adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Polonia Zawsze Wierna

Łowcy głów i nauka przebaczenia | Polonia Zawsze Wierna

Papua-Nowa Gwinea to kraj tak egzotyczny, że wielu z nas prawdopodobnie miałoby problem ze wskazaniem go na mapie. To miejsce, w którym wciąż toczą się wojny pomiędzy plemionami i obowiązują plemienne prawa i zwyczaje. To kraj, w którym wielu ludzi żyje w buszu, a jeśli chodzi o drogi, to jest tam przede wszystkim… drogi prąd i internet. Zresztą, w poszukiwaniu tego ostatniego, by przesłać mi odpowiedzi na pytania do wywiadu, mój dzisiejszy rozmówca musiał niemal wspinać się po drzewach…

Z ks. Robertem Ablewiczem MSF ze zgromadzenia Misjonarzy Świętej Rodziny, posługującym w Papui-Nowej Gwinei, rozmawiał Konrad Myszkowski.

Konrad Myszkowski: Jak to się w ogóle stało, że został ksiądz misjonarzem?

Ks. Robert Ablewicz: Pochodzę z Tarnowa w Małopolsce. Moje powołanie gdzieś tam wzrastało – czasem w bólach, czasem był to okres przemiany, ale czułem, że jeśli chcę pójść do zakonu, to będzie to zakon misyjny. Nie jest to jednak też tak, że człowiek od razu jedzie na misje. Każdy ma swój czas i Bóg przygotowuje nas w sobie wiadomy sposób. Ja pisałem od samego początku podania o wyjazd na misje, i chociaż jako misjonarze Świętej Rodziny pracujemy w różnych miejscach na świecie, prosiłem zawsze o Papuę. Oczywiście, świadectwo wielu współbraci z mojego zgromadzenia i zdjęcia, które pokazywali, sprawiały, że chciałem dołączyć do tego teamu misyjnego. Dziękuję Bogu, że to mi się udało. To jest szósty rok mojej pracy w Papui i to, powiem szczerze, jeszcze nie jest nic. Tutaj czas płynie inaczej i człowiek nieustannie dojrzewa do tej posługi, do tego, żeby tutaj być.

KM: Dlaczego właśnie Papua? Jak wygląda działalność misyjna na tych terenach?

Ks. RA: Gdy chrześcijanie (Kościół katolicki i protestanci) przybyli tutaj, rozpoczęła się ewangelizacja tych terenów. Chrześcijaństwo zostało przyjęte bardzo otwarcie i chętnie, ponieważ tubylcy mieli nadzieję, że ta religia coś im przyniesie. Niestety pokutuje ta mentalność, że biały człowiek ma lepsze życie, lepszy świat, więc można coś tam dodać od niego do życia. Wielu ludzi jednak naprawdę przyjęło wiarę i mamy tu sporo osób szczerze wierzących. Kościół obecnie spełnia taką samą posługę, jak wszędzie indziej, choć na początku swojej działalności na tych terenach przyniósł też edukację, pomoc medyczną i prawo, ponieważ wcześniej wszystko opierało się o plemienne zasady, które niekiedy były sprzeczne nie tyle z przykazaniami (choć to też), co w dużej mierze nie sprawdzały się wobec zmian, które następowały wśród ludzi. Niestety, Papuasi (szczególnie w górach) doświadczyli dużego przeskoku od życia prymitywnego do wysoce rozwiniętego: nagle mają telefon, internet… Oni nie mieli etapów pośrednich, zeszli z drzewa – może tak tego nie ujmujmy, ale po prostu: przeszli od razu od siedzenia przy ognisku do kontaktu z telefonem (nadal przy ognisku).

KM: Czym dokładnie zajmuje się Ksiądz na co dzień?

Ks. RA: Obecnie jestem diecezjalnym duszpasterzem młodzieży i powołań w dwóch prowincjach – Southern Highlands i Hela w diecezji Mendi. Założyłem specjalne centrum młodzieżowe, w którym młodzi ludzie mogą przebywać, mieć rekolekcje i odbywać formację. Prowadziłem też przez ostatnie dwa lata szkołę formacyjną, by pomóc młodym chłopakom dostać się do seminarium i zostać księżmi. Jestem też misjonarzem miłosierdzia, powołanym do tej posługi przez papieża w Roku Miłosierdzia, tak więc wędruję z tym darem po całej diecezji, szczególnie tam, gdzie trwają walki plemienne. Jestem tam posłany, by głosić przebaczenie, które jest bardzo trudne – szczególnie tutaj. Słowo „przebaczenie” na tych ziemiach jest dużym wyzwaniem, ponieważ członkowie plemion walczą i później mają compensation, czyli pojednanie poprzez jakąś wymianę, zapłatę lub inną formę rekompensaty, co wcale nie jest przebaczeniem, a po prostu zgaszeniem ognia w taki sposób, że w sercach często nadal pozostają nienawiść i chęć zemsty, dlatego to wszystko tak się komplikuje.

KM: Czym jest Centrum Młodzieży, o którym można przeczytać na Księdza stronie?

Ks. RA: Centrum Młodzieży (Youth Center), które prowadzę, związana jest taka idea: z budynków podniszczonych i z problemami, które zaczęliśmy ogarniać, stworzyliśmy bezpieczną oazę w mieście Mendi, które nie jest spokojnym miejscem ze względu na różne sytuacje polityczne. Stworzyliśmy ośrodek, w którym młodzi ludzie mogą mieć rekolekcje i przenocować w razie potrzeby. Często też nauczyciele i ludzie, którzy tego potrzebują (są np. w trasie), przychodzą do nas, by schronić się na noc. Zjawiają się nawet ludzie innych wyznań, którzy wiedzą, że to jest centrum katolickie. Dzięki temu, że to miejsce działa i poniekąd też zarabia na siebie i może się rozwijać, mamy możliwość organizowania rekolekcji i kupowania jedzenia dla młodych ludzi, którzy przyjeżdżają po to, żeby dać im czas na modlitwę, na przemianę, możliwość formacji. Centrum Młodzieży gromadzi obecnie też i innych, bo mieliśmy rekolekcje dla ojców i matek, dla nauczycieli…

Po trzęsieniu ziemi mieliśmy mnóstwo warsztatów z United Nations. Wciąż są grupy, które po prostu czują się u nas bezpiecznie, po prostu chcą u nas być, a poprzez to też wesprzeć nas, by to dzieło się rozwijało. A my wciąż budujemy – po trzęsieniu ziemi mieliśmy ogromne szkody, kilka budynków zostało zniszczonych. Niektóre trzeba było naprawić, a część zburzyć i wybudować na nowo. I tak się powoli rozwijamy, z błogosławieństwem biskupa i bez wątpienia Bożą pomocą.

Fot: https://www.facebook.com/pg/misjonarz.robert.msf/
Ks. Robert z miejscową ludnością. Fot: https://www.facebook.com/pg/misjonarz.robert.msf/
Ks. Robert podczas wydarzeń ewangelizacyjnych. Fot: https://www.facebook.com/pg/misjonarz.robert.msf/
Fot: https://www.facebook.com/pg/misjonarz.robert.msf/
Fot: https://www.facebook.com/pg/misjonarz.robert.msf/

KM: Co jest najtrudniejsze w pracy misjonarza?

Ks. RA: Największe trudności tutaj, wiadomo, są inne dla każdego, bo inaczej to przeżywamy. Każdy z nas, misjonarzy jest inny, pochodzi z innej rodziny, ma różne doświadczenie dzieciństwa, więc jacy tu przyjeżdżamy, tacy się też tu otwieramy i każda parafia, każde miejsce naprawdę jest inne. Pracowałem kiedyś przez kilka lat w parafii w buszu, daleko od drogi, gdzie ludzie byli bardzo otwarci. Ponieważ byliśmy poniekąd oddzieleni od tego świata, który się zmienia i od cywilizacji, ci ludzie byli bardzo prości. Mieliśmy trudności związane z transportem, ze szpitalem, ze szkołą oraz utrudnienia w komunikacji, ale za to kontakt z ludźmi i praca w kościele były bardzo łatwe. Te osoby były otwarte, chętne i życzliwe. Ponieważ mogłem być wśród nich taki, jaki jestem, samemu akceptując ich, takimi, jakimi są, stawałem się częścią ich społeczności, a oni również się otwierali.

KM: Jak tak w ogóle wygląda życie w Papui-Nowej Gwinei?

Ks. RA: Nie da się na to pytanie odpowiedzieć jednym zdaniem, ponieważ Papua bardzo różni się od Europy czy nawet USA. Chodzi o formę i styl życia – jest to tak odmienny kraj, że czasem trudno to porównywać, po prostu trzeba wejść w tę rzeczywistość, która tu jest, w mentalność miejscowych. Ci ludzie żyją w plemionach, które kiedyś tworzyły prawo, kulturę, religię i tak to się kształtowało. Walczyli z innymi plemionami – stąd mamy tyle języków w kraju (prawie osiemset) – nie dialektów, po prostu niezależnych języków – tubylcy musieli mieć pewność, że wróg nie zna ich języka, więc tworzyli zupełnie nowy. Walczyli między sobą, przez co nie mogli się za bardzo przemieszczać. Później to wszystko zaczęło się zmieniać, chrześcijaństwo połączyło poróżnione plemiona. Dziś zwaśnione grupy modlą się w jednym kościele. Oczywiście, trudności są i te konotacje rodzinne zawsze pozostaną silne, ale na płaszczyźnie wiary możemy się jakoś porozumieć.

Zobacz też:   Droga Helenki ku pastwiskom Ojca

KM: Czym życie w Papui-Nowej Gwinei różni się od życia w Polsce?

Ks. RA: Życie w Papui od życia w Polsce różni się w wielu sprawach. Często pracuję w górach w Southern Highlands, gdzie biały człowiek i chrześcijaństwo dotarli najpóźniej. Diecezja, w której posługuję, ma sześćdziesiąt lat. Żyją tu ludzie, którzy znają świat przedchrześcijański, dlatego wiele rzeczy jest jeszcze trudnych. Wiadomo, prąd jest drogi, a w wielu miejscach po prostu go nie ma. Nie ma dróg, a jeśli nie ma komunikacji, to cały serwis i wszystko to, co dotyczy pomocy ludziom (służba medyczna, szkoły), w wielu miejscach jest po prostu jeszcze bardzo słabo rozwinięte. Dla nas, Europejczyków warunki, w których żyjemy i mieszkamy, są zupełnie inne, ale to też zależy od człowieka – można się przyzwyczaić. W mieście jest już w miarę normalnie – jest prąd, czasem zasięg (a więc też internet), stąd też jest już łatwiej. Życie jednak nadal jest proste, ponieważ żyjemy z ludźmi i dla tych ludzi, do których jesteśmy posłani. Tutaj miejsce, w którym jesteśmy, jakby warunkuje egzystencję. Nie ma stałych reguł, ponieważ jeśli człowiek przemieści się troszeczkę poza miasto, spotka ludzi, którzy żyją w buszu bez prądu, w bardzo prosty sposób, zgodnie z rytmem natury.

KM: Czy ciężko jest być Polakiem i mieszkać w tak egzotycznym kraju?

Ks. RA: Powiem szczerze: bycie Polakiem w Papui-Nowej Gwinei ułatwia posługę misyjną, ponieważ moje pokolenie i starsze znają Polskę, która była jeszcze silna Bogiem i rodziną. Pamiętamy jeszcze czas przed powstaniem internetu, tabletów i smartfonów, co sprawiało, że spędzaliśmy czas ze sobą w rodzinie i z przyjaciółmi. To mi pomaga tutaj na miejscu, ponieważ ja po prostu spędzam czas i jestem z tymi, do których mnie posłano. Posługuję jako kapłan i misjonarz, ale najważniejsze, że jestem z ludźmi i wtedy oni sami, widząc różnicę zachowań, postaw i postępowania, zaczynają się zmieniać. Pracuje tu wielu Polaków, zarówno w górach, jak i w całej Papui-Nowej Gwinei. Czasem mamy – szczególnie na Boże Narodzenie – polskie spotkania, z polskimi potrawami i kolędami. Wtedy człowiek czuje, że ojczyzna jest daleko. Są momenty (szczególnie właśnie Boże Narodzenie, Wszystkich Świętych czy Wielkanoc), kiedy bardziej tęskni się za ojczyzną, ponieważ te polskie, rodzinne i kościelne tradycje sprawiały, że byliśmy wtedy razem. Na misjach jednak jesteśmy daleko, ale w grupie Polaków tutaj próbujemy jakoś się odnajdywać.

Fot: https://www.facebook.com/pg/misjonarz.robert.msf/
Fot: https://www.facebook.com/pg/misjonarz.robert.msf/
Fot: https://www.facebook.com/pg/misjonarz.robert.msf/
Spotkanie wigilijne Polaków. Fot: https://www.facebook.com/pg/misjonarz.robert.msf/
Fot: https://www.facebook.com/pg/misjonarz.robert.msf/

KM: Życie misjonarza nie składa się jednak z samych przeciwności i tęsknoty za domem. Zdarzają się również chwile szczęśliwe, a nawet zabawne…

Ks. RA: Jechałem po raz pierwszy w życiu do mojej parafii. Przyjechałem do Papui, przeszedłem czas nauki języka pidgin, którym się tu posługujemy, i po zakończonym etapie wprowadzenia z jednym z misjonarzy dotarłem do miejsca, które wyznaczył mi biskup. Siedziałem w samochodzie w czapce bejsbolówce. Ktoś inny kierował, żeby pokazać drogę. W jednym z miejsc bawiły się dzieciaki. Kiedy zobaczyły samochód, który musiał zwolnić, ponieważ droga była popsuta, podbiegły do samochodu. Gdy mnie zobaczyły, zaczęły wołać: „Chuck Norris! Chuck Norris!” Skąd one znają Chucka Norrisa i jak połączyły go ze mną – to już jest tajemnica naszej wiary!

KM: Bez wątpienia poznaje Ksiądz też wielu ciekawych ludzi.

Ks. RA: Takich osób jest tutaj mnóstwo. Ludzie, którzy są bardzo prości, mają niesamowite serca i historie. Nieraz są to opowieści o wielkim przebaczeniu tym, którzy skrzywdzili, zabili, coś zniszczyli, spalili dom. Mam jednego takiego katechistę, który oddał serce Bogu po prostu przez przebaczenie. Przez zawiść spalono mu świeżo wybudowany dom. Poszedł do tych ludzi, którzy to zrobili i powiedział, że nie chce żadnego compensation, że im przebacza. Powiedział: „Jesteście moimi braćmi”. To nie koniec jego bolesnych historii – zgwałcono mu córkę. Tutaj takie rzeczy się rozwiązuje później właśnie przez compensation. On natomiast otoczył córkę miłością, ale powiedział, że nie chce compensation, że przebacza, ponieważ tylko Bóg może uzdrowić jego rodzinę. Było to ogromnym zaskoczeniem dla tych ludzi, ponieważ w świetle lokalnego prawa ten katechista miał prawo wiele żądać. Kiedy go czasem widuję, widzę, że jest to człowiek bardzo oddany Bogu, właśnie przez przebaczenie. Okradziono go i gdy odnaleziono sprawcę, powiedział: „Ja ci przebaczam”. Mówił, że siła jego wiary płynie z przebaczenia. W sytuacji, gdy mieszka w prowincji, w której nieustannie panują wojna i nienawiść, on jest dla mnie takim świadkiem Bożego Miłosierdzia i Bożego przebaczenia. Oczywiście, że doświadcza bólu, ale Bóg mu błogosławi w inny sposób. Wybudował nowy dom i teraz ktoś inny, kto widział jego dobre serce,  pomaga mu z jakimiś projektami, żeby mógł utrzymać rodzinę i nieść pomoc innym. Ten człowiek jest otwarty na Bożą miłość i Boże przebaczenie – w ten sposób posługuje.

KM: Na koniec zapytam jeszcze: czy w jakiś sposób nasi czytelnicy mogą wesprzeć Księdza działalność?

Oczywiście, że czytelnicy mogą to uczynić – serdecznie zapraszam do pomocy. Jest strona misyjna, przez którą można się ze mną kontaktować. Czasem ludzie robią zbiórki pieniędzy, niekiedy zbierają ubrania, czasem zbierają też artykuły papiernicze do szkoły dla dzieciaków, zbierali też okulary. Wielu ludzi z Polski i nie tylko, bo i z Australii czy Stanów Zjednoczonych, pomagało mi, również Polacy, którzy mnie znali i wiedzieli, że tutaj pomoc jest potrzebna. To jest jak kropla w morzu potrzeb, ale wszystko, nawet najdrobniejsze rzeczy pomagają nam i nas wspierają. Dzięki temu my też możemy czynić dobro, budować… Daje to nam możliwość kupowania leków, budowania (np. centrum młodzieży), rozwijania ośrodków duszpasterskich, prowadzenia sanktuarium maryjnego i dzielenia radości z tymi wszystkimi, do których jesteśmy posłani. Dzięki pomocy dobrych ludzi, którym też dziękujemy, możemy naprawdę iść dalej, głębiej do buszu, możemy spotykać tubylców nie po to, żeby rozdawać (bo to psuje), ale po to, aby ich wspierać, by oni w pewnym momencie też potrafili stanąć na własne nogi i dobrze prowadzić swoje życie.

Dowiedz się więcej:

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.