adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

Już nie zatęsknią, już nie wrócą…

magazine cover

pexels.com

Nikomu chyba nie trzeba przypominać słów, które padły z ust abpa Marka Jędraszewskiego w wywiadzie dla tygodnika „Niedziela”. Biskup krakowski stwierdził, że „młodzi zatęsknią za swoim katechetą, za swoim kościołem – i powrócą”. Czy na pewno? Czy ci młodzi mają do kogo i do czego tak naprawdę wracać? Czy ktoś ich wysłucha, porozmawia? Czy czują więź z kapłanami? Czy rzeczywiście jest to ich Kościół? Czy czują się Kościołem?

Z czym tak naprawdę mamy do czynienia obecnie w Polsce? Co się dzieje z naszym Kościołem? To samo, co z Kościołami na zachodzie Europy. Bogu dzięki przyspieszyła ten proces bardzo mocno panująca wciąż pandemia. Nie mam złudzeń. To koniec Kościoła, który znaliśmy z lat minionych. Nie, On (a w zasadzie Ona) nie umiera. Ona obumiera, by odrzucając skostniałe łuski, okazać się nową, czystą i malutką.

Koniec Kościoła kulturowego

Do tej pory mieliśmy do czynienia z tzw. powolną sekularyzacją. Ludzie odchodzili od Kościoła stopniowo. Trend spadkowy był, lecz powolny. Jednak już w marcu tego roku z danych Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego wynikało, że osób deklarujących się jako głęboko wierzące jest ok. 11%. Największe spadki notuje się w grupie osób młodych. Tutaj w ciągu ostatnich trzydziestu lat liczba osób deklarujących się jako wierzące spadła o połowę. Aż 51% studentów stwierdziło, że instytucja Kościoła nie jest dla nich żadnym autorytetem. Obawiam się, że w okresie popandemicznym oraz kryzysu wiary i zaufania do samej instytucji dopiero odczujemy, co oznacza galopująca sekularyzacja – co ewentualnie pokaże trwający narodowy spis powszechny (bardzo chciałbym się tu mylić).

To nie będzie proste oczyszczenie. To będzie bardzo bolesny proces, któremu już towarzyszy pewna bezradność. Musi umrzeć Kościół kulturowy. Odejdą ci, co byli i utożsamiali się z nim raz czy dwa razy w roku, z okazji czyjegoś ślubu albo święconki. Odejdą ci, co mówili o sobie „jestem katolikiem/katoliczką”, bo taka tradycja, przywiązanie, bo bali się powiedzieć inaczej, bo nie wiedzieli, kim tak naprawdę są. Odejdą ci, którzy mimo iż chodzili na niedzielne msze święte, to jednak nie było w nich wiary. Odejdą, bo zobaczyli, że brak liturgii nic nie zmienił w ich życiu, odkryli, że to strata czasu.

Pełne kościoły opustoszeją, bo znikną katolicy kulturowi, którzy pomimo braku wiary uczestniczyli w życiu religijnym, bo tak zostali wychowani, bo dorastali w środowiskach przesiąkniętych kulturą chrześcijańską. Procesje Bożego Ciała w dużych aglomeracjach będą zapewne czymś egzotycznym wśród pędzącej codzienności. A udział nielicznych w obrzędzie poświęcenia pokarmów wielkanocnych wreszcie może zmobilizuje kapłanów do głoszenia Słowa Bożego w jego trakcie. Oczywiście zależnie od regionu kraju albo miejsca zamieszkania (wieś czy miasto) będzie się to odbywało z różną szybkością.

Koniec Kościoła klerykalnego

Ten koniec dla wielu będzie na pewno trudniejszy niż wyżej opisany. Na naszych oczach dokonuje się powolne i, daj Boże, skuteczne odcinanie dzikich pędów klerykalizmu. Pędów, a w zasadzie konarów, które przez setki lat bezkarnie rosły na drzewie Kościoła. To nie może być łatwe. Przez wieki wkorzeniała się i wkorzeniano nam przecież świadomość kapłana-pana, tego, który ma władzę, jest wszechstronnie wykształcony i ponad nami. Tego, który ma prawo pouczać, wychowywać dzieci i dorosłych, karcić, potępiać i grozić. Wciąż z seminariów duchownych wychodzą młodzi ludzie pociągnięci takim stylem bycia.

Nie brakuje nam przecież duchownych patrzących z góry na swoje owieczki, którzy niczym orkiestra sami wszystko robią, sami organizują, sami, sami, sami… Bo świecki się nie zna, nie potrafi, nie jest wykształcony etc. Nie brakuje tych, którzy, choć dopuszczają wiernych do pełnienia różnych funkcji, to wciąż po nich coś poprawiają, byle tylko pokazać, że ostatnie słowo należy do nich, byle nie mieć poczucia utraty kontroli nawet nad wodą spuszczaną w toalecie parafialnej.

Zobacz też:   Tolerancja, wiara i G.K Chesterton

No właśnie. I to ciągłe kontrolowanie, wciąż okazywany brak zaufania do wiernych, także tych dorosłych. No bo jak inaczej wytłumaczyć zmuszanie młodych ludzi, by przygotowując się do bierzmowania, chodzili po każdej mszy, spowiedzi czy nabożeństwie po podpis? Jak to nazwać: wychowanie, tresura? Z pewnością nie jest to postawa, która oczekuje dojrzałego podejścia od młodych ludzi. Na czym nam zależy? Na liczbie czy jakości? Niby sakrament dojrzałości chrześcijańskiej, a jakby temu zaprzeczamy. Podobnie karteczki do spowiedzi przedślubnej. Przecież to są dorośli ludzie, którzy wiedzą, czego chcą. A jeśli nie, to nie należy udzielać sakramentu.

Koniec Kościoła niemisyjnego

Okopaliśmy się w parafialnych fortecach, na plebańskich i klasztornych salonach, w biskupich pałacach. Wygodnie nam. Minął czas przedzierania się przez bagna i lasy, by dotrzeć z Ewangelią do ludów pogańskich. Ludzie sami przychodzą, pieniądze dają, nawet ciasto upieką. Przestaliśmy, my wszyscy, wychodzić i szukać tych, którzy nie znają Chrystusa. Ba, przestaliśmy dostrzegać nawet, że między nami mnóstwo – coraz więcej – jest takich, co Go nigdy nie spotkali. Jakże więc mają wychodzić i głosić kogoś, kogo nie znają? Jak mówić o kimś, o kim się tylko coś tam słyszało?

Jakie było i jest to nasze głoszenie? Jakie świadectwo? Co temu głoszeniu przyświecało? Naśladujemy Chrystusa czy głosimy siebie? Kim jesteśmy? Czy my w ogóle kiedykolwiek Go spotkaliśmy? Jeśli tak, to dlaczego tak trudno nam wyjść do drugiego człowieka?

Koniec struktur zła?

Ufam, że tak. Że nam, świeckim, prezbiterom i biskupom, nie zabraknie determinacji i przede wszystkim odwagi, by wystąpić przeciw strukturom grzechu w Kościele. Nawet jeśli będzie się to wiązało z publicznym upomnieniem siostry lub brata albo usunięciem ze wspólnoty. Sami świeccy nie zreformują Kościoła. Sami biskupi także tego nie zrobią. Potrzebujemy siebie nawzajem.

Potrzebujemy bezwzględnie usunąć wszystko to, co sprawia zgorszenie i sieje niepokój w duszach wiernych. Słynny sojusz tronu z ołtarzem musi zostać zerwany. Struktury ukrywania i tuszowania przestępstw muszą zostać ujawnione, zniszczone i ukarane przez władze świeckie. Tego dziś oczekujemy od naszych pasterzy. Czy się doczekamy? Mam nadzieję. Aczkolwiek postawa tych już symbolicznie ukaranych oraz brak zapału, tego Bożego gniewu wśród biskupów nie rokuje dobrze. Faktem jest też, że wzrasta świadomość społeczna oraz liczba organizacji pomagających pokrzywdzonym. Szkoda jednak, że proces oczyszczenia w Kościele nie wychodzi z wewnątrz, tylko jesteśmy do tego zmuszani często przez osoby, którym z Kościołem nie po drodze.

Kto zliczy tych, którzy przez to wszystko zostali zranieni i oszukani, którzy odeszli? Kto zliczy tych, którzy przez stosowaną retorykę ludzi Kościoła zostali z niego wyproszeni (albo raczej: wyrzuceni)? Ilu jest kapłanów, którzy choć raz w miesiącu zrobią rachunek sumienia i odprawią Eucharystię za tych, których, świadomie bądź nie, zranili lub do których odejścia się przyczynili? Ilu jest świeckich, którzy świadomie modlą się za swoich kapłanów?

I nie tłumaczmy się, że odchodzą, bo widocznie nie wierzyli. Tego nikt z nas nie wie. Natomiast wiem jedno. Tak jak słowem i przykładem można w kimś wiarę zasiać, tak też słowem i przykładem można tę wiarę w kimś podeptać. Nie jesteśmy od nikogo lepsi, bo wierzymy; nie jesteśmy bardziej uprzywilejowani. „Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł” (1 Kor 10, 12).

Czy zatem ci młodzi jeszcze wrócą? Czy zatęsknią? Nie sądzę. Nikt ich przecież nie szuka…

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.