koleżanki coraz bardziej się o nią martwiły, więc przyszły do mojego kolegi. Kiedyś przy spotkaniu zagaił ją, co słychać, jak jej się życie układa. Na początku nie chciała z nim rozmawiać. Później jednak zaczęła się trochę otwierać i przy tym chwalić swoimi „osiągnięciami”. Opowiadała, jak to na nikim jej nie zależy, że radzi sobie sama. Że Bóg nie jest jej do niczego potrzebny i że to, w co wierzą katolicy, jest śmieszne. Nie przeszkadzało jej to w przystępowaniu do Komunii i współprowadzeniu jednej z dziecięcych wspólnot parafialnych. Mój znajomy zaczął przekonywać ją do powrotu na właściwą ścieżkę. Trwało to parę miesięcy. W pewnym momencie było już tak dobrze, że dziewczyna zgodziła się na walkę z nałogiem tytoniowym i – co ważniejsze – na spowiedź. Wszystko było już załatwione. Zaufany znajomy ksiądz mojego kolegi był już umówiony. I wtedy dziewczyna niespodziewanie się wycofała. Wówczas mój kolega, który dotąd był przekonany, że wszystko mu się udało, tak był rozczarowany, że swoim rozczarowaniem zaprzepaścił całe miesiące pracy. W jednej chwili z cierpliwego „drążenia” jego pomoc zmieniła się w silny nurt rzeczny. Stwierdził, że jak nie prośbą, to może groźbą. Straszył, że wyda ją rodzicom, proboszczowi. Z jednej strony czuł, że teraz już tylko pogarsza sprawę, ale z drugiej strony chciał chociaż ratować przed nią wspólnotę, którą współprowadziła. Ale dziewczyna ani się nie nawróciła, ani nie odeszła ze wspólnoty.

Tę historię opowiadał mi dawno temu, kiedy sprawa była jeszcze świeża. Już wtedy miał poczucie winy, że stracił cierpliwość. Gdyby nie to, może ta historia potoczyłaby się inaczej…

Lata oczekiwania

Sprawa bliska części czytelników. Zbieranie podpisów pod prośbą o msze święte w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego. Należy znaleźć wiernych, którzy są skłonni się zaangażować. Później trzeba chodzić od parafii do parafii i pytać proboszczów, czy byliby w stanie przyjąć pod swój dach środowisko tradycyjne. Następnie kwestia księdza, który potrafi odprawiać w tym rycie. A jeśli nie potrafi, to czy da radę się nauczyć. Jeżeli odmówi, szuka się dalej. Jeśli zgodzi się na podjęcie nauki, trzeba mu pomagać i w pewien sposób „pilnować”, czy robi w tej nauce postępy. I kiedy ma się to wszystko, można z tymi argumentami ruszyć na lokalną kurię z nadzieją na przyjęcie i akceptację. Jeśli brakuje któregoś z elementów, należy mieć nadzieję, że lokalna władza kościelna będzie na tyle przychylna, iż zaoferuje pomoc w zakresie chociażby zorganizowania kapłana. Czasem cały proces trwa krótko, a czasem wiele lat. I kiedy już uda się dopiąć wszystko i rozpocząć regularne celebracje – na początek co miesiąc – wtedy zawsze pojawią się malkontenci, którzy uznają, że jeśli od początku msza nie będzie odprawiana codziennie, to trudno przedsięwzięcie nazwać sukcesem. A tymczasem niejednokrotnie trzeba cierpliwości. Właśnie tego spokojnego i systematycznego drążenia w skale struktur parafialnych, dekanalnych czy diecezjalnych, żeby doprowadzić do zamierzonego celu. Żeby po latach pewnej na pozór prowizorycznej inicjacji doprowadzić do upragnionego powstania regularnego duszpasterstwa.

Ciężka praca

A jak się to ma do naszych rzeczywistości parafialnych? Wielu ludzi uczęszczających na msze do swoich parafii narzeka – i słusznie – że świąteczne liturgie niemal niczym nie różnią się swoją uroczystością od mszy celebrowanych w dni powszednie. A oni widzieliby „wersję minimum” takiej niedzielnej sumy z pełną asystą, kanonem rzymskim, procesją z księgą Ewangelii, kadzidłem, aspersją… Po drugiej stronie mamy przeciętnego parafialnego proboszcza, który martwi się, że kiedy równie przeciętni wierni znienacka zostaną zaskoczeni podobnym „rozszerzeniem”, postanowią „zagłosować nogami” przeciwko takim radykalnym zmianom. I taki proboszcz ma pełną rację! Tego typu zmian nie można wprowadzać z tygodnia na tydzień, zwłaszcza biorąc pod uwagę kiepską katechizację wspomnianego przeciętnego wiernego. Tutaj analogię „kropli drążącej skałę” zamieniłbym na „metodę gotowanej żaby”. Stopniowo podkręcamy „temperaturę” celebracji, co parę miesięcy dodając nowy element. Po paru latach wszystko to, czego niegdyś na tej mszy nie było, zostanie uznane za jej naturalny element.

Na wszystko potrzeba czasu. Łatwo przedobrzyć, a wtedy bardzo szybko można usłyszeć „daj mi święty spokój”. Miejmy jednak nadzieję, że cierpliwa praca na rzecz bliźniego lub wspólnoty nie będzie bezowocna, a wszelkie dobre dzieło stanie się prawdziwym świadectwem naszej wiary, nadziei i miłości.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Mąż i ojciec, miłośnik liturgii i „Gwiezdnych Wojen”. Członek „małego, acz wpływowego lobby kantorskiego” oraz Polskiego Towarzystwa Ortodontycznego.
Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.