Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj

Domus Ecclesiae

magazine cover

pixabay.com

Józef Ratzinger to bez wątpienia jeden z najpotężniejszych umysłów XX wieku. Dopiero teraz odkrywamy w pełni jego geniusz, po czasie dostrzegając, z jakiego formatu człowiekiem przyszło nam dzielić czas na tym łez padole. Spośród mnóstwa traktatów, dzieł, wykładów czy kazań wielkiego kardynała i biskupa Rzymu warto pochylić się nad jednym artykułem, wydanym już w 1958 roku w periodyku „Hochland”. Polski czytelnik może się z nim zapoznać w „Ostatnich rozmowach”, gdzie dołączony został jako aneks, nosząc tytuł „Neopoganie i Kościół”. Niech stanowi on punkt wyjścia dla naszych rozważań. A jest o czym rozważać. Oj, jest o czym.

Trzydziestoletni Ratzinger okazał się prorokiem. Jeszcze przed rozpoczęciem obrad Soboru potrafił przewidzieć przyszłość, jaka czeka Świętą Matkę Kościół. Wskazywał, że wielu chrześcijan to tak naprawdę kryptopoganie, którzy nie mają w sobie prawdziwej i żywej wiary. Warto jeszcze raz podkreślić rok, o którym jest tu mowa – 1958! Jakże wielu tradycjonalistów ucieka dziś w czasy „soborem niezmącone”, poszukując tam stałości i autentycznego katolicyzmu. Te słowa późniejszego papieża powinny być kubłem zimnej wody na rozgrzane głowy i nauczką, że nigdy nie można idealizować przeszłości. Mit „złotego wieku” może widocznie dopaść każdego.

Dobroludzizm

Powierzchowny katolicyzm, oparty właściwie tylko na tradycji i ludowych zwyczajach, odchodzi na naszych oczach do lamusa. W dobie wszechobecnego relatywizmu dla przeciętnego Kowalskiego odwieczna wiara i praktyki religijne są tylko wydmuszką bez jakiejkolwiek treści. Herezja „dobroludzizmu” zaraziła sumienia niezliczonych rzesz – skoro nie ma znaczenia czy jestem katolikiem, czy nie, a wystarczy, bym był „dobrym człowiekiem”, to po co trzymać się tych piątkowych postów, których i tak się nie przestrzega, po co stać 45 minut w każdą niedzielę, zamiast oglądać skaczącego Kamila Stocha albo powtórkę wczorajszej Ligi Mistrzów? Życie nadprzyrodzone stało się dla nas tak samo egzotyczne jak Papua-Nowa Gwinea. Taką diagnozę postawił wcale nie Mateusz Rezler w 2018 roku, a młody Ratzinger w 1958 roku. Dziś widzimy tylko jej realizację na własne oczy.

Bomba zegarowa

To ziarno zostało zasiane wiele stuleci temu, my tylko zbieramy plony. Późniejszy Benedykt XVI dostrzegał, że wiara musi być świadomym wyborem i nawróceniem – inaczej jest pusta, jałowa i bezpłodna. Przemiana, jaka nastąpiła między starożytną wspólnotą pierwszych wieków, a średniowiecznym stanem, w którym Kościół i świat stanowiły jedno i to samo, kompletnie zmieniła rzeczywistość, przeobrażając wiernych w obywateli Civitas Christiana.

Frontowa strona ruin domus ecclesiae w Dura Europos (fot. Marsyas) · źródło: pixabay.com

Czy to dobrze, czy źle, że tak się stało? Na to pytanie w artykule nie pada odpowiedź. Jedno spostrzeżenie przykuwa jednak uwagę – taki stan rzeczy okazał się w istocie tykającą bombą z opóźnionym zapłonem (i to na całe stulecia). Czyniąc długą historię krótką – Kościół w takiej formie zwyczajnie nie może przetrwać, bo jego „wierni” wcale nie są rzeczywistymi chrześcijanami, a neopoganami, czczącymi swoje bożki zamiast Żywego Boga. Widać to doskonale w XXI wieku, który serwuje nam zamiast kazań konferencje księży-coachów, liturgię wypraną z wszelkiego sacrum i filozoficzno-teologiczny sytuacjonizm, nakierowany na człowieka i „wartości humanistyczne”. Antropocentryzm strącił Boga z piedestału, nie krzycząc jednak za Lucyferem „Non serviam!”, ale powoli wymywając i rozmiękczając to, co Kościół i Jego Głowa nauczały przez dwa tysiąclecia. Oto właśnie owo neopogaństwo. „Katolicy” głosujący na partie jawnie popierające aborcję, obecni na coniedzielnej Eucharystii młodzi, którzy żadnego problemu nie widzą w stosowaniu antykoncepcji i seksie przedślubnym, starsi wrzucający sobie do głowy z gazet, telewizji i Internetu frazesy o „Kościele pedofilów” – to obraz dzisiejszych ochrzczonych mas. Chciałoby się wykrzyknąć: Kyrie eleison!

Maruda

Można by powiedzieć, że to urzeczywistnianie i powielanie naszej narodowej przywary – narzekania. I rzeczywiście, może jest w tym trochę racji. Jednak w takim razie Józefa Ratzingera w 1958 roku także powinniśmy nazwać marudzącym Polakiem. Całe szczęście obecny papież-emeryt w swojej młodości, tak jak i teraz, nie popadał w czarnowidztwo, co wielu z nas (nie ukrywam, że często i mi) się zdarza. Chrystus Pan powiedział przecież, że Kościoła Świętego nie przemogą bramy piekielne. Mistyczne Ciało będzie trwało aż po kres wieków – będzie jednak z pewnością inne, niż się do tego przyzwyczailiśmy.

Rozpacz i tęsknota za Civitas Christiana udziela się niejednokrotnie także i mi. W niedawnej rozmowie z pewnym Księdzem Dobrodziejem nie omieszkałem wyżalić się, wylewając swoją frustrację z powodu stanu współczesnego Kościoła. Zirytowany i nabuzowany negatywnymi emocjami wysłuchałem wypowiedzianej spokojnym głosem odpowiedzi: „Mateuszu, Mateuszu. Spójrz tylko. Kościół pierwszych wieków wzrastał, rozwijał się i rozkwitał, gdy nikomu się nie śniło o zakonach, seminariach, instytutach chrześcijańskich i szkołach katolickich. To prawdziwe i głęboko wierzące rodziny były ostoją, to tak rodzili się i wychowywali męczennicy zdolni oddać życie za Chrystusa. Spokojnie więc, Kościół przetrwa”. Te słowa były dla mnie prawdziwym balsamem dla zbolałej duszy, trapionej wątpliwościami i niepokojem.

Do tych samych wniosków doszedł Józef Ratzinger. W dobie kryptopogan ukrytych za fasadą katolicyzmu, która tylko czeka, by przy nadarzającej się okazji opaść niczym teatralna kurtyna, Kościół powróci do swej pierwotnej formuły. Małe wspólnoty osób prawdziwie wierzących, które swoją religię traktują nie jak dodatek i tradycję odziedziczoną po dziadkach, ale centrum i sens całego życia. Chrześcijanie XXI wieku i następnych, po dwóch tysiącleciach, upodobnią się do swych duchowych przodków, którzy skorzy byli do poświęcenia życia z miłości do Chrystusa Pana.

Dura Europos

W 1920 roku odkryto na pustyni dzisiejszej Syrii ruiny rzymskiego miasta Dura Europos, opuszczonego po zdobyciu go przez perskiego szacha Szapura I w 265 roku po Chrystusie. Miasto jak miasto, można by powiedzieć. Kupa gruzu pod spieczonymi słońcem piaskami. Jednak brytyjscy żołnierze stacjonujący w tamtym regionie natknęli się na coś niezwykłego – doskonale zachowane freski pokrywające ściany jednego z budynków. Po wnikliwych badaniach archeologicznych okazało się, że żołdacy z Albionu odkryli coś, co potem nazwano „domus ecclesiae” – kościół domowy, miejsce kultu stworzone z rzymskiej willi powszechnej w tamtym czasie w całym Śródziemnomorzu. Tego typu budynki powstawały jak grzyby po deszczu w Cesarstwie krzyżującym i rzucającym wyznawców Chrystusa na pożarcie wygłodniałym lwom. Aż do edyktu mediolańskiego w 313 roku chrześcijanie zbierali się na liturgię w takich właśnie miejscach – domach prywatnych osób, które przeznaczały swoje nieruchomości na użytek wspólnoty, by w ukryciu przed siepaczami cezarów oddawać cześć Jedynemu Bogu.

W nadchodzących dekadach, patrząc na to co dzieje się na Zachodzie, tradycyjnie rozumiane parafie: z kościołem, salką i plebanią znikną, zamienione na basen, dyskotekę czy skatepark. Kościół zejdzie do podziemia, czasami dosłownie, czasami w przenośni, a prawdziwymi ośrodkami tętniącymi życiem wiary staną się domy katolickich rodzin, które nakazy Wcielonego Słowa potraktują poważnie. Powróci „domus ecclesiae” – prywatny dom, w którym będzie zbierać się wspólnota osób dobrze się znających, prawdziwych „braci i sióstr” w Chrystusie. Kościołem domowym nie będą jedynie cztery ściany w ściśle materialnym znaczeniu, ale przede wszystkim rodzina, pewnie już nie jak dawniej wielopokoleniowa, ale nadal zjednoczona miłością i wspólnym jezusowym fundamentem. Bo przecież budynek postawiony na skale nie może runąć.

Powrót do przyszłości

Nadchodzące czasy, zgodnie z proroctwem Ratzingera, mogą wyglądać uderzająco podobnie. Zwrócić uwagę należy także na kilka faktów zewnętrznych w stosunku do samego Kościoła. Już teraz we Francji, która do dziś nie potrafi odpowiedzieć na pytanie co zrobiła ze swoim chrztem, wyrzuca się katolików ze świątyń, by po ich zburzeniu wznieść na tym samym miejscu parking. Spycha się chrześcijaństwo do podziemia w imię prawdziwie laickiego państwa, budowanego od czasu krwawej rewolucji. Tymczasem w sąsiedniej Belgii w „katolickich” szpitalach morduje się ludzi przykutych do łóżek, „by oszczędzić im cierpień”. Ta sama zlaicyzowana Europa stanie się niedługo pożywką dla wyznawców „religii pokoju”, już dziś obcinających głowy i taranujących przechodniów na ulicach zachodnich miast. Mnożący się na potęgę mahometanie, wobec mentalnej bezpłodności europejczyków, nie muszą używać przemocy, by pochłonąć Stary Kontynent w przeciągu kilku dekad. Oto dwa żywioły wrogie Kościołowi i Chrystusowi – omnipotentne państwo i rozprzestrzeniający się jak zaraza islam, które w połączeniu z objawiającym się właśnie neopogaństwem samych katolików cofną Mistyczne Ciało o dwa tysiące lat wstecz.

Co to dla nas oznacza? Jeśli czytasz te słowa, znaczy że jesteś świadomą osobą, która jest w stanie poświęcić swój czas na lekturę chrześcijańskiej prasy. Zdobywana w ten sposób wiedza może być zaczynem prawdziwego świadectwa, jakie już teraz trzeba dawać wszystkim wokół. Sam Ratzinger, w swym proroczym artykule, daleki jest od pesymizmu. Zauważa on pewną tendencję, diagnozuje stan ówczesnego Kościoła, wskazując, że właśnie taka przemiana pozwoli wiernym stawać się coraz bardziej „doskonałymi, jak doskonały jest Ojciec nasz niebieski”. Święta Matka przetrwa, z pewnością przechodząc „lifting”, ale żywe wspólnoty skupione wokół prawdziwie wierzących, wielodzietnych i kochających rodzin, staną się punktem Archimedesowym, który poruszy „wielu”. Świadectwem swojego życia, wytrwałą modlitwą i męstwem w trwaniu przy Chrystusie będą niczym chrześcijanie pierwszych wieków.

Sic transit gloria mundi

Te czasy już nadchodzą. Ludźmi, którzy podniosą rozrzucone cegły i wzniosą na nowo budowlę Kościoła jesteśmy my. Spoczywa na nas ogromna odpowiedzialność, by przyswoić, zachować i przekazać przyszłym pokoleniom największy skarb – prawdziwą wiarę. Skoro wyznawcy Jezusa z Nazaretu potrafili przetrwać prześladowania rzymskich augustów bez zakonów i klasztorów, które na Zachodzie pojawiły się dopiero po kilkuset latach dzięki świętemu Benedyktowi, bez seminariów i powszechnego kształcenia, na które czekaliśmy aż do średniowiecza, bez wsparcia władzy i państwa, do tego chrystianizując całe narody w tak niesprzyjających okolicznościach, to dlaczego my, żyjący w XXI wieku, mielibyśmy być gorsi? Świętość i umiłowanie Boga nie zależy od czasów, w których się żyje, ale od decyzji o poświęceniu swego życia Panu. Świadomi tego wszystkiego, trwajmy niewzruszenie w wierze, by nasze dzieci i wnuki, które przyjdą po nas, także mogły zaczerpnąć ze zdroju wody żywej.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.