adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Superbohaterowie po chrześcijańsku

magazine cover

unsplash.com

Kino religijne, zwłaszcza to wysokobudżetowe, przeżywa w ostatnich latach olbrzymi kryzys. Próżno szukać wśród najnowszych premier filmów na miano Największej opowieści wszech czasów, Ben Hura czy chociażby Pasji. Zamiast tego najwyższe miejsca na listach najbardziej dochodowych filmów zajmują produkcje o superbohaterach.

Sukces produkcji z logiem MCU (kinowe uniwersum Marvela) to dość ciekawa sprawa. Kilkanaście filmów i seriali z tymi samymi bohaterami, kolejne, niemal sztampowe odsłony tak samo opowiadanych historii. Wydawałoby się, że u widzów w końcu powinien nastąpić przesyt serwowanymi im w kółko podobnymi do siebie produkcjami. A jednak z każdą kolejną częścią nie widać znużenia fanów. Wręcz przeciwnie – nowe filmy zyskują coraz większą popularność, czego dowodem jest wynik kasowy Avengers: Koniec gry. Dlaczego tak się dzieje?

Czy to zasługa sprawnie nakręconych scen akcji pozwalających zrelaksować się widzowi? Z pewnością. Dobór zróżnicowanych, solidnie zagranych bohaterów? Być może. Ale renesans kina superbohaterskiego może mieć jeszcze jedną, nie mniej ważną, choć banalnie brzmiącą przyczynę: ludzie tęsknią za herosami.

Starożytni superbohaterowie

Od niepamiętnych czasów pierwszych cywilizacji (a być może i wcześniej) ludzie tworzyli opowieści o postaciach ponadprzeciętnie uzdolnionych i posiadających nadnaturalne moce. Często historie te były wkomponowane w ówczesne systemy religijne i mitologiczne.

Na kartach literatury światowej zaczęły pojawiać się takie postacie jak Gilgamesz, Achilles czy Beowulf. Wielcy wojownicy obdarzeni nadludzkimi siłami, potrafiący pokonać w walce zastępy wrogów i magiczne stworzenia. To właśnie oni, w pewnym sensie, stali się protoplastami współczesnych superbohaterów. W pewnym sensie, gdyż pomimo licznych podobieństw widać też spore różnice.

Czytając dziś o starożytnych herosach, łatwo zauważyć, że nie byli oni bohaterami według współczesnych nam wzorów. Owszem, dokonywali wielkich czynów, potrafili wznieść się ponad swoje możliwości, ale zazwyczaj nie ratowali świata, nie byli obrońcami uciśnionych. Ba! Przy odpowiedniej interpretacji to właśnie oni mogliby być uznani za tych złych: morderców, gwałcicieli, łupieżców i złodziei. W końcu Odyseusz po powrocie do domu morduje nie tylko mężczyzn zalecających się do jego żony (co jeszcze mogłoby być zrozumiałe), ale także ich służące. Achilles, wbrew romantycznej wizji Wolfganga Petersena w filmie Troja, walczy nie tylko o sławę, ale także o łupy i niewolników, za nic mając sobie zdrowie i życie kobiet oraz dzieci. Czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie Batmana albo innego Kapitana Amerykę, który, ratując swoje miasto, ma na celu głównie pomnażanie własnego majątku albo realizację prywatnych porachunków? Raczej nie.

Skąd wzięły się te różnice? Cóż – moralność antycznych Greków i Rzymian, starożytnych Babilończyków i średniowiecznych Wikingów miejscami wyraźnie różni się od tej znanej obecnie, u podstaw której leży chrześcijaństwo. Nic więc dziwnego, że i postacie komiksowych i filmowych herosów kreowane są w nieco inny sposób. Bliższy czemuś, co można nazwać współczesnym etosem rycerskim. Nowi superbohaterowie nie mogą więc być krwiożerczymi istotami. Muszą zostać ucywilizowani, czy też może lepiej powiedzieć: ochrzczeni.

Jak rodzą się herosi?

Kino superbohaterskie ze świata Marvela bądź DC zalicza się do grona tzw. blockbusterów, czyli lekkich, niezobowiązujących filmów rozrywkowych mających premierę zazwyczaj latem. Z tego powodu scenarzyści zazwyczaj nie próbują przesadnie niuansować charakterów postaci. Choć, aby uczynić ich nieco mniej papierowymi i płaskimi, starają się nadać bohaterom jakieś szczególne cechy, w tym różne wady i zalety. Bo herosi, mimo wszystko, nie są pozbawieni niedoskonałości.

Oglądając filmy przedstawiające symboliczne narodziny bohaterów, zazwyczaj zwracamy uwagę na ten jeden, kluczowy moment przełomowy, dzięki któremu bohater zyskuje niezwykłe zdolności. Jeden zostanie poddany eksperymentalnej terapii, w wyniku której uzyska niezwykłą siłę. Inny zdobędzie pierścień manipulujący materią. W końcu to taka wyraźna cezura: wczoraj zwykły człowiek, dziś ktoś zupełnie inny. Sęk w tym, że postać obdarzona nadludzkimi mocami wciąż nie jest herosem. By nim się stać, bohater musi jeszcze przejść długą drogę, na której głównym przeciwnikiem, oprócz antagonisty, będzie on sam.

Fani Spider-Mana z pewnością znają kultowe słowa „z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność”. I tak naprawdę to jest istota bycia superbohaterem. Nie wystarczy władać piorunami niczym Thor, mieć pajęcze zmysły jak Peter Parker lub zmieniać się w zielonego wielkoluda. Trzeba jeszcze umieć te talenty odpowiednio wykorzystać.

Zobacz też:   Wiceprezes Stowarzyszenia Wiosna: Twarzą polskiej biedy jest samotna, starsza kobieta [WYWIAD]

Z tych właśnie powodów historie „narodzin” superbohaterów to nierzadko obraz przezwyciężania własnych słabości, wad i złych nawyków. Proces ten bywa długi, trudny i bolesny. Ale konieczny. Thor staje się bohaterem dopiero wtedy, gdy poskromi własną pychę i nauczy się dbać o innych. Kapitan Ameryka z żołnierza przekształca się w herosa nie w wyniku eksperymentu medycznego, ale dzięki poświęceniu się dla potrzebujących. Nawet za cenę własnego życia.

Dla innych zostanie superbohaterem to działanie mające na celu zadośćuczynienie za dawne krzywdy wyrządzone ludziom. Z tego powodu Tony Stark, zorientowawszy się, że produkowana przez niego broń trafia do najemników i terrorystów, staje się Iron Manem. Bucky, czyli Zimowy Żołnierz, przystępując do „Mścicieli” (czyli Avengers), próbuje odkupić swoją winę mordercy na zlecenie (choć trzeba pamiętać, że zbrodni dokonywał, będąc całkowicie pozbawionym wolnej woli).

Ktoś może się przyczepić, że Batman, Superman lub Iron Man działają poza granicami prawa. W pewnym sensie jest to prawda. Wszyscy oni biorą sprawiedliwość w swoje własne ręce, nie zwracając uwagi na instytucje państwowe i międzynarodowe. Rzecz w tym, że nawet w chwilach sprzeciwu wobec ustanowionej władzy nie jest to nieposłuszeństwo na zasadzie anarchii i buntu, ale zwrotu ku wyższemu, uniwersalnemu, naturalnemu wręcz prawu.

Bo białe jest białe, a czarne czarne

Na czym to prawo polega? Na sprzeciwie wobec zła, ochronie słabszych i ratowaniu ludzkiego życia. Tym samym w kinie superbohaterskim istnieje wyraźna granica przebiegająca na osi dobro-zło. I choć niektóre postacie balansują pomiędzy tymi dwoma strefami, zazwyczaj ostatecznie opowiadają się po jednej ze stron. Dla niektórych taki wyraźny podział może być wadą. W końcu dobry film powinien jak najlepiej nakreślić portret psychologiczny postaci, unikając płaskich, jednowymiarowych bohaterów.

Jednak to właśnie dzięki temu filmy o superbohaterach są dalekie od relatywizacji zła. W tym filmowym świecie (póki co) nie da się go usprawiedliwiać nawet najbardziej wzniosłymi hasłami. Nawet jeśli podstawy, na których złoczyńcy opierają swoje poglądy, mogą być zgodne z prawdą, to sposób rozwiązywania problemów jest zdecydowanie piętnowany.

Najjaskrawszym przykładem jest tutaj główny antagonista ostatnich dwóch części serii Avengers, czyli Thanos – fioletowy tytan, którego życiową misją jest eksterminacja połowy życia we wszechświecie. Dlaczego chce tego dokonać? Ano dlatego, że zasoby świata nie są nieskończone, przestrzeń także jest ograniczona, a stale rosnąca populacja różnych istot (w tym ludzi) prędzej czy później doprowadzi do totalnej destrukcji. Sposobem na rozwiązanie problemu jest depopulacja.

Osoby zainteresowane ruchami społecznymi na świecie z pewnością dostrzegą podobieństwa do niektórych stowarzyszeń głoszących hasła o potrzebie walki z przeludnieniem, czasem nawet drastycznymi metodami (sterylizacja, aborcja, eutanazja). A mimo postępującej relatywizacji moralności i dehumanizacji ludzi w realnym świecie Avengersi nie próbują usprawiedliwiać Thanosa. Wręcz przeciwnie. Jawi się on jako najgroźniejszy, najbardziej wymagający przeciwnik spośród tych, którzy przewinęli się przez wszystkie serie filmowe.

Ale i inne czarne charaktery są piętnowane w wyraźny sposób. Chciwość, nieposkromiona chęć władzy czy zemsty, próba wprowadzenia chaosu zawsze są tu przedstawiane jako coś nagannego. Niezależnie od tego, czy tym złym jest wzgardzona piękna kobieta, zasłużony, lecz zapomniany wojskowy czy superinteligentna maszyna. Nie ważne, jaką funkcję piastuje. Ważne jest to, co robi.

Jim Caviezel, aktor grający Chrystusa w Pasji Mela Gibsona, powiedział, że wielkie wytwórnie filmowe boją się tworzyć filmy oparte na Piśmie Świętym, ale z chęcią sięgają po oparte na motywach chrześcijańskich historie superbohaterów. W jego słowach można dostrzec słuszne rozgoryczenie tym, że kino zapomniało o największym z największych bohaterów ludzkości – Zbawicielu. Jednak nie warto aż tak piętnować produkcji z filmowymi herosami.

Dziś, gdy pozytywnymi bohaterami filmów są złodzieje, bandyci i mordercy, którzy swoje zachowania motywują własnymi korzyściami, a widz usprawiedliwia ich działania, superbohaterowie są jasnym punktem na horyzoncie. Stają w obronie słabszych, gotowi ryzykować własne życie. To lekkie, niezobowiązujące, niezbyt ambitne blockbusterowe kino nie boi się mówić, że zło pozostaje złem niezależnie od pobudek. Że zawsze jest czas na nawrócenie i przebaczenie. I że dobro, nawet sponiewierane, oplute, pobite i pogardzane, ostatecznie wygrywa.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.