Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj

Fałszywi pasterze

magazine cover

pixabay.com

lecz oni biegają; nie mówiłem do nich, lecz oni prorokują”. (Jr 23, 21)

Tekst może zawierać opisy zdradzające fabułę filmów.

W Stanach Zjednoczonych, które stanowiły w swojej historii miejsce ucieczki dla członków wielu religijnych odłamów, powstało wiele zróżnicowanych ideowo sekt. Nie jest to oczywiście problem ściśle amerykański, lecz zagadnienie to zainspirowało wielu filmowców właśnie ze Stanów (choć w niniejszym zestawieniu obecny jest również przykład z Australii). Dlaczego zainteresował ich ten temat i co mówią nam oni o sektach?

Sekta. Już w samej etymologii zawiera się znaczenie odróżniające ją od religii instytucjonalnej: „iść, podążać za kimś”. Choć w każdej religii istnieje pewna hierarchiczność, rodzaj duszpasterstwa, to w przypadku sekty chodzi o poddanie się działaniu konkretnej osoby. Może ona występować w roli przywódcy, charyzmatycznego lidera lub guru – w założeniu wielu hinduskich sekt osoby, która okazuje się często wcieleniem bóstwa, które posiada monopol na przekazywanie prawdy o świecie duchowym.

„Zaproszenie” w reżyserii Karyn Kusamy można określić kameralnym thrillerem, a jednak ukazuje on wątek sekty z ciekawej perspektywy. Główny bohater Will zostaje zaproszony przez byłą żonę na imprezę do jej domu. Pomimo wątpliwości zgadza się je przyjąć. Wraz z nową dziewczyną przyjeżdża do urokliwej willi usytuowanej na osiedlu domków jednorodzinnych. Bohater szybko zaczyna zastanawiać się jednak, czy na pewno była to dobra decyzja. Widz zostaje postawiony w sytuacji Willa i wraz z nim zastanawia się: czy nasza podejrzliwość jest zasadna, czy w tym domu dzieje się coś dziwnego?

Trudno pisać szczegółowo o „Zaproszeniu” tak, by nie zdradzić widzom fabuły. Z pewnością można jednak przedstawić sposób, w jaki reżyserka zarysowuje problem sekty. Motywacja, by do niej przynależeć, jest tu ukazana jako pragnienie uporania się z osobistą traumą. W ten sposób organizacja staje się pewnym rodzajem koła terapeutycznego, które sięga jednak poza psychologię, do duchowości człowieka w sferach życia i śmierci.

Ten motyw odnosi się zaś do prawdziwie istniejącej w USA organizacji. W 1978 r. doszło do jednej z największych w tym kraju tragedii związanych z działalnością sekt. W nocy z 18 na 19 listopada podczas tzw. „białej nocy” członkowie Świątyni ludu prowadzonej przez Jima Jonesa popełnili masowe samobójstwo (prawdopodobnie wymuszone na wielu członkach), w którym straciło życie 909 osób.

Wątek ukazuje siłę uzależnienia od duchowego lidera i prawdziwą wagę zagrożenia, jakie wiążę się z przynależeniem do sekty. Trudno stwierdzić, co przyciągnęło ludzi do Jima Jonesa. W Zaproszeniu wydaje się to być dążenie za wszelką cenę do uwolnienia się od osobistego cierpienia. Oprócz niebezpieczeństwa zamknięcia i utraty wolnej woli Kusama pokazuje jednak coś więcej. Nie można wymazać osobistych cierpień, trzeba umieć się z nimi zmierzyć, a całkowita od nich ucieczka może doprowadzić do tragedii.

W trochę inny sposób zjawisko to ukazuje „Dźwięk mego głosu” w reżyserii Zala Batmanglija i Brit Marling. Tym razem nie chodzi o zobrazowanie mechanizmów działania sekty z perspektywy osób postronnych – tym razem widz wchodzi w samo jej centrum. A to wszystko dzięki parze dziennikarzy, którzy postanawiają przeniknąć do wnętrza grupy jako fałszywi członkowie.

Oglądający dowiaduje się, że na początku nowi wyznawcy muszą przyjąć białe szaty, które zdają się symbolizować czystość i niewinność. Same spotkania wyglądają podobnie do zajęć relaksacyjnych – obejmują przypominanie sobie własnego dzieciństwa, wyciszenie, jogę. Guru sekty okazuje się być młoda dziewczyna podłączona stale do aparatury w wyniku osłabionego organizmu, ponieważ, jak twierdzi, przybyła z przyszłości. To tak naprawdę jedyne oczywiste informacje, jakie otrzymuje widz.

Reszta to próba zmierzenia się dziennikarza z rzeczywistością sekty, a przede wszystkim z tajemniczą postacią liderki, która okazuje się niezwykle sugestywna. Film umiejętnie wprowadza widza w rolę członka sekty. W pewnym momencie nie wie on, co jest prawdą, a co kłamstwem i do samego końca zastanawia się, kto ma rację. W ten sposób „Dźwięk mego głosu” pozwala widzom odczuć, w jaki sposób wpływa się na wyznawców, porusza ich uczuciami, czy trafia do nich przez ich osobiste problemy, co w pewien sposób upodabnia go do „Zaproszenia”. Znów mamy do czynienia z rodzajem terapeutycznej grupy wsparcia, która jednocześnie każe zmienić sposób myślenia na temat otaczającej rzeczywistości.

Warto wspomnieć, że twórcy wyreżyserowali później serial „OA”, gdzie fabularny wątek zostaje poprowadzony w zbliżony sposób. Nie ma tam mowy sekcie wprost, ale pojawia się bohaterka, która przeżyła własną śmierć. Widz znajduje się więc znowu w trudnym położeniu, w którym musi sam zdecydować, czy uwierzyć w opowieść dziewczyny. Tytuł wcześniej wspomnianego filmu również dobrze oddaje tę niepewność. „Dźwięk mego głosu” zdaje się podkreślać moc słowa, które trudno zweryfikować, kiedy zderzamy się historią osobistego doświadczenia człowieka.

Od dwóch wymienionych filmów różni się „Mistrz” Paula Thomasa Andersona. Reżyser oparł swoją opowieść na prawdziwej postaci L. Rona Hubbarda, który w 1951 r. założył Kościół scjentologii (o którym słyszeliśmy ze względu Toma Cruise’a, który należy do organizacji). Anderson zmienia jednak nazwiska bohaterów, a jego film nie staje się typową biografią ukazującą początki i rozwój sekty. Jako widzowie stajemy się świadkami zderzenia dwóch osobowości: prostolinijnego Freddiego i charyzmatycznego przywódcy Dodda.

Ten pierwszy to były żołnierz z widocznymi problemami psychicznymi, który nie potrafi znaleźć sobie miejsca w nowej rzeczywistości. Reżyser dobrze obrazuje kondycję weteranów, ukazując na początku szereg wojskowych, którzy korzystają z porad psychologicznych Dodda. Możemy zaobserwować cały tłum zmęczonych twarzy, wyniszczonych trudnymi doświadczeniami związanymi z udziałem w II wojnie światowej. Zdaje się, że są oni idealną pożywką dla nowej sekty, która obiecuje szczęście i spełnienie.

Freddy okazuje się jednak trudnym przypadkiem i przez cały film obserwujemy specyficzną relację tworzącą się między przywódcą sekty a prostym chłopakiem, który nie panuje nad swoimi emocjami. Wątek ruchu scjentologów Anderson przedstawia na sposób komediowy, często na sposób ironiczny. Sam syn Dodda otwarcie przyznaje, że wszystko, co mówi jego ojciec, to wymysły. Mężczyzna jest również w konflikcie z prawem ze względu na dokonane wyłudzenia pieniędzy.

Początki wydają się więc trudne, jednak z czasem przyłączają się do grupy nowi wyznawcy, a wśród nich zwłaszcza ludzie zamożni. Motyw bogaczy należących do sekty jest niezmiernie ciekawy i pojawia się także w „Zaproszeniu”. Podobnie jak wcześniej wspomniana produkcja, „Mistrz” nie tłumaczy dokładnie przesłania ruchu – dowiadujemy się jedynie, że zawiera ono stwierdzenie, iż człowiek rodzi się wielokrotnie, za każdym razem w nowym wcieleniu. Opierając się na wierze w reinkarnację, członkowie uczestniczą w seansach hipnotycznych, na którym mają przypominać sobie wcześniejsze życia. Dzięki temu mają szansę uporać się z dawnymi traumami (nawet sprzed stuleci), a także – według lidera sekty – doprowadzić do pełnego wyleczenia niektórych chorób. Gdy Dodd jest krytykowany za te stwierdzenia, jego jedyną reakcją pozostaje agresja wobec oponenta.

Najwięcej ironii zawiera się jednak we wspomnianej już relacji prostego Freddy’ego i mistrza Dodda. Pierwszy zawdzięcza liderowi sekty schronienie i opiekę, ale nie wydaje się podatny na sztukę manipulacji. Zapewne właśnie dlatego staje się dla przywódcy pasjonującą zagadką. Sam tytuł filmu nie okazuje się także jednoznaczny. Kto jest dla kogo mistrzem? Dodd dla Freddy’ego czy może jednak Freddy dla Dodda, który nieco zazdrości byłemu żołnierzowi prostolinijności i nieulegania wpływom? A może prawdziwym mistrzem staje się żona lidera sekty? Anderson umiejętnie mnoży te pytania, zarysowując nam dość niejasny obraz sekty.

Ostatni przykład pochodzi z Australii, ale nie tylko tym różni się od pozostałych filmów. „Święty Dym” Jane Campion odchodzi od przykładów z Zachodu, ukazując losy młodej dziewczyny Ruth, która trafia pod wpływ hinduskiej sekty. Reżyserka nie skupia się jednak na ukazaniu jej działania, lecz próby powrotu bohaterki do normalności. By pomóc dziewczynie, zaniepokojona rodzina ściąga ją do domu i oddaje pod opiekę znanego oraz cenionego terapeuty Watersa, który ma na swoim koncie ponad sto wyleczonych osób.

„Święty dym” nie okazuje się jednak prostą konfrontacją racjonalnego terapeuty i uduchowionej dziewczyny, wciąż w uniesieniu po doznaniu „oświecenia”. Jane Campion subtelnie, ale celnie podpowiada możliwe powody, dla których Ruth uciekła z domu. Rodzinę dziewczyny przedstawia w zabawny sposób – jako skupisko dość osobliwych i zagubionych ludzi, którzy sami do końca nie potrafią mierzyć się z realnymi problemami.

Zdaje się, iż kobieta poprzez przynależność do sekty szukała akceptacji i zrozumienia. Po powrocie do Australii wspomina, że miała wyjść za guru organizacji i stać się jedną z jego wielu żon. Tłumaczy jednak, że połączyłaby ich miłość duchowa, a nie cielesna. Campion w toku fabuły zdaje się więc sugerować, że uzależnienie od przywódcy może wynikać również z emocjonalnego przywiązania członków. Swojego lidera czynią oni bowiem obiektem miłości, przez co łatwiej nadać mu cechy boskie.

W ciekawy sposób reżyser pokazuje też sytuację terapeuty. Jego metody na początku wydają się skuteczne. Domek położony na odludnym australijskim stepie sprzyja pełnemu odcięciu się od złych wpływów. Waters w ramach terapii wyświetla bohaterce dokument przedstawiający niszczące działanie sekt – narrator przypomina w nim między innymi wspomniane wcześniej masowe samobójstwo członków Świątyni ludu z 1978 r., a także morderstwo rodziny Polańskiego dokonane przez sektę Mansona (o tym wydarzeniu w swoim najnowszym filmie ma opowiedzieć Quentin Tarantino).

Okazuje się jednak, że sam Waters ulega wpływom Ruth. Pomoc terapeuty zdaje się więc niewystarczająca, a momentami nawet szkodliwa. Do tej ponurego wniosku reżyserka zdaje się dodawać także inne spostrzeżenie. Sedno problemu tkwi w ucieczce od rzeczywistości. Od niej odwraca się nie tylko Ruth, ale również członkowie jej rodziny. Przyznaje to postać Watersa, który po swoim traumatycznym zetknięciu z liderem grupy wyznaje, że ten wmawiał mu, iż wszystkie jego negatywne doświadczenia są nieprawdziwe. Oryginalny tytuł zdaje się w ironiczny sposób sugerować ten stan wewnętrznego zakłamania. „Holy smoke” można przetłumaczyć również jako „święte jaranie” – w tym przypadku narkotyków, które swoim członkom udostępnia hinduska sekta. Ich zażywanie stwarza pozory spełnienia i sprawia wrażenie fałszywego oświecenia. Na koniec wszystkie te piękne „duchowe” doznania ulatują jednak jak dym, pozostawiając bohaterów z wewnętrzną pustką.

Według niemieckiego socjologa Maxa Webera sekta „bardziej ceni sobie uzależnienie emocjonalne niż intelektualne” (Encyklopedia Religii PWN). Wszystkie wymienione filmy w pewien sposób zdają się to potwierdzać. Każda organizacja przypomina grupę terapeutyczną, która znacznie wykracza poza próbę wysłuchania człowieka i zrozumienia jego problemów. Narzuca ona własny obraz świata oraz uzależnia członków od lidera. Każdy z wymienionych filmowców ukazuje wyraźnie, jak w sekcie wolna wola przestaje mieć znaczenie, a osoba odcina się od swojego dotychczasowego życia, tracąc realny ogląd rzeczywistości.

Tym bardziej dziwi pewien rodzaj lekceważenia zagrożenia związanego z działalnością sekt, który staje się widoczny między innymi w socjologii. W samym nazewnictwie owych grup proponuje się, by nie używać już o nacechowanego zbyt negatywnie pojęcia sekty, ale mówić o „nowych ruchach religijnych” – co może z kolei wynikać z próby zachowania naukowego obiektywizmu.

Gdy jednak w Piśmie Świętym padają słowa o fałszywych prorokach, można rozumieć te słowa w kontekście wpływów fałszywych pasterzy, którzy nie tylko przepowiadają fałszywie, ale sami czynią siebie bogami. Obiecują oni raj i szczęście w oderwaniu od prawdziwej nauki, utrzymując tym samym ludzi w ich własnych błędach, a ten aspekt działania sekt ukazuje następujący fragment:

Nie słuchajcie proroków, którzy wam przepowiadają:
wprowadzają was w błąd;
zwiastują wam urojenia swego serca,
nie zaś to, co pochodzi z ust Pańskich.
Mówią stale tym, co uwłaczają słowu Pana:
»Będziecie zażywać pomyślności«.
Wszystkich zaś tych, co idą za popędem swego serca, zapewniają:
»Nie spotka was nieszczęście«

Jr 23, 16-⁠17

Jeden z plakatów reklamujących „Zaproszenie” świetnie oddaje ogólny charakter sekty. Czerwona latarnia wznosi się u góry grafiki, dając w przeważającej ciemności słabe światło. Pozwala ono wyłonić się z mroku kilku postaciom, które są ciasno skupione w grupkę. Podobnie jest z liderem sekty, który ma dawać jedyne światło prawdy i duchowego wyzwolenia, ale jego wyznawcy pozostają zamknięci, zwróceni ku sobie, a wokół nich nadal panuje mrok.

Cytaty z Biblii za: Biblia Tysiąclecia. Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

O autorze

Absolwent kulturoznawstwa, zakochany w filmie, literaturze, oraz pisaniu (nie tylko publicystycznym). Wierzy, że w kulturze popularnej można poruszać ważne tematy bez popadania w banały, z większą nadzieją wobec człowieka i jego poszukiwań, niż to zazwyczaj bywa.
Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.