adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj

W poszukiwaniu nowego obrazu Boga

magazine cover

unsplash.com

Obraz Boga w Kościele przeżywa obecnie kryzys. Gdy współczesny człowiek styka się z koncepcją Absolutu, to nie wystarczy mu tylko powiedzieć, że Bóg jest i że jest to idea atrakcyjna egzystencjalnie. To już mało kogo przekonuje. W świetle faktów naukowych i filozoficznych utrzymanie tzw. Boga „zapchajdziury” jest niemożliwe. Istnieje w związku z powyższym potrzeba budowy nowego obrazu Boga, ugruntowanego we współczesnym, naukowym i filozoficznym obrazie świata.

W artykule Dlaczego wierzysz w Boga? wskazałem na istotne czynniki budujące naszą wiarę w świadectwo Chrystusa i Jego Kościoła. Opisując istotność obcowania z tajemnicą wiary, a także przesłanki biblijne i pozabiblijne, ukazałem strukturę wiary katolickiej i zaproponowałem przestrzeń poglądową, w ramach której możliwe jest odpowiedzenie na pytanie: „Dlaczego jako katolicy wierzymy w to, co wierzymy?”.

Nawiążę teraz do kwestii pokrewnej do wyżej wymienionego tematu, tj. do problemu obrazu Boga. Niezależnie od tego, czy ktoś wierzy w Boga, czy nie, posiada jakiś obraz Absolutu. Nietrudno sobie wyobrazić kruchość wiary kogoś dorosłego, kto żywi przekonanie, że Bóg to „starszy pan w chmurach”. Z powodzeniem też nie do utrzymania jest, w mojej ocenie, wiara w Boga białych plam. Jeśli czyjeś wyobrażenie Stwórcy opiera się bowiem na przekonaniu, że każda niewiadoma jest interwencją Boską, wówczas kwestią czasu jest rozkład takiej wiary.

Warto zauważyć, że nasze obrazy i wyobrażenia nie dotyczą jedynie Boga. Wszystko, cokolwiek znamy, podlega tej samej zasadzie: poznajemy coś i tworzymy w umyśle obraz tego czegoś. Owe wyobrażenia przeplatają się nawzajem, tworząc wiedzę, światopogląd i idee różnego rodzaju. Również koncepcja Boga podlega temu samemu mechanizmowi. Co więc się dzieje, gdy nasz obraz świata jest ubogi? Czy i wyobrażenie Stwórcy na tym nie ucierpi?

Przekleństwo zdrowego rozsądku

Zwykło się mawiać, że zdrowy rozsądek jest czymś przydatnym. I rzeczywiście, w życiu codziennym, w potocznych sytuacjach, potrzeba tej zdolności. Cyceron, rzymski filozof z I wieku p.n.e., wskazywał, że zdrowy rozsądek to nastrój tłumu, z którym polityk musi się liczyć. Można więc przypuszczać, że zdolność ta nie jest – jak sądzimy – zdolnością per se, ale raczej zbiorem różnego rodzaju przeświadczeń, intuicji i przedsądów zgromadzonych w życiu.

Dla przykładu inne będzie tzw. polskie wychowanie, a czym innym japońskie じょうしきjōshiki, czyli japoński zdrowy rozsądek czy też dobre wychowanie. Toteż w Polsce nie jest niczym niezwykłym widok osoby rozmawiającej w komunikacji miejskiej przez telefon. Tymczasem w Japonii to zachowanie niekulturalne.

Sposoby zachowania i myślenia różnią się między sobą w zależności od kultury. Mechanizm ten dotyka nie tylko życia codziennego, ale też powszechnych w przestrzeni społecznej filozofii, etyki czy przekonań o charakterze religijnym.

W związku z powyższym powstaje pytanie, czy w ogóle zasadne jest budowanie swojej wiary religijnej w oparciu o zdrowy rozsądek. Czy nie należałoby w procesie katechizacji (czyli już na etapie szkoły podstawowej) dążyć do dekonstrukcji różnego rodzaju antropomorfizacji, ludowych czy magicznych przedsądów na temat Boga i wyobrażeń o niskim wyrafinowaniu intelektualnym? Odpowiedź brzmi: tak, należałoby. Ale aby to zrobić, potrzeba ewolucji obrazu świata, jakim posługujemy się w Kościele.

Teoretyczne przyczyny obecnego stanu rzeczy

Tomizm od połowy XIX wieku aż do czasów soboru watykańskiego II był, można powiedzieć, przewodnim nurtem filozoficznym w Kościele. I rzeczywiście, w XIX wieku stanowił solidną teoretycznie odpowiedź na pozytywistyczny materializm i ateizm. W XX wieku, za sprawą teorii względności Einsteina oraz rewolucyjnej teorii kwantów zaproponowanej przez Maxa Plancka, doszło do upadku tzw. wulgarnego materializmu. Gwoździem do trumny scjentyzmu, czyli przekonania, że tylko nauki przyrodnicze pozwalają na poznanie świata, stały się odkrycia w ramach filozofii nauki. Okazało się bowiem, że nie da się odciąć nauki od jej założeń oraz sprowadzić wszystkiego do doświadczenia. Jak zauważa ks. prof. Michał Heller w wykładzie Nauka a wiara, niektóre z przeprowadzanych eksperymentów wymagają uprzednio przyjętego modelu matematycznego, na bazie którego interpretowane są dopiero wyniki z eksperymentów. Nauki przyrodnicze więc, jak widzimy, nie są wolne od założeń i prekoncepcji. Toteż filozofia uprawiana w ramach współczesnej metodologii naukowej jest jak najbardziej wartościowym źródłem wiedzy.

W związku z powyższym potrzeba Kościoła, by przy pomocy tomizmu bronić się przed wulgarnym materializmem i naiwnym scjentyzmem, w zasadzie znikła. Obecne wciąż roszczenia niektórych zwolenników ateizmu i materializmu są w świetle tego, co zauważa prof. Heller, po prostu bezzasadne i obalalne w ramach filozofii nauki.

Warto niemniej zauważyć, że w Kościele nie zaszły znaczące postępy w zakresie inkorporacji światopoglądu naukowo-przyrodniczego. Nie ustają wciąż ponawiane próby ewangelizacji i katechizacji przy pomocy tropów filozoficznych żywcem wyciągniętych z tomizmu. Zdaje się więc dość zasadne, by źródła niepotrzebnego przywiązania do poznania zdroworozsądkowego w Kościele upatrywać m.in. w tomizmie.

W rozumieniu tomistycznym zdrowy rozsądek jest zdolnością intelektu do ujmowania istnienia rzeczy w świecie w sposób potoczny. Jak to działa w praktyce? Gdy widzę słońce, to to afirmuję. Gdy widzę drzewo, to wiem, że widzę drzewo. Zbiega się to w pewnym sensie z poniekąd dowcipną definicją hasła „koń” w pierwszej polskiej encyklopedii powszechnej: „Koń, jaki jest, każdy widzi”. Oferowany przez tomizm obraz świata nie przystaje jednak do współczesnej wizji prezentowanej przez filozofię przyrody. Tomizm powstał w oparciu o teoretyczne podstawy przyrodoznawstwa i astronomii średniowiecznej. Nie może więc oferować szerokiej gamy intuicji, w ramach których filozofowie chrześcijańscy i teologowie mogliby budować wiarygodną wizję Boga.

Pozostałe przyczyny nieadekwatnego obrazu Boga w Kościele

Koncepcje filozoficzne znacząco wpływają na kształtowanie się świadomości społecznej w danej sprawie. Nie zmienia to jednak faktu, że w ramach potocznej twórczości kulturowej ludzi powstają rozliczne błędy i nieporozumienia, które, utrwalane, prowadzą częstokroć do kompromitacji zupełnie poważnych tez.

Jednym z głównych błędów popełnianych przez wiele osób jest próba antropomorfizacji Boga. Spośród cech, które dogmatycznie przypisujemy Bogu, w filozofii Boga przyjmuje się, że Stwórcę bardziej precyzyjnie możemy opisać poprzez wskazanie na to, jaki Bóg nie jest, niż na to, jaki jest. Pierwszą tezą wartą uznania jest zatem przyznanie, że Absolut całkowicie różni się od człowieka we wszystkim. To my, ludzie jesteśmy stworzeni na podobieństwo Boga, ale od Boga wyraźnie się różnimy jakościowo. Dopiero Bóg w swojej łaskawości przyjął postać człowieka. Zawsze widoczna jest między nami przepaść w każdym aspekcie: intelektu, wiedzy, woli, sposobu myślenia, sposobu istnienia, wielkości (Boga nie dotyczy przestrzeń) i czasowości (Bóg jest aczasowy, tzn. wieczny).

Jestem przekonany, że dla efektywnej ewangelizacji i katechizacji konieczne byłoby częste wspominanie, że Boga w sensie „starca w chmurach” nie ma. Nie jest to Absolut, w jaki wierzy Kościół, i tego typu „chochoły” należy czym prędzej rozmontowywać.

Kolejnym wątkiem wartym poruszenia jest traktowanie Boga na sposób magiczny, tj. albo transakcyjny, albo zabobonny. W pierwszym przypadku Bóg stanowi swego rodzaju przestrzeń duchową, w ramach której intencje ludzi na drodze modlitwy kierowane są jako swoisty okup w zamian za łaskę lub dary, o które dana osoba prosi. I nie byłoby w tym nic niestosownego, gdyby nie fakt, że Bóg jest osobą. Przyjaźń, czy nawet relacja miłosna, nie może realizować się w atmosferze kupczenia jakimiś towarami. Do przyjaciela nie przychodzi się dla korzyści, ale samego faktu kultywowania przyjaźni.

Osobną sprawą zaś jest traktowanie Boga na sposób zabobonny. To swego rodzaju pobożność ludowa sprowadzająca Stwórcę wszechświata do roli trochę lepszego skrzata ogrodowego, który coś tam robi w niezrozumiały dla nas sposób. Karze, kiedy powiemy coś brzydkiego w niedzielę, rzuca klątwę, gdy nam się noga powinie, a łakocie daje, gdy jesteśmy grzeczni i potulni.

Absolut nie magiczny, ale racjonalny

O świecie duchowym zwykło się myśleć jak o czymś magicznym. Podobnie rzecz ma się z Bogiem. To jest dla nas tak odległa rzeczywistość, że łatwiej jest w nią uwierzyć w naiwny, umagiczniony sposób, niż przyjąć przynajmniej jakieś zręby racjonalności w pojmowaniu tych zagadnień.

Ksiądz Heller w wykładzie Kosmiczny dramat. Mój prywatny scenariusz zauważył, że podobnie jak nasz obserwowalny wszechświat posiada prawa fizyki, tak samo i świat duchowy powinien być jakoś zorganizowany. Warto zauważyć, że jeśli coś działa magicznie, to jest po prostu niepoznawalne. W literaturze fantastycznej właśnie tak działają czary. Czarnoksiężnik rzuca kulą ognia tak po prostu, a nie dlatego, że istnieją jakieś inteligibilne dla człowieka prawa, które na to pozwalają. To się po prostu dzieje i tyle. Bóg i świat duchowy takie nie są. A choćby takimi się jawiły, to nie z tej racji, że są irracjonalne, ale z racji ułomności naszego aparatu poznawczego.

Zobacz też:   Quetzalcoatl, Perkun czy Jezus?

W Biblii wielokrotnie pojawia się hebrajskie słowo bara na określenie porządkującej aktywności Boga. Słowo Boże pokazuje nam więc, że Stwórca nie jest irracjonalnym i niezrozumiałym bytem, ale wielkim, boskim architektem. Bardzo dobrze obrazuje to początek Silmarillionu J. R. R. Tolkiena, gdzie Bóg (w książce występujący pod imieniem Eru Iluvatar) proces stwarzania rozpoczyna od muzyki. Jak wiemy, muzyka jest harmonijnym, usystematyzowanym i uporządkowanym drganiem powietrza. Możemy sobie jedynie wyobrażać, co Tolkien miał na myśli, nazywając akt stworzenia muzyką i jak głęboką ekspresję kontemplacji fundamentalnych praw świata to wyraża.

Poznać Stwórcę po jego stworzeniu

Przyjrzymy się teraz wybranym zagadnieniom z zakresu astronomii, przyrodoznawstwa i fizyki celem zrekonstruowania naszego obrazu Boga. W toku tych rozważań dostrzeżemy, jak drastycznie wyobrażenie Absolutu może ewoluować z poziomu uproszczonego i antropomorficznego do postaci metakosmicznej, przekraczającej wyobrażeniem nawet cały widzialny kosmos.

Heller w Elementach filozofii przyrody zauważa, że nie mamy podstaw filozoficznych i metodologicznych, by uważać, że Wielki Wybuch mógł być uznany za akt stworzenia świata przez Boga (por. Heller M. i Pabjan T., 2014, s. 101). Według filozofa są to nieuzasadnione naukowo wnioski i łatwa droga do myślenia o Bogu białych plam, którego przecież chcemy uniknąć. Zgoła odmiennie prezentuje się pytanie Leibniza: „Dlaczego raczej istnieje coś, niż nic?”. Jak wskazuje sam Heller, to pytanie do głębi filozoficzne, chociaż zręby odpowiedzi na nie odnajdujemy w fizyce i kosmologii.

Za początek wszechświata uznajemy tzw. osobliwość pierwotną. Wszechświat w tym stanie był aczasowy i aprzestrzenny, a cała jego energia skupiała się w jednym punkcie. Jego gwałtowna ekspansja i miliardy lat ewolucji materii nieorganicznej doprowadziły do stanu, który obserwujemy obecnie: miliardy galaktyk, gwiazd, układów planetarnych, asteroid, dziwacznych tworów jak czarne dziury, kwazary, gwiazdy neutronowe, mgławice czy supernowe. Wszystko to jest wynikiem tego początkowego stanu wszechświata. Trudno, patrząc oczami wiary, nie dostrzec w tym, w sensie ostatecznym, ręki Boga.

Na początku było Słowo…

Musimy jednak szukać jeszcze głębiej i nie dać się pochłonąć urzekającemu pięknu kosmosu. Obecności Boga należy w ograniczonym (dla nas) sensie szukać w prawach przyrody. Przyjmujemy, że we wszechświecie istnieją cztery oddziaływania, czyli prawa przyrody: oddziaływania grawitacyjne (każdy ośrodek masy posiada grawitację), oddziaływania elektromagnetyczne (jest nim np. światło widzialne), oddziaływania jądrowe słabe (odpowiadają m.in. za rozpad radioaktywny) oraz oddziaływania jądrowe silne (wiążą protony i neutrony w jądrze atomowym).

Czy prawa te istniały od zawsze? Okazuje się, że nie. Przyjmując obecny model kosmologiczny wszechświata, możemy stwierdzić, że w osobliwości pierwotnej podlegały one tzw. superunifikacji, a wyłoniły się dopiero w miarę ekspansji wszechświata. Chodziłoby tu więc o coś bardziej pierwotnego niż znane nam prawa (por. tamże, s. 99). Zależałoby nam na odnalezieniu odpowiedzi na pytanie o te prawa, które pozwalają na istnienie wszystkiego tego, co jest. Czy możemy mówić o tych fundamentalnych metafizycznych prawach jak o Bogu? Jeśli przyjmiemy, że są to prawa metafizyczne, to tak.

Stwórca jest więc w naszych oczach fundamentalnymi prawami rzeczywistości. Bóg jest, odnosząc się do koncepcji abp. Józefa Życińskiego, polem racjonalności. To boskie tło świata przenikające rzeczywistość. Jest wszędzie, bo wszystko i wszystkich wypełnia, i jest też nigdzie, bo nie sposób Go umieścić ani w przestrzeni, ani w czasie.

Bóg i fizyka kwantowa

Podobnie jak zdarza się nam posługiwać wspomnianym wcześniej Bogiem białych plam, tak też z pewnym bólem muszę stwierdzić, że niektórzy korzystają z fizyki kwantowej białych plam. Dusza ludzka? Pewnie jest wyjaśnialna kwantowo. Wolna wola? Kwanty. Świadomość? Kwanty. Świat duchowy? Też kwanty.

To jednak drastyczne nieporozumienie, bo w założeniu teoria kwantów służy przede wszystkim wyjaśnianiu mechaniki działania świata mikroskopowego o wielkościach mniejszych niż atomowe (tzw. cząstki subatomowe lub cząstki elementarne). Wnioski, jakie z niej płyną, są jednak daleko idące dla naszego obrazu świata. Okazuje się bowiem, że fizyka, którą stosowaliśmy od XIX wieku aż do pierwszej połowy XX wieku, w przypadku wielkości subatomowych przestaje mieć sens.

Obiekty w tych wielkościach zaczynają zachowywać się raz jak fala, innym razem jak pojedyncze cząstki (tzw. dualizm korpuskularno-falowy). Elektrony są w wielu miejscach jednocześnie i działają jak pola potencjalności, których właściwości można z pewnym prawdopodobieństwem obliczać przy pomocy tzw. funkcji falowej. Dwa elektrony pochodzące z tego samego atomu oddalone od siebie w przestrzeni, w której nie powinny na siebie oddziaływać, nadal podlegają oddziaływaniu, tak jakby przestrzeń na tym poziomie istnienia nie miała sensu (tzw. stan splątany). Powyższe badania w tym zakresie pozwoliły na sformułowanie kopenhaskiej interpretacji fizyki kwantowej, w myśl której wszechświat na poziomie elementarnym jest indeterministyczny. Oznacza to w praktyce, że na poziomie fundamentalnym „przyroda sama broni się przed jej poznaniem”.

Poznanie zdroworozsądkowe przyzwyczaiło nas do tego, że do pewnego stopnia wszystko jest przewidywalne. Okazuje się jednak, że odkrycia fizyki kwantowej pozwoliły na reinterpretację świata według tzw. teorii chaosu deterministycznego. W myśl owej teorii świat zbudowany jest z układów o dużej złożoności i małej przewidywalności. Pomimo że możemy znać jakiś stan początkowy (np. pogody nad Polską w danym momencie), to po bardzo krótkim czasie następuje sieć tak nieprzewidywalnych zmian, że trajektoria ruchu mas powietrza, frontów burzowych czy możliwości powstania chmur deszczowych okazuje się bardzo trudna. Heller w Elementach filozofii przyrody wskazuje ponadto, że świat nie jest tak liniowy, jak by się nam wydawało. Liniowość według fizyka jest raczej wyjątkiem niżeli regułą (por. tamże, s. 72).

Co to wszystko dla nas znaczy?

Trudno powiedzieć, by przyroda sama w sobie wskazywała nam na istnienie osobowego, miłosiernego Boga, w jakiego wierzymy w chrześcijaństwie. Nie byłoby potrzebne objawienie, gdyby świat sam świadczył o Bogu. Do pewnego stopnia niektóre teorie naukowe mogą być (błędnie zresztą!) inspiracją dla negacji istnienia Boga, jak np. teoria ewolucji. Nie oznacza to, że nie da się poznać Stwórcy na podstawie świata. Teologia naturalna wyraźnie wskazuje na przesłanki, które pozwalają odkryć istnienie Absolutu. Nie zmienia to jednak faktu, że nie sposób ze świata odczytać eschatologii, soteriologii czy trynitologii.

Współczesny naukowy obraz świata pokazuje jednak, że przyroda nie jest tak do końca wyjaśnialna sama przez siebie, jak się nam jeszcze zdawało do końca pierwszej połowy XX wieku. Poznanie teorii wszystkiego, czyli tzw. teorii kwantowej grawitacji, nie sprawi, że będziemy zdolni odpowiedzieć na pytanie, dlaczego istnieje raczej coś, niż nic.

Nie uprawnia nas to oczywiście do twierdzenia, że w związku z powyższym jedynym sensownym wyjaśnieniem jest Bóg. Absolut z naszej perspektywy jest po prostu wszystkim tym, co jest. Nawet ateista nie może uciec od Boga. On Go po prostu inaczej opisze, obdarzy innymi przymiotami.

Nie możemy, mówiąc językiem informatycznym, wyjść poza symulację, by zobaczyć, jak jest naprawdę. Patrząc jednak oczami wiary na Boga w perspektywie kosmicznej i kwantowej, możemy budować Jego obraz w zupełnie inny sposób. Stwórca przestaje być naiwnie rozumianym „dziadkiem w chmurach”. Nie jest też sposobem na zapełnianie naszych braków w wiedzy naukowej.

Pomimo mojego krytycznego stosunku do niektórych aspektów współczesnego tomizmu nie sposób nie dostrzec aktualności potrzeby wyjaśniania istnienia świata w kategoriach ostatecznych. Argumenty św. Tomasza za istnieniem Boga z przyczynowości i z ruchu wciąż domagają się odpowiedzi, ale nie w sensie przyrodniczym, lecz metafizycznym. Nie odnajdujemy bowiem wyjaśnienia dla istnienia pierwotnych praw rzeczywistości, które pozwalałyby na powstanie wszechświata, w którym żyjemy.

Słusznie św. Tomasz zauważył, że nasz świat jest przygodny, tj. niekonieczny. On wcale nie musiał istnieć, bo nic, co istnieje, wcale nie musiało się pojawić. Stąd też poszukujemy wyjaśnienia dla tajemnicy owego pola racjonalności, które z jakiegoś powodu przenika świat.

O autorze

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.