adeste-logo

Wesprzyj Adeste
Dostępne za darmo
finansowane przez czytelników

Wesprzyj
Polonia Zawsze Wierna

Ultreia et Suseia

Coraz więcej ludzi chodzi na Camino de Santiago. Pielgrzymują by odnaleźć siebie, Boga, cel w życiu, a czasem z czystej ciekawości. Wracają przemienieni, ubogaceni niezwykłym doświadczeniem i, oczywiście, opaleni. Niektórzy idą o krok dalej i pozostają przy Camino na dłużej, aby pomagać innym pielgrzymom w schroniskach – albergues. Jak wygląda praca gospodarza, czyli hospitaleiro, w takim schronisku?

Z paniami Anną i Nelą, posługującymi niegdyś jako wolontariuszki w albergue na trasie Camino de Santiago, rozmawiał Konrad Myszkowski.

Konrad: Jak dowiedziały się Panie o Camino de Santiago?

Anna: O Camino pierwszy raz usłyszałam podczas pieszej pielgrzymki na Jasną Górę. Jeden z pątników opowiadał grupie swoje doświadczenie pielgrzymowania do Santiago de Compostela. Wtedy zaczęło kiełkować w moim sercu pragnienie wyruszenia do tego miejsca, aczkolwiek wówczas wydawało się to mało prawdopodobne do zrealizowania. Po kilku miesiącach, na spotkaniu popielgrzymkowym, wspominając trudy i radości marszu do Częstochowy, przypadkowo zaczęliśmy rozmawiać z zaprzyjaźnionym małżeństwem i księdzem przewodnikiem o tym, że usłyszane świadectwo uczestnika drogi św. Jakuba ciągle do nas wraca. Zdecydowaliśmy jednogłośnie, że idziemy do Santiago – i zaczęliśmy czynić realne przygotowania….

Nela: O Camino pierwszy raz usłyszałam dawno temu. Był może rok 1993; w telewizji nadawano jakiś program o drodze, którą przemierzają samotnie pielgrzymi z całego świata. Nie wiedziałam, gdzie jest ten szlak ani o co w tym wszystkim chodzi i, prawdę mówiąc, w ogóle mnie to nie interesowało w tamtym czasie. Wpadło jednym uchem i wydawało się, że wyleciało drugim.

Wróciło po latach, w 2009 roku, kiedy mój syn przegrywał walkę z rakiem. Odnalazłam w internecie informacje na temat tej drogi, wmawiając sobie, że pójdę, gdy syn wyzdrowieje. On jednak odszedł, a rok po nim zmarł mój partner i wtedy wiedziałam już, że pójdę na Camino.

K: Później przyszedł czas pielgrzymki…

A: Do Santiago pielgrzymowałam trzykrotnie: pierwszy raz szlakiem francuskim z Pampeluny, później centralnym szlakiem portugalskim z Tomar, a po raz ostatni wybrzeżem, z Porto.

N: Ja wybrałam Camino Primitivo, bo na tyle tylko pozwalał mi urlop. Pod koniec sierpnia 2010 roku wyruszyłam w drogę. Nie wiedziałam, czego konkretnie oczekiwałam. Chciałam po prostu, żeby tak nie bolało – i pomogło. Dostałam odpowiedzi na wszystkie moje pytania i zrozumiałam to, co chciałam zrozumieć. Rok później wybrałam się ponownie, tym razem na Camino francuskie. Od tego czasu moje życie zaczęło się zmieniać.

K: Jak Camino zmienia życie?

A: Dla mnie Camino jest czasem niesamowitego kontaktu z Bogiem, ze sobą i drugim człowiekiem, jak również stawianiem czoła słabościom i ponownym odkrywaniem, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni. Pielgrzymowanie, tak jak życie, ma swoją codzienną rutynę: wczesne wstawanie, pakowanie plecaka, wymarsz, śniadanie, modlitwa, oczywiście obowiązkowe przerwy na kawę, albergue, prysznic, pranie, kolacja, sen. Po każdym z tych przecinków trzeba jeszcze koniecznie dodać: „drugi człowiek”. W trudzie i zabieganiu dnia powszedniego często nie dostrzegamy potrzeb bliźniego, być może także nasze potrzeby schodzą na dalszy plan.

Camino jest okazją do spotkania z drugą osobą i jej historią, wspólnego przygotowania kolacji w międzynarodowym gronie, śpiewu, modlitwy. Każdy dzień jest darem. Pielgrzymka do Santiago daje możliwość zatrzymania się w biegu, zauważenia tego, co w życiu jest naprawdę ważne, co daje szczęście. Dostrzegamy, że dobra materialne, którymi się na co dzień otaczamy, wcale nas nie sycą i nie czynią szczęśliwymi – bywają ciężarem, dla którego się spalamy i zabezpieczamy przed jego utratą. Widzimy z dystansu, jak bardzo dajemy się wkręcić w pułapkę konsumpcjonizmu, posiadania i gromadzenia kosztem bycia. Droga św. Jakuba uwalnia od tego myślenia. Daje szansę przewartościowania i zrozumienia, że każdy dzień jest darem i cudem, mimo trudów i boleści pielgrzymowania.

K: Dlatego warto wybrać się na Camino?

A: Być może po to, by odnaleźć to, co w nas zagubione. Wielu pielgrzymów opowiada, że motywem wyruszenia na szlak jest oczyszczenie umysłu, zdystansowanie się do rzeczywistości, trudne, czasem tragiczne wydarzenia w ich życiu. Na Camino szukamy sensu swojej codzienności i cierpienia, odpowiedzi na trudne egzystencjalne pytania, ukryte głęboko w naszym wnętrzu. Poznajemy siebie. Często okazuje się, że mało siebie znamy, odkrywamy sfery i reakcje dotąd nieuświadomione. Zmęczenie bardzo temu pomaga.

Camino to dla mnie czas całkowitego zawierzenia Bogu swojej drogi, rzucenia się na głębię, bo nie jesteś w stanie przewidzieć, czy będziesz miał siłę dojść do zaplanowanej miejscowości na nocleg, czy znajdzie się w albergue wolne łóżko (zdarzały się noce pod gwiazdami), czy za zakrętem będzie jakiś bar, w którym będzie można zjeść śniadanie, bo brakuje już sił do marszu. Pozostaje wołać: „Jezu, Ty się tym zajmij!”.

p. Anna z poznanymi na szlaku pielgrzymami

K: Panie jednak poszły o krok dalej – postanowiły poświęcić swój czas i energię na pomoc pielgrzymom w roli hospitaleros. Jak do tego doszło?

A: Kilkakrotnie posługiwałam w albergue na Monte do Gozo na szlaku francuskim, pięć kilometrów przed Santiago de Compostela. Budynek ten, prowadzony przez polskiego saletyna księdza Romana Wcisło, jest przytulnym miejscem z dużym ogrodem i restauracją, w której serwują prawdziwie polskie schabowe. Idealna lokacja, żeby odpocząć, wyciszyć się bądź zacząć świętować, przygotowując się do ostatniego etapu pielgrzymowania.

Pociągnęło mnie świadectwo pielgrzyma. O Monte do Gozo usłyszałam kilka lat temu na spotkaniu Bractwa Jakubowego, do którego należę. Z Warszawy przyjechała Agnieszka, zaprawiona caminowiczka i wieloletnia wolontariuszka na Monte. Opowiedziała nam o swoim pielgrzymowaniu i posługiwaniu pątnikom. Pomyślałam: „Czemu nie, to może być ciekawe doświadczenie”. Zgłosiłam się, kupiłam bilet i tak się zaczęła moja coroczna, trwająca do dziś przygoda z wolontariatem na Górze Radości (tak tłumaczy się nazwę tego miejsca). Lubię wracać tam, gdzie czuję się dobrze, więc jak dotąd nie szukałam innych albergue do posługiwania.

N: W albergue Granon, jednym ze specjalnych miejsc na Camino francuskim, w mojej głowie pojawiła się myśl, że może by tak spróbować jako hospitalero. Pomysł ten towarzyszył mi już do samego końca drogi, a po powrocie zmienił się w postanowienie.

W tamtym czasie mieszkałam i pracowałam w Anglii. Najpierw zabrałam się za naukę hiszpańskiego, a w międzyczasie szukałam w internecie czegoś na temat wolontariatu. Tak trafiłam na stronę HOSVOL, czyli Hospitaleros Volentarios, działających przy stowarzyszeniu Amigos del Camino de Santiago. Skontaktowałam się z nimi i okazało się, że po odbyciu szkolenia mogę już zaczynać jako wolontariuszka.
Pod koniec maja 2012 roku, z moim bardzo jeszcze topornym hiszpańskim, pojechałam na  trzydniowy kurs dla hospitaleros. Odbywał się on w Cercerilla koło Madrytu; potem miałam pojechać prosto do albergue.

HOSVOL wysyła wolontariuszy do różnych albergue. Warunkiem ich współpracy z zajazdami dla pątnikówjest to, że muszą one być donativo (bez określonej ceny za nocleg, na zasadzie „co łaska”). Ochotnicy podają tylko termin, kiedy są dostępni, ale nie wybierają sobie miejsca. Są kierowani, że tak powiem, odgórnie. Wolontariat trwa dwa tygodnie.

Wtedy wydarzył się jeden z tych cudów, jakich mnóstwo dzieje się na Camino. Organizacja współpracowała też z albergue w Granon i tam właśnie zostałam wysłana. Niecały rok po moim pobycie tam jako pielgrzym, wróciłam w to magiczne miejsce jako hospitalera.

W następnych latach były to kolejno Viana, Vilcazar del Sirga, Ponferada, znowu Viana i Calzada del Coto, wszystkie na Camino francuskim. Niestety, ze względu na urlop musiałam wybierać między pielgrzymowaniem a wolontariatem i zawsze padało na to drugie.

W zimie 2015 roku na jednym z forów trafiłam na ogłoszenie, gdzie poszukiwano wolontariuszy do albergue San Anton w prowincji Burgos. To bardzo specjalne, klimatyczne miejsce w ruinach starego klasztoru, bez elektryczności i ciepłej wody. Czułam, że jest to coś dla mnie, wysłałam więc kandydaturę do FICS (Fraternity Internacional del Camino Santiago) – organizacji, która wówczas była odpowiedzialna za ten zajazd, i zostałam przyjęta. To był dla mnie rok przełomowy, bo podejmując się dwóch wolontariatów, musiałam się nieźle nagimnastykować z urlopem i stanęłam przed decyzją: albo moja praca, albo pasja. Wybrałam to drugie. Rok później zwolniłam się i pożegnałam Anglię. Znowu zaangażowałam się w dwa wolontariaty: San Anton i Viana, a potem wreszcie mogłam iść na moje trzecie Camino. To było przepiękne Camino Salvador, potem jeszcze raz Primitivo i Muxia oraz Finisterra. Tak to Droga św. Jakuba dała mi wolność.

K: Jak wygląda wolontariat w albergue?

A: Wolontariat to przede wszystkim spotkanie z drugim człowiekiem. Pracujemy w systemie dwutygodniowym, w trzyosobowych teamach, najczęściej nie znając się wcześniej. Posługujemy podczas polskich mszy w katedrze, później sprzątamy i przygotowujemy całe albergue na nowych pielgrzymów, a przez resztę dnia przyjmujemy strudzonych wędrujących na recepcji. Choć początkowo się nie znamy, to szybko uczymy się współpracy, podziału obowiązków, ale przede wszystkim – i to jest najpiękniejsze doświadczenie – siebie nawzajem. Dzielimy się swoimi przeżyciami i historiami, wspieramy się, śmiejemy, zawieramy przyjaźnie. Ważnymi punktami dnia są wspólne posiłki, które pozwalają nam się spotkać i integrować. Dla mnie wolontariat jest czasem nabrania dystansu i odpoczynku od trudności dnia codziennego i pracy zawodowej.

Wysiłek fizyczny w albergue pozytywnie wpływa na umysł, lepiej niż siłownia. Posługa na recepcji pozwala natomiast poznać ciekawych ludzi, ich doświadczenia drogi oraz rozwinąć umiejętności posługiwania się językami obcymi, co uwielbiam. Służenie drugiemu człowiekowi (zwłaszcza potrzebującemu, a takimi często są pielgrzymi u kresu wędrówki), daje radość – sami wiemy z doświadczenia Camino, jak ważna jest życzliwa atmosfera w albergue – i uczy pokory w relacjach.

N: Praca hospitaleros to nie tylko sprzątanie, gotowanie, robienie zakupów czy rejestrowanie pielgrzymów. To przede wszystkim spotkania z ludźmi, dzielenie się swoimi przeżyciami, przemyśleniami. To coś, co wzbogaca życie, uczy pokory, a niekiedy cierpliwości. To także lekcja współpracy z drugą osobą, bo chociaż są albergue, gdzie wystarczy jeden wolontariusz, to w większości pracuje się w parach, a czasem w większych grupach.

Swojego towarzysza spotyka się w dniu rozpoczęcia wolontariatu i spędza się razem czternaście dni, nierzadko mając wspólny pokój. Nie istnieje przy tym ktoś taki jak „głównodowodzący”. Trzeba szybko wypracować jakiś model współpracy, niezależne od różnic podejścia do posługi, doświadczenia, stażu i różnic kulturowych, bo hospitaleros przyjeżdżają z całego świata. W moim przypadku jest to wiele przyjaźni, które, choć na odległość, trwają do dzisiaj.

K: Na szlaku i w albergues nie brakuje również ciekawych przygód?

A: W zasadzie każdy dzień ma swoją własną, niesamowitą historię: od spotkań konkretnych ludzi, zdarzeń, po drobne Boże interwencje, których nie można nazwać przypadkami. Jedna  historia jednak szczególnie utkwiła mi w pamięci. To był rok 2016. Z wolontariatu na Monte do Gozo leciałam na wolontariat przy organizacji Światowych Dni Młodzieży w Krakowie. Pewnego dnia przyszedł do naszego albergue pielgrzym pochodzący z Kanady. W trakcie rozmowy powiedział, że jego przyjaciel, polski ksiądz posługujący w jego parafii w Toronto, również wybiera się na ŚDM z grupą młodzieży, a ja koniecznie muszę sobie zrobić z nim zdjęcie i przesłać mu. Zobaczymy, czy Pan Bóg zainterweniuje. Zgodziłam się, ale w duchu oczywiście pomyślałam sceptycznie, gdzie ja tam będę szukać polskiego księdza wśród miliona ludzi, to nierealne. Na placu w Krakowie widziałam oczywiście flagi kanadyjskie w wielu miejscach, ale ani myślałam, żeby się tam przedzierać. I nagle, niedaleko mojej bramki, przechodziła grupa z Kanady z pięcioma brodatymi księżmi na przedzie. Coś mnie tknęło i podeszłam do pierwszego z brzegu z pytaniem o polskiego księdza, przyjaciela Douglasa. Ten odpowiedział po polsku: „To ja. Douglas mówił, że mamy mu wysłać wspólne zdjęcie na dowód spotkania”. To było niesamowite, trafić na konkretną, nieznaną osobę „przypadkiem”, wśród takiej masy ludzi.

Zobacz też:   Różaniec na wielbłądach

N: Byłam wtedy w drodze do Anglii, po odbytym wolontariacie w San Anton i dosłownie za parę dni miałam wrócić z powrotem do Hiszpanii, do albergue Ponferrada. Na dworcu autobusowym w Burgos podeszła do mnie młoda kobieta obwieszona różańcami i medalikami i poprosiła o pieniądze. Tłumaczyła, że chce podjechać do rodziny, żeby jej pomogli, a następnie kontynuować Camino i potrzebuje na autobus. Wyspałam jej wszystkie monety, jakie miałam w portfelu, ale w myślach już przylepiłam jej etykietę zawodowej żebraczki. Parę dni później rozpoczęłam pracę w albergue San Nicolas de Flue w Ponferrada. Ponieważ leży ono dalej na trasie niż San Anton, czasami spotykałam pielgrzymów, których wcześniej gościłam już w tamtym albergue. Jednego dnia zauważyłam osobę, która wydała mi się znajoma, ale nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie ją spotkałam. W pewnym momencie zorientowałam się, podeszłam i spytałam, czy nie była jakiś tydzień wcześniej na dworcu w Burgos. Ona spojrzała na mnie i wykrzyknęła: „Ach, to ty! Nawet nie wiesz, jak mi wtedy pomogłaś. Nikt nie chciał dać mi tych pieniędzy”.

Ta scenę przypominam sobie, ilekroć chcę kogoś osądzić tylko po wyglądzie.

K: Na Camino spotyka się wielu oryginalnych ludzi?

A: Każdy pielgrzym jest na swój sposób oryginalny, bo wnosi w nasze życie swoją historię, przeżycia i doświadczenia. Wszyscy „czegoś” szukamy na Camino, mamy często wyobrażenia, jak powinno być, a tu każdego dnia okazuje się, że dostajemy nie to, czego chcemy, ale to, czego potrzebujemy: pomocną dłoń, łyk kawy, ostatnie wolne łóżko w albergue.

Pamiętam z pierwszego Camino młodego Francuza, z którym często mijaliśmy się na szlaku. Widząc nas z różańcami na modlitwie, ironizował niekiedy, że my, jak wszyscy katolicy, pewnie ciągle się modlimy ze smutnymi, poważnymi twarzami, bez radości życia, w lęku przed Bogiem. Traf chciał, że kilka razy spotykaliśmy się na noclegach. Spędzał z nami dużo czasu i zauważył, że jego stereotypy do nas nie przystają. Nagle maska lekkoducha opadła z jego twarzy i otworzył się przed nami. Przestał błaznować, za fasadą cynizmu i beztroski kryła się naprawdę trudna historia życia.

Podczas ostatniej pielgrzymki do Santiago bardzo wzruszył mnie jeden starszy hiszpański hospitalero z A Guarda. Jakież było nasze zdziwienie, gdy zaczął do nas mówić po polsku. Pokazał podręczniki, z których uczy się naszego języka w każdej wolnej chwili, strony internetowe, przeczytaną literaturę, polską muzykę. Codziennie też czyta polskojęzyczną prasę. Jest zakochany w naszym kraju, historii i Polakach.

Co do pielgrzymów, pamiętam małżeństwo Francuzów, których syn zginął w wypadku, a oni realizowali jego marzenie pójścia na Camino; Węgra, który stracił pracę i dom, z dnia na dzień spakował się i wyruszył; Holenderkę po próbie samobójczej, która wyruszyła od progu domu; Niemca-protestanta, który zawsze uczestniczył z nami we mszy świętej; Słowaka, który po dwudziestu latach niechodzenia do kościoła poprosił o spowiedź naszego księdza; niemieckie małżeństwo, które po przejściu kilku szlaków sprzedało wszystko i przeniosło się do Hiszpanii, by prowadzić albergue dla pielgrzymów i zamienić swoje życie w służbę. Z humorystycznych sytuacji pamiętam Amerykankę z ogromnym plecakiem, która po kilku dniach na jednym z noclegów próbowała sprzedawać małe pojemniczki z kosmetykami (a miała ich wagowo cztery kilogramy!). Oczywiście nikt nie chciał kupić serum przeciwzmarszczkowego pod oczy czy kremu rozświetlającego na dzień. Ostatecznie zostawiła wszystko w albergue. Spotkałam też pielgrzyma z kotem. Zwierzak był niesiony w koszyku bądź dreptał posłusznie za swoim panem, a w wolnym czasie aportował rzucane piłeczki. Rzadko spotykany widok.

N: Jednymi z wielu oryginalnych pielgrzymów, jakich spotkałam na Camino, była trójka młodych ludzi z Włoch. Posługiwałam wtedy jako hospitalero w Vilcazar del Sirga. To albergue,gdzie nie przygotowuje się posiłków dla pątników, więc wystarczy jedna osoba do jego prowadzenia. Siedziałam na dole za biurkiem, gdy weszło dwóch młodych mężczyzn i dziewczyna. Gdy spisywałam ich dane, kobieta zaczęła przeszukiwać skrzynie z pozostawionymi przez pielgrzymów rzeczami. W każdym albergue jest taka skrzynka, gdzie wędrujący zostawiają to, co po drodze okazało się im zbędne lub czego zapomnieli i nie zgłaszają się po to; można sobie też tam poszukać czegoś dla siebie. Nie było by nic dziwnego w tym, że dziewczyna też szukała, gdyby nie fakt, że wybierała dość dużo. Na ogół pielgrzymi pozbywają się ciężaru na tym etapie Camino. Kiedy zauważyła moje zaintrygowane spojrzenie, opowiedziała mi, jak znaleźli się na pielgrzymce. Ona i jej partner, oboje studenci, wybrali się z namiotem na wakacje w Pireneje francuskie, niedaleko Saint Jean Pied de Port. Zatrzymali się na campingu. Pewnego dnia na przystanku autobusowym zobaczyli chłopaka z plecakiem. Ponieważ było już późno i wiedzieli, że autobusu już nie będzie, zaproponowali mu, żeby przenocował z nimi w namiocie. Ten wtedy opowiedział im, że jest w drodze na Camino. Nazajutrz zdecydowali się pojechać z nim do Saint Jean Pied de Port, trochę z ciekawości, a trochę dlatego, że szukali też jakiejś dorywczej pracy w restauracji, a w pobliżu niczego nie było.

Zamiast szukać pracy postanowili zrobić jeden etap z nowo poznanym towarzyszem, a potem następny i następny. Trzeciego dnia zrozumieli, że chcą przejść całą drogę. Na campingu został ich namiot z laptopem i resztą osobistych przedmiotów, ale uzgodnili z właścicielem, że się tym zajmie. W taki sposób, spontanicznie, znaleźli się na Camino.

K: Jak obecność trasy Camino de Santiago wpływa na położone przy niej miejscowości?

A: Szlak Jakubowy i pielgrzymi stanowią część życia lokalnych społeczności. Z roku na rok obserwujemy rozwój infrastruktury lokalowej na trasie. Myślę, że mieszkańcy przyzwyczaili się do pielgrzymów. Widok ludzi z plecakami stał się czymś naturalnym w okolicach szlaku. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach i wioskach można doświadczyć szczególnej życzliwości miejscowych. Pierwsi z uśmiechem pozdrawiają „Buen camino”, pytają, skąd pochodzimy, chcą być pomocni, często nawet niepytani wskazują drogę pielgrzymom, a błądzących zaprowadzają do najbliższego oznakowania. Pamiętam ze szlaku portugalskiego pewną Dunkę, która codziennie podbiegała do bramki z puszkami i buteleczkami schłodzonych napojów do wyboru dla strudzonych pątników mijających jej dom. Mówiła, że sama nie może iść na Camino, ale choć w ten sposób chce się włączyć w pomoc zmęczonym wędrującym. Był wtedy bardzo upalny dzień i pani dosłownie spadła nam z nieba. Schroniska państwowe mają wsparcie lokalnych władz.

Nasze albergue jest donativo i utrzymuje się tylko z datków pielgrzymów, dlatego ważne jest również wsparcie materialne. Inaczej może nie przetrwać konkurencji, a przecież jest to miejsce pielgrzymiego odpoczynku, do którego pątnicy wracają wielokrotnie. To stąd można po raz pierwszy zobaczyć przy figurze dwóch pielgrzymów na wzgórzu wieże katedry w Santiago oraz porozmawiać w recepcji w ojczystym języku.

N: Pytanie o to, w jaki sposób Camino wpływa na miejscowości, przez które przechodzi, dla mnie łączy się z kwestią tego, dlaczego warto wybrać się na pielgrzymkę.

Moje obserwacje dotyczą głównie drogi francuskiej. Ostatnie trzy sezony spędziłam właśnie na tej trasie, głównie w San Anton na Mesecie, obserwując, jak bardzo zmienia się Droga św. Jakuba. Dla ludzi mieszkających przy szlaku, szczególnie tych z małych wiosek, to nie tylko jakaś forma rozrywki, ale też możliwość zarobienia pieniędzy. Co roku więc powstają nowe albergue, bary, sklepiki. Właściciele, konkurując ze sobą, prześcigają się w ofertach. W ten sposób Camino nie tylko oddziałuje na miejscowych, ale też i odwrotnie.

Pomimo dobrego oznakowania większość wędrujących korzysta z nawigacji. Wpatrzeni w ekrany nie widzą często, co mijają. Jakaś przerwa na zdjęcia i dalej, nabijają kilometry. Gdy zaczynałam jako hospitalera, sprawdzaliśmy w credencialachprzebyte etapy. Jeśli odstępy były za duże, to oznaczało to, że ktoś używa transportu, więc nie kwalifikuje się do albergue. Nie chodziło tu o dyskryminację, tylko o to, żeby prawdziwy pielgrzym po przejściu trasy miał miejsce na nocleg. Teraz takie sprawdzanie nie ma sensu, bo normą jest, że wędrujący korzystają z komunikacji – bo brak czasu, bo ten odcinek jest nudny, bo góra za wysoka. Nie mnie oceniać, gdzie kończy się pielgrzymowanie, a zaczyna turystyka, ale myślę, że mieszanie tych dwóch pojęć zuboża samych wędrujących.

Według mnie warto iść na pielgrzymkę do Santiago, żeby spotkać się ze samym sobą i z Bogiem, jakkolwiek się Go pojmuje. Oddać się Camino i zaufać, wyciszyć, wyjąć z uszu słuchawki i posłuchać, jak śpiewają ptaki.
Nie należy ograniczać swobody rezerwacjami. Droga św. Jakuba to taka miniatura życia: nie zawsze świeci słońce i nie zawsze jest „z górki”, a jeśli to, co niesiemy w plecaku, nam ciąży, to trzeba sprawdzić, czy na pewno wszystko jest niezbędne. W życiu działa to tak samo. Ten, kto przejdzie Camino, a nie je „zaliczy”, nie będzie już taki sam.

Jeśli chodzi o wsparcie dla schronisk, to są to sprawy indywidualne, ale jest coś, co można zrobić. Mianowicie uświadamiać na prawo i lewo (ja to też robię), co to są albergue donativo. Donativo nie znaczy darmo. Zasadą takich miejsc jest, żeby mogli tam znaleźć schronienie też ci, co pieniędzy nie mają, ale jeśli ktoś ma, to powinien zapłacić. Za te datki pątnicy, którzy przyjdą następnego dnia, będą mieli kolację i śniadanie. Takie albergue nie są sponsorowane przez nikogo z zewnątrz, a bez wolontariuszy nie mogłyby funkcjonować. Nigdy nie patrzę nikomu na ręce, gdy wkłada pieniądze do puszki, ale zdarzało już mi się, że rano skarbonka była prawie pusta, choć poprzedniego dnia pielgrzymi z mojego albergue bawili się świetnie w pobliskim barze. Wierzę, że nie wynika to ze złej woli, tylko z niewiedzy, dlatego ważne, żeby o tym mówić.

Dzięki twojemu wsparciu
możemy rozwijać nasze dzieło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.