adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
#YoungSaints

Z boiska na ołtarze – historia Gianluki Firettiego

Niezwykłą tajemnicą są drogi świętości, które odkrywa człowiek. Patrząc na zdjęcie młodego chłopaka, młodszego ode mnie, ciężko mi było uwierzyć, że umarł on w opinii świętości.

Spotykałem takich jako ministrantów, uczniów, czasem narkomanów czy pospolitych łobuzów. Często kiedy mijam ludzi, zastanawiam się, co dzieje się w ich sercach. Czy kochają Boga? Czy szukają Go? Historia Gianluki Firettiego pokazała mi, że można chodzić do klasy ze świętym albo być jego rodzonym bratem i nawet się nie zorientować. Do czasu. 

Małe włoskie miasteczko Sospiro, zwykły dom i zwykła rodzina. To w tych okolicznościach, 8 września 1994 roku, urodził się Gianluca Firetti, syn Lucjana i Laury, brat Fryderyka. Patrząc powierzchownie: ludzie jakich miliony. Żadnych niezwykłych wydarzeń, spektakularnych cudów czy doznań mistycznych. Zwyczajna miejska rodzina, spokojni sąsiedzi z żywiołowymi dziećmi. Gianluca był uczniem technikum, kochał piłkę nożną. Grał w nią i odnosił w tym nawet sukcesy. Spotykał się z kolegami, nie zawsze słuchał się rodziców, był beztroski i pełen życia. Przyjaciele – których miał sporo – nazywali go Gian.

Młody Firetti zaglądał też do pobliskiego oratorium przy parafii, stworzonego specjalnie dla młodzieży. Tam też postanowił się zaangażować. I otworzyć nie tylko uszy, ale i serce na Boga. 

Ten spokój i proza życia zostały szybko przerwane w 2012 roku. W czasie jednego z meczów piłki nożnej Gianluca zaczął odczuwać ostry ból w kolanie, który nie chciał ustąpić. Zaczęła się cała seria badań, która przyniosła wyrok: kostniakomięsak. Lekarze starali się, ale nie dawali nadziei. Sytuacja była bardzo trudna, dużo lęku, cierpienia i niepewności. Pojawił się bunt – bo taki młody człowiek i na raka choruje. Po ludzku trudno o większy dramat. 

Gian widział to jednak inaczej. Postanowił zaufać Bogu. Pewnego razu odwiedził go ksiądz Marco, z którym Firetti bardzo chciał się spotkać. Sam jednak ksiądz bał się spotkania: bo co powiedzieć umierającemu chłopakowi z przerwaną karierą piłkarską, który miał całe życie przed sobą? Kiedy wszedł do pokoju, zastał Gianlucę na modlitwie, w czasie której mówił: „Panie, daj mi krzyż!”, po czym dodał: „Ja go zniosę, ale potrzebuję Ciebie, żebyś tam był, pozwól mi się na Tobie wspierać”. Po spotkaniu z nim duszpasterz stwierdził: „Jestem księdzem, ale to Gianluca mnie nawrócił”. 

Zobacz też:   Czystość na wagę życia – bł. Pierina Morosini

Choroba nowotworowa nie przeszkodziła młodemu Firettiemu żyć pełnią życia. Rozbawiał ludzi, opowiadał dowcipne historie, pocieszał innych, chociaż zapewne on sam najbardziej tego potrzebował. Im bardziej choroba postępowała, tym bardziej otwierał swoje serce – szczególnie na Boga. Złożył swoje życie w Jego rękach, ale także oddał rodziców, brata, przyjaciół, księży – wszystkich, których znał.

Zarażał wszystkich swoim największym skarbem i mocą – miłością. Wiedział, że zostało mu niewiele czasu na ziemi, więc postanowił maksymalnie intensywnie go przeżyć. Szczególnie uwydatniało się to w czasie mszy świętej, z której nie chciał niczego stracić. Rozumiał bardzo dobrze, że Eucharystia daje życie, a on przecież umierał. 

Umierał bardzo świadomie. Nie chciał być oszukiwany, nie chciał być karmiony fałszywą nadzieją. Pytał w szpitalu zaprzyjaźnionego księdza: „Czy Jezus na mnie czeka?”.

Niecały rok przed śmiercią postanowił napisać list do papieża Franciszka, prosząc go o modlitwę, ale i ofiarując swoją wraz z cierpieniem w intencji ojca świętego. 18 grudnia 2014 roku dostał telefon od sekretarza papieża: Franciszek nie tylko przeczytał list, ale dopytuje o zdrowie i siły chłopca. Gianluca zaśmiał się i powiedział, że jest przecież na wojnie. 

Im bliżej była śmierć, tym bardziej zdawał się być rozświetlony łaską. Każdy chciał przy nim być – lekarze, koledzy, rodzina, księża, znajomi. Wszyscy się do niego garnęli, a on zarażał ich siłą, nadzieją i zaufaniem Bogu. Jego wiara, która wyrażała się w otwartości umysłu, modlitwie, przyjęciu woli Bożej, przyjaźni dzielonej z wieloma, przyjmowaniu sakramentów, radach, których udzielał młodym ludziom, pomogła wielu osobom wrócić do Boga. 

W czasie choroby zaprzyjaźniony ks. Marco namówił go na napisanie książki Złamany na pół. W niej pozostawił swoje świadectwo życia. Jak pisał: „W tej książce znajdziesz mnie na każdej stronie. A ja cię znajdę. Czuję, że w Bogu jesteśmy już przyjaciółmi”. Te słowa stawały się faktem w jego życiu. Każdy, kto odchodził od szpitalnego łóżka Gianluki, był jego przyjacielem. 

Gian zmarł w szpitalu w Cremonie 30 stycznia 2015 roku, pozostawiając światu jedno z najpiękniejszych świadectw wiary i zaufania Bogu. I niech Bóg będzie za niego uwielbiony. 

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.