adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Wiara

Mistyczna pianistka, czyli rzecz o kanadyjskiej błogosławionej

Dla mnie muzyka była swojego rodzaju modlitwą duszy. Idealnie współgrała z milczeniem. W muzyce jest też coś mistycznego i przybliżającego do Boga. Dźwięki tworzące całe symfonie melodii wyciągają nas z otchłani marzeń i myśli i prowadzą ku temu, który śpiewa o miłości najpiękniej ku Bogu.

Z tego też powodu uwielbiałem czytać Sillmarilion J.R.R. Tolkiena. Tam Bóg jedyny stwarzał świat poprzez śpiew. Z jego pełnych światła melodii zaczęło wyłaniać się życie. Jestem przekonany, że bł. Dina Bélanger (a właściwie bł. s. Maria od św. Cecylii Rzymskiej) doskonale zrozumiałaby mnie w tej kwestii. To o niej pragnę dzisiaj napisać o kobiecie, która swoje mistyczne drogi życia wewnętrznego związała z melodią i dźwiękiem. 

Pierwsze nuty 

Mała Dina Bélanger urodziła się 30 kwietnia 1897 roku w zamożnej rodzinie Oliwiera i Serafii, którzy należeli do nowobogackich mieszkańców dziewiętnastowiecznego Quebecu. Została ochrzczona już tego samego dnia w parafii pw. św. Rocha jako Maria Małgorzata Dina Adelajda Bélanger. Jej starszy brat, Józek, przeżywszy zaledwie kilkanaście miesięcy, zmarł jeszcze przed jej narodzinami. Pewnie dlatego mała Dina (bo tak ją nazywali rodzice) była wielkim skarbem tatusia i mamusi. Z nią związali wielkie nadzieje i zadbali, żeby edukacja córki była na wysokim poziomie, by tym samym dać dziecku to, co najlepsze. 

Mama od początku uczyła ją modlitw, także po łacinie, a ulubioną modlitwą Diny był Anioł Pański. Kiedy słyszała bijące w południe dzwony, biegała po domu, szukając mamy, aby razem odmówić modlitwę opowiadającą historię wcielenia. 

Potrafiła być również kapryśna, a szczególnie marudziła na kazaniach, które uważała za nudne. Pewnego dnia tak grymasiła i krzyczała podczas posiłku, że nagle ojciec zerwał się od stołu i wyszedł z pokoju. Jego zachowanie tak bardzo zdziwiło dziewczynę i uderzyło w serce, że podjęła decyzję, aby nigdy więcej nie zrobić swojemu kochanemu tacie takiej przykrości. 

Melodie młodości 

Szkoły… To była trudna rzeczywistość. Dina zmieniała je wielokrotnie. Nie dlatego, że się źle zachowywała, ale dlatego, że każda placówka wydawała się rodzicom niewystarczająco dobra. W końcu znaleźli odpowiadającą ich oczekiwaniom szkołę z internatem. Wysłana do niej Dina płakała, tęskniąc za rodzicami. Ci byli już zdecydowani ją stamtąd zabrać, ale wtedy dziewczyna powiedziała, że da sobie radę, tylko potrzebuje czasu.

Wraz z koleżankami ze szkoły lubiła „wpadać” na adorację Najświętszego Sakramentu. Coś jakby ją ciągle przyciągało do Eucharystii. W małej Dinie rodził się wielki głód Chleba Aniołów. Mama nawet poszła do biura parafialnego prosić o wczesną komunię świętą dla dziecka, ale ksiądz odmówił. Dina bardzo przeżyła tę odmowę, ale przyjęła ją pokornie. Pan Jezus jej to wynagrodził, bo już rok później zaprosił ją swojego stołu.

Pierwszą Komunię Świętą przyjęła w Wielki Czwartek 1909 roku. W swojej autobiografii napisała: „Pierwszy raz usłyszałam tak wyraźnie Jego głos, wewnętrzny, słodki i melodyjny, który napełnił mnie prawdziwym szczęściem”. To, co ją pociągało z dziwną siłą, zaczęło porywać ją do zjednoczenia z Jezusem. Choć pewnie jeszcze nie rozumiała, co się z nią dzieje, była szczęśliwa. Tego dnia była jedno ze Zbawicielem. Jako że kochała muzykę, uwiódł ją głos Oblubieńca, który był dla małej Diny najpiękniejszą melodią świata. 

Symfonia miłości 

Częste jednoczenie się z Jezusem Eucharystycznym, szkoły zakonne, do których chodziła, głębokie życie wewnętrzne ciągle popychały ją do zupełnego oddania się Bogu. Pełna nadziei, radosna, rozanielona wręcz, mając szesnaście lat, spytała ojca i dwóch księży, co sądzą o jej pomyśle wstąpienia do zakonu. Ci nie tylko, że byli skonsternowani, ale odradzali jej to dość gorliwie. W końcu – jedyna córka zamożnych rodziców, świetlana przyszłość, świetne wyniki, marzenia o przedłużeniu rodu, przekazanie majątku… Ich postawa zraniła Dinę do żywego, ale i tym razem zaufała Opatrzności. 

Wobec takiego rozwoju wypadków postanowiła poświęcić się, przynajmniej chwilowo, swojej pasji – muzyce. Uczyła się gry na fortepianie i powiedzieć, że była w tym dobra, to jak nic nie powiedzieć. Była wybitna. Zaczęła dawać koncerty, zdobywać popularność, a rodzice czuli się odrobinę uspokojeni, złudnie licząc, że wizja jedynej córki za zakonnymi kratami odchodzi w niepamięć. 

Dina skrzętnie wykorzystała nieobecność rodziców podczas jej studiów muzycznych w USA i została tercjarką dominikańską, przyjmując imię s. Katarzyny (od św. Katarzyny ze Sieny). Ciągle jednak wydawało jej się, że to za mało. Kiedy powróciła do Quebecu, postanowiła podjąć decyzję. Niech się dzieje, co chce. Nie potrafi żyć bez Jezusa! Tylko jak to powiedzieć rodzicom? 

Trudne nuty na prostych liniach 

Rozmowa była trudna. Rodzice jednak, widząc nieprzejednaną postawę córki, wyrazili zgodę, żeby wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Jezusa i Maryi. Postawili też jeden warunek: czas do wstąpienia poświęci im. Zabrali więc córkę w podróż po Ameryce i napawali się każdym dniem z ukochanym dzieckiem. 

Zobacz też:   Gdy nam śpiewał Krzysztof Krawczyk

Śluby złożyła jako s. Maria od św. Cecylii Rzymskiej 15 sierpnia 1923 roku. W zakonie, co nie było żadnym zaskoczeniem, czuła się jak ryba w wodzie. Duchowa sielanka została jednak dość niespodziewanie przerwana chorobami, początkowo szkarlatyną, później gruźlicą, które do samej śmierci jej nie opuściły. Nigdy do końca się nie wyleczyła. Cierpienie spowodowane chorobą odczytała jednak jako kolejną okazję do tego, żeby być bliżej Jezusa. Jak sama pisała: „Muszę być świętą. Tak, być świętą zgodnie z wolą Bożą jest dla mnie niezbywalnym obowiązkiem, to jedyny akt wdzięczności, o jaki prosi mnie Jezus w zamian za swoją nieskończoną łaskę”.

Przełożona, widząc jej niezwykłe i głębokie życie duchowe, poprosiła, aby napisała swoją autobiografię. Dina nie była tym pomysłem, delikatnie mówiąc, zachwycona, ale też nie była zaskoczona, ponieważ zapowiedział jej to już Pan Jezus. Niedługo przed rozmową z przełożoną mówił do dziewczyny: „Będziesz czynić dobro przez swoje pisma”. Często też siostry i uczennice pytały ją o sekret bliskości z Bogiem, Dina z prostotą odpowiadała: „Kochać i pozwolić działać Jezusowi i Maryi”.

Choroba na chwilę ją opuściła, więc Dina wróciła do grania i śpiewania, ucząc w klasztornej szkole, posługując jako kantorka i organistka i śpiewając swojej Ukrzyżowanej Miłości. Od czasu Pierwszej Komunii Świętej jej duchowość była na wskroś chrystocentryczna i eucharystyczna, dlatego też czuła się dobrze blisko Maryi, w której widziała Niewiastę Eucharystii. 

Tak w swojej autobiografii opisywała pewne wydarzenie, które miało miejsce podczas Komunii Świętej: „Nasz Pan pozwolił mi ujrzeć Jego uwielbione Serce w świętej Hostii. Serce i Hostia były doskonale zjednoczone, tak bardzo w sobie, że nie potrafiłam ich odróżnić. Z Hostii emanowały ogromne promienie ze światła. Z Jego Serca buchnął ogrom płomieni, które uciekały jak rwące potoki. Najświętsza Dziewica była tam, tak blisko naszego Pana, że ​​została przez Niego pochłonięta, a jednak widziałam ją wyraźnie. Wszystkie światła Hostii i wszystkie płomienie Serca Jezusowego przeszły przez Niepokalane Serce Maryi”. 

Wielkimi krokami nadchodził dzień ślubów wieczystych, oddania się na wieczność swojej największej miłości, wirtuozowi duszy, największej muzycznej inspiracji. W tym czasie wróciły objawy gruźlicy, jednak udało się znaleźć chwilę powrotu sił i Dina złożyła wieczystą profesję w zakonie w 1927 roku. Niestety już rok później musiała na stałe trafić do zakonnej infirmerii i pożegnać się z fortepianem, organami, lekcjami muzyki, które tak bardzo kochała. 

Rok 1927 był naznaczony także innym ważnym wydarzeniem w życiu bł. Diny Bélanger. 22 stycznia, w czasie modlitwy, podczas kończącego się czterdziestogodzinnego nabożeństwa, otrzymała dar stygmatów wewnętrznych. Jak pisała: „Podczas medytacji przed wystawionym Najświętszym Sakramentem nagle poczułam, że ogarnia mnie głęboki spokój. Byłam już świadoma obecności mojego Boskiego Mistrza […] czułam, że Pan obdarowuje mnie wielką łaską. Z Jego Boskiego Serca wychodziły płomienie, które dotykały moich stóp, rąk i serca. […] Jezus odcisnął na nich swoje swoje stygmaty miłości”.

Oczywiście do rodziców dochodziły przerażające wieści o stanie zdrowia Diny i udało im się wybłagać wizytę u – jak się później okazało – bliskiej już śmierci córki. Wizyta ta, choć krótka, była naznaczona silnymi emocjami. Ojciec całą wizytę przepłakał, matka, która była trochę bardziej praktyczna, starała się dać dziecku trochę wody. Niemniej było to dość trudne z powodu jej roztrzęsienia. Pośrodku rodziców leżała ich córka – s. Maria – ich mała Dina, która z całkowitym spokojem starała się ich pocieszać. 

Odeszła 4 września przy zgromadzonej dookoła niej wspólnocie sióstr. Zdążyła odmówić różaniec i usiąść z siostrami. Towarzyszkom jednak zdawało się, że nie pochłania ją choroba, ale raczej miłość, jakby płonęła ze szczęścia. Zupełnie oddana myśli, że spotka się ze swoim Oblubieńcem i będzie z Nim już na zawsze. Ostatnimi słowami, które powiedziała przed śmiercią, były: „W Niebie będę żebrakiem miłości. To jest moja misja i zaczynam ją tu i teraz. Będę dawała radość!”. 

Beatyfikował ją św. Jan Paweł II 20 marca 1993 roku. 

Dane biograficzne i cytaty błogosławionej na podstawie:

  • Dina Bélanger, Felicity Moody, The autobiography of Dina Bélanger: (Marie Sainte-Cécile de Rome) Religious of Jesus and Mary, Religious of Jesus and Mary, Kanada 1997.
  • Dina Bélanger [w:] rjmgeneral.org
  • Dina Bélanger [w:] en.wikipedia.org
  • Barb Finnegan, Blessed Dina Belanger-Mother-Ste-Cecile de Rome [w:] www.mistycsofthechurch.com

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.