adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Nami rządzi Bóg!

magazine cover

pexels.com

Klerykalizm to największy grzech Kościoła. Wszyscy pamiętamy zerowe przykazanie Dekalogu – Nie klerykalizuj! Walka z klerykalizmem to priorytet.

Złośliwości na bok. Co to jest klerykalizm? Według Słownika języka polskiego PWN z 1998 r. są to: „dążenia, tendencje do podporządkowania życia społecznego, politycznego i kulturalnego Kościołowi”. Zacytujmy jeszcze Wikipedię: „Klerykalizm (łac. clericalis: duchowny) – dążenie do uzyskania instytucjonalnego wpływu duchowieństwa na życie społeczne, polityczne oraz kulturalne aż do podporządkowania go duchowieństwu i Kościołowi. Najwyższym stopniem klerykalizacji jest teokracja”.

Czy ksiądz to zwierzę polityczne?

Czy obserwujemy dążenie do uzyskania wpływu na politykę przez księży? Tak, niewątpliwie czymś takim jest np. pokazywanie się w świetle reflektorów z politykami o. Rydzyka. Tak samo jak wyznania o. Grzegorza Kramera SJ, że kiedyś głosował na Kukiza albo że dziś broni TVN.

Mieliśmy raz zieleń ONR-u w białostockiej katedrze. Niejeden raz dożynki były kościelnym świętem innego ugrupowania o zielonych barwach, bynajmniej nie nacjonalistycznego. W Łagiewnikach w rekolekcjach niegdyś uczestniczyli politycy innej wielkiej partii (nie tej obecnie rządzącej). Prymas Polski wmieszał się w politykę warszawską, kiedy trwało referendum za odwołaniem włodarza (czy, mówiąc „nowocześnie”, włodarzowej) stolicy.

Takich ekscesów jest więcej. Ale to nadal marginalne ekscesy. Większość kleru unika polityki, nie angażuje się w bieżące spory. Rozumni księża, których jest wielu, poruszają tylko metapolityczne tematy, unikając bieżączki.

Odpuszczona kultura, nietęga wrażliwość społeczna

Czy kler dąży do wpływu na kulturę? No bez jaj, kolokwialnie rzecz ujmując. Wpływ instytucji kościelnych na kulturę jest marginalny. I nic się w tym temacie nie zmienia.

Czy duchowni chcą podporządkować sobie życie społeczne? Tu odpowiedź jest trudniejsza. Owszem, apelują w różnych społecznych sprawach. Co poniektórzy występują przeciwko tęczowym aktywistom, wypowiadają się w mediach na temat aborcji i innych nieetycznych rozwiązań proponowanych przez nowoczesne społeczeństwo. Biskupi lobbują też za (o ironio, chciałoby się rzec w niektórych przypadkach) utrudnieniem dostępu do alkoholu. Mimo wszystko to bardziej działalność publicystyczna i lobbystyczna. Prymas nie jest interreksem. Duchowni nie mogą, zgodnie z prawem kanonicznym, obejmować istotnych funkcji politycznych. Nie słychać głosów za zniesieniem tego prawa.

Chociażby po apelach policyjnych, które często są załączane do ogłoszeń parafialnych, czy ostatnim zaangażowaniu wielu księży w promowanie polityki zdrowotnej rządu, widać, że to raczej duchowni pełnią służebną rolę wobec państwa.

 Dewaluacja słów

Na tym mógłbym zakończyć ten artykuł. Mógłbym napisać: „Problem klerykalizmu w Polsce jest jak antysemityzm – marginalny. Trzymajcie się ciepło i dbajcie o dobry poziom dyskusji w komentarzach”. Tego jednak nie zrobię. Słowo „klerykalizm” stało się określeniem na wszystkie patologie w Kościele. Uczynione zostało mitycznym źródłem wszelkiego zła; Babą Jagą, którą straszy się dzieci, żeby były grzeczne.

Nienawidzę takich słów-wytrychów, nacechowanych wyrazów, pod które można wszystko podpiąć. Faszyzm, rasizm, antysemityzm, homofobia, liberalizm, postmodernizm, klerykalizm… Takie słowa łatwo mogą się stać usprawiedliwieniem dla wszelkich potworności. Każdego można niszczyć w imię walki z faszyzmem itd.

W ogóle największym zagrożeniem XXI wieku jest zjawisko nie takie nowe – niszczenie języka, rozmywanie pojęć, odrywanie języka od rozumu.

 Kilka (setek) słów polemiki

„Na naszych oczach dokonuje się powolne i, daj Boże, skuteczne odcinanie dzikich pędów klerykalizmu. Pędów, a w zasadzie konarów, które przez setki lat bezkarnie rosły na drzewie Kościoła. To nie może być łatwe. Przez wieki zakorzeniała się i zakorzeniano nam przecież świadomość kapłana-pana, tego, który ma władzę, jest wszechstronnie wykształcony i ponad nami. Tego, który ma prawo pouczać, wychowywać dzieci i dorosłych, karcić, potępiać i grozić. Wciąż z seminariów duchownych wychodzą młodzi ludzie pociągnięci takim stylem bycia” – napisał w artykule Już nie zatęsknią, już nie powrócą… do sierpniowego wydania miesięcznika „Adeste” Piotr Bogdanowicz. 

(Wyraźnie pragnę zaznaczyć, że nie deprecjonuję całego artykułu. Odnoszę się do fragmentu skądinąd ciekawego tekstu, który warto przeczytać).

Chciałem zacytować ten właśnie fragment, ponieważ to on zainspirował mnie do napisania tych słów. Setki lat brzmią dobrze, mocno. Ale czyż nie jest to kompletne ignorowanie realiów poprzednich setek lat? Ujmowanie w krótki, publicystyczny greps całej historycznej debaty?

„Nie brakuje nam przecież duchownych patrzących z góry na swoje owieczki, którzy niczym orkiestra sami wszystko robią, sami organizują, sami, sami, sami… Bo świecki się nie zna, nie potrafi, nie jest wykształcony etc. Nie brakuje tych, którzy, choć dopuszczają wiernych do pełnienia różnych funkcji, to wciąż po nich coś poprawiają, byle tylko pokazać, że ostatnie słowo należy do nich, byle nie mieć poczucia utraty kontroli nawet nad wodą spuszczaną w toalecie parafialnej” (tamże).

Tak, też spotkałem wywyższających się księży. Też uważam, że władze kościelne w Polsce za bardzo przypominają świeckie. Tylko że ja uważam, że większość komentujących popełnia kilka błędów.

Pierwszy błąd to totalne ignorowanie realiów minionych epok. Drugi to kompletne olewanie licznych problemów obecnych wśród świeckich. Wcale nie mniejszych grzechów niż grzechy kleru. Trzeci to żądanie, by kapłan był wszystkim dla wszystkich, przy jednoczesnym praktycznym uznaniu, że ma być nikim dla nikogo. Czwarty to swoista ślepota na zasadnicze źródło problemu.

Świeckizm?

Nie jestem historykiem, więc pominę pierwsze zagadnienie. Mam nadzieję, że ten tekst kogoś zainspiruje do napisania takiej historycznej analizy w przystępnej formie.

Jakie są grzechy świeckich? Oderwanie wiary od praktyki codzienności. Bycie „świętym od święta”. Dużo się mówi o tym, że postawa i czyny duchowieństwa odciągają ludzi od Kościoła. A ilu odeszło od niego, widząc obłudę swoich rodzin? Nie dostrzegając ani przejawów duchowości, ani życia zasadami wiary w dni powszednie?

Lud często nie jest prosty, ale po prostu ciemny. Nie zna prawd wiary, nie rozumie chrystologii, nie wie, czym jest msza święta. Ma wypaczone rozumienie dogmatu o nieomylności papieża. Nie zgłębia na własną rękę ani katechizmów, ani Biblii, nie słucha któregoś z licznych podcastów i vlogów o katolicyzmie. Nie poczuwa się do obowiązku karmienia się głosem Kościoła. Nie rozumie w ogóle, czym Kościół jest! (Co widać również po tym, jak utożsamia się „Kościół” i „ludzi Kościoła” z li tylko księżmi, czy po tym, że coraz więcej osób myśląc o Kościele, pisze „kościół”).

Świecki obyczaj świętowany od święta

Wielkim zgorszeniem jest „zwyczajowe” przyjmowanie sakramentów. Musi być chrzest w kościele, by potem rodzina mogła się zabawić z okazji narodzenia członka nowego pokolenia. Wielokrotnie na chrztach widuje się świadków i rodziców, którzy zupełnie nie umieją się zachować w kościele. Tak jakby dawno w nim nie byli. Wielu z nich powinno się odmówić ochrzczenia dziecka, bo kłamią w żywe oczy, gdy zapewniają o wychowaniu dziecka po katolicku.

Tak samo śluby. Wiele ślubów nie powinno być zawieranych. Ci ludzie często nie mają świadomości znaczenia tego sakramentu, zawierają go pod presją rodziny albo żeby ładnie to wyglądało. To ostatnie przypomina Japończyków, którzy często zawierają śluby w wynajmowanych kościołach, bo podoba im się ślub na modłę zachodnią.

Zobacz też:   Czy wiara i nauka się wykluczają?

„Podobnie karteczki do spowiedzi przedślubnej. Przecież to są dorośli ludzie, którzy wiedzą, czego chcą. A jeśli nie, to nie należy udzielać sakramentu”, pisze Piotr Bogdanowicz i ma rację, nie mając jej jednocześnie. To często nie są dorośli ludzie (mimo ukończenia odpowiedniej liczby lat). Często nie wiedzą, czego chcą. I tak, nie należy im udzielać sakramentu. Czy raczej, w przypadku ślubu, dopuszczać do niego. To szkodzi im, ich rodzinie i przede wszystkim duchowieństwu (i organiście, i innym usługującym świeckim), których zastrzyk gotówki ślubnej korumpuje.

Kłopoty z bierzmowaniem

Zgorszeniem jest przyjmowanie wszystkich jak leci do bierzmowania, a jest to powszechna praktyka w parafiach. I tak, powtórzę za mym redakcyjnym kolegą: „książeczki do podpisów to brak zaufania”. Powinny one być (jeśli w ogóle) stosowane w przypadkach stwarzających wątpliwości, a nie wobec ogółu. Jednak trudno mi jest winić proboszczów większych parafii, że tę metodę stosują. To jedyny znany im sposób na sprawdzenie, czy ktoś jest na tym kursie do bierzmowania z przypadku, czy nie. Być może nikt ich nie nauczył innego skutecznego sposobu selekcji kandydatów, czyli rozmowy, w której łatwo ocenić, czy ktoś „leci w kulki”, czy jest praktykującym katolikiem. Oczywiście zakładając, że ich motywem jest sprawdzenie, a nie „tresura”.

Tylko że to wyżej wymienione zjawisko jest winą świeckich. To oni przychodzą jak zagubione owieczki do swoich pasterzy i żądają tych sakramentów. Obyczaj, rodziny skłaniają ich do tego. To nie jest tak, że kapłani wywierają na nich demagogiczny wpływ, który każe im się zapisać na kurs bierzmowania czy płacić organiście za zagranie marszu weselnego.

Świecka nadpobudliwość

Z kolei zaangażowani świeccy też często są problemem. Księdza, który nie jest biurokratą, a duszpasterzem, wspólnoty często rozstawiają po kątach.

Świeccy mogą robić dużo: głosić katechezy, rozdawać komunię chorym, prowadzić nabożeństwa. Mogą ewangelizować poprzez vlogi i teksty czy komentować w nich prawdy wiary i wydarzenia związane z Kościołem. I, jako że w odróżnieniu od księży nie odpowiadają przed kurią, a często jako niezależni twórcy są wolni od innych form nacisku, mogą to robić odważniej.

W kościołach czytają, śpiewają, grają, sprzątają. Gotują na plebaniach, jak i organizują parafialne festyny czy spotkania, sesje tematyczne. Nauczają w szkołach. Czy naprawdę widząc tę całą aktywność, możemy mówić o klerykalizmie?

Wyżej napisałem o rozstawianiu po kątach kapłana. Może to nie jest najtrafniejsze określenie. Jednak coś jest w tym, że można być księdzem biurokratą, udzielnym panem na swoim lennie. Można też być księdzem aspirującym do bycia pasterzem. Wtedy trzeba nieustannie zmagać się z naciskiem wiernych, często krytycznych, mających własną wizję tego, co powinien robić duchowny.

Nie wszystko jest takie proste

Kimże jest kapłan w naszym współczesnym kościelnym światku? Można odnieść wrażenie, że ma on jedynie mówić dobre kazania i czasem posiedzieć w konfesjonale. Słuchając świeckich mówiących o reformie stanu kapłańskiego, mam wrażenie, że poza tym ksiądz ma przed wszystkimi zginać kark i być cieniem, który wstydzi się tego, że istnieje. De facto niemal niczym się nie różni od świeckich, bowiem wiele słyszy się o tym, że stroje duchowne to „ten zły klerykalizm”.

Dużo mówimy o potrzebie większego zaangażowania świeckich. Czemu nie, odpowiadam, jednak są „ale”. Pierwsze „ale”: świeccy muszą być lepiej uformowani i wykształceni, jeśli chodzi o podstawy teologii.

Drugie „ale”: powinni mieć świadomość, że zaangażowanie nie oznacza, że coś się robi. Aktywne uczestnictwo w liturgii to nie „robienie różnych rzeczy” na liturgii, ale modlitewna jedność z kapłanem ją celebrującym. We mszy świętej uczestniczymy aktywnie, gdy swe serca wznosimy do Pana i łączymy się z Jego zbawienną Ofiarą uobecnianą przez posługę kapłana. Tak samo zaangażowanie w życie parafii. Nie musimy kosić ogródka parafialnego czy uczestniczyć w spotkaniach rady parafialnej. Będziemy zaangażowani w życie parafii, gdy zrobimy zakupy staruszkom żyjącym w naszym sąsiedztwie. Albo pomożemy sąsiadowi w załatwianiu spraw w lokalnym urzędzie lub zaopiekujemy się niepełnosprawnym dzieckiem innych parafian, po to, by oni sami mogli pójść na mszę świętą czy po prostu na spacer. I tak dalej.

Mam wrażenie, że często o tym zapominamy. Parafia, zamiast ludzi żyjących w pobliżu (sąsiadów), jest dla nas jakimś bliżej nieokreślonym bytem operującym w domu parafialnym czy na plebanii, w salkach katechetycznych.

 Dać sens życia duchownym

Trzecie „ale”: co z tymi księżmi? Potrzebujemy jasno sprecyzować, kim ma być kapłan. Co jest jego głównym zadaniem? Oczywiste wydaje mi się, że powinien jak najmniej czasu spędzać na sprawach papierkowych w kancelarii. Nie powinien siedzieć na dyrektorskim stanowisku. Jego głównym celem nie jest marketing, zarządzanie czy wygodna posada w kurii. Myślę też, że raczej nie ma co wymagać od zwykłych księży, że będą iść na pierwszy ogień ewangelizacji czy pracy charytatywnej.

Sądzę, że powinno podkreślać się, że kapłan jest przede wszystkim od odprawiania mszy świętej, od sprawowania innych czynności liturgicznych (w tym brewiarza, najlepiej śpiewanego wraz z innymi duchownymi, z którymi żyje), od siedzenia godzinami w konfesjonale i na adoracji (co zresztą można łączyć – znam niejednego księdza, który wiele czasu spędza na adoracji przy jednoczesnym byciu do dyspozycji potrzebujących spowiedzi). Dopiero gdy to zostanie należycie podkreślone, ułożone i zorganizowane, można mówić o innych czynnościach. Z tych najważniejszych elementów życia kapłana będą wypływać inne dobre czyny.

Nie klerykalizm, ale brak wizji życia kapłańskiego. To jest poważny problem. Nie ma pociągającej i klarownej narracji. Owocem tego będą zagubieni księża i spadek liczby powołań.

Sedno sprawy

Co jednak jest wspomnianym zasadniczym źródłem problemu? Możemy stosować różne rozwiązania strukturalne, snuć dywagacje teologiczne, dopuszczać świeckich do różnych funkcji bądź im je zabierać, dymisjonować różnych hierarchów. Powiedziałem kiedyś znajomemu, że chciałbym, żeby cały KEP podał się do dymisji, żeby ludzie zobaczyli, że to nie rozwiąże problemów Kościoła.

Bo to nie struktury, ludzie i rozmaite postawy są ich źródłem. Jest nim utrata poczucia, że nami rządzi Bóg. Że kiedyś „Stwórca wszystkich rzeczy wstanie, odpowiedzieć każąc za nie”. Utraciliśmy bojaźń Bożą, poczucie, że podlegamy przede wszystkim pod prawa Boże, że kiedyś będziemy z nich sądzeni. Nie jesteśmy władcami, ale namiestnikami. Zarządcami, oczekującymi na powrót Pana i drżącymi o to, by nie zastał nas bijących inne sługi czy rozkradających majątek. „Naśladujemy Chrystusa czy głosimy siebie? Kim jesteśmy? Czy my w ogóle kiedykolwiek Go spotkaliśmy?” jak to ujął Piotr Bogdanowicz (tamże).

Oby naszym głównym życzeniem na powrót stało się: Laudetur Iesus Christus! Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.