W chwili kiedy piszę ten artykuł, po sylwestrze zostały już tylko mgliste wspomnienia, a noworoczne plany na zmiany już przeżyły pierwsze, zazwyczaj twarde, zderzenie z rzeczywistością. Czy można jakoś temu zaradzić? Dlaczego nie może mi się tak chcieć, jak mi się nie chce? Czy rok dobrej zmiany może być czymś więcej niż politycznym hasłem?
Zarówno w sieci, jak i na rynku księgarskim możemy znaleźć ogromny wybór różnego rodzaju poradników czy kursów rozwoju osobistego. Nierzadko są to niestety produkty o wątpliwej jakości, których jedynym atutem jest skuteczny marketing, ale wartość dodana dla nabywcy jest niewielka, o ile jakakolwiek. W jaki więc sposób można rzetelnie dbać o swój rozwój, jednocześnie nie wydając na to fortuny? Pierwsza odpowiedź nasuwa się sama: warto czytać „Adeste”. 🙂 Drugi ważny aspekt to oparcie danego autora czy metody na nauce, dowodach, które można w empiryczny sposób potwierdzić. Nie bez znaczenia pozostaje tytuł akademicki, chociaż nie zawsze uchroni nas przed pomyłką, może być jednak jedną z przesłanek za wartością pracy. Nigdy nie należy zapominać o zdrowym rozsądku i nie zgadzać się na nic ani nie próbować czegoś, co może nam poważnie zaszkodzić, czy nawet doprowadzić do utraty życia (np. eksperymenty z nieznanymi roślinami, wydzielinami trujących zwierząt). Jeśli już te niepełne, ale stanowiące condicio sine qua non (z łac. warunek konieczny) podsumujemy i zaakceptujemy, będziemy mogli ruszyć w bogaty świat rozwoju.
Jesteś tym, co planujesz!
Wielu z nas już teraz używa kalendarzy czy podręcznych notatników, gdzie zawzięcie i cierpliwie zapisuje najważniejsze dla siebie sprawy. I od tego warto zaczynać każdy tydzień. Spróbuj znaleźć kilkanaście minut na początku tygodnia (np. w niedzielę wieczorem), aby zanotować, co w danym tygodniu jest do zrobienia. Warto podzielić sobie te plany według ważności: I. Rzeczy najważniejsze, które muszą zostać zrobione w tym tygodniu. II. Rzeczy ważne, które w razie nagłego wypadku można przełożyć na następny tydzień. III. Rzeczy nieważne, ale sprawiające przyjemność (np. kino, wyjście do kawiarni). IV. Rzeczy nieważne, których należy unikać (np. zbyt długie siedzenie na Facebooku czy telefonie).
Łatwo po zrobieniu takiego planu zauważyć, że większość naszego czasu zajmuje niewielka liczba aktywności, bo jeśli do nauki/pracy dodamy sen oraz przygotowanie i konsumpcję posiłków, to okaże się, że trzy działania zajmują nam ponad 2/3 naszego dziennego czasu. Na podstawie takich obserwacji amerykański teoretyk zarządzania – Joseph Juran, sformułował zasadę o „kluczowych nielicznych i błahych licznych”, szerzej znaną jako zasadę Pareto, czy też 80/20. Dla naszych potrzeb istotne będzie praktyczne jej zastosowanie, bo mówi się, że 20% materiałów na egzamin wystarczy na zaliczenie go na około 80%; 20% wydatków zabiera nam 80% naszych pensji, a 20% pracowników wypracowuje 80% zysków, żeby móc efektywniej zarządzać swoim czasem, pieniędzmi czy wszelkimi innymi zasobami. Warto sporządzić własną listę Pareto i przyjrzeć się, gdzie tracę i gdzie mogę to nadrobić.
Kiedy już mamy zaplanowany tydzień oraz widzimy, co zabiera nam najwięcej środków, dobrze jest spojrzeć na swoje życie z różnych perspektyw czasowych. Gdy zastanowimy się, co chcemy osiągnąć z perspektywy:
- nieba: końca życia; Co chcesz wspominać w ostatnich chwilach?
- orła: 10 lat,
- jaskółki: 1 roku,
- pszczoły: 1 miesiąca,
- pająka: 1 tygodnia,
- muszki: 1 dnia,
wtedy możemy poczuć się odpowiedzialni za swoje postępowanie; zobaczymy, jak wiele zależy od naszych wyborów oraz to, że każda chwila może nas przybliżyć do ostatecznego celu lub od niego oddalić.
Najtrudniej zacząć
Jak wszyscy doskonale wiemy, początki są zawsze najtrudniejsze. Tak samo z pisaniem artykułu, jak i z nauką do sesji, a także z chodzeniem na siłownię czy zmianą pracy. I tutaj z pomocą przychodzi nam kilka technik, które pozwalają zabrać się mniej lub bardziej ochoczo do zadania. Pierwszą jest szalenie prosta zasada 5 sekund, której autorką jest Mel Robbins. Wystarczy podjąć decyzję, że gdy skończymy odliczać od pięciu do zera, zabierzemy się do pracy. Tyle potrzeba, by osiągnąć cel! Twórczyni przekonuje, że w tym krótkim czasie aktywujemy korę przedczołową, która jest tą „racjonalną” częścią mózgu i nie pozwolimy ośrodkom odpowiedzialnym za emocje dojść do głosu, by nas zniechęcić. 5-4-3-2-1…
Kolejny sposób to reguła 2 minut opracowana przez Davida Allena, o której więcej można przeczytać w książce Getting Things Done. Zapisanie w notatniku lub kalendarzu tego, co mam zrobić (np. odpowiedzieć na maila, sprzątnąć okruchy ze stołu, zadzwonić do rodziców), zajmuje około dwóch minut. W pamięci mogą zalegać jeszcze drobne, ale niezałatwione sprawy, które skutecznie podnoszą niepokój i poziom stresu. Dlatego lepiej postanowić, iż wszystkie takie czynności zrealizuję od razu. Dzięki temu zwiększa się też samozadowolenie. Będąc w dobrym humorze, łatwiej zabrać się za rzeczy czasochłonne i mniej przyjemne. Oczywiście trzeba mieć na uwadze, że przy realizacji większego projektu nie należy się rozpraszać, aby „tylko na dwie minutki przejrzeć Facebooka”, bo jest to niewłaściwe stosowanie tej reguły.
Człowiek ma naturalną niechęć do podejmowania działań o charakterze rewolucyjnym, które dodatkowo wydają się ogromne pod względem potrzebnych do tego czasu i siły. Tutaj z pomocą przychodzi Kaizen. Jest to filozofia działania oparta na ewolucji zachowania oraz małych krokach prowadzących do wymarzonego celu. Trudno jest z dnia na dzień rzucić palenie, dużo łatwiej jest codziennie wypalać o jednego papierosa mniej. Najprawdopodobniej niemożliwe jest przebiegnięcie ultramaratonu bez przygotowania, ale rozpoczęcie treningu od pięciominutowego biegu już nie brzmi tak strasznie. Warto pamiętać, że w Kaizen ulepszenia nie mają końca, ponieważ codziennie można coś wartościowego wprowadzić, codziennie można jakiś błąd skorygować, a najprostsze rozwiązania zazwyczaj są najskuteczniejsze.
Język żyrafy, język szakala
W dobie konwersacji internetowych i SMS-ów coraz trudniej o prawdziwy dialog. Otoczeni zewsząd tysiącami bodźców często nie mamy okazji celebrować rozmowy. Słuchamy, żeby odpowiedzieć, a nie po to, aby usłyszeć, co druga osoba ma nam do powiedzenia. Propozycję rozwiązania tego problemu ma Marshall Rosenberg, twórca Porozumienia Bez Przemocy (PBP) (Nonviolent Communication – NVC). Jest to system porozumiewania się z innymi oparty przede wszystkim na empatii, braku automatyzmu w odpowiedziach, skupieniu się na tym, co inny człowiek ma nam do powiedzenia, a nie na nadawaniu mu przez nas etykiety. Jednym z najważniejszych fundamentów tej metody jest model czterech kroków:
1. Najpierw przeprowadzamy bezstronną obserwację – można sobie wyobrazić daną sytuację wyłącznie jako film wideo; widzimy tylko to, co może zauważyć kamera, nie stosujemy ocen, wielkich kwantyfikatorów (zawsze, wszyscy, nigdy).
2. Następnie zwracamy uwagę na uczucia, które się w nas rodzą – mówimy o nich bez skrępowania, nie wartościujemy ich jako złych lub dobrych, one po prostu są i mamy do nich prawo.
3. Kolejny krok to wyrażenie potrzeb – czego w związku z daną sytuacją czy rozmową potrzebuję.
4. I na końcu prośba – konkretna, możliwa do realizacji, skierowana do drugiej osoby.
Na samym początku metoda wydaje się złożona, dlatego warto ją często ćwiczyć i wprowadzać w życie. Co istotne, jest to całość, nie można więc modyfikować jej składowych i nadal oczekiwać rezultatów, które gwarantuje twórca. Nie warto nadmiernie komplikować wypowiedzi, wystarczy zazwyczaj sięgnąć po jeden przykład z danej kategorii: uczucia, potrzeby oraz prośby, dzięki czemu nasz rozmówca będzie w stanie to odpowiednio przyswoić. Ta metoda nie ma na celu zmanipulowania drugiego czy wymuszenia na nim czegokolwiek. Konstytutywną cechą PBP jest chęć nawiązania relacji i utrzymania jej, w czym model czterech kroków może pomóc, ale nie zastąpi naturalnej ludzkiej ciekawości i autentyczności więzi (po więcej wskazówek odsyłam do Porozumienia bez przemocy. O języku serca Marshalla B. Rosenberga).
Żyrafa i szakal to dwaj przedstawiciele sposobów komunikacji. Żyrafa, wyrażając zdanie, używa zaimku „JA”, mówi o swoich potrzebach i uczuciach, jest szczera i asertywna, autentycznie ciekawi ją drugi, jest gotowa na spotkanie z nim. Krótko mówiąc: posługuje się językiem serca. Szakal natomiast w czasie rozmowy używa ocen, uogólnień, stereotypów, próbuje przekupić nagrodami albo straszy karami, jest nieszczery i stara się zmanipulować drugiego, jest nastawiony tylko na zysk z relacji. Warto zastanowić się, jakiego języka ja używam w codziennych kontaktach z ludźmi. Czy nie za dużo we mnie z szakala, a żyrafa gdzieś tam w kącie nie skubie liści, na wysokich drzewach marzeń o byciu dobrym dla bliźnich?
„Mniej” znaczy „więcej”
Jesteśmy u progu Wielkiego Postu. To czas nie tylko modlitwy, postu czy jałmużny. To wyjście na pustynię, gdzie możemy poznawać pełnię prawdy o sobie. Jednak trudno tam wyruszyć, jeśli nasze serca są zajęte rzeczami, zapchane relacjami i pragnieniami. Z pomocą przychodzi minimalizm, który dość niedawno wszedł do stylu życia współczesnych ludzi. I choć niektórym wydaje się odkryciem na miarę XXI wieku, czego przykładem mógłby być Mark Zuckerberg codziennie wybierający ten sam strój (tj. szary T-shirt oraz jeansy), to w tradycji chrześcijańskiej stanowi „modę” znaną już od powstania pierwszych klasztorów. Kiedy człowiek nie zaprząta sobie głowy kupowaniem ciągle to nowych dóbr, kiedy może się zdecydować na detoks z medialnej papki zewsząd się wylewającej, gdy może tworzyć głębokie i bezinteresowne więzi z innymi, a nie tylko znajomości na portalach internetowych, wtedy ma czas także na duchowość. A kiedy także w duchowości nie staje się nieumiarkowany w pochłanianiu kolejnych kazań, rekolekcji, nauczań, nie jeździ od uwielbienia do konferencji, nie bierze na siebie kolejnej nowenny czy czuwania, to wtedy może odkryć bogactwo Boga, który uwielbia w człowieku to najpotulniejsze i najskromniejsze miejsce – serce.
Sens
Na koniec chciałbym zachęcić wszystkich czytelników do poszukiwania w 2019, i każdym następnym roku, swojego własnego sensu. Bo jak pisał Viktor Emil Frankl (wybitny psychiatra, psychoterapeuta, więzień niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego w Auschwitz) w książce W poszukiwaniu sensu, „egzystencjalna pustka to w dwudziestym wieku zjawisko powszechne. […] Głównym przejawem egzystencjalnej pustki jest stan permanentnego znudzenia. W dzisiejszych czasach znudzenie powoduje więcej problemów – takich, z którymi musimy zwracać się do psychiatry – niż rozpacz. Problemy te będą z upływem czasu odgrywać coraz istotniejszą rolę, jako że postępująca automatyzacja życia doprowadzi prawdopodobnie do gwałtownego zwiększenia się liczby wolnych godzin będących do dyspozycji przeciętnego pracownika. Niestety, wielu z nich nie będzie wiedziało, co zrobić z tą świeżo uzyskaną swobodą. […] Egzystencjalna pustka może przybierać różne oblicza. Czasami sfrustrowana wola sensu bywa pośrednio kompensowana przez wolę mocy, w tym również przez jej najbardziej prymitywną formę, jaką jest tak zwana wola pieniędzy. Kiedy indziej miejsce sfrustrowanej woli sensu zajmuje wola przyjemności, dlatego też frustracja egzystencjalna jest często kompensowana przez zachowania seksualne. W takich przypadkach można zaobserwować ścisły związek między wybujałym libido a egzystencjalną pustką” (Frankl V.E., 2010, s. 110–111).