adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Bez kategorii

Opowieść pewnego misjonarza, czyli trzydzieści lat w Kongo

fot. ks. Bogdan Piotrowski

fot. ks. Bogdan Piotrowski

W dorzeczu drugiej co do wielkości rzeki Afryki znajduje się kraj urzekający swoim pięknem i bogactwem przyrody. Ma za sobą jednak niezwykle trudną historię, która nadal rzutuje na wiele aspektów życia społecznego. Jak wygląda życie w Republice Konga? Co takiego jest w tym miejscu, że nadal przyciąga ono ludzi gotowych poświęcić życie dla głoszenia Chrystusa właśnie tam? O tym w kolejnej części cyklu #PoloniaZawszeWierna opowie nam dziś mój dzisiejszy rozmówca.

Z księdzem Bogdanem Piotrowskim rozmawiał Konrad Myszkowski.

KM: Jak się to wszystko zaczęło?

Ks. BP: Kiedy po trzech pierwszych latach pracy duszpasterskiej w Ciężkowicach (diecezja tarnowska), roku przygotowań w centrum Formacji Misyjnej w Warszawie i trzech miesiącach kursu językowego w Paryżu na Alliance Française wylądowałem 5 listopada 1990 roku w Brazzaville, nie zdawałem sobie sprawy, że aż tyle czasu pozostanę tutaj, a Kongo stanie się moją drugą ojczyzną. Dziś mam sześćdziesiąt lat, w tym trzydzieści przeżytych na Czarnym Lądzie. Pierwsze osiem lat pracowałem w buszu w Mindouli, Loulombo i Missafou, a potem, po kolejnej wojnie w 1997 roku, kiedy nasz region całkowicie opustoszał, przeniosłem się do misji w Brazzaville, w której wcześniej pracowali nasi kapłani. I tak dwadzieścia trzy lata pracuję w parafii Pana Jezusa Zmartwychwstałego (od jedenastu lat noszącej także wezwanie Miłosierdzia Bożego).

KM: Jak żyje się w Kongo na co dzień?

Ks. BP: Codzienność kongijska jest trochę inna niż w Polsce. W wioskach ludzie żyją z tego, co zbiorą z pola lub z lasu. Codziennie rano idą oni (przede wszystkim kobiety) uprawiać swe poletka, niekiedy oddalone o kilka, a nawet kilkanaście kilometrów, żeby do domu wrócić już w nocy (tzn. około dziewiętnastej), bo trzeba zająć się dziećmi i przygotować coś do zjedzenia dla rodziny. Niektórzy mają na polach pobudowane szałasy i zostają tam na kilka dni. Mężczyźni polują, uprawiają rolę, zbierają wino palmowe na sprzedaż. Mogą pomóc żonie w wykarczowaniu lasu pod uprawy i wyczyścić miejsce, ale resztę musi ona zrobić sama.

W mieście życie wygląda inaczej: jest wielu urzędników, nauczycieli, policja, cała budżetówka – oni otrzymują miesięczne pensje. Większość populacji to handlowcy mający różnego rodzaju większe lub mniejsze sklepy. Wiele kobiet sprzedaje produkty rolne na targu; często przed domami mają wystawione stoliki i prowadzą sprzedaż detaliczną, żeby sobie dorobić.

KM: A jak w środku Afryki radzi sobie Kościół katolicki?

Ks. BP: Kościół w Kongo za trzy lata będzie obchodził stu czterdziestolecie istnienia, tzn. od założenia pierwszej misji nad oceanem w Loango w 1883 roku. Aktualnie jest dziewięć diecezji, w tym jedna archidiecezja Brazzaville. Posługę pełni dziesięciu biskupów, z czego dwóch to Europejczycy. Diecezje są podzielone na misje, w których mieszkają księża i mają do obsługi kilka, a nawet kilkadziesiąt kaplic dojazdowych. Przy każdym punkcie jest rada parafialna oraz katechista, który prowadzi katechezy, a często też i modlitwy w niedzielę. W miastach styl pracy jest podobny jak w Polsce. Istnieje dużo różnych stowarzyszeń dla starszych, młodzieży i dzieci czy grup modlitewnych.

U nas w parafii działają dwa chóry młodzieżowe, chór dziecięcy i tzw. chór ludowy oraz piętnaście stowarzyszeń i grup modlitewnych. Co ciekawe, codziennie rano na msze święte przychodzi do kościoła około czterystu osób.

W Kongo jest około 30% katolików, 35% protestantów, dużo sekt, animistów oraz mniejszość muzułmańska. Kościół katolicki ma silną pozycję w społeczeństwie, choć ostatnio zwiększa się wpływ sekt.

fot. ks. Bogdan Piotrowski

KM: Czy w Kongo w ogóle można spotkać Polaków?

Ks. BP: Kiedy Kongo było jeszcze krajem demokracji ludowej (do 1990 roku) jak Polska, wielu mieszkańców tego kraju studiowało w Polsce. Stąd też zresztą kiedyś była liczna polska kolonia, przede wszystkim za sprawą Polek, które wyszły za mąż za Kongijczyków i zamieszkały w Brazzaville. Od 2000 roku w zasadzie nie ma już jednak nikogo – część powróciła do Polski sama lub z dziećmi, niektórzy są we Francji, a tutaj zostało kilka osób. Aktualnie w Brazzaville obecni są tylko misjonarze i misjonarki: sześciu księży i osiem sióstr zakonnych z różnych zgromadzeń.

Jeśli chodzi o nasze relacje tu na miejscu, to nie ma żadnych problemów. Jesteśmy z miejscowymi w tak w czasie radości, jak i smutku. Cenią sobie bardzo to, że w trudnych chwilach narodu jesteśmy z nimi i nie wyjeżdżamy, zostawiając ich samych.

KM: Jak to w ogóle się stało, że już od trzydziestu lat posługuje Ksiądz w Afryce?

Ks. BP: Mój przyjazd do Konga był związany z misjami, jakie prowadzi nasza diecezja. W 1973 roku przyjechali tu pierwsi tarnowscy misjonarze. Dziesięć lat później trafili do Republiki Centralnej Afryki, a w późnych latach dziewięćdziesiątych pojawili się też w Czadzie. Kiedy zgłosiłem się do pracy na misjach, to prosiłem o Afrykę – resztą pokierował Duch Święty. W 1990 roku pracowało nas tutaj dwudziestu. Mój kolega, ks. Jan Betlej, z którym byłem razem święcony i z którym przyjechałem do Konga, został posłany na północ, do Oyo, a ja na południe, do Mindouli. To cała filozofia wyjazdu. Z powołaniem misyjnym jest jak z wiatrem: wieje, ale nie wiadomo, skąd przychodzi i gdzie może człowieka „wywiać”.

KM: Trzydzieści lat to niewyobrażalnie dużo, więcej, niż całe moje dotychczasowe życie!

Zobacz też:   Недільні ПериКопи: Чи Бог є невиправним оптимістом?

Ks. BP: Trzydzieści lat pracy w Afryce wyciska niezatarte piętno na człowieku. Przebywając tu kilka lat, inaczej patrzy się na świat, a co dopiero po trzech dekadach. Pierwsze sześć lat pracowałem w ekipach z polskimi księżmi, ale z afrykańskimi siostrami zakonnymi, lokalnymi katechistami i animatorami parafialnymi. To dzięki nim poznawaliśmy Afrykę i Afrykańczyków, ich życie, metody przetrwania, kuchnię, sposób modlitwy, tańca itd. Będąc z nimi na co dzień, szybko integrowaliśmy się w nowych warunkach. Ja na przykład od 1996 roku pracowałem tylko z Kongijczykami. Często bywało, że jako jedyny biały na misji jadłem to, co kupiłem na lokalnym targu albo co przynieśli ludzie. Po jakimś czasie nie było już tajemnic, różnicy w traktowaniu, było się „ich człowiekiem” – i tak zostało do dzisiaj. Księża czy klerycy, którzy przeszli przez moją parafię, wracają tu często jak do siebie. Wiadomo, że ci, którzy nas bliżej nie znają, zachowują dystans, ale ogólnie rzecz biorąc, pomimo tylu wojen i trudnych sytuacji, czujemy się bezpieczni i jak u siebie.

fot. ks. Bogdan Piotrowski

KM: Czy często odwiedza Ksiądz Polskę?

Ks. BP: Od początku naszej pracy w Kongo mieliśmy możliwość przyjeżdżania do kraju co dwa lata i tak pozostało, ale od jakiegoś czasu jestem w Polsce co roku ze względu na mamę. W parafii posługuje aktualnie trzech księży, czwarty dochodzący, diakon i seminarzysta na stażu. Oprócz tego dwóch tarnowskich kapłanów mieszka u mnie, organizując od podstaw parafię św. Jana Pawła II oraz budując kościół, szkołę i plebanię w sąsiedniej dzielnicy. Jakoś udaje się wykroić trochę czasu w wakacje, aby być w domu. Dla nas jest to też okazja, by w polskich parafiach organizować animację misyjną i zdobyć też pomoc finansową dla prowadzenia naszych misji. Za każdym razem, kiedy jesteśmy w ojczyźnie, spotykamy się z radością z przyjaciółmi czy znajomymi, którzy zdążyli się przyzwyczaić do naszej krótkiej, rzadkiej, ale intensywnej obecności, podobnie jest z rodziną. Najtrudniej było mi poznać Polskę na pierwszym i drugim urlopie (1992 i 1994), ze względu na duże zmiany zachodzące w kraju; później łatwiej odnajdowałem się w nowej rzeczywistości.

KM: Na czym polega Księdza praca w Afryce?

Ks. BP: Nasza praca w Kongo to głównie posługa duszpasterska, prowadzenie parafii czy misji. To codzienne msze święte, sprawowanie sakramentów, organizowanie katechizacji, która jest przy parafii. To opieka duchowa członków stowarzyszeń czy grup modlitewnych, a także organizacja różnych formacji dla katechistów, animatorów ze stowarzyszenia dzieci Yamboté. Wydajemy też gazetę parafialną (co dwa tygodnie już od 1999 roku). W organizowaniu formacji bardzo pomaga nam diecezja tarnowska, a szczególnie Dzieło Misyjne Diecezji Tarnowskiej. Szczególną troską obejmujemy dzieci – zarówno na niwie duchowej, jak i ogólnej, także edukacyjnej. Jeśli chodzi o trudności, to ich nie brakuje, zawsze pojawia się coś nowego. U nas na przykład od 19 marca całkowicie zamknięte są kościoły ze względu na koronawirusa i pomimo tego, że poluzowano obostrzenia sanitarne, nic się nie mówi o otwarciu świątyń – może gdzieś w czerwcu…

Powodów do radości jest jednak wiele – szczególnie praca z dziećmi jest wdzięczna, chociaż niekiedy nie wiadomo, czego jest więcej: gwaru czy porządku. Staramy się pomagać im i ich rodzicom w należytym wychowaniu na porządnych ludzi i chrześcijan.

fot. ks. Bogdan Piotrowski

KM: Misjonarze zajmują się różnymi pracami – nie tylko duszpasterstwem?

Ks. BP: Wiadomo, że oprócz pracy duszpasterskiej staramy się pomagać tym ludziom w różnorakich sprawach. Kościół angażuje się we wszelkie prace, które mogą ulżyć tym Kongijczykom w ich biedzie, tak materialnej, jak i duchowej. Przy parafii mamy małą przychodnię zdrowia, jest też szkoła. Od kilkudziesięciu lat rodziny z Polski wspomagają biedne dzieci w nauce w ramach „adopcji edukacyjnej”. Jest tu ponad setka dzieciaków uczęszczających dzięki nim do szkoły. Diecezja tarnowska zobowiązała się zapewnić posiłek dla nich każdego dnia. Organizujemy też różne kursy, programy formacji ogólnej oraz panele dyskusyjne. Najbiedniejsi są wspierani przez nasz Caritas parafialny, który co miesiąc rozdaje żywność i ubrania tym ludziom (ponad sto osób korzysta z tej formy pomocy). Oprócz tego wierni z grupy parafialnej Justice et paix starają się pomagać w rozwiązywaniu konfliktów społecznych, rodzinnych i osobistych, których tu nie brakuje. Ludzie mają zawsze w parafii do dyspozycji kapłana; rano i po południu biuro parafialne jest otwarte i wielu chętnych przychodzi do spowiedzi lub by powierzyć księdzu swoje problemy. Tym, co jest trudne do przezwyciężenia, są ich dawne wierzenia, ale na to trzeba czasu i cierpliwości, aby to zmienić. Tu większą rolę do odegrania mają miejscowi kapłani, którzy mogą swoją postawą i słowem wpłynąć na sposób myślenia Kongijczyków.

KM: Czy czytelnicy Adeste mogą w jakiś sposób wesprzeć polskie misje w Kongo?

Ks. BP: To, o co prosimy, to codzienna modlitwa, bo tak wiele jest pracy i tyle problemów piętrzy się przed nami, zwłaszcza niepewności w tej wyjątkowej sytuacji epidemiologicznej. Nad tym wszystkim czuwa jednak dobry Bóg, więc wszyscy razem i każdy z osobna będzie mógł wiele zrobić dobrego.

Pozdrawiam wszystkich czytelników!

Z Bogiem,

Ks. Bogdan Piotrowski

Brazzaville

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.