Adeste

Adeste jest za darmo i bez reklam
Utrzymują nas tacy czytelnicy jak Ty.

Wesprzyj

Umierający przy drzewie krzyża

magazine cover

pixabay.com

Całe życie Jezusa było Krzyżem. Całe życie tego, kto służy Bogu, winno być więc takie, by zostać na Krzyżu z Jezusem

św. Paweł od Krzyża

Wielki Post jest dla mnie czasem przemyśleń i refleksji. Jak żyję, a jak powinnam? Co jest dobre, a co złe? Jaka jest moja droga i czy jest nią Jezus? Czy żyję z Nim jako z tym, który jest Prawdą? Albo jeszcze prościej – czy w ogóle żyję? A gdzie jest mój Krzyż, gdzie moja pamięć o nim? Pytania te, z pozoru prozaiczne, nabrały dużo większej wartości w zeszłym roku, podczas pierwszej w moim życiu Ekstremalnej Drogi Krzyżowej.

Sama idea EDK jest szeroko znana od lat. To nocna wyprawa o długości około czterdziestu kilometrów, której celem jest spotkanie z Bogiem. Wydarzenie niesamowicie piękne, ale nie należy do najłatwiejszych. Sama przekonałam się o tym w zeszłym roku, gdy podjęłam wyzwanie przejścia Ekstremalnej Drogi Krzyżowej w Brukseli. W moim wypadku pierwsze kilometry, choć przebyte w ciszy i skupieniu, były przepełnione ogromną radością oraz entuzjazmem. Cieszyłam się, że idę, że mogę w ogóle iść i że ta wyprawa odmieni moje życie. I odmieniła, ale nie było to wydarzenie tak kolorowe, jak przypuszczałam.

Chłód

Pierwsze kroki wydawały się takie proste, lekkie. Ciepłe ubrania doskonale chroniły przed przenikliwym mrozem, a ocieplane buty nie przepuszczały nawet odrobiny zimna. Wszystko wydawało się takie łatwe. Z czasem jednak zimowa kurtka przestała wystarczać, a buty nie zatrzymywały już tak dobrze ciepła, nie wspominając o rękawiczkach czy czapce. Pierwszą reakcją był bunt, bo przecież na Ekstremalną Drogę Krzyżową przygotowałam się dobrze, pamiętałam o najmniejszych szczególikach, zadbałam dosłownie o wszystko, a było mi najzwyczajniej w świecie zimno! Z perspektywy czasu zastanawiam się, czy decydując się na EDK, miałam świadomość, że tak będzie. Czy wychodząc na dwór około godziny dziesiątej wieczorem w trasę liczącą blisko czterdzieści kilometrów i patrząc na śnieg oraz zamarznięte kałuże, nie zdawałam sobie sprawy, że jest mróz?

W codziennym życiu często zasmucają nas sytuacje, które wynikają z naszych wyborów. Krzyczymy wtedy do Boga: „czemu nam to robisz?!”, nie zdając sobie sprawy z tego, iż aktualny stan jest konsekwencją naszych decyzji. Wiadomo, że nie wszystkie otaczające nas problemy wynikają z naszych wyborów. Warto jednak pamiętać we wszystkich tych momentach słowa św. Jana od Krzyża: „Jeżeli chcesz dojść do posiadania Chrystusa, nie szukaj Go nigdy bez krzyża”. Myślę, że do ciężkich sytuacji w życiu należy podchodzić właśnie tak. Nikt nam nie mówił, że będzie łatwo… Nie żyjemy też w utopijnym świecie pełnym waty cukrowej, lukru i czekolady. Żyjąc, często wystawiamy się na działanie mrozu. Można wręcz powiedzieć, że jest ono, tak jak krzyż, niezbędne, by spotkać Boga.

Warto czasem zatrzymać się i rozejrzeć dookoła. Co sprawia problemy, wydaje się ciężkie? Zauważenie naszego krzyża i nazwanie go może okazać się „połową sukcesu”.

Przykład z mrozem, choć banalny, dał mi sporo do myślenia – w najprostszy sposób zauważyłam, że jest mi zimno. Próbowałam ogrzać dłonie, obejmując termos ciepłej herbaty i opatulając się specjalnymi ocieplaczami. To niewiele zmieniło… Warto było jednak uświadomić sobie, że dokucza mi jedynie zimno, które za około siedem godzin ustanie. Spostrzeżenie, iż mróz mnie nie zabije, a życiową tragedię zrobiły z niego moje osobiste wrażenia, zmieniło perspektywę, z której patrzyłam. Czym jest mój krzyż? Jaki on jest? I jak mam się za niego zabrać? Wiadomo, że nie wszystkie problemy będą tak prozaiczne jak zmarznięte dłonie. Niektóre sytuacje wywrócą nam życie do góry nogami i wycisną z nas ostatnie soki, a inne wydrą – żywcem – pewne części życiowej układanki. Tutaj jednak nawet wtedy, gdy rodzą pytania bez odpowiedzi, przychodzi z pomocą św. Ignacy, zapewniając, że „Bóg zsyła krzyże w miarę sił człowieka”.

Ból

Gdy zrobiło się już chłodniej, drogi zaczęły zamarzać, pokrywając się cieniutką, aczkolwiek bardzo zdradziecką warstwą lodu. Dwa kroki w przód to ześlizgnięcie się o jeden w tył. Dłonie i policzki zaczęły zamarzać, a chłód potęgowany zmęczeniem powoli przenikał całe ciało. Najpierw ból przeszył kolana, uniemożliwiając ich poprawne zginanie, później już całe nogi i plecy. Ale trzeba iść. Nie mogę być tą jedyną, która nawet nie będąc jeszcze w połowie drogi, zacznie dzwonić po pomoc. Pamiętam, że tak naprawdę dopiero wtedy zaczęłam odczuwać, że nie jestem na spacerku towarzyskim, ale na drodze krzyżowej. Spojrzałam na mój krzyż, który niosłam w ręce i wiedziałam, że muszę dać radę, bo idę z Tym, który już radę dał.

„Cierpienie to łaska. Tylu ludzi dziś cierpi, czemu Bóg nie miałby od nas domagać się cierpienia?” – wspominając te słowa św. Urszuli Ledóchowskiej, zastanawiam się nad tym, jak wyglądałaby ta droga, gdybym wtedy zrezygnowała. Dlaczego miałam się zgodzić na to, by być jedyną osobą w grupie, która sobie nie radzi? Na te pytania św. Urszula też ma jednak odpowiedź: „Bóg zsyła krzyże, ale z nich wyprowadza chwałę dla siebie i dobro dla nas”. By się o tym przekonać, musiałam jednak dotrzeć do ostatniej stacji i zakończyć pewien etap… Czy w życiu nie jest podobnie?

Zdarza się nam denerwować na Boga, nie rozumiejąc, dlaczego jesteśmy doświadczani przez tyle cierpień i przykrości. Dlaczego to właśnie nas spotykają pewne sytuacje, dlaczego to nas musi boleć? W życiu z Jezusem nie ma przypadków. Owoce niektórych wydarzeń możemy dostrzec jednak dopiero wtedy, gdy pozwolimy sobie na to, by obumrzeć. W Ewangelii czytamy, że „jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity” (Mt 12, 24). Do naszej codziennej mniejszej lub większej drogi krzyżowej należy podchodzić w taki właśnie sposób – nie jak do niebezpieczeństwa, które zabija, ale jak do śmierci, która przynosi nowe życie.

Twarze

To niesamowite, jak wyjście ze strefy komfortu zdejmuje z nas wszystkie maski. Przechodząc ostatnie kilometry, płakałam jak dziecko. Nie dałam rady być dłużej uśmiechnięta, pełna optymizmu. Odmarznięte już twarz, dłonie i nogi dawały się mocno we znaki, a ból stawał się nie do zniesienia. Z drobnymi latarkami szliśmy wtedy wszyscy razem przez las. Co chwilę zerkałam na krzyż, którego nie wypuszczałam z dłoni, jakbym ostatnimi siłami woli trzymała się myśli, że dopóki On jest ze mną, dam radę. Z perspektywy czasu wracam zarówno do tego momentu, jak i słów idealnie pasujących do tej sytuacji, których autorem jest św. Josemaría Escrivá: „Krzyż na twojej piersi? To dobrze. Ale także Krzyż na twoich ramionach, Krzyż na sercu, Krzyż w myślach. W ten sposób będziesz żył dla Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie: tylko tak staniesz się apostołem”. Pięknie jest z tej właśnie perspektywy spojrzeć na swoje życie, cierpienia, nasze ciemności…

Nie musisz się zgadzać na cierpienie – masz wolną wolę. Powinieneś jednak wiedzieć, do czego dążysz, kim chcesz być. Idąc na szczyt, nielogiczne jest obrażanie się na wszechświat, że droga prowadzi pod górę. Na trasie bywały miejsca oświetlone lampami ulicznymi, ale zdarzało nam się też przechodzić przez polne ścieżki przysypane śniegiem – bez oznak życia i śladów obecności człowieka. W tej ciemności byliśmy praktycznie sami, mając jedynie samych siebie jako przewodników i pomoc w drodze. Tak trudno było wtedy pamiętać o Nim, że On też jest z nami. Każda myśl skierowana w Jego stronę związana była jednak z odczuciem zbliżonym do ulgi. Pamiętam spojrzenia małej grupy, do której zostałam przydzielona – ludzi w większości mi nieznanych, których Bóg postawił wtedy na mojej drodze.

Droga krzyżowa była dla Niego, cały wysiłek, ból, wszystkie trudności – przez ręce Maryi – Jemu zostały ofiarowane. Wszystko to także, tak jak radził św. Josemaría Escrivá, było w Nim, w Jego myśl, by stawać się jak On. Do najwyraźniejszych, wręcz namacalnych obrazów Jego obecności należało jednak przebywanie z Nim, obecnym również we wszystkich osobach na szlaku. W każdym spojrzeniu, uśmiechu, geście podzielenia się gorącą herbatą czy prostych słowach otuchy. Był w twarzach ludzi, które mimo mrozu emanowały niewyobrażalnym ciepłem i życzliwością.

Teraz, gdy myślę ogólnie o mojej EDK, pojawia się jeszcze jedno pytanie – jak unieść nasze życiowe krzyże? Jedno jest niepodważalne – na pewno nie samemu. W myśl ks. Jana Twardowskiego: „Razem czy osobno? Jesteśmy chrześcijanami. Idziemy razem z Jezusem”. Tak piękne jest to, że nie jesteśmy sami. Idziemy przez życie z Nim oraz ze wszystkimi innymi Osobami, które On postawi na naszej drodze, by przez nie objawiać nam swoją obecność i miłość.

Ostatnie kroki

Gdy dotarłam już do ostatniej stacji, a później do „mety” czułam, że nie jestem już tą samą osobą. Zdecydowałam wtedy, że pójdę na chwilę do kaplicy św. Charbela. Nie, żeby skłonił mnie do tego niedosyt modlitwy… Czułam po prostu, że muszę podziękować. Pamiętam, jak podczas spaceru korytarzem, opierając się o ściany z jękiem na ustach, zauważyłam wyprzedzającą mnie starszą panią z laseczką. Wtedy coś niejako we mnie pękło, a także zakończyło moją wyprawę lekcją pokory. O ile się nie mylę, w tamtej chwili nadal trzymałam w ręku krzyż. On był ze mną cały czas, od zawsze – i będzie już na zawsze. Co to dla mnie oznacza? Przypomina o prawdzie, że choć życie nieraz przywodzi na myśl Ekstremalną Drogę Krzyżową, to krok po kroku, cierpliwie, z Bogiem pod rękę – damy radę.

Adeste promuje jakość debaty o Kościele, przy jednoczesnej wielości głosów. Myśli przedstawione w tekście wyrażają spojrzenie autora, nie reprezentują poglądów redakcji.

Stowarzyszenie Adeste: Wszelkie prawa zastrzeżone.

Zapisz się na newsletter i bądź na bieżąco

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta witryna jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej Polityka prywatności oraz Warunki korzystania z usług Google.

Weryfikacja reCAPTCHA wygasła. Odśwież stronę.