adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Wiara

Chude krowy wychodzą z Wisły

fot. pixabay.com

Czasami zastanawiam się, czy hierarchowie w Polsce czytają Biblię. Czy doczytali Księgę Rodzaju do historii pewnego faraona i jego nieoczekiwanego przyjaciela – Hebrajczyka?

„W dwa lata później faraon miał sen. [Śniło mu się, że] stał nad Nilem. I oto z Nilu wyszło siedem krów, pięknych i tłustych, które zaczęły się paść wśród sitowia. Ale oto siedem innych krów wyszło z Nilu, brzydkich i chudych, które stanęły obok tamtych nad brzegiem Nilu. Te brzydkie i chude krowy pożarły siedem owych krów pięknych i tłustych. Faraon przebudził się. A kiedy znów zasnął, miał drugi sen. Przyśniło mu się siedem kłosów wyrastających z jednej łodygi, zdrowych i pięknych. A oto po nich wyrosło siedem kłosów pustych i zniszczonych wiatrem wschodnim. I te puste kłosy pochłonęły owych siedem kłosów zdrowych i pełnych. Potem faraon przebudził się. Był to tylko sen” (Rdz 41, 1-7).

Dobrze się przygotować

Faraon, dzięki swojemu podczaszemu, dowiedział się o Józefie, który umiał tłumaczyć sny. Siedem tłustych krów i siedem pięknych kłosów oznaczało to samo – siedem obfitych lat, które miały nastąpić. Chude krowy i puste kłosy to siedem lat głodu, który przyjdą po obfitych. Faraon zatrudnił Józefa w roli swojego wezyra i razem dokonali czegoś wielkiego. Przez siedem lat nagromadzili dużo zapasów w spichlerzach. Dzięki temu lud egipski miał co jeść przez siedem chudych lat. Ponadto nadwyżkę zapasów mogli odsprzedawać sąsiednim ludom, które też dotknęła klęska głodu.

Nie wiem, czy siedem lat przed 2020 rokiem były dla Kościoła w Polsce latami obfitości. Nie były w każdym razie czasem głodowania. Okresem, który obecnie obserwujemy – i który być może potrwa znacznie dłużej niż symboliczne siedem lat. Czy jesteśmy na nie przygotowani? Na wielką smutę – na nazbyt gorące lato, które nadeszło po krótkiej i niezbyt deszczowej wiośnie Kościoła?

Mądrzy po szkodzie?

Słyszy się dziś o łączeniu parafii w diecezjach przeżywających spadek liczby kapłanów. Niebawem zapewne łączyć się będą niektóre seminaria. Powiem tak: trzeba było łączyć parafie już kilka lat temu. Rezygnować z samotnych proboszczów; tworzyć mocniejsze grupy, małe wspólnoty księży dojeżdżających z „bazy” na „placówki”. Modlących się razem, śpiewających wspólnie część brewiarza (przynajmniej jutrznię i nieszpory, jak zachęca OWLG w punkcie 40.).

Skoro nie zostało to zrobione parę lat temu, to trzeba to robić teraz. Pewnym „stale powracającym motywem” jest już nawoływanie o wycofanie księży z kurialnych stanowisk. Owszem, zapewne niektóre obowiązki może podjąć tylko ksiądz – np. kiedy jedynym specjalistą od prawa kanonicznego w diecezji jest duchowny, wówczas raczej trudno go zastąpić.

Z całą pewnością jednak można wycofać księży z wielu placówek, a już na pewno z funkcji dyrektorów różnych mediów i fundacji. Zwłaszcza że w przypadku tych pierwszych jest to nieetyczne połączenie. Dusi to pewną naturalnie potrzebną autonomię mediów; a zarazem człowiek postawiony w takiej sytuacji zmaga się z całym ciężarem środków masowego przekazu, nie ciesząc się często przywilejami, które mają jego świeccy odpowiednicy.

Pobożne katolickie wspólnoty księży

Być może przesunięcie „na parafię” niektórych kurialistów spowodowałoby ich odejście od kapłaństwa. Istnieją bowiem wciąż „księża karierowicze”. Ale taki odpływ byłby tylko zformalizowaniem stanu faktycznego.

Życie kapłanów w parafiach także musiałoby się zmienić. Wspomniałem o wspólnym śpiewaniu niektórych części brewiarza. Modlitwa liturgią godzin powinna być bardziej wyróżniona; z całą pewnością nie może być czymś „odhaczanym” między jednym penitentem w konfesjonale a drugim. Chyba oczywista jest też konieczność umiejscowienia mszy świętej na pierwszym miejscu w życiu kapłana. Oznacza to staranne do niej przygotowanie, zarówno duchowe, jak i praktyczne. Choć oficjalnie nie mówi się już o ciężkiej wadze grzechu, jakim jest popełnianie błędów liturgicznych, to warto by kapłani wrócili do myślenia o tym w tej kategorii. Dotyczy to również biskupów – w ich przypadkach zgorszenie jest dużo większe, gdy dopuszczają się manipulacji liturgią.

Dobry plan dnia ma swoje priorytety

Plan dnia takiego minibractwa księży diecezjalnych powinien koncentrować się wokół liturgii. Cechować się duchem modlitwy i refleksji, jak również szeroko rozumianej lektury, mającej na celu poszerzenie intelektualnych horyzontów księży. W kościele parafialnym musi też być czas na adorację. Nie taką robioną raz w miesiącu, w niedzielę, „zamiast kazania”. Ale systematyczną, dającą czas na milczenie. Trzeba zadbać o dostępność księży w konfesjonale i w rozmównicy. Nie każdy kapłan nadaje się do długiego spowiadania czy radzenia parafianom, ale utworzenie takiej „grupy operacyjnej” daje ten komfort, że można korzystać z osobistych predyspozycji. Ktoś będzie w stanie siedem godzin spowiadać i rozmawiać z ludźmi, kto inny będzie miał dobry kontakt z chorymi, trzeci będzie się zajmował aprowizacją i gotowaniem. Jeszcze inny będzie pieczołowicie przygotowywał niedzielne kazania.

Zobacz też:   Dusza w stanie deweloperskim

Msze święte i nabożeństwa powinny odbywać się o godzinach dostosowanych do potrzeb wiernych. Często „klasyczne” godziny, siódma/ósma i osiemnasta, takimi nie są. Trzeba mieć na uwadze, że ludzie ciężko pracujący i dojeżdżający do pracy potrzebują mszy świętych albo wcześnie rano, albo późnym wieczorem. Księża posługujący w kościołach w pobliżu jednostek uczelnianych być może powinni pomyśleć o dodatkowej mszy świętej w ciągu dnia – tak by wpasować się w jakieś okienko studentów. Warto również pomyśleć o rozkładzie mszy niedzielnych, aby umożliwić uczestnictwo w nich studentom zaocznym.

Kościół to nie tylko duchowni

To są systemowe kwestie. Każdy system z czasem ulegnie atrofii. Zarazem te zaproponowane przemiany to pewne środki, które wynikają z celu – przywrócenia pierwszego miejsca Bogu. Kryzys Kościoła nie jest kryzysem klerykalizmu, lecz utratą bojaźni Bożej. Zarówno przez duchownych, jak i świeckich. Tak, również ci drudzy powinni sobie wziąć do serca sen o latach tłustych i chudych.

Póki jest jeszcze czas, korzystać obficie z możliwości codziennej mszy świętej i regularnej spowiedzi. Wracać do klarownej nauki, wspierać dobrych youtuberów, szukać czegoś, co pozwala wyjść z intelektualnej strefy komfortu. Modlić się. Czytać, słuchać codziennie Biblii – i sięgać po dobre książki i konferencje o niej.

Dwa akapity o biesiadzie tradsów

To wszystko jest również do rozważenia dla członków pewnej różnorodnej grupy, która przeżywa swoisty renesans. Mówię oczywiście o tradycjonalistach. Być może 16 lipca 2021 roku będzie umowną datą początku siedmiu lat tłustych dla nich – paradoksalnie. Nazbyt mocne uderzenie kijem w klatkę z małpą, jakim było Traditionis Custodes, wzbudziło falę sympatii dla tejże grupy. W praktyce oznacza to wzrost rozpoznawalności w mediach i przepływ ludzi do wspólnot tradycyjnych. To coś znacznie więcej niż upodobanie do liturgii czy poszukiwanie „czystego” katolicyzmu – to znak sprzeciwu wobec kierunku, jakie obierają ostatnie pontyfikaty (których kwintesencją jest ten obecny). Zagłosowanie na „nie” w wotum zaufania. A zarazem świadectwo, że miłość do papieża staje się coraz bardziej wymagająca, staje się też dojrzalsza i wysublimowana.

Pewien sukces nie może przesłonić faktu, że i tradycjonaliści zmagają się z różnymi problemami. Jednym z nich jest niedocenianie bogactwa, obfitości, którą mają na wyciągnięcie ręki, nierzadko ignorancja w tematach religijnych. Nie może tak być. Trzeba się odpowiednio posilać i gromadzić nadmiar w spichlerzach. Czyli rozwijać mocną wiarę, tworzyć silne struktury. Wykreować nową jakość – tradycjonaliści nie mogą być ignorantami, ludźmi o ograniczonych horyzontach. Nie mogą być wyłącznie niedzielnymi katolikami.

Podsumowanie

Zacząłem ten tekst od refleksji nad lekturą biskupów. Jednak, jak widać, problemy dotyczą nie tylko ich. Czesław Michniewicz bez ciężkiej pracy polskich piłkarzy byłby tylko sympatycznym panem znającym się na piłce. Tak samo wariant chilijski w Polsce nie wystarczyłby, by naprawić polski katolicyzm.

Drużynie piłkarskiej są potrzebni dobry selekcjoner, zdolni piłkarze (którzy więcej czasu spędzają na boisku niż w reklamach), sponsorzy, doping kibiców i dobra ławka rezerwowa (jak to ujął jeden komentator podczas meczu: „pokaż mi swoją ławkę, a powiem ci, jaką masz drużynę”). Kościołowi w Polsce potrzebna jest dobrze zorganizowana praca kapłanów nakierowana na oddawanie czci Bogu. Świeccy nie obrażający Boga swoim postępowaniem w społeczeństwie. I jedni, i drudzy zapewniający sobie odpowiednią formację intelektualną  i duchową.

W trudnych czasach oparciem dla nas może być to, co sobie wypracujemy w czasach lżejszych. A teraz naprawdę nie jest tak źle, jak może być. Do roboty!

Na zakończenie, zainspirowany starą serią Adeste – Okiem Naczelnego – muzyczny akcent. Piosenka mówi o tym, że legioniści rzymscy, jeśli wytrwają, kiedyś wyjdą zza murów oblężonej Alezji jako historyczni zwycięzcy. A zarazem o tym, że przetrwanie trudnego okresu nie odgoni problemów na zawsze.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.